.
Strona główna Blog Strona 312

V Międzynarodowy Kongres Firm Rodzinnych w Poznaniu

Moc drzewa genealogicznego! V Międzynarodowy Kongres Firm Rodzinnych

Zaproszenie do prelekcji na V Międzynarodowym Kongresie Firm Rodzinnych przyjął Antoine Mayaud – przedstawiciel rodziny Mulliez, największej i najbogatszej rodziny właścicielskiej w Europie, do której należą m.in. Obi, Decathlon czy Auchan. Jego prelekcja „Jak stymulować przedsiębiorczość w firmie rodzinnej”, w której opowie o strukturze w rodzinie liczącej ponad 700 członków (wszyscy z udziałami w biznesach), rozpocznie dwudniowe dyskusje o mechanizmach profesjonalizacji rodziny biznesowej, zakładaniu fundacji firmy rodzinnej i budowaniu długowieczności rodzinnego biznesu. Kongres organizowany przez Instytut Biznesu Rodzinnego odbędzie się 19-20 marca 2018 roku w Poznaniu.

– Tam, gdzie łączy się biznes i rodzina, powstaje wyjątkowy potencjał, który z jednej strony jest ryzykowny, ale z drugiej stanowi ogromną szansę na stworzenie niepowtarzalnej oferty biznesowej. Członkowie rodzin biznesowych szukają więc sposobów, aby wspólnie tworzyć długowieczne biznesy – dla siebie i dla kolejnych pokoleń – mówi dr Adrianna Lewandowska, Prezes Instytutu Biznesu Rodzinnego i inicjator Kongresu. Wzorem zagranicznych firm rodzinnych polscy przedsiębiorcy szukają dziś sposobów na budowanie długowieczności biznesu – stąd coraz popularniejsze staje się wprowadzanie mechanizmów ładu rodziny, spisywanie konstytucji firmy rodzinnej czy zakładanie fundacji. – Obecnie tworzenie fundacji nie jest w Polsce prawnie możliwe – większe polskie majątki szukają więc tego typu rozwiązań za granicą, najczęściej w Luksemburgu, Szwajcarii, czy Austrii. Szereg instytucji, w tym Instytut Biznesu Rodzinnego, dążą do wprowadzenia tej możliwości w naszym kraju, na razie musimy jednak bazować na rozwiązaniach zagranicznych – dodaje dr Lewandowska.

Wśród prelegentów Kongresu znaleźli się także Richard Bergfors – Max Burgers (Szwecja), dr Zbigniew Inglot – Inglot, Tomasz Domogała – TDJ S.A., Zbigniew i Michał Leszek (Lechpol), Jan Kolański – Colian S.A., Adam Mokrysz – MOKATE S.A., rodzina Wróbel – właściciele Grupy kapitałowej Mercedes Wróbel, Marek Piechocki – LPP, Monika Siecińska-Jaworowska (SUEMPOL), Jakub Kołodziej (Roleski), prof. Peter May – doradza właścicielom firm rodzinnych w Niemczech, Szwajcarii. Program Kongresu to także ciekawe panele dyskusyjne, kreatywne warsztaty oraz wieczorna gala.

Stań się częścią najważniejszego wydarzenia dla firm rodzinnych na świecie!

Zgłoś się na www.KongresFirmRodzinnych.pl!

 

Organizator: Instytut Biznesu Rodzinnego (www.ibrpolska.pl)

Instytut Biznesu Rodzinnego jest think tankiem zajmującym się pozyskiwaniem i upowszechnianiem wiedzy o firmach rodzinnych. Powstał z inicjatywy dr Adrianny Lewandowskiej, zaangażowanej od lat w tematykę przedsiębiorczości rodzinnej. Obok MKFR do inicjatyw Instytutu należą m.in. magazyn „FAMILY BUSINESS. Zarządzanie firmą rodzinną” (www.familybusiness.pl), Kongres Next Generation (www.nextg.pl) oraz Akademia Sukcesora (www.akademiasukcesora.pl).

Wycena polskich managerów

Prezes PKO BP Zbigniew Jagiełło jest najdroższym giełdowym managerem według rankingu Martis Consulting Top 30 edycja 2017. Jego wartość oszacowano na 521 mln zł. O taką hipotetyczną wartość spadłaby giełdowa wycena banku w przypadku jego rezygnacji lub odwołania

Cytowany raport to pierwszy w Polsce ranking wartości osób kierujących spółkami notowanymi na polskiej giełdzie. Badaniem zostali objęci prezesi największych spółek notowanych na GPW z indeksów WIG20 i mWIG40, którzy zajmowali swoje stanowiska co najmniej od 1 kwietnia 2016 roku i pełnili funkcję co najmniej do 30 czerwca 2017 roku. O miejscu w rankingu decydowały trzy podstawowe czynniki: dynamika zmiany kursu w tym okresie, dynamika zmiany EBITDA na koniec 2016 roku oraz ekspercka ocena kompetencji, umiejętności i doświadczenia prezesów.

Dodatkowym czynnikiem wyceny prezesów była wielkość zarządzanej przez nich firmy, mierzona kapitalizacją. Bazą do ostatecznej wyceny była procentowa historyczna średnia wartość spadku kapitalizacji spółki na GPW w wyniku odejścia dobrze postrzeganego przez rynek prezesa z zajmowanego stanowiska (-4,2 proc.). Po korekcie związanej z odreagowaniem, na kolejnej sesji wskaźnik ten wyniósł (-1,57 proc.).

W paru przypadkach spadki kursów po rezygnacji głośnych nazwisk były tak spektakularne, że wartość spółki w ciągu 2-3 dni stopniała aż o 1,77 mld zł (Michał Krupiński – PZU), czy o 0,8 mld zł (Dominik Libicki – Cyfrowy Polsat).

Łączna wartość trzydziestu managerów zaprezentowanych w rankingu wynosi 3,1 mld zł. Z kolei łączna wartość managerów zajmujących miejsca na podium została oszacowana na 1,34 mld zł, a więc ponad 43 proc. wartości całego rankingu.

Na uwagę zasługuje brak kobiet w zestawieniu. To pochodna wciąż niskiej reprezentacji pań w zarządach. Jak wynika z V edycji raportu Deloitte „Kobiety w zarządach. Perspektywa globalna” (2017), w Polsce kobiety mają 15,2 proc. udziału w radach nadzorczych i stoją na czele zaledwie 6,3 proc. zarządów firm spośród ponad 480 spółek giełdowych notowanych w czasie opracowywania raportu na rynku głównym GPW.

Jednym z elementów branych pod uwagę przy konstruowaniu wyceny była dynamika kursu akcji spółki w okresie od początku 2016 r. do połowy 2017 r.  Celem było zobrazowanie wpływu jakości zarządzania na wyniki spółki, a przez to – po części – na wycenę rynkową akcji. By było to możliwe, konieczne było rozciągniecie badanego okresu do czasu publikacji wyników rocznych.

Drugim filarem, na którym został oparty model szacowania wartości managera była dynamika EBITDA w 2016 r. Wskaźnik EBITDA, mimo niedoskonałości, jest obarczony najmniejszą ilością wad i pozwala doprowadzić do pewnej porównywalności wyników spółek. To jednocześnie wskaźnik, który stosunkowo dobrze skorelowany jest ze zdolnością przedsiębiorstwa do generowania przepływów pieniężnych.

Trzecim czynnikiem była subiektywna ocena kompetencji managerskich prezesa zarządu. Przydzielając oceny w skali od 2 do 10, wzięto pod uwagę doświadczenie managera, jego wykształcenie oraz sytuację, w jakiej znajdowała się spółka, którą kierował.

W rankingu, którego celem jest oszacowanie jak hipotetyczna rezygnacja lub odwołanie prezesa ze stanowiska wpłynie na wycenę spółki, istotnym czynnikiem jest kapitalizacja. Dlatego też liczba uzyskanych w sumie punktów została przełożona na wartość prezesa spółki w odniesieniu do jej kapitalizacji. Końcowe zestawienie dla wszystkich trzydziestu spółek przedstawia poniższy wykres.

Kluczowym elementem metodologii jest przyjęcie punktu odniesienia. W celu jego wyznaczenia zebrano dane dotyczące przecen akcji w następstwie odwołania/rezygnacji ze stanowiska pięciu prezesów, którzy cieszyli się dobrym postrzeganiem rynku i wymiernymi, dobrymi efektami w zarządzaniu przedsiębiorstwami. Uśredniony spadek ceny akcji w wyniku publikacji informacji o odejściu managera sięgnął 4,2 proc. Po uwzględnieniu odreagowania po zaskoczeniu w wyniku publikacji informacji, jakie następowało na następnej sesji, średni spadek wyniósł 1,57 proc. Tak uzyskana wartość stanowi wstęp do szacowania wartości managera dla spółki, którą zarządza.

Ranking wyceny prezesów

l.p. Spółka Nazwisko Imię Wycena prezesa
1 PKO BP Jagiełło Zbigniew 521 143 740
2 PKN ORLEN Jasiński Wojciech 513 666 243
3 ING Bank Śląski Bartkiewicz Brunon 307 456 432
4 PGNiG Woźniak Piotr 228 777 654
5 mBank Stypułkowski Cezary 203 310 872
6 CCC Miłek Dariusz 155 036 958
7 LPP Piechocki Marek 125 781 341
8 Cyfrowy Polsat Solorz Tobias 103 429 743
9 Bank Millennium Joao Bras Jorge 97 208 338
10 PGE Baranowski Henryk 91 847 424
11 Kruk Krupa Piotr 89 713 047
12 CD Projekt Kiciński Adam 87 411 370
13 Budimex Blocher Dariusz 68 228 791
14 Bank Handlowy Sikora Sławomir 64 882 420
15 GTC Kurzmann Thomas 50 930 586
16 Kęty Mańko Dariusz 45 609 562
17 Kernel Verevskiy Andrey 41 015 661
18 Enea Kowalik Mirosław 40 169 197
19 Stalprodukt Janeczek Piotr 35 442 822
20 Orbis Clavie Gilles 35 378 657
21 Eurocash Amaral Luis 35 378 614
22 Asseco Poland Góral Adam 30 272 687
23 Forte Formanowicz Maciej 23 767 946
24 Bogdanka Szlaga Krzysztof 22 342 214
25 Ciech Tybura Maciej 21 648 653
26 Comarch Filipiak Janusz 16 532 030
27 Sanok Łęcki Marek 14 223 802
28 Medicalgorithmics Dziubiński Marek 14 018 570
29 Robyg Okoński Zbigniew 11 432 060
30 Wawel Orłowski Dariusz 10 508 966

Skala upadku kolei

    Gdy mowa o kolei, na pierwszy plan wysuwają się z natury rzeczy pociągi pasażerskie. To ruch pasażerski kształtuje obraz kolejnictwa i wszelkie potocznie funkcjonujące opinie o tej dziedzinie transportu

     

    Tymczasem kolej ma dwie specjalności. Poza wożeniem ludzi zajmuje się także przewozem towarów i naprawdę trudno orzec, która z tych dziedzin jest ważniejsza.

    Kolejowe przewozy pasażerskie stały się ostatnio modne tak dla samych podróżnych, jak i dla myślenia o kolei jako całości. Przeważają dobre opinie. To w głównej mierze pochodna wielkich inwestycji skutkujących szybszą jazdą w lepszych warunkach – w tabor (Pendolino), odnowę sieci, remonty dworców, z których niemało to istne perły architektury.

    Mniej mówi się i wie, poza kręgiem specjalistów, o stanie przewozów towarowych. A jest to stan bardzo niedobry. Jeśli posługiwać się określeniem, że kolej ma dwie nogi, to należy zaraz dodać, że mocno kuleje, bo jedna z nóg jest chroma.

    Wszystko sprowadza się do faktu, że przewozy towarów w Polsce zostały zdominowane przez transport drogowy. Ciężarówki wygrały z pociągami i wszystko wskazuje na to, że kolej pozycji swojej nigdy nie odzyska. Walka o rynek została przegrana, a skala upadku kolei jest gigantyczna.

    Obecny podział rynku pomiędzy różne rodzaje transportu zaczął kształtować się na początku lat 90. minionego wieku. Nastąpił wówczas szybki wzrost gospodarki i rosły masy towarów. Właśnie wtedy kiełkujący transport drogowy okazał się lepszy. Przyzwyczajona do roli monopolisty, kolej nie zrobiła nic, by zahamować te procesy.

    Skutkiem pasywnej postawy sektora kolejowego i szybkiego dostosowania się drogowców do nowej rzeczywistości było przejmowanie przez nich niemal wszystkich nowych ładunków. Kolej została z transportem masowym, którego rola z biegiem lat malała.

    Jeszcze w roku 1980 transport kolejowy wykonał pracę przewozową na poziomie 134 mld tonokilometrów, czyli ponad 3 razy większym niż sektor drogowy. W drugiej połowie lat 90. proporcje te się wyrównały. Od roku 2000 do dni obecnych przewozy ładunków kolejami utrzymywały się na zbliżonym poziomie. A na drogach ładunków nadal przybywało. W roku 2015 wykonana przez pojazdy szosowe praca przewozowa przekroczyła 273 mld tnkm i była ponad 5 razy większa niż wykonana przez składy towarowe na szynach.

    Proszę odsunąć się od torów

    „Mieliśmy 283 tys. wagonów i ponad 480 mln ton ładunków. Teraz mamy mniej więcej 1/5 tego co kiedyś, średni wiek wagonu to 30 lat, a lokomotywy 32 lata. To jest skala upadku. Kolej nie ma się już dokąd cofać. Dalej jest tylko równia pochyła” – powiedział w lecie tego roku specjalistycznemu pismu branżowemu ówczesny prezes zarządu PKP Cargo. Dzisiaj prezesem jest już ktoś inny, w kolejowych spółkach trwa od lat karuzela kadrowa.

    Kolejarze skarżą się na nierówne traktowanie. Od przełomu wieków wyjechało w Polskę ponad 200 tys. nowych tirów, które nie płacą za drogi wojewódzkie, powiatowe czy gminne. Tymczasem przewoźnicy kolejowi muszą płacić innym firmom kolejowym nie tylko za dostęp do tras, ale nawet za tory odstawcze. W USA nie wymuszono oddzielenia działalności przewozowej od zarządzania infrastrukturą i dzisiaj kolejowy transport towarowy nie ma problemów z konkurencją z ciężarówkami, nadal przypada na niego ok. 40 procent ładunków.

    Opłatami objęte jest w Polsce 3 tys. kilometrów szos i 19 tys. kilometrów dróg kolejowych. Za przejechanie trasy z Suwałk do Lublina przewoźnik kolejowy zapłaci ponad 12 tys. złotych, a właściciel samochodu ciężarowego wyda 380 złotych. To skrajny przykład, bo w tej akurat relacji samochodziarze płacą tylko za kawałek trasy. W większości przypadków różnica między dostępem do drogi i torów i tak jest dwu- lub trzykrotna na niekorzyść kolei.

    Nierówna walka z TIR

    W dodatku istnieje ogrom skomplikowanych przepisów w zakresie transportu kolejowego, nieporównywalny z transportem drogowym i skutecznie zniechęcający do korzystania z niego. Przykładowo, działa coraz mniej bocznic zakładowych, bo to wielki administracyjny problem i setki regulacji. Prowadzone są nieustanne kontrole, konieczne są przeglądy cotygodniowe, coroczne pomiary, należy odnawiać świadectwo bezpieczeństwa. Przygotowanie placu manewrowego dla ciężarówek to przy tym łatwizna. Gdyby wdrożyć na drogach takie przepisy, jakie są na kolei, to już pierwszego dnia żaden samochód by nie wyjechał. Gdyby przenieść na kierowców rozwiązania normalne dla maszynistów, to stanęłaby większość tirów.

    Problemem kolei są jednak nie tylko znacząco wyższe niż w transporcie drogowym koszty i przerośnięte przepisy, ale także brak rozsądnych inwestycji w infrastrukturę kolejową do przewozów towarowych. W ostatnich latach w Polsce zbudowano tysiące kilometrów nowych dróg krajowych i autostrad. W sieć dróg regionalnych i lokalnych inwestowały samorządy. W wielu przypadkach rozmawiano z potencjalnymi inwestorami czy lokalnymi firmami.

    Jedyną linią kolejową zbudowaną z myślą o transporcie towarowym jest przedwojenna magistrala węglowa Śląsk-Porty. Dopiero w obecnym planie wielkich inwestycji kolejowych przewidziano dostosowanie kilku odcinków do nowoczesnego ruchu towarowego. Nawiasem mówiąc, owocuje to prasowymi złośliwościami, że po kosztownym i skomplikowanym remoncie linii Warszawa-Poznań pociągi osobowe przyśpieszą jedynie o pięć minut. Tak, bo cel prac jest inny – zwiększenie długości i ciężaru składów, wydłużenie torów stacyjnych do formowania składów towarowych, skrócenie odległości między semaforami – wszystko dla ruchu towarowego. Opłacalny jest dzisiaj pociąg zestawiony z co najmniej 40 wagonów, to równoważnik 90-100 tirów. Inna sprawa, że podobne prace wpłyną na poprawę tranzytu na kilku głównych szlakach, ale nijak nie poprawią dostępu do kolei tysięcy potencjalnych klientów, czyli firm w mniejszych miastach.

    Zjawiskiem pochodnym wobec zamknięcia rynku dla kolei jest coraz ostrzejsza konkurencja na torach. Państwowe PKP Cargo i kilka firm prywatnych, z których największa to CTL, dosłownie wyrywają sobie każdy wagon. Ewentualny wzrost pracy przewozowej każdej z tych firm nie oznacza wzrostu ogólnego wolumenu przewozów koleją, ale kłopoty konkurenta.

    Samochodowym firmom transportowym kolejarze nie są już w stanie niczego uszczknąć.

    autorem jest Andrzej Nierychło – dziennikarz, redaktor miesięcznika MANAGER, były wydawca Pulsu Biznesu

    Nowy gracz na rynku pizzy

    Papa John’s, jeden z trzech światowych liderów w produkcji i dostawie pizzy, wchodzi na trudny polski rynek.

    Chris Wynne, współwłaściciel i dyrektor generalny PJ Western, przedstawiciel pizzerii sieciowej Papa John’s International na Europę

    Traktujemy naszą misję, którą stanowią lepsze składniki i lepsza pizza, bardzo poważnie i jest to motyw przewodni naszych działań we wszystkich obszarach. Firma Papa John’s to także charakterystyczny sos, dodatki, oryginalne ciasto czy nawet samo opakowanie. Musimy być konsekwentni we wszystkich obszarach działania – nie tylko produkcji pizzy, ale także jej dostawy: świeżej i gorącej. Nasza firma ma ponad 5000 restauracji na całym świecie w ponad 45 krajach. Można jednak powiedzieć, że poprzedni rok należał do Rosji. Jest tam już ponad 100 restauracji Papa John’s.

    Skąd ten sukces? Nawet pan zamieszkał w Moskwie…

    Federacja Rosyjska to ogromny kraj, w którym wszyscy uwielbiają chleb, ser i mięso – to idealne połączenie w biznesie pizzy. Mamy już 120 restauracji w krajach Federacji Rosyjskiej i WNP i kontynuujemy rozwój. Do końca roku PJ Western Retail Investments stanie się największym franczyzodawcą Papa John’s na świecie. Uwielbiam Europę Wschodnią i możliwości, jakie oferuje, przeniosłem się do Moskwy ponieważ podoba mi się jej dynamiczne środowisko gospodarcze.

    A Polska? Przecież w porównaniu z USA czy Rosją to niewielki kraj. Jaką strategię chce pan przyjąć w naszym kraju?

    To fantastyczny czas na naszą ekspansję na polski rynek, który wciąż rośnie. Ważne jest również to, że Polacy kochają pizzę – to wybór 81 proc. z nich według raportu Rynek Gastronomiczny 2017. Również działalność franczyzowa w Polsce jest bardzo popularna, szczególnie wśród małych firm rodzinnych. Według analityków, pomimo dużej konkurencji na rynku gastronomicznym, popyt na te usługi będzie dynamicznie wzrastał. Poza tym, coraz więcej Polaków wybiera jedzenie w restauracjach lub zamawia gotowe posiłki. Jesteśmy przekonani, że kategoria pizzy w Polsce ma duży potencjał wzrostu, dzięki coraz bardziej intensywnemu trybowi życia konsumentów. Dostawę pizzy do domu zamawia obecnie około 24 proc. Polaków, a my zamierzamy poprawić te statystyki, pokazując, czym jest naprawdę hasło „Lepsze składniki. Lepsza pizza”. W tym celu planujemy promować nasz system zamówień przez internet, który przyspiesza i ułatwia proces dostawy pizzy.

    Reklamując lepsze składniki pizzy podkreślacie, że to nie slogan, ale styl życia.

    Dobieramy dostawców bardzo ostrożnie w oparciu o ich zaangażowanie w normy i procedury, aby zapewnić wysoką jakość produkowanych przez nich składników. Już zaczęliśmy szukać lokalnych dostawców na polskim rynku i planujemy zainwestować w taką współpracę w ciągu najbliższych kilku lat.

    A jak dobieracie swoich partnerów franczyzowych?

    Szukamy partnerów z prawdziwą pasją do pizzy, którzy mogą zostać członkami rodziny Papa John’s. Prowadzimy już negocjacje z kilkoma potencjalnymi franczyzobiorcami, którzy będą rozwijać sieć Papa John’s w kolejnych miastach Polski. W przyszłym roku planujemy aktywnie rozwijać zarówno własne, jak i franczyzowe restauracje w całej Polsce. Głównym celem firmy jest dostawa pizzy, dlatego szukamy lokalizacji od 100 mkw., w gęsto zaludnionych obszarach. Nasz model biznesowy jest podobny do innych modeli franczyzy na rynku. Mamy trzy kategorie restauracji: DELCO (dostawa i realizacja), które realizują tylko zamówienia na dostawę i na wynos, bez stolików w środku. DWS (Dostawa z siedzeniami) to restauracja z miejscami siedzącymi, ale głównie realizująca zamówienia dostawy oraz RBD (dostawa oparta na restauracjach) – stała restauracja ze stołami, realizująca również zamówienia dostawy. Nasz lokal franczyzowy powinien mieć 120-220 mkw., wejście od ulicy, lokalizację na parterze, być widoczny, w miejscu, gdzie przechodzi dużo ludzi, z wydajnymi instalacjami. Szukamy długoterminowych franczyzobiorców. W Polsce zamierzamy rozwijać dwa rodzaje restauracji Papa John’s: zorientowane na dostawę z minimalną liczbą miejsc i przestronne rodzinne restauracje.

    Zanim zaczął pan karierę w Papa John’s, zajmował się pan finansami. Proszę opowiedzieć nam trochę o swojej karierze.

    Zaczynałem w finansach, prowadziłem interesy hipoteczne i jednocześnie inwestowałem w Papa John’s w Rosji. W 2008 r. w biznes hipoteczny uderzył kryzys, więc odnalazłem się w biznesie pizzy i okazało się, że to uwielbiam. Teraz nie wyobrażam sobie zajmowania się czymkolwiek innym.

    Może pan przybliżyć nam historię firmy?

    Papa John’s jest ilustracją prawdziwego amerykańskiego snu. John Schnatter, założyciel Papa John’s, zrobił swoją pierwszą pizzę w 1984 roku na zapleczu baru w Jeffersonville, a teraz funkcjonuje ponad 5 tys. restauracji w 45 krajach na całym świecie. Głównym produktem w naszym menu jest pizza. Ręcznie wyrabiane oryginalne ciasto jest świeże, nigdy nie mrożone, a klienci mogą wybierać między dwoma typami ciasta: tradycyjnym i cienkim. W menu są również różne przystawki, sałatki i napoje, więc mamy nadzieję zaspokoić wymagania wszystkich gości. Każde zamówienie jest przygotowywane indywidualnie, a dostawy realizujemy przez naszą własną załogę kierowców, zaraz po wyciągnięciu pizzy z pieca.

    Pizza Papa John’s w Moskwie jest ponoć droższa niż w rodzinnym Louisville. A ile będzie kosztować w Polsce?

    Duża pizza w Moskwie kosztuje obecnie 17 dolarów. W Polsce będziemy konkurencyjni cenowo. Zaprezentujemy nasze polskie menu przy okazji otwarcia naszej pierwszej restauracji w Warszawie.

    Jak widzi pan szanse rozwoju Papa John’s w Polsce? Jakie są plany na przyszłość?

    W przyszłym roku zamierzamy otworzyć co najmniej osiem restauracji w Warszawie. Następnie chcielibyśmy ruszyć do kolejnych miast w Polsce. W ciągu najbliższych dwóch lat planujemy otworzyć ponad 20 restauracji w całym kraju. Polski rynek ma ogromny potencjał, więc nie chcemy ograniczać naszych planów rozwoju, ogłaszając teraz dokładną liczbę lokali.

    Co lubi Chris Wynne 

    Zegarek – Suunto

    Ulubiona marka ubraniowa – Ralph Lauren

    Wakacje – Canadian Rockies na narty i Tajlandia na nurkowanie

    Kuchnia – włoska

    Restauracja – „Los Amigos – restauracja meksykańska, uwielbiam ją w związku z rodzinnymi wspomnieniami. I, oczywiście, Papa John’s.”

    Samochód – Porsche na miasto i Jeep w góry

    Hobby, sport – jazda na nartach, wspinaczka górska, nurkowanie

    Mistrzowskie fotografie

    W Galerii Quadrilion przy ulicy Mokotowskiej 59 w Warszawie oglądać można wystawę Tomasza Gudzowatego, jednego z najbardziej znanych w świecie polskich fotografów, laureata prestiżowych konkursów fotograficznych – w tym dziewięciokrotnie World Press Photo, a także Pictures of the Year International, NPPA’s Best of Photojournalism, International Photography Awards, B&W Spider Awards i National Portrait Gallery’s Taylor Wessing Photographic Portrait Prize. Prace T. Gudzowatego znajdują się w kilku muzeach i licznych zbiorach prywatnych, a jego wystawy gościły w wielu galeriach w Europie i na innych kontynentach – od Toronto i Buenos Aires po Pekin, Tokio i Singapur

    Kierunki rozwoju analityki

      Shukri Dabaghi, Vice President, Middle East & Eastern Europe, SAS, opowiada o dojrzałości rynku analitycznego w Polsce oraz przyszłych zastosowaniach najnowszych rozwiązań i narzędzi

      SAS działa w Polsce od 25 lat. Jak nasz rynek jest postrzegany przez centralę firmy na tle innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej?

      Jeśli chodzi o tempo wzrostu, to rozwija się najbardziej stabilnie. W głównej mierze ma na to wpływ jego wielkość, co przekłada się na to, że firmy mogą tu działać na dużo większą skalę niż gdzie indziej. Szczególnie jest to widoczne w sektorze finansowym i telekomunikacyjnym. Złożoność polskiego rynku powoduje jednak, że firmy muszą tu działać bardzo dynamicznie i efektywnie, aby odnieść sukces. A to oznacza, że mają znacznie bardziej wyrafinowane wymagania w zakresie narzędzi IT wspierających ich biznes, niż firmy z innych krajów tego regionu.

      Wykorzystanie analityki w biznesie staje się coraz powszechniejsze. Jaka przyszłość czeka?

      Moim zdaniem, najważniejszym elementem z punktu widzenia roli analityki w biznesie będzie jej operacjonalizacja czy dalsza integracja z bieżącymi działaniami operacyjnymi. Tempo funkcjonowania biznesu i coraz silniejsza konkurencja wymuszają wzrost efektywności operacyjnej, co bez analitycznego wsparcia staje się obecnie niemożliwe. Stąd coraz częściej będzie stosowane np. analityczne sterowanie łańcuchem dostaw lub dystrybucji oraz tworzenie ofert dopasowanych do bieżących potrzeb klienta, a wszystko to w czasie rzeczywistym, na podstawie aktualnego kontekstu. Inną formą operacjonalizacji analityki są inteligentne urządzenia, które dzięki wbudowanym algorytmom będą w stanie samodzielnie diagnozować, a nawet rozwiązywać problemy. A więc ewolucja od klasycznego IoT – strumienia surowych danych wysyłanych do centralnego serwera – do zaawansowanego IoT, gdzie urządzenia przesyłają już przetworzone komunikaty. Z punktu widzenia bieżącej działalności średniej czy dużej firmy, te prognozy mogą wydawać się przedwczesne, jednak wobec kurczących się marż i potencjału, jaki drzemie w analityce, inwestycje w tego typu rozwiązania wydają się jedynym skutecznym kierunkiem. Wreszcie trzecim niezwykle ważnym obszarem rozwoju analityki jest walka z nadużyciami, nie tylko w sektorze finansowym. Cyfryzacja gospodarki, oprócz wielu oczywistych zalet, oznacza też ogrom danych dotyczących funkcjonowania przedsiębiorstwa w postaci dostępnej dla zaawansowanych algorytmów. Firmy będą masowo korzystały z rozwiązań w zautomatyzowany sposób przeczesujących wewnętrzne dane organizacji w poszukiwaniu oszustw pracowniczych, zakupowych czy księgowych.

      Wraz z dynamicznym wzrostem zapotrzebowania na analitykę rośnie popyt na specjalistów. Jak SAS pomaga wypełnić lukę kompetencyjną?

      Ponieważ deficyt talentów analitycznych, tzw. data scientists, będzie się z czasem pogłębiał, stawiamy na nową generację narzędzi analitycznych, które umożliwiają samodzielną pracę ekspertom biznesowym, bez konieczności zatrudniania matematyków bądź statystyków do ich obsługi. Takie funkcje, jak automatyzacja pozyskiwania danych z różnych źródeł i ocena ich jakości, dobór odpowiednich modeli i ich automatyczne odświeżanie dzięki wykorzystaniu machine learning oraz wsparcie w interpretacji wyników, eliminują kluczowe ograniczenia, które napotykali dotychczas użytkownicy bez wykształcenia statystycznego czy matematycznego.

      Ma pan na myśl platformę SAS Viya, która pojawiła się na rynku w ubiegłym roku?

      Tak, jest to przykład zintegrowanej platformy analitycznej odpowiadającej potrzebom dowolnego typu organizacji. Platforma doskonale komunikuje się ze światem zewnętrznym, włączając w to narzędzia open-source’owe. A to pozwala uzyskać jednolity wgląd w całe środowisko analityczne, którym dysponuje firma.

      Rozwiązania analityczne stają się tym samym coraz bardziej zaawansowane, czego nie można powiedzieć o umiejętnościach pracowników. W jaki sposób SAS może pomóc firmom w tym obszarze?

      Na wiele sposobów, które generalnie można podzielić na dwie główne kategorie: działania w obszarze technologii i działania w obszarze budowania kompetencji. W tym pierwszym koncentrujemy się na rozwoju narzędzi, z których mogą samodzielnie korzystać użytkownicy biznesowi. Wierzymy, że większe korzyści biznesowe uzyska pracownik z wieloletnim stażem, lepiej rozumiejący swoją firmę i specyfikę wyzwań, niż statystyk, który się dopiero w niej zatrudnił. Z drugiej strony, zacieśniamy coraz bardziej współpracę z naszymi partnerami z sektora akademickiego. Popularyzacja technologii analitycznych wśród studentów na wyższych uczelniach przyczynia się do tego, że stykając się z nimi w pracy po studiach mogą z nich korzystać w znacznie efektywniejszy sposób.

      Jeszcze 10 lat temu chęć zostania data scientist wymagała od kandydata podjęcia studiów na różnych kierunkach, a to oznaczało wiele lat nauki. SAS próbuje przyspieszyć ten proces poprzez udostępnianie uczelniom najnowszego oprogramowania oraz wykorzystanie e-learningu.

      A co zrobić, żeby młody człowiek został w przyszłości data scientist? Należy zacząć od matematyki i statystyki, które dają podstawy do modelowania algorytmicznego, a niekoniecznie od nauki programowania, które daje tylko umiejętność kodowania algorytmów, a nie ich tworzenia. Nawet jeśli ktoś nauczy się korzystania z narzędzi SAS, ale nie będzie umiał budować modeli biznesowych, nie uzyska z posiadanej wiedzy oczekiwanych korzyści.

      Jak według pana prezentuje się oferta SAS na tle konkurencji?

      Z punktu widzenia technologii dostarczamy w pełni zintegrowaną platformę analityczną, która stanowi uniwersalny fundament do rozwiązywania różnorodnych problemów biznesowych, takich jak np. zarządzanie ryzykiem, wykrywanie nadużyć czy też zarządzanie relacjami z klientem. Aby nasi kontrahenci osiągnęli oczekiwane rezultaty, konieczne jest również doświadczenie biznesowe i ekspertyza technologiczna zespołu projektowego. Dzięki dogłębnej wiedzy biznesowej potrafimy, na przykład, zaprojektować i wdrożyć system do kompleksowego wykrywania nadużyć w banku, który będzie jednocześnie monitorował wnioski kredytowe, przelewy bankowe i wypłaty z bankomatów. Aby system mógł efektywnie wykrywać zorganizowane grupy przestępcze wyłudzające kredyty i dokonujące skomplikowanych transferów, konieczna jest wiedza naszych ekspertów, aby odpowiednio skonfigurować algorytm, który połączy ze sobą pozornie niezależne transakcje i zwizualizuje je w postaci sieci podejrzanych powiązań. Przykładem z innej branży może być system do prognozowania popytu na produkty i związanego z tym planowania zatowarowania sieci dystrybucji. Funkcjonalność naszego rozwiązania wydaje się bardzo podobna do oferty konkurencji, jednak to w SAS mamy najlepszych specjalistów od algorytmów prognostycznych, którzy są w stanie zagwarantować klientowi wymaganą precyzję działania systemu. Kluczem do naszego sukcesu i budowania przewagi konkurencyjnej jest odpowiednia kombinacja najnowocześniejszej technologii, wiedzy z dziedziny metod statystycznych oraz wieloletniego, praktycznego doświadczenia biznesowego. Średnio 94 proc. klientów, którzy wybrali SAS, decyduje się na kontynuację współpracy z nami w kolejnych latach.

      rozmawiał Wojciech Gryciuk

      W poszukiwaniu kapitału

      W ostatnim czasie na rynku kapitałowym, nieruchomości, a także inwestycji alternatywnych w Polsce pojawiła się bardzo duża liczba nowych źródeł finansowania szeroko rozumianych inwestycji

      Obserwujemy powstające fundusze funduszy, fundusze zalążkowe, fundusze aniołów biznesu, fundusze private equity, venture capital, a także odnoszące bardzo duży sukces na rynkach międzynarodowych fundusze corporate venture capital. W ramach funduszy aniołów biznesu łączymy doświadczonych przedsiębiorców i inwestorów z bardzo dużą grupą nadspodziewanie innowacyjnych młodych polskich przedsiębiorców i pomysłodawców. Co ciekawe, tworzymy ostatnio klasy funduszy po raz pierwszy występujące w Polsce, np. fundusze aniołów biznesu inwestujące w projekty infrastrukturalne, a nie jak do tej pory głównie projekty typu startup z branży informatycznej lub rynku nauk przyrodniczych. Pojawia się pytanie, jakie projekty, np. typu startup, czy też pierwsze w swoim rodzaju przedsięwzięcia na rynku nieruchomości mogą pozyskać finansowanie, na jakich zasadach i na co należy zwrócić szczególną uwagę starając się o kapitał.

      Od czego zacząć?

      Na początku pojawiają się podstawowe pytania dotyczące rozmiaru i struktury wymaganego finansowania, poziomu zwrotu z kapitału, modelu biznesu opracowanego przez liderów projektu, szczegółowego modelu finansowego, zespołu, który „dowiezie” czytelnie zdefiniowane wskaźniki biznesowe i przede wszystkim finansowe. Następnie poszukujemy odpowiedzi na pytanie, jaki będzie pomysł na wyjście z inwestycji, po jakim czasie, na jakich zasadach i z udziałem jakich metod wyjścia, np. poprzez inwestora branżowego, przez giełdę, czy poprzez umorzenie udziałów i akcji i oddanie projektu zgodnie z ustaloną wyceną pomysłodawcom. Jednym z kluczowych problemów, które pojawiają się na wstępnym etapie pozyskiwania finansowania, jest wkład własny rozumiany m.in. jako inicjalna wycena projektu. W przypadku projektu typu startup może to oznaczać wytworzoną i posiadaną własność intelektualną, w tym patenty, utworzoną na wczesnym etapie projektu bazę klientów, np. użytkowników, opracowane technologie, algorytmy lub, w przypadku projektów informatycznych, unikalne rozwiązania zapewniające integrację różnych technologii tworzących wartość dodaną. W przypadku projektów np. przemysłowych oraz szeroko rozumianych projektów na rynku nieruchomości tym wkładem może być posiadany przez inwestora grunt i koniecznie gotówka lub gotówka w formie poniesionych już nakładów, park maszynowy, wyniki badań (w tym problem z ich wyceną), a także podpisane umowy na odbiór towarów i usług z wiarygodnymi klientami końcowymi.

      Kiedy pojawiają się problemy?

      W chwili, gdy po pierwszych analizach okazuje się, że przedstawiony model biznesu i model finansowy bronią się, przechodzimy do pytań, które bardzo często powodują, że projekt nie może pozyskać finansowania. Zaczynamy się zastanawiać, czy liderzy projektu prowadzą także inne projekty i na ile mogą być z pasją zaangażowani w realizację analizowanego przedsięwzięcia. Czynnik ludzki, w podziale na role przywódcze, finansowe, sprzedażowe, inżynieryjne, marketingowe oraz badawcze, w przypadku niekompletności zespołu może okazać się początkiem poważnych problemów ze zdobyciem finansowania. W przypadku wielu z obecnie dostępnych źródeł finansowania lub dofinansowania projektów zwraca się szczególną uwagę na poziom innowacyjności projektu, na tzw. barierę wejścia, rozumianą jako prawdopodobieństwo tego, że konkurencja opracuje z sukcesem podobny projekt, podobne rozwiązanie, podobną usługę, które zostaną w krótkim czasie skomercjalizowane i zmonetyzowane. Tak, problemem bardzo wielu projektów jest brak szczegółowo udokumentowanych, podpartych badaniami rynku oraz historią transakcyjną metod monetyzacji. Dotyczy to nie tylko np. informatycznych projektów startupowych, ale także np. nowych kategorii projektów na rynku nieruchomości, gdzie trudno jest udowodnić, że przedstawiony model biznesu i proponowany poziom komercjalizacji nowego typu nieruchomości zostanie faktycznie osiągnięty.

      Błędy polskich przedsiębiorców

      Do najczęściej spotykanych zalicza się brak zabezpieczenia własności intelektualnej, zbyt optymistyczne założenia dla proponowanego modelu biznesu oraz modelu finansowego, brak dokładnej analizy otoczenia konkurencyjnego – jak się czasami okazuje, proponowane projekty zostały już wcześniej zrealizowane przez konkurencję, często bez osiągnięcia założeń finansowych proponowanego modelu biznesu. Istotnym problem jest także brak realnej oceny na jakim poziomie dojrzałości znajduje się planowany produkt lub usługa, jaka będzie ścieżka dojścia od aktualnie posiadanej wizji, prototypu lub uproszczonej implementacji, do końcowego rozwiązania. Nie jest brany pod uwagę rynek europejski oraz rynek globalny zarówno pod względem szans na ekspansję, jak również ryzyk związanych z działaniami globalnej konkurencji. Jednym z kluczowych błędów przedsiębiorców jest brak zastosowania i analizy metodyk sprzedaży w czasie budowania modelu biznesu; często pomysłodawcy nie odpowiadają na podstawowe pytanie: jakie problemy i potrzeby klientów zaspokaja tworzony produkt lub usługa. Może to być, na przykład, usługa ośrodka opieki dla osób starszych w formie modelu ubezpieczenia płaconego co miesiąc, usługa mikropłatności za ciekawe dodatkowe funkcjonalności portalu społecznościowego, albo dodatek do skomodytyzowanego produktu, takiego jak na przykład kanapka lub kawa, gdzie unikalna forma dystrybucji, pakietowania lub dostawy robi wielką różnicę. Go big or go home, czyli wizję stania się wielkim graczem, w kontekście globalizacji analizowanego produktu lub usługi należy uznawać jako ryzyko – jakie będzie ryzyko, że produkt lub usługa nie będą rywalizowały na rynku globalnym? Co negatywnego może się wydarzyć, np. nowy trend w skali globalnej lub zmiana zachowań konsumentów; przecież często mamy ostatnio do czynienia ze zmianą modelu korzystania z usług, takich jak telekomunikacyjne, czy np. sposobu zamawiania i korzystania z szeroko rozumianych usług turystycznych.

      Czyli co dalej?

      Koncentrujemy się na tym, jak dokładnie zostanie zrealizowany model biznesu włączając monetyzację i komercjalizację produktów i usług, oraz na tym, kiedy i jak zostanie zrealizowane wyjście dawcy kapitału z inwestycji. Co dokładnie się wydarzy, krok po kroku, od momentu pozyskania finansowania w zakresie zasobów ludzkich, zakupu technologii i patentów, rozwoju regionalnego i globalnego, wykorzystania mocnych stron podmiotu i szans, które bardzo często dotyczą graczy po raz pierwszy występujących na danym rynku. W zakresie barier wejścia należy skoncentrować się na globalnej konkurencji, zazwyczaj ogromnej liczbie projektów o podobnym profilu biznesowym i przede wszystkim na tym, jaki dokładnie mamy pomysł na zagwarantowanie skutecznego wyjścia z inwestycji w ustalonym terminie, przy ustalonych warunkach i przy osiągnięciu oczekiwanych wartości wskaźników finansowych.

       

      autorem tekstu jest Dr inż. Bartosz Soroczyński, przedsiębiorca i inwestor. Prezes zarządu funduszu inwestycyjnego private equity PGK, koncentrującego się na projektach z branży infrastrukturalnej, nieruchomości i nowych technologii. Doktor nauk ekonomicznych. Absolwent Harvard Business School oraz Politechniki Wrocławskiej. Wcześniej Vice President w firmie Philips Lighting, dyrektor generalny Oracle w Polsce oraz wieloletni dyrektor w IBM.

      O firmie PGK

      Polska Grupa Konsultingowa jest firmą opierającą się na dwóch filarach: doradztwie biznesowym oraz funduszu inwestycyjnym private equity i venture capital działających w sektorach energetyki i gazu, nieruchomości, outsourcingu, infrastruktura jako usługa oraz nowych technologii (Internet of Things, zaawansowana analityka predykcyjna, zarządzanie aktywami). Ramię doradztwa strategicznego PGK rozwijane jest od 2005 roku wokół przedsiębiorstw Europy Środkowej, Bliskiego Wschodu, Azji oraz Stanów Zjednoczonych. Specjalizacje branżowe Polskiej Grupy Konsultingowej obejmują przede wszystkim infrastrukturę, transport, telekomunikację, sektor zbrojeniowy, motoryzację, FMCG, O&G, marketing i sprzedaż. W ramach spółki PGK współpracuje w realizowanych projektach kilkudziesięciu ekspertów dziedzinowych posiadających wieloletnie doświadczenie w zakresie usług doradczych oraz wdrożeń rozwiązań informatycznych. Konsultanci PGK należą do czołówki polskiej oraz globalnej branży konsultingowej, finansowej, energetycznej oraz branży zarządzania majątkiem.

      W ciągu ostatnich kilkunastu lat konsultanci firmy PGK zrealizowali w skali globalnej kilkaset projektów doradczych oraz wdrożeniowych, uzyskując pozycję lidera i wyznaczając tendencje rozwoju dla rynku inwestycji kapitałowych i konsultingu zarządczego

      Rok zmienności i niepewności

      Nadchodzi rok zmienności i niepewności. Dużo się działo, ale jeszcze więcej się zadzieje i może to mieć coraz większy wpływ na gospodarkę i na sposób prowadzenia biznesu

      Rok 2018 najprawdopodobniej zaważy na naszej przyszłości na długie, długie lata.

      Nowy rok obfitować będzie w wiele zdarzeń – zarówno tych, które możemy przewidzieć, jak też i tych, które będą całkowicie nieprzewidywalne. Przy czym warto podkreślić, iż nawet w odniesieniu do zdarzeń przewidywalnych, ich efekt jest absolutnie nieprzewidywalny. Dodatkowo, codziennie możemy czytać doniesienia medialne, które jeszcze niedawno mogłyby być publikowane wyłącznie w kontekście satyryczno-fikcyjnym, ale dziś są czytane w kontekście depresyjno-realnym. Powoduje to bardzo niebezpieczny efekt impregnacji na informację – stało się już tak dużo, że nasza psychika nie chce przyjmować nowych danych, wypieramy coraz większą część otaczającej nas rzeczywistości, co, z jednej strony, pozwala na poczucie minimum komfortu, z drugiej zaś, nie pozwala nam na obserwację zachodzących zmian.

      Z tego całego zamętu chciałbym wybrać jeden tylko wątek – ewentualnego odpływu kapitału i jego skutków. Przez ostatnie lata mogliśmy obserwować systematyczny napływ kapitału, na co składały się: pieniądze unijne, inwestycje zagraniczne oraz wpływy z eksportu. Dzięki temu, pomimo dużego apetytu na import i wzrastającego ryzyka inwestycyjnego, w ostatnich 5 latach kurs złotego do euro był bardzo stabilny. A co by się stało, gdyby te kierunki odwrócić? Gdyby netto napływ środków unijnych, inwestycji i saldo bilansu handlowego były ujemne?

      Oczywiście, na pierwszy rzut oka wydaje się to niemożliwe. Rzućmy zatem okiem po raz drugi i trzeci, żeby bliżej spojrzeć na te zagadnienia. Przyzwyczailiśmy się do tego, że pieniądze unijne płyną do nas szerokim strumieniem, ale na zawsze tak będzie. Każdy kto rozliczał projekt unijny wie, ile to zachodu, papierów, audytów. Ile dobrej woli audytorzy muszą wykazać, żeby się do niczego nie przyczepić i ile mają możliwości wykazania złej woli. Wymiana kadr, zmiana percepcji Polski, obawa co do transferu pieniędzy do kraju, w którym są wątpliwości co do właściwego stosowania przepisów unijnych – to wszystko są czynniki, które mogą bardzo istotnie obniżyć napływ środków UE do naszego kraju.

      Drugą składową napływu kapitału są inwestycje. To też przyjmujemy już za pewnik, że jesteśmy narodem wybranym jeśli chodzi o przyjmowanie inwestycji zagranicznych. Ale tym narodem wybranym byliśmy z 3 powodów: stosunkowo tanich, a dobrze wykształconych pracowników, przyczółka na rynek unijny i dużego rynku wewnętrznego. Ale pracownicy nie stali się z dnia na dzień lepsi, a stali się drożsi – wyższa płaca minimalna, groźba podwyżki ZUS dla lepiej uposażonych. Przyczółek unijny można znaleźć też w innych krajach, tym bardziej że nie wiadomo jeszcze jak długo UE będzie nas tolerować w gronie swoich członków. A duży ilościowo rynek wewnętrzny może się okazać małym wartościowo, jeśli gospodarka przyhamuje i ludzie nie będą mieli pieniędzy do wydania. Jeśli do tego dodamy agresywną politykę fiskalną, niepewność polityczną, wątpliwości co do niezawisłości sądów i niepewność regulacyjną, to z perspektywy inwestora zagranicznego wygląda to bardzo mało zachęcająco.

      No ale przecież mamy silny eksport – lokomotywę, która nas wyciągnie ze wszystkich kłopotów! Czy na pewno? Czynniki naszego sukcesu eksportowego są ściśle powiązane z opisanymi powyżej (i zanikającymi) czynnikami sukcesu przyciągania inwestycji zagranicznych. Co więcej, duża część eksporterów jest własnością podmiotów zagranicznych. Tak szybko, jak zyskaliśmy markę dobrej jakości za dobrą cenę, tak szybko możemy stracić markę polityczną. I nie chodzi tu o jakieś decyzje dotyczące sankcji gospodarczych, tylko o proste decyzje konsumentów. Jeśli etykietka „made in Poland” stanie się obciążeniem, to zagraniczni inwestorzy tak jak wcześniej przenieśli fabryki z Francji czy Niemiec do Polski, tak teraz przeniosą je z Polski do Bułgarii czy Rumunii. A za nimi pewnie pójdą też polscy przedsiębiorcy, bo patriotyzm patriotyzmem, ale pieniądze jakoś trzeba zarabiać.

      Skoro odpływ kapitału nie jest scenariuszem oderwanym od rzeczywistości, to warto się zastanowić, jaki mógłby on mieć wpływ na naszą gospodarkę. Pierwszym problemem będzie osłabienie się złotego względem innych walut. Jakie to może mieć konsekwencje? Przede wszystkim istotne podrożenie importu, co przełoży się na wzrost cen. Dotychczas, pomimo liberalnej polityki fiskalnej i monetarnej, inflacja sama trzymała się w ryzach, gdyż stabilny kurs walutowy nie pozwalał na wzrost cen, ponieważ były one zakotwiczone w cenach światowych. Drugą konsekwencją trwałego osłabienia złotego będzie odpływ kapitału, gdyż dla inwestorów zagranicznych ważna jest stopa zwrotu w euro czy dolarze, a przy spadającej wartości złotego utrzymanie zadowalających stóp zwrotu raczej się nie da utrzymać.

      Władze nie za bardzo mają możliwości, aby ograniczyć przepływ kapitału, więc osłabieniu złotego raczej nie będą mogły zapobiec bezpośrednio. Mogą to zrobić pośrednio, np. podnosząc stopy procentowe, co jednocześnie ograniczałoby rozwój inflacji, a zatem teoretycznie wydaje się bardzo atrakcyjną okazją do upieczenia dwóch pieczeni na jednym ogniu. Ale w praktyce się to raczej nie wydarzy, gdyż od ośmiu lat Polki i Polacy zaciągali kredyty o zmiennym oprocentowaniu. Podniesienie tego oprocentowania oznaczałoby wielkie kłopoty społeczno-gospodarcze, a przed nami maraton czterech kampanii do wyborów w latach 2018-2020. Stopy procentowe podniesione zostaną zatem za późno, co oznaczać będzie, że bogaci wcześniej wytransferują pieniądze za granicę, aby chronić ich wartość (co jeszcze bardziej osłabi złotego), biedni stracą część oszczędności z uwagi na ujemną realną stopę procentową, kredytobiorcy obciążeni zostaną częścią kosztów zwiększonego oprocentowania (drugą część będą musiały na siebie wziąć banki, aby nie dopuścić do kryzysu nieruchomościowego), a nowe kredyty będą bardzo drogie. No i do tego zaburzenia rynkowe wynikające z nieprzewidywalności cen. Jak w takich warunkach prowadzić biznes, zapłacić pensje pracownikom, podatki fiskusowi i czerpać z tego radość? Nieciekawa perspektywa.

      Zarysowany powyżej scenariusz oczywiście nie musi się ziścić. Mamy tu do dyspozycji argumenty życzeniowe i rzeczywiste. Do tych pierwszych zaliczyłbym pozornie optymistyczne odczyty i reakcje, które spróbuję rozbroić. PKB rośnie – to świetnie, ale głównie z uwagi na wzrost konsumpcji i stymulować to będzie wzrost inflacji właśnie. Złoty się umacnia – super, ale warto przypomnieć, że w pierwszej połowie 2008 roku też tak było, aż do gwałtownego załamania. Jak złoty się osłabi, to wzrośnie import – niekoniecznie, bo od tego, że sprzedamy taniej, to nie będziemy bogatsi, nie mówiąc już nawet o tym, że potencjał eksportowy może istotnie spaść, o czym pisałem powyżej.

      Na szczęście są też argumenty rzeczywiste. Być może da się jeszcze odwrócić negatywne procesy – odbudować zaufanie partnerów unijnych, inwestorów zagranicznych i krajowych. Pytanie tylko, czy jest to jeszcze możliwe, bo może się okazać, że już przekroczyliśmy masę krytyczną i z tej kuli śniegowej zamiast bałwana będzie lawina.

       

      autorem tekstu jest dr Mirosław Kachniewski, prezes Zarządu Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych

      Ważne Informacje

      Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

      Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

      Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

      Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

      Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

      Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

      Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

      Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

      Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

      XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

      XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...