.
Strona główna Blog Strona 300

PEKAES na szlaku inwestycji

PEKAES, czołowy operator logistyczny, coraz intensywniej działa na Jedwabnym i Bursztynowym Szlaku. W ubiegłym roku spółka obsłużyła kilkaset pociągów wiozących towary z portów znad Bałtyku. Aż dwukrotnie zwiększyła się ilość towarów przewożonych tą drogą do terminalu w Łodzi. Tak dynamiczny rozwój nie byłby możliwy bez kolejnych inwestycji, które już teraz zapowiada Grupa PEKAES.

Od czasu przejęcia spółki SPEDCONT w 2013 roku Grupa PEKAES nieustannie inwestuje w rozwój przewozów towarów z Chin oraz z nadbałtyckich portów zlokalizowanych w Gdyni i Gdańsku. Dzięki rozbudowie terminalu przeładunkowego w Łodzi obecnie spółka może składować nawet 3 500 kontenerów czterdziestostopowych, czyli o 25 proc. więcej niż w ubiegłym roku. Do końca kwietnia planowane jest zakończenie rozbudowy 13-hektarowego terminalu. To pozwoli zwiększyć transport i przeładunek towarów transportowanych z Chin oraz portów.

W ubiegłym roku obroty terminalu SPEDCONT w Łodzi wzrosły o ponad 40 proc. w porównaniu do roku poprzedniego. W tym roku spodziewamy się dalszego wzrostu przeładunków –  ilość towarów z portów może się zwiększyć nawet o jedną trzecią, natomiast w przypadku transportów z Chin prognozujemy co najmniej 20-procentowy wzrost. Tak dynamiczny rozwój wymaga nieustannych inwestycji, dlatego rozbudowa łódzkiego terminalu ma dla nas znaczenie strategicznemówi Marcin Dobruchowski, Prezes Zarządu SPEDCONT.

W tym roku spółka zakupiła kolejne naczepy kontenerowe, co powiększy ich flotę do prawie 150 sztuk. Zaplanowano także montaż i uruchomienie w terminalu kolejnej suwnicy, a także wyposażenie obiektu w nowe wózki do przeładunku kontenerów. Inwestycje obejmują także technologię. Obecnie wprowadzane są nowoczesne systemy informatyczne do zarządzania spedycją i placem składowym, co powinno znacznie poprawić efektywność i usprawnić przeładunek.

SPEDCONT, jako spółka wchodząca w skład Grupy PEKAES, oferuje Klientom kompleksową ofertę usług intermodalnych. Zapewnia nie tylko dostawy kontenerów z portów do terminali lub na bocznicę Klienta, lecz także pełną obsługę przeładunkową, dowóz samochodowy kontenerów z terminala, przewozy magistralą transsyberyjską, przewozy bocznicowe w portach oraz bezpieczny i ekologiczny transport kontenerów na terenie kraju, Dzięki temu, że PEKAES posiada biura spedycji morskiej w Gdyni i Szczecinie, może zaoferować Klientom również wiele usług dodatkowych, takich jak pełna obsługa celna, usługi portowe w kraju i za granicą, magazynowanie, składowanie, pakowanie oraz konfekcjonowanie towarów.

Rozbudowa terminalu przeładunkowego w Łodzi to nasza odpowiedź na dynamiczny rozwój przewozów towarów na Bursztynowym i Jedwabnym Szlaku. Usługi intermodalne realizowane przez wchodzącą w skład Grupy PEKAES spółkę SPEDCONT cieszą się ogromnym zainteresowaniem Klientów. Obecnie w ciągu tygodnia oferujemy łącznie 10 połączeń z oraz do portów w Gdyni i Gdańsku. W najbliższym kwartale planujemy zwiększyć liczbę połączeń do 12, ponieważ takie jest zapotrzebowanie ze strony naszych Klientów. Można powiedzieć, że inwestowanie jest z jednej strony odpowiedzią na oczekiwania rynku, z drugiej zaś – motorem napędowym naszego rozwoju – przyznaje Maciej Bachman, Prezes Zarządu Grupy PEKAES.

***

Grupa PEKAES to czołowa grupa logistyczna, którą tworzą spółki: PEKAES Sp. z o.o., Chemikals Sp. z o.o., Spedycja Polska SPEDCONT Sp. z o.o.

PEKAES Sp. z o.o. jest jedną z największych spółek sektora TSL. PEKAES zapewnia kompleksową obsługę Klientów w ramach całego łańcucha dostaw – oferuje pełen pakiet usług logistyki magazynowej, dystrybucję drobnicową krajową i międzynarodową oraz spedycję: całopojazdową krajową, międzynarodową, morską i lotniczą, kolejową, jak również logistykę towarów masowych i usługi intermodalne.

PEKAES dysponuje jedną z najefektywniejszych sieci krajowych terminali dystrybucyjnych, siecią kolejowych terminali kontenerowych i przeładunkowych w Polsce oraz siecią kilkunastu partnerów zagranicznych we wszystkich kluczowych krajach Europy. W 19 polskich oddziałach, 2 terminalach kontenerowych, 1 terminalu kolejowym oraz 5 magazynach logistycznych firma zatrudnia blisko 1 100 pracowników.

PEKAES inwestuje w najnowsze rozwiązania IT i stale udoskonala operacje logistyczne, dzięki czemu zapewnia najwyższą jakość świadczonych usług. Więcej informacji na temat Grupy PEKAES znajdą Państwo na stronach:

www.pekaes.pl
www.pekaespomaga.pl
www.spedcont.pl
www.logisticterminalbraniewo.pl
www.linkedin.com/company/pekaes

Czy benefity firmowe zatrzymują fachowców?

Benefity firmowe, dobre wynagrodzenie i wysoka kultura pracy – tego trzeba, aby pracownik czuł się w swojej pracy dobrze. Pensja bowiem to nie wszystko; a i przyznanie podwyżki i puli benefitów pozapłacowych również nie gwarantują, że dobrego pracownika zatrzyma się u siebie.

Benefity firmowe czy poczucie satysfakcji z wykonywanej pracy?

Pracownicy chcą czuć się potrzebni, chcą, aby liczono się z nimi i szanowano za to, co robią. Jeśli tego nie dostaną w firmie, gdzie obecnie pracują, a zaproponuje im to konkurencja, istnieje duże ryzyko, że odejdą pomimo dobrej płacy. Jak wynika z badania realizowanego w ramach inicjatywy społecznej PracujeBoLubie.pl, zaledwie 37 proc. Polaków jest szczęśliwych w swojej pracy.

Warto przeczytać: Nie startupy, a tradycyjne usługi

Istnieje zatem spore niebezpieczeństwo, że w czasach, kiedy coraz więcej osób decyduje się na samodzielność na rynku pracy i uwolnienie z ograniczeń narzucanych przez wytyczne umowy o pracę, stając się albo przedsiębiorcą, albo freelancerem wybierającym zatrudnienie na umowy cywilno-prawne, brak zaangażowania pracodawcy w zatrzymanie w firmie dobrego i dobrze opłacanego pracownika, który jednak nie czuje się w pracy szczęśliwym, może zakończyć się utratą fachowca. I nie pomogą tu nawet benefity firmowe.

Google tworzy konkurencję dla iMessage i Messengera

Nadchodzi nowa usługa komunikacyjna Google’a – nazywa się Chat i ma być konkurencją dla iMessage Apple. Jest to zunifikowana usługa przesyłania wiadomości dla użytkowników Androida, która zastąpi WhatsAppa, iMessage oraz także popularne od wielu lat SMS-y.

Nowa usługa Google’a – czym zastąpi SMS-y?

Rich Communication Services (RCS) – tak nazywa się rozwiązanie, które ma nastąpić po SMS-ach. Ponieważ Chat zostanie zintegrowany z wiadomościami od Google’a, jego użytkownicy nie będą musieli pobierać kolejnej aplikacji na telefony – co powinno ucieszyć osoby, które już teraz mają problem z pomieszczeniem w pamięci posiadanego urządzenia wszystkich pożądanych aplikacji.

Warto przeczytać: Usługi dodane a przychody z usług telekomunikacyjnych

Ma to być nowa usługa Google z kategorii tych, które omijają płatności za wysłany SMS czy MMS. Czyli działać podobnie, jak WhatsApp i iMessage. Novum polega na tym, że w porównaniu do komunikatora od Apple system nie będzie szyfrował danych. Powód: Google stawia na otwartość.

Gigant już teraz przedstawił nowe rozwiązanie producentom smartfonów, aby Chat mógł być wdrożony do nowych modeli telefonów dotykowych.

 

Standard & Poor’s: pozytywna perspektywa dla Polski

Agencja ratingowa Standard & Poor’s 13 kwietnia 2018 r. utrzymała pozycję Polski w ratingu na poziomie BBB+, natomiast zmieniła perspektywę ze stabilnej na pozytywną. Tym samym nie spełniły się nadzieje ekonomistów na zmianę ratingu dla Polski na poziom bardziej wiarygodny dla inwestorów zagranicznych. Niemniej korzystna zmiana prognozy ratingowej nie odbiera nadziei na zmianę na plus samego ratingu.

Dlaczego rating dla Polski bez zmian?

Lepsze prognozy Standard & Poor’s tłumaczy oczekiwaniem, że silny wzrost gospodarczy naszego kraju utrzyma się nadal w 2018 r. – to wynik analizy ogólnej odporności polskiej gospodarki oraz solidnego popytu zewnętrznego.

Warto przeczytać: Rozpędzona gospodarka

Rating dla Polski nie ulega jednak zmianie, gdyż w opinii Standard & Poor’s boom w gospodarce nie potrwa długo, choć na razie oczekuje się, że rodzima ekspansja gospodarcza będzie trwała. Przełoży się to na poprawę wyników fiskalnych w większym stopniu, niż przewidywali to wcześniej analitycy. Spowolnienie miałoby być wynikiem kurczenia się siły roboczej, presji płacowych i niepewnego globalnego środowiska.

Cyfrowa rewolucja w świecie faktur

Adam Głos, prezes zarządu Tax Care, o Chmurze Faktur, elektronicznych dokumentach ułatwiających życie przedsiębiorcom oraz słabościach systemu podatkowego

Rozmawia Barbara Grabowska

Chmura Faktur to platforma służąca do wystawiania, wysyłania i przechowywania faktur online bez konieczności drukowania dokumentów i gromadzenia ich w formie papierowej. Szykuje pan przedsiębiorcom niezłą cyfrową rewolucję!

Czy ja sam? Nie chciałbym tylko sobie przypisywać tej zasługi. Na pewno nie w 100 proc. Myślę, że to zbieg różnych czynników. Z jednej strony miałem pomysł, chciałem pomóc polskim przedsiębiorcom, a z drugiej jego realizację umożliwiły mi zmiany w regulacjach prawnych.

To znaczy?

Był taki czas, kiedy rozwiązania prawne blokowały wprowadzenie na masową skalę elektronicznego dokumentu. Do 2010 r. można było wystawiać e-fakturę, ale wymagała ona każdorazowo podpisu kwalifikowanego, czyli odpłatnego narzędzia do podpisywania dokumentów w komputerze, które nie było i do tej pory nie jest używane przez większość polskich firm. Faktury elektroniczne nie funkcjonowały w ogóle. W praktyce przedsiębiorcy przysyłali fakturę w pliku PDF bez e-podpisu, drukowali, składali, troszkę miętosili, żeby wyglądała na lekko zużytą, fizycznie doręczoną. Od tamtego czasu dużo się zmieniło. W tej chwili do wystawiania, przesyłania i archiwizacji faktur online niepotrzebny jest e-podpis. Organy podatkowe w niektórych interpretacjach indywidualnych dopuszczają też przechowywanie papierowych dokumentów w formie skanu czy zdjęcia i po- sługiwanie się nimi do rozliczeń podatkowych czy podczas czynności kontrolnych. Co więcej, 1,6 mln firm rozliczających VAT informacje o tym podatku może przekazywać fiskusowi wyłącznie online, a to oznacza, że dane z każdej wystawionej i otrzymanej faktury muszą przyjąć postać cyfrową.

Teraz fiskus zachęca do elektronicznych faktur?

Z jednej strony tak, z drugiej nie do końca mu to wychodzi. Słabością systemu podatkowego w Polsce jest to, że przepisy są zbyt często i do tego za szybko zmieniane. Często fiskus musi tłumaczyć, co miał na myśli – w ciągu roku wydaje ok. 30 tys. interpretacji indywidualnych. Co więcej, w teorii powinny one rozwiewać wątpliwości podatnika, a w rzeczywistości bywa różnie. Jest taki słynny przypadek mrożonej bagietki z masłem czosnkowym. W zależności od tego, czy potraktuje się ją jako danie mrożone, kanapkę czy ciastko (bo ma powyżej 5 proc. masła), może być obłożona podatkiem VAT 5-, 8- albo 23-procentowym i urząd skarbowy pozostawia dla podatnika obowiązek rozwiązania tego problemu, ale zastrzegając sobie jednocześnie prawo do swojej interpretacji w razie kontroli. Wątpliwości pojawiają się też przy wystawianiu, przesyłaniu i archiwizacji faktur online. Być może dlatego przedsiębiorcy nadal nie potrafią się rozstać z fakturami na papierze.

Podczas ostatniej konferencji prasowej mówił pan, że w Polsce wystawianych jest 1,5 mld faktur rocznie i tylko 30 proc. z nich powstaje za pośrednictwem rozwiązań online.

Tak, w dodatku co dziesiątą fakturę wystawia się ręcznie, na bloczku wypełnianym długopisem, a finalnie aż 98 proc. faktur przechowywanych jest w formie papierowej. Te 1,5 mld faktur ułożonych jedna za drugą ciągnęłyby się na ponad 400 tys. km i sięgnęłyby do Księżyca, a nawet dalej! Na ich wydrukowanie poświęca się ok. 128 tys. drzew rocznie. To niewiarygodne w czasach, gdy nie rozstajemy się ze smartfonami i z Internetem. A przecież kontrola dokumentów papierowych jest bardziej czasochłonna i droższa dla firm oraz gospodarki. Dlaczego tak się dzieje?

Ludzie boją się kontroli urzędów?

Myślę, że jest to wypadkowa wielu czynników. Po pierwsze to kwestia przyzwyczajenia. Przez lata coś robiło się w określony sposób. Zmianom nawyków nie sprzyja też niepewność prawa. Przedsiębiorcom łatwiej byłoby przekonać się do faktur online, gdyby urzędy skarbowe miały w tej sprawie jednolite stanowisko. Dzisiaj przez wiele osób faktury wyłącznie w formie elektronicznej są postrzegane jako ryzyko. To kwestia czasu i inwestycji, by zmienić przyzwyczajenia. My wdrażamy system, który to ułatwi. Wierzę, że doczekamy się momentu, kiedy zacznie być powszechnie używany. Razem z Chmurą Faktur przedsiębiorcy otrzymują wygodę. Mamy jedną platformę do wystawiania i odbierania dokumentów, do przekazywania ich księgowej. System obejmuje wszystkie etapy fakturowania. Właśnie. Chcieliśmy znieść bariery i wykreować prosty w obsłudze, intuicyjny system, który nie jest przeładowany funkcjami, który umożliwiałby właścicielowi firmy zarządzanie niemal całym swoim biznesowym wszechświatem. Chcieliśmy stworzyć system, który zaspokaja jedną konkretną potrzebę, ale od początku do końca. Stworzyliśmy więc aplikację, która umożliwia wystawianie, przekazywanie, odbieranie i przechowywanie faktur w jednym miejscu. Prosta usługa, oszczędza czas, nie wymaga żadnych nakładów, żadnych opłat, jest otwarta dla wszystkich uczestników życia gospodarczego – przedsiębiorców, biur księgowych, konsumentów i administracji publicznej.

Czyli wystarczy się zarejestrować?

Dokładnie tak. Podstawowa funkcjonalność zawsze będzie nieodpłatna. Można pójść dalej: założyć konto w Idea Banku, naszej spółce matce, można skorzystać z usług księgowych w Tax Care. Sama jednak Chmura Faktur jest i będzie dostępna bez żadnych opłat i limitów. W dodatku jest tym lepsza, im więcej przedsiębiorców z niej korzysta. Zależy nam na powszechności. Bo co z tego, że ja jestem w Chmurze Faktur, kiedy wszyscy moi kontrahenci korzystają z papieru. Wykreowaliśmy taki system, który pozwala użytkownikom zapraszać do Chmury Faktur innych i tym samym przenosić coraz więcej firm do cyfrowego świata, który ułatwia funkcjonowanie przedsiębiorstwa.

Brzmi jak tworzenie społeczności.

Troszkę tak, ale nie chcieliśmy iść w kierunku social mediów. Chmura Faktur ma ogromny potencjał, aby połączyć przedsiębiorców, tworząc unikatową biznesową sieć. Na koniec dnia biznes to ciężka praca, a nie ikonki z uśmieszkami. Na początku mieliśmy funkcje oznaczania ważnych dokumentów serduszkiem. To spotkało się z negatywną reakcją pierwszej grupy testującej, klientów Tax Care. „Przecież my nie kochamy tych faktur” – oburzyli się. Teraz zamiast serduszka jest gwiazdka.

Czym jest Tax Care?

To ogólnopolskie biuro rachunkowe nowego rodzaju. Istnieje na rynku od 2010 r. Rynek usług księgowych jest nasycony i bardzo trudny. W Polsce zarejestrowanych jest 70 tys. tego typu firm, według naszych szacunków aktywnych jest ok. 40 tys. Niestety świadczone przez nie usługi są bardzo nierówne. Niektóre biura są bardzo dobre merytorycznie, dostarczają usługi na wysokim poziomie, ale często o popularności biura świadczy to, że są tam dobra kawa i miła pani księgowa. Naszą misją jest ujednolicenie usług księgowych w naszym kraju. Tax Care jest największym biurem rachunkowym w Polsce, łącznie z naszymi partnerami obsługujemy ponad 25 tys. klientów. Działamy we własnych centrach księgowych, w największych miastach. Budujemy też Program Partnerski, współpracując z biurami rachunkowymi na podstawie modelu partnerskiego i franczyzowego. W ciągu dwóch lat chcemy być obecni w każdym mieście powiatowym w Polsce. Zależy nam, by usystematyzować rynek i zaoferować klientom ustandaryzowaną usługę księgową, tak by wiedzieli, czego można wymagać od księgowego. Niestety, klientom trudno jest ocenić jakość usług, bo efektów nie widać od razu. Utarło się twierdzenie, że każdą fakturę na firmę można wrzucić w koszty, ale nie o to chodzi. Dobry księgowy księguje tak, aby podczas kontroli urzędu skarbowego nie pojawiły się nieścisłości ani błędy, za które trzeba będzie zapłacić. To nie jak wizyta u fryzjera, kiedy od razu widać, czy ładnie nas obciął. W usługach księgowych profesjonalizm sprawdza się wtedy, kiedy przedsiębiorca przekazuje księgowemu zawiadomienie z urzędu skarbowego, który pyta o jego rozliczenia.

Jak więc wybrać dobre biuro?

Przyjść do Tax Care! Klienci często się obawiają, że gdy przyjdą do dużego biura, będą tylko numerkiem w tabelce arkusza kalkulacyjnego. Nie, nasze usługi są zindywidualizowane. I klienci to doceniają. Mówią, że czują się z nami bezpiecznie. Mają wsparcie merytoryczne, nieograniczony dostęp do usług i świadomość, że możemy udźwignąć odpowiedzialność za ewentualne błędy. Mamy największą na rynku, wymaganą polisę OC. Jesteśmy ubezpieczeni na wielomilionową sumę i mamy stabilność finansową dzięki działaniu w ramach dużej grupy kapitałowej.

Kim są państwa klienci?

To głównie mikrofirmy, takich jest najwięcej. Spośród 2 mln aktywnych firm zaledwie 2,5 proc. stanowią spółki kapitałowe, 97,5 proc. to jednoosobowe działalności gospodarcze i spółki osobowe. Naszą specjalnością są świeżo upieczeni przedsiębiorcy. Rocznie otwiera się około 350 tys. podmiotów – to niesamowita liczba chętnych do pracy na własny rachunek. Ci ludzie oczekują porady we wszystkich aspektach swojej działalności gospodarczej. Chociaż Polacy są zaradni. Więcej niż połowa przedsiębiorców w Polsce jeszcze do niedawna sama prowadziła sobie księgowość, mimo że koszt takiej usługi w przypadku małej firmy nie przekracza 200 zł miesięcznie.

A potem przychodzą do Tax Care z płaczem?

Dopóki nie przeżyją kontroli skarbowej! Ale przecież nie każdy przedsiębiorca w tym kraju jest kontrolowany i nie każdy musi mieć kłopoty. Już sam udział w takiej kontroli jest nieprzyjemny. My reprezentujemy naszych klientów w urzędzie, gdy zachodzi taka potrzeba. Nie każde biuro rachunkowe to robi.

Gdzie zdobywał pan swoje doświadczenie?

Zaczynałem na rynku doradztwa finansowego w firmie Expander. To była pewna misja, to był nowy produkt na rynku. Uczestniczyłem też w budowie sieci franczyzowej Expandera, zajmowałem się rozwojem franczyzy również w Getin Noble Bank, co przydaje mi się dzisiaj. W Tax Care zacząłem pracować osiem lat temu. Była to firma, która mieściła się w jednym pokoju. Prywatny start-up, który z dnia na dzień stał się ogólnopolskim przedsięwzięciem. Dzisiaj jesteśmy namiastką korporacji, a ja mam wielką satysfakcję z tego, co robimy! Jestem dumny zwłaszcza z naszych ostatnich trzech lat. Uprościliśmy księgowość dla najmniejszych firm, wprowadziliśmy rozwiązania uszyte na miarę małego biznesu, zmieniając usługi księgowe o 180 stopni. Opinie, jakimi dzielą się z nami klienci, mówią same za siebie – w ponad 90 proc. To opinie pozytywne!

Jakie są teraz największe przeszkody dla biur rachunkowych?

Mierzą się ze sporym wyzwaniem. To kulminacja przełomowych regulacji, które każą zerwać z przyzwyczajeniami. Mamy elektroniczne deklaracje VAT, pliki JPK, za chwilę będą Centralny Rejestr Faktur, e-kasy fiskalne i e-paragony. W tym momencie niewyobrażalne jest, aby księgowa nie pracowała na systemie księgowym online, do tego na bieżąco aktualizowanym. Tymczasem rzeczywistość szokuje! Takie scenki mi ostatnio opisywano: Urząd skarbowy. W ogromnej kolejce do informacji stoją przedsiębiorcy, głównie po pięćdziesiątce, z… laptopami w ręku. Wszyscy mieli problemy z JPK. Druga – uwaga – w centrum stolicy. Do urzędu przychodzi księgowa i pyta: „Gdzie dostanę druczki JPK?”. Nam paradoksalnie utrudnienia sprzyjają.

Chmura Faktur spodobała się administracji publicznej?

Jest pozytywne przyjęcie tego przedsięwzięcia. Przedstawiciele administracji wykazują duże zrozumienie w zakresie cyfryzacji i kreowania innowacyjnych platform dla przedsiębiorstw.

Kiedy państwa usługa stanie się tak popularna, że przedsiębiorca, wzorem pytania przy kasie: „Czy płaci pan kartą czy gotówką?”, usłyszy: „Faktura papierowa czy w chmurze”?

Czasy i technologie zmieniają się bardzo szybko. Myślę, że jest bardzo prawdopodobne, iż takie pytanie padnie szybciej, niż nam się to wydaje.

Co lubi Adam Głos:
Samochód: fiat 126p, najlepiej z Tomem Hanksem jako pasażerem!
Wakacje: Nie ma znaczenia miejsce, ważne z kim. Najlepiej z rodziną, bo mało mam dla niej czasu.
Sport: Staram się odnaleźć w nim przyjemność dla zdrowia, ale żeby lubić….
Hobby: Nowe technologie – bardzo pojemne stwierdzenie w dzisiejszych czasach

Smak życia

Aureliusz „Wilk” Herczakowski – szef kuchni, manager, autor książek – opowiada o tym, jak gotowanie stało się jego zawodem oraz o międzynarodowym projekcie sieci Zdrowych Restauracji i Kawiarni by FutureNet

Jest pan nietypowym kucharzem, managerem, popularyzatorem wiedzy o zdrowym żywieniu, a jednocześnie absolwentem dwóch uczelni, które nie mają nic wspólnego z dietetyką…

Wiem, że to nietypowy koktajl. Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie inaczej, niż sięgając do korzeni. Pierwsze studia to Wydział Elektryczny Politechniki Śląskiej, z której do dziś nie odebrałem dyplomu. W ogóle te studia były dziełem przypadku. Pochodzę z rodziny zafascynowanej medycyną i rodzice wymagając ode mnie, jak to się kiedyś mówiło, porządnego wykształcenia, oczekiwali, iż będę kształcił się w kierunku medycznym. Na szczęście nie była to dla mnie droga. Myślę, że wówczas silnie czułem, podobnie jak Rutherford, że nauką jest tylko fizyka, a reszta to filatelistyka (All science is either physics or stamp collecting). W związku z tym, że matematyka i fizyka nie sprawiały mi najmniejszego problemu, wybrałem taki wydział, na który zdaje się egzamin z tych dwóch przedmiotów. Jakoś zupełnie nie bałem się tej mojej rodzinnej odmienności. Wcześniej zresztą chodziłem do szkoły sportowej, gdzie nie było za wiele czasu na naukę chemii i biologii, grałem w piłkę ręczną i jeździłem na nartach. Kiedy w wieku 16 lat nabawiłem się fatalnej kontuzji kolana, moje marzenia o olimpiadzie legły w gruzach. Sport (prawie wyczynowy) nauczył mnie pozytywnej twardości charakteru. Pierwszym zajęciem, które w pewnym sensie łączy się z tym, co dziś robię, było, już od pierwszych lat studiów, szefowanie wspaniałemu i utytułowanemu klubowi studenckiemu Spirala, z którym udało mi się nawet wygrać laur najlepszego klubu w Polsce. Pamiętam, że rektor nie był specjalnie zachwycony, ponieważ główną nagrodę stanowił talon na autobus, za który uczelnia musiała zapłacić. Później zostałem dyrektorem artystycznym festiwalu FAMA. Tam poznałem wielu znakomitych twórców i kabareciarzy, którzy są moimi znajomymi do dzisiaj i będziemy współpracować w ramach projektu Aurelio by FutureNet.

A jak zaczęła się pana najważniejsza przygoda z gotowaniem?

Również nietypowo. Jakimś cudem wyjechałem w ramach wymiany studenckiej do IBM w Boca Raton na Florydzie. Po odbytej praktyce zapomniałem wrócić do Polski. Kiedy odjechał autobus, który miał mnie odwieźć na lotnisko, miałem chwilę refleksji, że pewnie nie będzie łatwo. Floryda jednak z nadmiarem kompensowała wszystkie moje troski i lęki. Szczerze mówiąc, Floryda była i jest dla mnie najcudowniejszym miejscem na ziemi. Zresztą to miejsce wymarzone, bo należę to tego pokolenia, które w latach 70. bawiło się na trzepaku w kowbojów i Indian – każdy z nas marzył o wyjeździe do Ameryki. Moja pierwsza praca, choć znakomicie płatna, była dziwnie uciążliwa – waxowanie samochodów. Pracowaliśmy w pełnym słońcu woskując samochody, ale dostawaliśmy po 100 dolarów za każdy. Dla dwóch to była robota na 3-4 godziny. Pewnego pięknego popołudnia dowiedziałem się, że nieopodal, w Fort Lauderdale, trwa rekrutacja pracowników na statki wycieczkowe. Wybrałem się tam trochę dla zabawy. Oficer prowadzący rekrutację omiótł wzrokiem grupę niskich Malajów, wśród których stałem i natychmiast wskazał na mnie. Mam 190 cm wzrostu. Powiedział, że potrzebny jest mu rosyjski kucharz i nie czekając na jakikolwiek sprzeciw, dał mi skierowanie do ośrodka szkolenia personelu cywilnego. Tam przeszedłem weryfikację jako potencjalny specjalista w dziedzinie kuchni europejskiej. I tak, nie mając żadnych kucharskich umiejętności, trafiłem na statki Celebrity.

Jak pan sobie poradził?

Odpowiem żartem – może zadziałały rodzinne geny. Mój dziadek był przed wojną kucharzem dworskim. Słynął z tego, że zwykle siedział przy stoliku niedaleko drzwi, od którego wstawał i szedł gotować tylko wtedy, gdy pojawiali się goście umiejący docenić jego talent. Innych obsługiwali pomocnicy dziadka. Moim pierwszym szefem kuchni był wybitnie utalentowany Gruzin, do którego zespołu trafiłem. Nie miał co do mnie złudzeń. Na wstępie stwierdził: domyślam się, że nic nie potrafisz, ale nie martw się, tu na początku nikt nie umie gotować, a po kilku miesiącach niektórzy stają się mistrzami, o których biją się hotele z całego świata.

Proszę opowiedzieć, jak od środka wygląda praca na luksusowym cruiserze?

Celebrity to armator posiadający wiele wycieczkowców. To najczęściej wielkie statki, często pływające kasyna z około tysiącem ludzi załogi i do 3,5 tys. pasażerów. Na statku jest kilka lub kilkanaście restauracji obsługiwanych przez wiele specjalistycznych kuchni zatrudniających 150-300 kucharzy i pomocników. Całym zespołem odpowiadającym za żywność kieruje oficer, który jest przede wszystkim intendentem i logistykiem. Główne jego zadanie polega na precyzyjnym zaplanowaniu zakupów żywności i ich dostawach w różnych portach. Jest to przedsięwzięcie na wielką skalę, co najlepiej ilustruje wielkość chłodni, do których wjeżdżają TIR-y z zaopatrzeniem. Podobnie przedstawia się kwestia przygotowywania ogromnych ilości potraw. Jeżeli jeden mały piec konwekcyjno-parowy jest w stanie przygotować 260 porcji na godzinę, to tam właśnie tyle tych porcji przygotowuje. Pieców takich na statku w sumie jest kilkadziesiąt. Słowem – wszystko jest dopasowane, wymierzone i wszelkie działania trzeba bardzo dokładnie planować. Wpadek pomaga uniknąć system Double Precision, polegający na tym, że maszyny pełniące najważniejsze funkcje są zdublowane. Wszystko to było dla mnie doskonałą szkołą – zrozumiałem, jak ważna jest w kuchni organizacja czasu, precyzyjne planowanie i przede wszystkim stosowanie najnowszych technologii. Co najważniejsze, spodobało mi się to. I tak właśnie nauczyłem się gotować.

Ile lat wytrzymał pan na wodzie?

Z przymusowymi przerwami trzy lata i dwa miesiące. Pracowałem 168 godzin miesięcznie i nie odmawiałem, gdy proponowano mi doskonale płatne nadgodziny. Jedyne, co mi się nie podobało, to brak sensownych zajęć po pracy. Wiem, że to brzmi dziwnie, bo ludzie marzą o takich podróżach, ale ja w niej uczestniczyłem non stop. Tak to już jest, że wszystko nam powszednieje. Rzadkie chwile na lądzie spędzałem głównie na Florydzie, w Orlando, Palm Beach i w raju surferów Cocoa Beach. Na surferów patrzyłem z zazdrością – byli wolni i szczęśliwi. Amerykańscy surferzy to tacy współcześni hippisi z Ron Jonem jako ojcem stylu. Pomyślałem, że mogę żyć podobnie jak oni i okrętowa dyscyplina zaczęła mnie nieco uwierać. Wydało mi się wtedy, że zarobiłem dość, by już nigdy nie pracować, ale nie chciałem też zostać rentierem. Postanowiłem wrócić do Polski i założyć własną firmę. Wybór padł na branżę informatyczną, w końcu to komputery były przyczyną mojego wyjazdu do Ameryki. Poznałem kilku bystrych inżynierów, którzy potrzebowali kapitalisty i tak stałem się współwłaścicielem biznesu IT. Była to udana inwestycja, która pozwalała mi realizować się także w dziedzinie gotowania – regularnie jeździłem do Grecji. Celebrity w tamtych czasach był greckim armatorem, a pływanie dało mi szereg śródziemnomorskich znajomości.

Dzięki temu znalazł pan też czas na kolejne studia?

Tak, poszedłem na te studia z greckiej inspiracji i z przyczyn absolutnie wewnętrznych – pewnej tęsknoty za filozofią (umiłowaniem rozumu). Postanowiłem jednak spróbować studiów filozoficznych, ale nie filozofologicznych, nie wdając się w wyjaśnianie tej subtelnej różnicy, myślę że humaniści będą wiedzieli, co mam na myśli. Byłem już na takim etapie swojego życia, że wiedziałem, że mój „przypadek istnienia” nie jest jakiś szczególnie osobliwy i chciałem poznać tych, co żyli wcześniej, w podobnym do mojego stylu. Skończyłem pełne magisterskie studia teologiczne, oczywiście jako osoba świecka, i ustaliłem, że to platoński porządek świata jest tym, w którym się idealnie odnajduję. Z okresem tych studiów wiąże się także radykalny zwrot w moim życiu, jak to do dzisiaj mówię: czas doświadczeń, sprawdzania tego, kim jestem i kim są ludzie z mojego otoczenia. Chciałbym, żeby to były doświadczenia sukcesu. Stało się jednak inaczej. Zainwestowałem w średni biznes produkcyjny. Po 5 miesiącach działania i przygotowywania się do modernizacji zakładu, mój wspólnik – dobry specjalista w tej dziedzinie – zmarł nagle na zawał serca. Bez niego ten biznes nie miał sensu. Spółka upadła, a ja zostałem ze sporymi długami i sporym majątkiem, który jednak okazał się trudno zbywalny. To doświadczenie nauczyło mnie, że każdy, nawet najlepszy plan, nie ma sensu, jeśli nie ma w tym planie miejsca dla pewnego nadprzyrodzonego gwaranta, który czuwa nad jego realizacją. Teologia uczy rozpoznawania takiej asystencji. Jak coś idzie zbyt łatwo, to pewnie idzie w złą stronę. I wtedy w moim życiu tak było. Oczywiście mówię to bez względu na to, czy ktoś jest wierzący, czy nie, po prostu tak już jest, że bez asysty kogoś ponad nami raczej nic nie wychodzi. Mówiąc platońsko: uważam też, że bez demiurga nie poznamy żadnej idei, a bez idei, bez dostępu do źródła niczego wartościowego nie wydumamy. Wracając do kuchni, to przyznać trzeba, że podglądanie obcych pomysłów (zresztą przeważnie wadliwych) jest cechą szczególnie widoczną wśród kucharzy. Wielu z nas, zamiast przepracować danie po swojemu, naśladuje różnych mistrzów i nie potrafi traktować recepty jako inspiracji i przygotować potrawy w sposób np. wyjątkowo zdrowy.

W pańskich książkach kulinarnych tematyka zdrowego żywienia jest pierwszoplanowa.

Nie może być inaczej! Popularyzuję swój model żywienia habitalnego i współpracuję z greckim psychologiem Georgem Paschalidisem, który ma miliony zwolenników na całym świecie. W Grecji jest kimś w rodzaju guru nie tylko w dziedzinie żywienia, Grecy nazywają go współczesnym Hipokratesem. Najprościej rzecz biorąc, jego teoria Tri-Anthropo-Type Paschalidis, zgodnie z nazwą, dzieli populację ludzi na trzy typy, które do zdrowego funkcjonowania wymagają innej diety. Model ten odnosi się do funkcjonowania ludzkiego mózgu i ciała, inaczej mówiąc jest to wiedza, co robić, czego unikać, co jeść, a czego nie jeść, aby nie chorować i wolniej się starzeć. Blisko też współpracuję ze świetnym greckim kucharzem młodego pokolenia Dimitrisem, jego synem. Napisaliśmy razem bestseller „Uzdrowić umysł i ciało”. Książka ta pokazuje, jak dzięki właściwemu doborowi potraw do swojego typu antropologicznego poprawić odporność immunologiczną organizmu do tego stopnia, że sam zacznie się uzdrawiać. Takie realne zastosowanie zasady Primum non nocere w żywieniu.

Wróćmy na chwilę do filozofii i teologii – to zaskakujące, jak wielu top managerów ukończyło tego rodzaju studia.

Wcale mnie to nie dziwi, jest to wiedza o charakterze ogólnym, a w mojej ocenie to jedyny dobry fundament dalszej specjalizacji. Dla mnie niezrozumiałym jest to, jak do stanowisk rządowych, które powinny być obsadzane przez wizjonerów, kreatywnych humanistów, dochodzą np. księgowi. Księgowi, nie obrażajcie się, posługuję się jedynie przykładem, szanuję księgowych i doceniam to, że w większości nie jesteście kreatywni. Właśnie dlatego warto wiedzieć, że: „Szczęśliwy człowiek, który zna swoje miejsce w szeregu”. To oczywiście Platon.

Został pan zaproszony do gastronomicznego projektu firmy FutureNet – operatora social-media i rynku nowych technologii. Wiemy, że restauracja będzie się nazywała Aurelio by FutureNet.

FutureNet to firma, która w swoim modelu biznesowym na pierwszym miejscu stawia ludzi, ich sukces, dobre zdrowie, radość życia i wolność. Tę samą wolność, którą widziałem u surferów. To wszystko bardzo harmonizuje z moim podejściem do życia. Gastronomiczny projekt FutureNet tworzy rzeczywiste miejsca spotkań, czym przeciwdziała alienacji, do jakiej prowadzi osobista technologia IT. Można powiedzieć, że firma działająca głównie wirtualnie, tworząc realne miejsca spotkania działa trochę wbrew sobie. Takie działanie wymaga surferskiego pragnienia wolności i odwagi. Dzisiejszy świat zna wielu takich top managerów-wizjonerów, którzy wyznaczają ponadczasowe kierunki rozwoju cywilizacji: Branson, Musk, Jobs i wielu innych. Kiedy w lipcu zeszłego roku omawialiśmy projekt współpracy i kiedy przedstawiłem, jak nowocześnie powinna być wyposażona restauracja oraz jakie trudności możemy napotkać, właściciele FutureNet nie wahali się nawet przez moment. Mimo kosztów inwestycji uzgodniliśmy, że to mój model żywienia będzie podstawą gastronomii, którą oni chcieliby stworzyć i wspierać. Od tego momentu działamy razem. Powstający w Warszawie lokal będzie pierwszy, później zostanie powielony w innych miejscach na całym świecie. Jest już wielu zainteresowanych, niemniej rozwój sieci planowany jest na rok 2020.

Jak łatwo się domyślić, warszawski lokal będzie wyjątkowy.

Naszym celem jest stworzenie wymarzonego miejsca spotkań dla bardzo szerokiego spectrum gości: od wymagających gości biznesowych, poprzez casual, turystów, fanów zdrowego stylu życia, designerów, aż po środowiska artystyczne. Lokal, poza menu dobranym do typów antropologicznych, będzie miał też piękny wystrój, co, mam nadzieję, będzie sprzyjać kontaktom nie tylko biznesowym. Restauracja Aurelio będzie miała bogatą ofertę artystyczną na bardzo wysokim poziomie – za tę część działań odpowiada Leszek Malinowski, lider kabaretu Koń Polski i producent Koszalińskiej Nocy Kabaretowej. Restauracja zostanie podzielona na trzy strefy: piwnica kabaretowa z barem na poziomie -1, klasyczna casualowa restauracja na parterze, a na piętrze elegancki lokal z salkami konferencyjnymi. Wnętrza lokalu są dziełem Natalii Nguyen, a ściany zdobią panele od Roberto Cavalli. W ramach współpracy z FutureNet realizujemy także kawiarniany koncept gastronomiczny FutureNet Cafe. Kilka kawiarni na świecie już powstało, a pierwsza polska powstaje we Wrocławiu.

Jak przebiega realizacja takiej inwestycji? Czy wszystko udało się zaplanować i przewidzieć?

Oczywiście że nie! Nie ma się co tutaj żalić na konkretne sytuacje. Jest bardzo ciężko pod każdym względem, ale jak już wcześniej wspomniałem, jeśli byłoby zbyt łatwo, to źle by to wróżyło biznesowi. Jestem już na tyle doświadczony, że doprowadzimy to dzieło do szczęśliwego otwarcia ku radości naszej, a przede wszystkim radości naszych gości.

Czy są jakieś cechy, które są wspólne dla dobrego kucharza i dobrego managera?

Tak. Szacunek i sympatia dla ludzi – bez względu na to, kim są i skąd pochodzą. Ważne są także wysokie standardy w utrzymaniu jakości swoich produkcji i czynów.

Co lubi Aureliusz „Wilk” Herczakowski?
Zegarki – Maurice Lacroix
Pióra – Waterman
Wypoczynek – Floryda
Kuchnia – habitalna
Restauracja – Restauracja Lwia Brama² we Wrocławiu
Samochód – Ford Mustang GT
Hobby – narty, fishing. Jak każdy kucharz, zbiera noże. Szczególnie ceni japońskie Kai oraz polską markę polskiego kowala Pawła Pawlika – Kaminari Knives

Porsche zrodziło się z marzenia

Wojciech Grzegorski, dyrektor marki Porsche w Polsce, o tym, dlaczego właśnie ta marka premium jest skazana na sukces, innowacjach technologicznych, nowym wymiarze elektromobilności oraz zespole, z którym pracuje.

Rozmawia Jarek Dotka

Jest pan specjalistą w dziedzinie marketingu, absolwentem poznańskiego Uniwersytetu Ekonomicznego i prestiżowego ESCP-EAP na Oxfordzie. Karierę zawodową rozpoczynał pan w sektorze FMCG…

Moja droga zawodowa prowadziła przez obszary zarówno sprzedażowe, jak i marketingowe. Doświadczenie zdobywałem także na rynkach międzynarodowych podczas praktyk i blisko trzyletniego kontraktu na rynku brytyjskim. Miałem to szczęście, że zawsze widziałem możliwości rozwoju i te możliwości były mi dawane, dzięki czemu pojęcie wychodzenia poza strefę komfortu zawodowego nie jest mi obce.

Dlaczego zdecydował się pan na przejście do branży samochodowej?

Lubię zmiany i wyzwania. Branża FMCG z racji zachowań konsumenckich oraz szerokiej oferty produktów jest miejscem bardzo dynamicznym i przez wiele lat dawała mi możliwości realizacji moich celów zawodowych. Niemniej moją wielką miłością od dzieciństwa jest motoryzacja. W pewnej chwili przyszedł zatem czas na zmianę marzenia o połączeniu pracy zawodowej z moją miłością do aut w konkretny plan. Plan ten zrealizowałem, do zespołu Volkswagen Group Polska, a dokładniej do marki Seat.

Czy rozpoczynając pracę w Volkswagen Group Polska, przypuszczał pan, że zaledwie po czterech latach trafi pan wisienkę na torcie, czyli szefowanie polskiej sieci Porsche?

Na pewno nie spodziewałem się, że to nastąpi tak szybko. Choć nie będę ukrywał, że już na początku przygody z branżą motoryzacyjną moim jasnym celem było dołączenie do zespołu Porsche. Zakładanie, że będzie to możliwe w tak krótkim czasie, byłoby pychą, w końcu Porsche to – jak pan określił – wisienka na torcie czy może raczej brylant w koronie Grupy. Kiedy działa się w branży samochodowej, w naturalny sposób marzy się o pracy dla takiej marki, bo jest ona kwintesencją tego, co w motoryzacji najlepsze. Dla mnie ma to jeszcze większe znaczenie, ponieważ od lat jestem fanem sportowych aut z Zuffenhausen.

Czym dla pana jest marka Porsche?

Z większości chłopięcych marzeń się wyrasta. Tylko nieliczni z nas zostają astronautami czy strażakami. Nie znam jednak nikogo, kto po wejściu w dorosłość przestałby marzyć o Porsche. Ba! Czasami te marzenia wracają do nas ze zdwojoną siłą w wieku dojrzałym. To dlatego, że samo Porsche zrodziło się z marzenia. Z marzenia Ferry’ego Porschego o samochodzie doskonałym, w którym nowoczesne rozwiązania technologiczne nie służą powściąganiu emocji towarzyszących szybkiej jeździe, ale wręcz przeciwnie – pozwalają przeżyć je jeszcze silniej i głębiej. Tej filozofii Porsche pozostało wierne przez 70 lat. To dlatego Wolfgang Porsche, syn Ferry’ego i obecny przewodniczący rady nadzorczej firmy, nawet w latach kryzysu mówił, że „legenda marki nigdy nie przeminie”. Nie mylił się, a legenda wróciła mocniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.

Jak pan ocenia dotychczasowe wyniki sprzedaży Porsche w Polsce?

Trudno nie być zadowolonym. Od kilku lat notujemy nieustanne wzrosty sprzedaży, a w 2016 r. po raz pierwszy przekroczyliśmy barierę tysiąca nowych samochodów Porsche zarejestrowanych w naszym kraju. W ubiegłym roku pobiliśmy kolejny rekord, zarejestrowanych w Polsce zostało 1335 aut naszej marki. To wpisuje się w trend coraz lepszych wyników marki na całym świecie, choć chcę podkreślić, że nasze wzrosty są bardziej dynamiczne. Na przykład w ubiegłym roku na świecie Porsche wzrosło o 4 proc., podczas gdy rynek polski zanotował 20-procentowy wzrost. Jesteśmy też czołowym rynkiem naszego regionu. Spośród państw Europy Środkowej i Wschodniej to właśnie w Polsce sprzedaje się najwięcej Porsche. Na drugim i trzecim miejscu są, odpowiednio, Turcja i Ukraina.

Co jest podstawą sukcesu Porsche na polskim rynku?

W Polsce Porsche zawsze było synonimem nie tylko najwyższej jakości, nie tylko luksusu, ale przede wszystkim emocji i niesamowitych przeżyć związanych z jazdą autem. Tak było jeszcze za czasów PRL. Kiedy w filmie „Motylem jestem, czyli romans 40-latka” twórcy chcieli pokazać, że grana przez Irenę Jarocką piosenkarka żyje pełnią życia, posadzili ją za kierownicą Porsche 911 Targa. Wtedy było to coś absolutnie nieosiągalnego dla Polaka, z wyjątkiem nielicznych osób, takich jak kierowcy rajdowi i gwiazdy estrady. Dziś Porsche może kupić każdy, kogo na nie stać. A ponieważ Polacy się bogacą, coraz chętniej spełniają to marzenie.

Jak pan ocenia potencjał sprzedaży w kontekście konkurencji?

Trudno odnosić się do konkurencji, ponieważ dla nas jedynym punktem odniesienia są nasi klienci. To dla nich tworzymy auta, nieustannie wsłuchujemy się w ich potrzeby, co skutkowało tak wyjątkowymi projektami jak wprowadzone na rynek przed laty Porsche Boxster pierwszej generacji, pierwsze Cayenne czy współcześnie model Panamera Sport Turismo. Mamy odwagę prezentować auta, które mają bardzo mocny charakter, i nasi klienci to doceniają. Także dlatego, że wszystkie nasze samochody są najbardziej sportowymi autami w swoich klasach – każde z nich ma w sobie sportowe DNA, które definiuje wyjątkowy, sportowy charakter Porsche.

Jak przekonałby pan potencjalnego klienta do przejścia z marki premium do super premium, jaką jest Porsche? Jakimi argumentami przebić barierę ceny?

Zacząłbym od tego, że posadziłbym go za kierownicą któregokolwiek modelu Porsche i zabrał na przejażdżkę. Najpierw bowiem trzeba zrozumieć, czym jest doświadczenie Porsche. Nie chodzi tylko o luksus, wygodę i przyjemność obcowania z najwyższą jakością. Nie mówię też wyłącznie o najnowszych rozwiązaniach technologicznych, zarówno tych związanych z prowadzeniem auta, jak i systemach łączności Porsche Connect. Chodzi też o emocje związane z jazdą Porsche, które – bez względu na model, od Macana do 911 – pozostają wiernym odbiciem emocji, które w modelu 356 zaklął 70 lat temu Ferry Porsche. Kto odczuje to na własnej skórze, ten będzie chciał zrobić kolejny krok. Jestem o tym całkowicie przekonany.

Elektromobilność odmienia się na świecie przez wszystkie przypadki. Czekamy na pierwsze elektryczne Porsche. Kiedy trafi na rynek i czym będzie się wyróżniało? Konkurencyjne firmy już budują działy marketingu, które będą zajmowały się sprzedażą tego typu samochodów. Jesteście na to przygotowani?

Elektromobilność to obecnie najważniejsze wyzwanie zarówno dla całego rynku motoryzacyjnego, jak i dla Porsche. Mission E – pierwszy całkowicie elektryczny sportowy samochód naszej marki – to w tej chwili jedenz najważniejszych projektów w firmie. Auto będzie dysponowało ponad 500 kilometrowym zasięgiem, będzie przyspieszać od 0 do 100 km/h w mniej niż 3,5 s. Trafi na rynek w 2019 r. i jestem przekonany, że będzie wielką gratką dla miłośników motoryzacji, ponieważ w zupełnie nowym ujęciu technologii napędu zachowa charakter sportowego samochodu Porsche. Równolegle pracujemy nad innymi projektami w tej dziedzinie. Na ostatnich targach motoryzacyjnych w Genewie zaprezentowaliśmy auto koncepcyjne – Porsche Mission E Cross Turismo. To kolejny krok w stronę elektromobilności. Natomiast we wspólnym projekcie IONITY wraz z innymi gigantami motoryzacji budujemy sieć stacji szybkiego ładowania wzdłuż najważniejszych europejskich dróg. Co więcej, od przyszłego roku startujemy w wyścigach Formuły E. To będzie dla nas idealny poligon doświadczalny, podobnie jak w długodystansowych mistrzostwach świata klasy LMP1, gdzie naszymi hybrydowymi Porsche 919 Hybrid zdobyliśmy trzy lata z rzędu zwycięskie tytuły, nie tylko w klasyfikacji generalnej, lecz także w prestiżowym, legendarnym, 24-godzinnym wyścigu we francuskim Le Mans. Technologia rozwijana w najbardziej ekstremalnych warunkach – na torze wyścigowym – przechodzi następnie do samochodów, które użytkowane są przez naszych klientów na co dzień. Dokładnie tak samo będzie z całkowicie elektrycznymi Porsche.

Czym dla Porsche są innowacje?

Jak mówi prezes Porsche Oliver Blume, są trzy główne błędy myślowe związane z innowacjami, których musimy unikać. Pierwszy – to, że innowacja oznacza ulepszanie tego, co jest. Nie, musimy cały czas rzucać wyzwanie rzeczom, które wydają się fundamentalne. Stąd nasza odwaga, żeby stworzyć elektryczne Porsche. Drugi – że wręcz przeciwnie, innowacja musi wiązać się z czymś rewolucyjnym, wcześniej nigdy niespotykanym. To też nieprawda. Porsche nie wymyśliło SUV-a, ale sprawiło, że SUV może dawać doświadczenie Porsche. I trzeci – że dla Porsche innowacja zawsze musi oznaczać nowy samochód. Nie, cały czas pracujemy nad technologiami, procesami i usługami, które na pierwszy rzut oka nie mają bezpośredniego związku z motoryzacją. I nie ma wątpliwości, że niektóre z nowych rozwiązań znanych na rynku znajdą swoje zastosowanie również w Porsche.

Jak wygląda zainteresowanie polskiego rynku autami customizowanymi pod kątem życzeń klienta?

Polacy lubią nadawać swoim Porsche indywidualny wyraz. Porsche Exclusive Manufaktur to program opcjonalnych dodatków, które są wyjściem naprzeciw potrzebie zindywidualizowania własnego samochodu. W naszej marce klienci często kupują samochód w ramach nagrody za ciężką pracę i odwagę w życiu – stąd chcą, aby auto było dla nich uszyte na miarę. W ramach programu opcji Exclusive można zamówić nie tylko lakier na życzenie – z historycznej palety marki lub po prostu z przedmiotu, który przyniesiemy do Porsche Centrum jako tzw. próbkę – lecz także tak interesujące dodatki jak obszyte skórą lub lakierowane kratki nawiewu powietrza, obszyte skórą lusterko wsteczne czy guziki do regulacji pozycji fotela.

Które modele Porsche są klasykami już w chwili zakupu?

To przede wszystkim ultrasportowe samochody, które pod pewnymi względami plasują się bliżej wyścigowych, torowych modeli niż typowych aut, które możemy oglądać w salonach. Ostatnią naszą premierą jest Porsche 911 GT3 RS. To model, który w każ- dym swoim szczególe odnosi się do sportów motorowych. Jest obecnie najmocniejszą wolnossącą dziewięćsetjedenastką, jej czterolitrowy silnik generuje bez żadnych turbosprężarek aż 520 KM. Siedząc w kubełkowym fotelu z włókna węglowego, kierowca 911 GT3 RS nie będzie miał wątpliwości, że to auto zbudowano po to, by się nim ścigać. Świadczą o tym zarówno zewnętrzne elementy wyglądu (klasyczne tylne skrzydło i szerokie nadwozie), jak i zredukowane wyposażenie wnętrza (np. drzwi otwiera się nie za pomocą klamek, ale materiałowych pętli) mające na celu ograniczenie wagi samochodu. Kilka miesięcy temu, przed zaprezentowaniem 911 GT3 RS, główną premierą wśród naszych ekstremalnie sportowych aut było Porsche 911 GT2 RS – najmocniejsza dziewięćsetjedenastka w historii. Auto, które ustanowiło nowy rekord na północnej pętli toru Nürburgring. 700 KM mocy i tylko 2,8 s przyspieszenia do 100 km/h. Te auta to szczyt współczesnej technologii w motoryzacji – jesteśmy z nich bardzo dumni.

Jak przystało na „Managera”, nie może się obejść bez pytania o pańskie doświadczenia dotyczące zarządzania firmą i pracownikami.

Porsche to nie tylko auta. Siłą marki jest także zespół ludzi, który na co dzień dba nie tylko o sprawność procesów biznesowych, ale przede wszystkim o zadowolenie klientów marki z Zuffenhausen. Po latach prowadzenia zespołów handlowych wiem, że miarą siły firmy jest siła kolektywu ludzi, którzy firmę tworzą. W moich zespołach dbam o różnorodność osobowości i do- świadczeń, by dywersyfikacja wiedzy i doświadczeń dawała większą sumę możliwych rozwiązań biznesowych. Już pierwszego dnia pracy tutaj przekonałem się, że w Porsche rozwijanie takiego właśnie zespołu będzie wzmocnione przez fascynację historią, ewolucją, tym, czym dzisiaj jest Porsche, oraz przyszłością marki, którą każda osoba w moim zespole podziela.

Co lubi Wojciech Grzegorczyk:

Wypoczynek: „W chwilach, kiedy czuję, że potrzebuję oddechu i czasu, by oczyścić myśli, ucieczką są dla mnie góry, eksplorowane zarówno zimą na nartach i snowboardzie, jak i latem, podczas całodniowych wędrówek”.

Kuchnia: „Pasję do gotowania łączę z ogromną przyjemnością, jaką są dla mnie spotkania z przyjaciółmi”.

Samochód: „Porsche 911 model G, którego jestem szczęśliwym posiadaczem. Auto jest moim rówieśnikiem i na pewno zostanie w rodzinie na lata. Jeżeli chodzi o bardziej współczesne auta, to kwintesencją 911 jest dla mnie model 993, czyli połączenie bardzo klasycznej linii, silnika chłodzonego powietrzem i współczesnych osiągów. Z aktualnej palety Porsche jest to bez dwóch zdań 911 GT3 z manualną skrzynią biegów i przeniesieniem napędu na tylną oś. Puryzm Porsche w pełnym tego słowa znaczeniu”.

Hobby: „Jestem człowiekiem wielu pasji i zainteresowań, szukającym nowych wyzwań. Łączenie takiego podejścia do życia z prowadzeniem życia rodzinnego nie jest oczywiste, dlatego staram się me pasje łączyć w pary. Dla przykładu, moją wielką miłość do muzyki alternatywnej i rockowej łączę z uprawianiem sportów. Takie połączenia dają świetne efekty. Nie ukrywam, że muzyka zawsze pcha mnie do osiągania życiówek w biegach długodystansowych, w tym w maratonach”.

Debreczyn: inwestycje na lotnisku

Debreczyn, drugie co do wielkości miasto na Węgrzech, okazuje się dobrym miejscem na inwestycje na lotnisku. Od czasu, jak dwa lata temu Lufthansa uruchomiła tam swój pierwszy bezpośredni lot, w debreczyńskim airporcie kapitał ulokowały już trzy duże firmy niemieckie. Inwestycyjna passa potrwa, ponieważ niemiecki przewoźnik zapowiedział już, że w tym roku będzie obsługiwać tygodniowo 178 lotów na Węgry i z powrotem.

Inwestycje na lotnisku z potencjałem

Airport w Debreczynie jest mniejszy niż lotnisko w Budapeszcie, ale charakteryzuje się dużym potencjałem i wysoką dynamiką rozwoju. Ze statystyk wynika, że tylko w zeszłym roku liczba pasażerów, którzy skorzystali z usług tego portu lotniczego wzrosła o 12 proc. To niewiele mniej od głównego lotniska na Węgrzech – budapeszteński airport odnotował w tym samym czasie 14-proc. wzrost liczby pasażerów i był to najlepszy, jak dotąd, wzrost w historii tego lotniska.

Warto przeczytać: WizzAir — największe inwestycje w historii

Szacuje się, że debreczyński airport obsłuży w najbliższym czasie 360 tys, podróżnych, co daje podobny stopień wzrostu, jak w 2017 r. i otwiera perspektywy na dalsze inwestycje na lotnisku.

Ważne Informacje

Solidne wyniki finansowe Dassault Systèmes za drugi kwartał 2026

Firma Dassault Systèmes ogłosiła szacunkowe wyniki finansowe wg IFRS za drugi kwartał 2026 roku i pierwszą połowę roku, zakończoną 30 czerwca 2026 roku. Całkowite...

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...