.
Strona główna Blog Strona 20

Czas zmian na rynku motoryzacyjnym

Witold Wcisło, prezes zarządu Inchcape Polska, opowiada o dynamicznych zmianach na rynku motoryzacyjnym. Podkreśla, że dla nowego pokolenia nabywców samochód jest częścią inteligentnego ekosystemu – zintegrowanego z domem, telefonem i pracą

Kieruje pan firmą, która jest liderem sprzedaży BMW w Polsce.

Nie lubię się chwalić, ale warto zauważyć, że spotykamy się w salonie, który od kilku lat sprzedaje największą liczbę samochodów tej marki. Warto podkreślić, że Inchcape to jedna z największych i najbardziej wpływowych firm dystrybucyjnych na świecie, obecna na 40 rynkach. W Europie działamy m.in. na Litwie, Łotwie, w Estonii, Finlandii, Rumunii, Bułgarii, Grecji i Belgii. Globalnie – również na Filipinach, w Australii, Indonezji, Ameryce czy w Afryce. Co ważne – jesteśmy liderem na każdym z tych rynków. Na świecie reprezentujemy ponad 60 marek. Sprzedajemy nie tylko samochody osobowe, ale też maszyny budowlane, ciężarówki, autobusy i motocykle. Nasza obecna strategia zakłada dynamiczny rozwój w dziedzinie pojazdów użytkowych i specjalistycznych.

Od jak dawna Inchcape działa w Polsce?

Jesteśmy tu obecni od ponad 20 lat. Od początku naszym głównym partnerem jest BMW. Prowadzimy trzy salony tej marki – w Warszawie, Wrocławiu i Poznaniu. W stolicy mamy ponadto autoryzowany serwis BMW oraz Jaguar Land Rover.

Kilka lat temu Inchcape został dystrybutorem samochodów Jaguar i Land Rover, a ostatnio również XPENG.

Obydwie znakomite brytyjskie marki reprezentujemy w Polsce jako wyłączny importer od około czterech lat. Natomiast od kilku miesięcy jesteśmy dystrybutorem XPENG – jednej z najbardziej zaawansowanych technologicznie chińskich marek samochodów elektrycznych.

Skalę firmy najlepiej ilustrują liczby.

W Polsce zatrudniamy ponad 500 osób, a nasze roczne obroty przekraczają miliard złotych. Globalnie Inchcape zatrudnia prawie 19 tysięcy osób. Co istotne, w firmie mówi się o „colleagues”, czyli współpracownikach lub, co lepiej brzmi, o kolegach. Jest to element partnerskiej kultury organizacyjnej.

Rynek motoryzacyjny szybko się zmienia. To już nie tylko auta elektryczne, ale przede wszystkim ofensywa chińskich marek, a gdzieś w tle rosnące zainteresowanie youngtimerami…

Zgadzam się, jesteśmy świadkami dynamicznych przemian. Elektryfikacja, zmiana sposobu przemieszczania się, cyfryzacja – wszystko to kształtuje nową rzeczywistość. Jeśli chodzi o youngtimery, jest to nadal nisza – raczej dla zamożnych pasjonatów. Osobiście nie jestem kolekcjonerem, ale znam klientów, którzy mają po kilkanaście klasyków w garażu. Jeden z moich znajomych posiada m.in. BMW M1, warte dziś blisko milion euro. Jednak jako firma nie zamierzamy wchodzić bezpośrednio w ten segment. Za to zapewniamy dostęp do oryginalnych części zamiennych – nawet do modeli sprzed 30 i więcej lat.

To się opłaca?

Ekonomicznie – może nie zawsze. Ale z perspektywy relacji z klientami i budowy lojalności – zdecydowanie tak. BMW kładzie ogromny nacisk na jakość obsługi i kompleksowość oferty. To procentuje.

Przejdźmy zatem do elektromobilności. Czy to rzeczywiście trwały trend?

Jestem przekonany, że tak. Znajdujemy się w niezwykle dynamicznym momencie dla całej branży. Owszem, boom na auta elektryczne miał w sobie element PR-u, ale dziś to już kwestia zwrotu technologicznego. To, jak wyglądają samochody, jak się nimi poruszamy, jakie dają możliwości – radykalnie się zmienia. Młodsze pokolenia interesują przede wszystkim nowoczesne technologie, a nie naprawianie aut w garażu. Dla nich samochód ma być częścią inteligentnego ekosystemu – zintegrowanego z domem, telefonem, pracą.

Samochód jako smartfon na kołach?

Dziś można zdalnie sprawdzić poziom paliwa, stan oleju, uruchomić silnik, włączyć światła czy klimatyzację. To już nie przyszłość – to teraźniejszość. Stąd m.in. nasza decyzja o współpracy z firmą XPENG, która wyrosła z technologii, a dopiero potem zajęła się produkcją samochodów.

Właśnie dlatego wybraliście XPENG jako partnera w Polsce?

XPENG idealnie wpisuje się w naszą strategię elektromobilności. Oferuje auta z bardzo dobrym zasięgiem prawie 600 km, ładowane w 12 minut do 80 proc. Co ważne – są to dane, które sprawdzają się w praktyce, a nie tylko w katalogach. Sam testowałem wiele aut z segmentu Premium i to, co oferuje XPENG w zakresie systemów wspomagania kierowcy, jest naprawdę imponujące.

Na przykład?

Funkcja automatycznego parkowania. W wielu autach istnieje, ale działa słabo. W XPENG-u sprawdza się znakomicie. Samochód rozpoznaje miejsca parkingowe, potrafi samodzielnie manewrować, cofnąć się – i robi to bez udziału kierowcy. To nie jest ciekawostka – to naprawdę działa.

To zasługa technologii?

Zdecydowanie. 30 proc. pracowników XPENG to inżynierowie pracujący nad innowacjami. To pokazuje, gdzie leży DNA tej marki. A my jako Inchcape, mamy 20-letnie doświadczenie w Polsce i doskonale wiemy, czego oczekuje klient Premium. XPENG to obecnie jedyny chiński producent oferujący auta elektryczne w tym segmencie w Polsce.

Chińskie auta postrzegane są jako tańsze – o 20–30 proc. w stosunku do europejskich odpowiedników i co ważne – wcale nie gorsze. Jak pan widzi ich przyszłość?

Cena to jeden z elementów, ale nie najważniejszy. Klienci patrzą na jakość, gwarancję – w XPENG to 7 lat, a przede wszystkim – na realną użyteczność i zasięg. Segment aut elektrycznych rozwija się w Polsce coraz szybciej – wzrost wynosi ponad 50 proc. rok do roku. W naszej firmie XPENG odpowiada za dużą część tego wzrostu, ale też BMW dobrze sobie radzi w tym segmencie – są to wzrosty na poziomie 30–33 proc.

Europejskie marki kiedyś wyprzedzały chińskie w dziedzinie elektromobilności, a dziś muszą je gonić.

Jeśli nie chcą zostać w tyle, muszą zrozumieć, że klienci oczekują dziś aut, które spełniają ich realne potrzeby – rzeczywisty zasięg powyżej 400 km, szybkie ładowanie, niezawodność. Testowaliśmy w drodze samochód XPENG – intensywnie, z pełnym obciążeniem, z włączoną klimatyzacją i radiem, na długich trasach – i wyniki były nawet lepsze niż te deklarowane.

A więc coraz silniejsza obecność chińskich aut w Polsce to już pewnik?

Tak, ale pod warunkiem, że nadal będą spełniały oczekiwania jakościowe, technologiczne i cenowe. Klienci oczekują balansu: technologii, niezawodności, zasięgu i ceny. XPENG to oferuje. Dlatego jest dla nas strategicznym partnerem w elektromobilności.

Mówił pan o przyszłości motoryzacji – jakie trendy poza elektromobilnością uważa pan za kluczowe?

Jednym z najważniejszych kierunków jest autonomiczna jazda. To już nie jest science fiction – to się dzieje. W Japonii czy Stanach Zjednoczonych już dziś testowane są samochody jeżdżące bez udziału kierowcy.

Czy prawo nadąża za technologią?

Nie do końca. W Europie przepisy wciąż nie pozwalają na pełną autonomię – dopiero się kształtują. W Stanach czy Chinach są bardziej liberalne rozwiązania, stąd przewaga tych rynków. Ale to tylko kwestia czasu, zanim u nas również się to zmieni.

A latające pojazdy? Jeden z nich pokazaliście na prezentacji XPENG.

Naprawdę się to dzieje. Marka XPENG już dziś prowadzi trzy projekty związane z latającymi pojazdami i zbiera na nie zamówienia. Testowaliśmy ich wielki dron, który jest rodzajem latającej taksówki. To nie są prototypy w fazie koncepcji – to realne produkty. Póki co brakuje jednak regulacji prawnych, żeby rozpocząć sprzedaż, ale technologia już istnieje.

Zmienia się też sam krajobraz motoryzacji, marki, które wcześniej nie słynęły z designu, dziś produkują naprawdę atrakcyjne samochody.

Zgadza się. Widać ogromny postęp. Zmieniło się podejście producentów – design przestał być tylko dodatkiem, stał się kluczowym wyróżnikiem.

A polski rynek? Z miesiąca na miesiąc przybywa samochodów z wyższej półki.

To prawda. Na zakup decyduje się coraz więcej przedsiębiorców – zakup auta na firmę jest dziś stosunkowo prosty i korzystny podatkowo. Stąd tak dynamiczny wzrost obecności aut klasy Premium na naszych drogach.

Kiedyś za samochód płaciło się gotówką. Dziś coraz częściej korzystamy z leasingu, często z dużą wartością wykupu końcowego, albo też z wynajmu długoterminowego.

Są to rozwiązania, które pozwalają korzystać z aut wyższej klasy za relatywnie niewielkie pieniądze. Co dalej z tym rynkiem? Wydaje się, że ten trend będzie się już tylko umacniał. Choć leasing i wynajem długoterminowy to trend światowy, jego skala w Polsce jest wyjątkowa. Udział tego typu transakcji w naszym kraju jest znacznie wyższy niż w innych częściach Europy. Świadczy to o zmianie podejścia – coraz więcej osób chce korzystać z samochodu, ale niekoniecznie go posiadać. Klienci oczekują elastyczności, komfortu, bezpieczeństwa – a my to zapewniamy. Od lat współpracujemy z największymi bankami, tworząc oferty skrojone na miarę potrzeb. Jesteśmy partnerem wiarygodnym – zarówno dla producentów, jak BMW czy Jaguar Land Rover, jak i dla banków oraz klientów. Naszą siłą jest stabilność i doświadczenie.

co się dzieje z samochodami po zakończeniu takich umów?

To kolejny ważny rosnący segment rynku. Klientom, którzy chcą mieć na własność dobry i relatywnie niedrogi pojazd, oferujemy sprawdzone auta używane z niewielkim przebiegiem. W każdej lokalizacji, w której działamy, prowadzimy sprzedaż samochodów używanych. Mamy największy w Polsce salon samochodów używanych – blisko 100 aut pod dachem w Warszawie. Takiego komfortu zakupu nie znajdzie się u innych dealerów.

Czy auta używane można również leasingować?

Oczywiście. Oferujemy pełne możliwości finansowania, zapewniając drugie życie pojazdu. Jest to idealna opcja dla klienta, który szuka kompromisu między jakością a ceną. Stawiamy na transparentność, wiarygodność i komfort zakupu. To dla nas równie ważne, jak sprzedaż aut nowych. Co więcej – to rosnąca część naszego biznesu, segment z dużym potencjałem wzrostu, choć jednocześnie trudny pod względem rentowności. Klienci mają konkretne oczekiwania – chcą auta taniego, bezwypadkowego, z małym przebiegiem i dobrym wyposażeniem. Czasem wszystkie te warunki się wykluczają, dlatego naszym celem jest znalezienie złotego środka, ale bez kompromisów w zakresie bezpieczeństwa i jakości.

Trzyletnie BMW to wciąż świetny samochód.

Zgadza się. A my – jako firma – w dużej mierze wpływamy na to, jak określona marka czy model będą postrzegane za kilka lat. Decydujące jest to, jak dbamy o dystrybucję, jakość obsługi, serwis, wpływa na wartość rezydualną pojazdu. To ważne również z perspektywy banków i klientów.

Przejdźmy teraz do pana kariery. Jak to się wszystko zaczęło?

Jestem absolwentem akademii wychowania fizycznego, szybko jednak zrozumiałem, że nie sprawdzę się w roli nauczyciela. Karierę zawodową rozpocząłem w Tesco jako zastępca kierownika działu. Później byłem związany m.in. z IKEA i Metro Group (Makro Cash & Carry). W Tesco spędziłem 10 lat, z czego osiem w Polsce, a kolejne dwa w Wielkiej Brytanii. Praca za granicą była dla mnie przełomem – nauczyłem się zarządzania w wielokulturowym środowisku, i to bez perfekcyjnej znajomości języka. To była ogromna szkoła.

A jak trafił pan do branży motoryzacyjnej?

Był to zupełny przypadek. Zadzwonił headhunter z propozycją spotkania. Byłem zaskoczony, bo nie miałem doświadczenia w automotive. Usłyszałem wtedy, że właśnie dlatego zostałem zaproszony. Zaintrygowało mnie to. Spotkań i testów było sporo, aż w końcu dołączyłem do Inchcape. Najpierw jako dyrektor zarządzający salonem w Warszawie, potem – już jako prezes – objąłem odpowiedzialność za całą firmę w Polsce.

Co najbardziej zaskoczyło pana w tej branży?

Dynamika. W FMCG myślałem, że wszystko dzieje się szybko – dopiero w motoryzacji zobaczyłem, co to znaczy prawdziwe tempo. Automotive nieustannie się zmienia: struktury kosztów, źródła przychodów, oczekiwania klientów. Marże są dziś znacznie niższe niż jeszcze kilka lat temu – odnotowujemy spadek nawet o 40 proc. rok do roku. Jednocześnie rosną koszty: pracy, infrastruktury, finansowania.

A przecież samochody bardzo podrożały po pandemii.

To efekt m.in. rosnących kosztów produkcji i finansowania, ale też rosnących oczekiwań klientów. Polacy kupują auta dobrze wyposażone, często z wyższej półki. Samochód nadal pozostaje symbolem statusu. Polacy chętnie kupują drogie, dobrze wyposażone samochody, co nie jest typowym podejściem naszych sąsiadów. Widać to na ulicach. Kiedy jako nastolatek jeździłem po Europie, zaraz po przekroczeniu granicy widziałem lepsze auta. Teraz takich różnic już nie ma. Polska jest dziś bardzo ważnym krajem dla producentów – dynamicznym, perspektywicznym i wymagającym.

Jak pan widzi przyszłość Inchcape w naszym kraju?

Wierzę, że nasza pozycja będzie się umacniać. Polska pozostaje rynkiem bardzo atrakcyjnym – zarówno pod względem skali, jak i jakości klientów. n

rozmawiał Piotr Cegłowski

Ankieta „Managera

Witold Wcisło

Najważniejsze wartości, jakie pan wyznaje?

Uczciwość, transparentność i ambitne podejście do życia – te trzy wartości przenikają się i są dla mnie fundamentem działania.

O czym pan najchętniej rozmawia poza pracą?

O sporcie i aktywności fizycznej. To mnie odpręża i inspiruje.

Pana pasje prywatne?

Squash – minimum trzy godziny tygodniowo, jazda na rowerze – średnio 4 tysiące kilometrów w sezonie, triathlon oraz sporty wodne: narty wodne i wakeboard, głównie na Mazurach. To mój sposób na oczyszczenie głowy i sprawdzanie własnych granic.

Gdyby nie istniały żadne ograniczenia, z kim chciałby się pan spotkać na długą rozmowę i o czym porozmawiać?

Chciałbym porozmawiać z osobą, która wspina się na wieżowce bez zabezpieczeń – interesuje mnie, co takiego ją napędza, jak radzi sobie ze stresem i jak przygotowuje się psychicznie do takich wyzwań.

Jaką książkę z tych pozazawodowych chciałby pan polecić naszym czytelnikom?

Nie czytam beletrystyki – czerpię wiedzę i inspirację w inny sposób. Lubię być w ruchu, nie potrafię długo usiedzieć w miejscu, wolę doświadczać i działać.

Najbardziej pamiętna chwila pana życia to…

Wyjazd do Anglii – przełomowe doświadczenie, które otworzyło mi oczy na inne sposoby zarządzania, inne kultury organizacyjne i zupełnie nowe perspektywy.

Bucket list?

Skok na bungee – zrealizowany. Marzenie o skoku ze spadochronem – jeszcze przede mną.

Dzień, w którym Porsche przypomniało, po co w ogóle są samochody

Porsche Experience na Silesia Ringu nie było prezentacją gamy modelowej ani akademią techniki jazdy. Było koncentratem emocji, w którym wszystko kręciło się wokół jednego pytania: jak dziś smakuje Porsche? Odpowiedź była oczywista: smakuje intensywnie.

Certyfikowany przez Porsche Silesia Ring jest miejscem idealnym na takie spotkania. Techniczny, szybki, z miejscami, które brutalnie obnażają niedostatki zarówno auta, jak i kierowcy. To tor, na którym nie da się „przejechać” okrążenia. Tu trzeba je pojechać, jakbyś walczył o mistrzostwo świata. I dokładnie w takich warunkach oddano nam do dyspozycji najmocniejsze, najbardziej bezkompromisowe wersje wszystkich aktualnych modeli Porsche.

Autor: Michał Garbaczuk

Porsche 911 Carrera T – ostatni Mohikanin

Jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, dlaczego manualna skrzynia biegów jest czymś więcej niż nostalgią, to 911 Carrera T rozwiewa je w pierwszym zakręcie. To nie jest najszybsze 911 w gamie, jest za to najczystsze, najbardziej purystyczne i absorbujące, bo żaden inny model nie jest w stanie obnażyć niedoskonałości kierowcy jak właśnie Carrera T w wymagających łukach toru. Krótka, precyzyjna skrzynia, idealnie dobrane przełożenia sprawiają, że szybko odnajdujesz rytm i zaczynasz czerpać przyjemność z prowadzenia, a każde kolejne okrążenie staje się twoim najlepszym. „Najsłabsze” Porsche wcale nie musi być najwolniejsze, bo kiedy masz pełną kontrolę, jedziesz precyzyjniej, a dokładność na Silesii znaczy więcej niż moc. To auto, które przypomina, że Porsche zbudowało swoją legendę na mechanice i zaufaniu, nie na algorytmach.

Porsche 718 Spyder RS – bolid bez filtra

Spyder RS to jeden z tych samochodów, z których wysiadasz na lekko miękkich nogach. Wolnossący czterolitrowy silnik za plecami brzmi jak permanentny atak na zmysły. Każde przyspieszenie powoduje nie tylko przyspieszenie tętna, ale wręcz sztywnienie karku. Nie jest autem, które „lubi tor”, ale maszyną, która została do niego stworzona. Surowe, głośne, wymagające. Tu nie ma miejsca na półśrodki ani błędy. Ale jeśli trafisz w rytm, nagrodą będzie jedno z najbardziej intensywnych doznań, jakie można dziś legalnie przeżyć za kierownicą.

Porsche 718 Cayman GT4 RS – dźwięk, który wchodzi pod skórę

Jeśli Spyder RS jest koncertem na żywo, to Cayman GT4 RS jest koncertem… w twojej głowie. Dźwięk tego auta podczas przyspieszania jest niemal fizycznym doświadczeniem. Wibruje w klatce piersiowej, wywołuje dreszcze, sprawia, że zapominasz oddychać. Na torze GT4 RS jest piekielnie szybki, ale też zaskakująco czytelny. Daje kierowcy sygnały, komunikuje granice, pozwala się prowadzić. To auto, które nagradza za precyzję i karze za brawurę. I właśnie dlatego jest tak uzależniający.

Porsche Cayenne Turbo GT – fizyka na urlopie

Moment, w którym Cayenne Turbo GT wjeżdża na tor, budzi naturalny sceptycyzm. A potem przychodzi pierwsze szybkie okrążenie… i fizyka bierze dzień wolny. SUV, który przyspiesza, hamuje i skręca z determinacją, jakiej nie powstydziłby się rasowy sportowiec. Masa? Oczywiście jest. Ale została tak skutecznie zamaskowana, że przestajesz o niej myśleć. Na Silesii Cayenne okazało się absurdalnie szybkie i jednocześnie przerażająco skuteczne, bo potrafi popędzać mniejsze i wydawałoby się trafniej skonfigurowane do torowych warunków modele.

Nowa era: elektryczny Macan i znajoma Panamera

Elektryczny Porsche Macan Electric pokazuje, że Porsche bardzo poważnie traktuje przyszłość. Na torze jest stabilny, precyzyjny i zaskakująco angażujący. Nie brzmi, ale komunikuje się z kierowcą w inny sposób, bo przez reakcje, trakcję, balans.

Z kolei Porsche Panamera GTS, o której już pisaliśmy na łamach Manager-Report, ponownie udowodniła, że potrafi łączyć komfort limuzyny z temperamentem auta sportowego. Na torze była szybka, ale bez teatralnych gestów. Po prostu skuteczna.

Porsche 911 GT3 RS – sport w najczystszej postaci

To nie jest samochód, to narzędzie do wygrywania. 911 GT3 RS wygląda jakby uciekło prosto z alei serwisowej wyścigu długodystansowego i tylko przez pomyłkę dostało tablice rejestracyjne, a z opcjonalnym pakietem Weissach po prostu zrywa kaptur… Aerodynamika pracuje tu nie „dla efektu”, tylko dla czasu okrążenia, zawieszenie nie wybacza błędów, a każdy metr toru jest testem koncentracji. To esencja wyczynowej jazdy: głośna, bezkompromisowa, wymagająca absolutnej precyzji. GT3 RS nie prowadzi się „szybko”, ono prowadzi się na granicy, tej cienkiej linii, po której potrafią iść tylko najlepsi. Spoci nawet największego twardziela, bo nie oferuje wsparcia emocjonalnego ani taryfy ulgowej. W zamian daje coś znacznie cenniejszego: poczucie obcowania z maszyną, która istnieje po to, by jechać szybciej niż ty jesteś gotów. I właśnie dlatego jest nieprawdopodobna.

Co zostało po tym dniu?

Porsche Experience na Silesia Ring nie było pokazem mocy, a poważną lekcją filozofii budowania wyczynowych samochodów sportowych w dobie powszechnej cyfryzacji. Niezależnie od tego, czy mówimy o manualnym 911T, wolnossącym 718 RS, hybrydowym Cayenne czy elektrycznym Macanie, każdy z tych samochodów miał jasno zdefiniowaną osobowość. I to jest dziś największa siła Porsche. W świecie, w którym wiele marek próbuje być wszystkim dla wszystkich, oni wciąż budują auta, które wymagają, angażują i zostają w głowie długo po zgaszeniu silnika.

Kolagen przyszłości

Jak polska firma podbija świat naturalnym „Salmon Collagenkolagenem ze skóry łososia. Opowiadają o tym Eva i Dariusz Majka – założyciele i producenci innowacyjnej marki suplementów kolagenowych i linii kosmetyczno–leczniczej

Od czego wszystko się zaczęło? Skąd pomysł na biznes oparty na kolagenie?

Eva Majka: Uniknęłam operacji kręgosłupa dzięki kolagenowi ze skóry łososia. Od lat zmagałam się z rwą kulszową i zaawansowaną dyskopatią. Ból był tak silny, że utrudniał mi codzienne funkcjonowanie – nie mogłam siedzieć, chodzić, a nawet spać bez bólu. Przeszłam dziesiątki konsultacji, rehabilitacji, terapii manualnych, zabiegów przeciwbólowych. Niestety – wszystko działało tylko chwilowo. Lekarze zaczęli mówić wprost, że powinnam pomyśleć o operacji. Nie poddałam się. Zaczęłam intensywne poszukiwania naturalnych metod regeneracji – takich, które nie tylko uśmierzą ból, ale odbudują to, co uszkodzone. Wtedy po raz pierwszy natknęłam się na badania dotyczące bioaktywnego kolagenu rybiego – w szczególności z łososia. Kluczowy był jeden fakt: kolagen ten nie jest rozbijany chemicznie, lecz zachowuje naturalną strukturę, dzięki czemu organizm traktuje go jak swój własny materiał budulcowy. Zaczęłam suplementację – konsekwentnie, codziennie, bez przerw. Po kilku tygodniach ból zaczął się zmniejszać. Po dwóch miesiącach mogłam znów chodzić bez łez. Po trzech – spałam całą noc bez wybudzania. A najważniejsze – uniknęłam operacji. Właśnie ta historia dała mi siłę i motywację, by stworzyć wraz z mężem markę, której celem jest pomoc innym. Dziś jako pacjentka i współzałożycielka firmy wiem jedno: dobry kolagen to nie moda, to fundament zdrowia.

Dariusz Majka: Od zawsze interesowało nas, jak naturalne składniki mogą wspierać organizm – nie chwilowo, ale długofalowo i bez skutków ubocznych. Gdy trafiliśmy na badania dotyczące hydratu kolagenu rybiego, zwłaszcza z dzikiego łososia norweskiego, zrozumieliśmy, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Problem polegał na tym, że większość kolagenów dostępnych na rynku była niskiej jakości – często sztucznie hydrolizowana, bez bioaktywności, bez efektu.

EM: Dlatego postanowiliśmy stworzyć produkt, który będzie w 100 proc. naturalny, bez chemii i maksymalnie skuteczny. Nasz kolagen nie jest rozbijany chemicznie – dzięki specjalistycznemu procesowi liofilizacji zachowujemy jego potrójną helisę, co czyni go bioaktywnym. To właśnie ta technologia nas wyróżnia – i daje prawdziwe efekty.

Wasz kolagen zdobywa popularność na całym świecie. Jak długo działacie na rynku i gdzie obecnie sprzedajecie?

DM: Na rynku amerykańskim jesteśmy obecni od ponad 15 lat. Zaczynaliśmy skromnie – od sprzedaży do środowisk medycyny naturalnej i estetycznej. Ale dzięki efektom, jakie przynosi nasz produkt, zaufanie zaczęło rosnąć bardzo szybko. Dziś jesteśmy obecni na wielu rynkach międzynarodowych.

Czym Wasz produkt różni się od tysięcy innych kolagenów dostępnych na rynku?

EM: Po pierwsze, jest bioaktywny. Oznacza to, że zachowuje swoją naturalną strukturę i może realnie odbudowywać tkanki w organizmie. Po drugie, pochodzi z jednego, najwyższej klasy surowca: skóry dzikiego łososia. Jest naturalnie czysty, liofilizowany, bez dodatków chemicznych, konserwantów, aromatów. I co ważne, zawiera czysty kolagen w formie wolnych aminokwasów w formie potrójnej helisy, stymulując produkcję kolagenu ustrojowego.

DM: Nasze podejście to zero kompromisów. Wierzymy, że jakość obroni się sama – i tak właśnie się stało.

Kto najczęściej sięga po wasz kolagen?

EM: Grupa naszych klientów jest bardzo zróżnicowana. Od osób dbających o cerę, przez sportowców, seniorów, osoby po urazach, aż po klientów klinik medycyny estetycznej i SPA. Nasze kapsułki pomagają utrzymać elastyczność skóry, wspierają regenerację stawów, wzmacniają kości, poprawiają ogólną kondycję organizmu, zatrzymując i odwracając procesy starzenia.

Jak długo trzeba stosować kolagen, żeby zobaczyć efekty?

DM: Większość osób widzi pierwsze efekty – jak poprawa nawilżenia skóry czy mniejszy ból stawów – już po 2–4 tygodniach. Ale pełne działanie pojawia się przy regularnej suplementacji – po 4 miesiącach. To proces biologiczny, nie kosmetyczny trik.

Wasza firma działa nie tylko B2C, ale też B2B – współpracujecie z klinikami, trenerami, specjalistami.

DM: Tak, to dla nas bardzo ważny kierunek rozwoju. Od początku zależało nam na tym, aby nasz produkt nie tylko trafiał do klientów indywidualnych, ale również był rekomendowany przez specjalistów – osoby, które na co dzień pracują z ludzkim ciałem i zdrowiem. Dlatego nasz kolagen jest dziś stosowany w wielu renomowanych gabinetach medycyny estetycznej, klinikach rehabilitacyjnych, hotelach SPA, a także przez trenerów personalnych, dietetyków klinicznych i fizjoterapeutów. Zaufanie tych profesjonalistów to dla nas ogromne wyróżnienie, ponieważ oznacza, że produkt spełnia najwyższe standardy jakości, skuteczności i bezpieczeństwa. Lekarze i terapeuci często szukają rozwiązań, które rzeczywiście wspierają procesy regeneracji, są dobrze tolerowane przez organizm i oparte na badaniach – właśnie to oferujemy. Co więcej, współpraca z tymi środowiskami pozwala nam otrzymywać realny feedback i obserwować efekty działania kolagenu u pacjentów i klientów, którzy zmagają się z bólem, kontuzjami czy starzeniem się skóry. To pokazuje, że kolagen bioaktywny przestał być tylko trendem, a stał się ważnym elementem kompleksowej opieki nad zdrowiem i wyglądem. Dla nas to nie tylko dowód na sukces marki, ale także potwierdzenie, że nasza misja ma realną wartość.

Jakie wyzwania napotkaliście na drodze rozwoju?

DM: Początkowo najtrudniejsze było przekonanie rynku, że kolagen kolagenowi nierówny. W świecie pełnym tanich suplementów, trzeba mieć odwagę, by postawić na najwyższą jakość – i cierpliwość, żeby zbudować zaufanie. Dziś zbieramy tego owoce.

Jakie są najbliższe plany firmy?

EM: Nieustannie pracujemy nad nowymi produktami – m.in. nad kosmetykami z bioaktywnym kolagenem, produktami funkcjonalnymi dla sportowców i kobiet w ciąży. Planujemy też badania kliniczne oraz ekspansję na nowe rynki, w tym oczywiście Polskę. Pomysł na Polskę zrodził się z przyjaźni. Jarosław Cecherz, przyjaciel i długoletni obserwator rynku sportowego w Polsce – namówił nas, by rozważyć wprowadzenie kolagenu do kraju, gdzie notabene jest produkowany.

Czy planujecie działania społeczne lub edukacyjne?

DM: Chcemy uruchomić programy edukacyjne i profilaktyczne, zwłaszcza dla osób starszych i młodzieży. Planujemy też fundację wspierającą zdrowie naturalne oraz kampanie społeczne pokazujące, jaką rolę pełni kolagen w zachowaniu zdrowia i długowieczności.

W czym tkwi największa siła waszej marki?

EM: W autentyczności. To nie jest produkt wymyślony przy biurku, tylko efekt lat doświadczeń, prób i pasji. Nasza siła to również zespół ludzi, którzy wierzą w misję, nie tylko w sprzedaż. Jesteśmy marką z krwi i kości – a nie z marketingowego planu.

DM: I w jakości. Bez niej nie ma niczego. Działamy w branży, w której zaufanie buduje się latami. My je zdobyliśmy, bo nigdy nie zeszliśmy z obranej ścieżki.

Czego można wam życzyć?

Zdrowia – i dalszej świadomości klientów. Bo kiedy ludzie wybierają mądrze, zdrowiejemy jako społeczeństwo. A wtedy sukces przestaje być celem – staje się skutkiem.

rozmawiał Jarek Dotka

Co lubi…

Dariusz Majka

Sport tenis, piłka nożna

Wypoczynek › Dominikana

Kuchnia › polska

Hobby ›  Mercedes, Rolex, Apple

Eva Majka

Hobby › książki – szczególnie historyczne i fantasy – bo przenoszą mnie w inne epoki i światy. Decoupage – sztuka, która pozwala nadać przedmiotom drugie życie. Lubię też fotografię – szczególnie w naturze. Uwielbiam aktywność fizyczną, zwłaszcza fitness, a kiedy chcę poczuć prawdziwą wolność – wsiadam na quada i ruszam przed siebie. Moje ulubione auto to Pick-up Denali, mój numer jeden. Doskonale oddaje moją osobowość: niezależną, dynamiczną z miłością do otwartych przestrzeni.

Wypoczynek › Alaska – dzika, surowa, piękna. Szkocja – tajemnicza, z duszą. I oczywiście nasze polskie góry, to właśnie tam najczęściej szukam oddechu i ciszy.

Kuchnia › Sałatki. Świeże, kolorowe, lekkie – z różnych zakątków świata.

Znam środowisko sportowe od środka – pracując z klubami, trenerami i zawodnikami. Widziałem wiele – ale kolagen bioaktywny tej jakości to absolutna rzadkość, Dlatego, po wielu wspólnych rozmowach, analizach i wymianie doświadczeń, zdecydowaliśmy się połączyć siły. Uznaliśmy, że warto wspólnie wypromować ten wyjątkowy produkt właśnie tutaj – w kraju, który zasługuje na dostęp do światowej jakości. Dziś z dumą mogę powiedzieć, że cały pomysł obecności marki w Polsce zrodził się z naszych rozmów, przyjaźni i przekonania, że prawdziwa jakość zawsze się obroni – szczególnie w środowisku sportowym, gdzie liczy się działanie, nie obietnice.

Jarosław Cecherz

Polski przedsiębiorca działający w USA

„Rękopis znaleziony w Saragossie. Dziedzictwo Gomelezów” w reżyserii Grzegorza Jarzyny na deskach Teatru Polskiego w Warszawie

Premiera spektaklu odbyła się 26 września 2025 roku, a kolejne są zaplanowane na 28, 29 i 30 listopada oraz 17 i 18 grudnia. To efekt tego, że w spektaklu grają aktorzy z innych teatrów, którzy tylko na te terminy zostali urlopowani, jak np. Danuta Stenka z Teatru Narodowego. A szkoda!

Znane głównie dzięki filmowi z 1965 roku dzieło Jana Potockiego napisane w II poł. XIX w. ma charakter szkatułkowy, co oznacza, że jego struktura przypomina labirynt, w którym stopień zagnieżdżenia struktury fabuły sięga 5, co by to nie znaczyło. Nic dziwnego, że scenarzyści spektaklu, Grzegorz Jarzyna i Roman Pawłowski-Felberg, przerobili powieść na grę komputerową typu RPG, w której główny bohater przechodzi kolejne poziomy kierowany przez głos mistrza dobiegający spoza sceny.  A co jest celem gry? No cóż, sukcesja rodu Gomelezów, bo to właśnie on szuka następcy tronu. Ale o tym główny bohater dowiaduje się na samym końcu z pełną odpowiedzialnością przyjmując nominację.

Sztuka jest oczywiście osadzona w realiach prozy Potockiego, ale z 60 dni przygód głównego bohatera opisanych w książce na scenę trafia nie więcej niż 5-10, co wcale nie oznacza, że nie zachowano jej duchowości i tajemniczości. Bo w owianych złą sławą hiszpańskich górach Sierra Morena spotykają się czasy, religie, uczucia i idee.

A o co chodzi w sztuce? Alfonso van Warden, młody kandydat na kapitana gwardii walońskiej, ale jednocześnie Aleks, młody mieszkaniec współczesnej metropolii, otrzymuje zaproszenie do tajemniczej gry, która przenosi go do XVIII-wiecznej Hiszpanii. Wplątany w labirynt inscenizacji, nadprzyrodzonych zjawisk i kabalistycznych rytuałów, odkrywa, że stał się kandydatem do przejęcia przywództwa w tajnym bractwie Gomelezów, które od wieków wpływa na losy świata. Musi zdecydować czy odrzucić dziedzictwo Gomelezów, czy stać się częścią ich systemu. Ostatecznie wybiera to drugie. Autorką nowego przekładu powieści Jana Potockiego, który została napisana po francusku, jest Anna Wasilewska.

Jak wam się podoba?

Nie, nie, to nie pytanie do czytelników poniższego postu, tylko nazwa cyklu spotkań z publicznością po spektaklach Teatru Polskiego, które są organizowane raz w miesiącu od pewnego czasu. „To przestrzeń do dzielenia się emocjami, releksjami i pytaniami, jakie rodzą się po przedstawieniach” – czytamy na stronie Teatru. Widzowie, którzy mieli okazję oglądać sztukę 28 września (niedziela) mieli właśnie taką okazję, przy czym mogli zadawać pytania zarówno Grzegorzowi Jarzynie, jak i dyrektorowi Teatru Polskiego, Andrzejowi Sewerynowi.

Grzegorz Jarzyna zaczął od tego, że ma wrażenie, iż XIX-wieczne dzieło Jana Potockiego jest bardzo istotne w naszych czasach, a teraz w Polsce szczególnie. „Mam poczucie, że czuć u nas w społeczeństwie jeszcze echa postromantycznego myślenia, a w powieści Potockiego zawarty jest bardzo ciekawy dyskurs, powiedziałbym nawet namysł nad tym, co jest racjonalne i irracjonalne, nad tym, co jest praktyczne, a tym, co jest metafizyczne. Myślę, że ten dyskurs dobrze jest przerobić raz jeszcze”.

Pytany o swoją tezę, że wraz z gwałtownym rozwojem technologii ludziom zaczyna brakować duchowości, powiedział: „Tak myślę. I dlatego w sztuce jest zarysowana bardzo ciekawa linia, która nie mówi jednoznacznie, jak powinno być. My, jako widzowie, czy czytelnicy mamy to przemyśleć razem z głównym bohaterem przechodząc tę ścieżkę inicjacyjną”.

Oprawę scenograficzną stanowią projekcje, które ukazują krajobraz gór Sierra Morena i wykute w skałach więzienie oraz animowane postaci z kart tarota. „W drugiej części przedstawienia – powiedział Grzegorz Jarzyna – pokazuje się jeszcze trzeci typ projekcji, kiedy to narracja wideo staje się bardziej kolorowa”.

Pytany, czym jest Dziedzictwo Gomelezów, reżyser powiedział: „W książce Potockiego tą główną tajemnicą jest wyeksploatowana już kopalnia złota, ale oni są tak bogaci i mają takie wpływy na świecie, że bez trudu mogą mądrze tej władzy używać po to, żeby ulepszyć świat”.

Pytany o karty tarota i Kabałę, odpowiedź brzmiała tak: „Może to nie jest antidotum, ale na pewno jest to przestrzeń bardzo istotna w naszym rozwoju duchowym, kulturowym. Karty tarota to nie jest przecież jakaś religia czy czary-mary, tylko zebrana wiedza, która wynikła z przemyśleń sięgających starożytnego Egiptu. Istotne w tym tarocie i naszym spektaklu jest to, że jest to znów jakiś etap uzmysławiania sobie, w jakiej sytuacji jesteśmy i jaką drogę przebywamy”.

Grzegorz Jarzyna sięgnął po powieść Jana Potockiego, polsko-francuskiego podróżnika, badacza i ekscentryka z przełomu XVIII i XIX wieku. Legendarna książka, która w całości ukazała się ponad 30 lat po śmierci autora, zawiera w sobie wszystkie sprzeczności epoki Oświecenia. „Z jednej strony głosi potęgę rozumu i stawia w centrum indywidualnego człowieka, z drugiej zawiera ukrytą pod powierzchnią zdarzeń, zakodowaną ezoterykę i wiedzę tajemną, której znakiem są odwołania do żydowskiej Kabały i kart tarota” – można przeczytać w zapowiedzi spektaklu.

Wojciech Gryciuk

Samsung otwiera w Warszawie swoje największe Business Experience Centre w Europie

Samsung Business Experience Centre to przestrzeń współpracy z partnerami biznesowymi, prezentacji najnowszych technologii oraz testowania rozwiązań zmieniających sposób działania wielu branż.  Ma ono wspierać firmy i instytucje z Polski, Europy Środkowej i rynków globalnych. Jego otwarcie stanowi ważny krok w realizacji europejskiej strategii B2B firmy.

Partnerzy mają tu do dyspozycji nowoczesne sale konferencyjne i strefy spotkań premium – w sumie ponad 1 200 m² powierzchni z 9 interaktywnymi strefami, prezentującymi ponad 180 realnych scenariuszy biznesowych. Dzięki nim odwiedzający mogą testować innowacje odpowiadające na potrzeby poszczególnych sektorów oraz wyzwania z jakimi mierzą się przedsiębiostwa. Ich zadaniem jest m.in. poprawa efektywności, bezpieczeństwa oraz współpracy urządzeń.

Otwarcie Business Experience Centre właśnie w Warszawie podkreśla strategiczne znaczenie Polski dla globalnej działalności Samsung. To nie tylko przestrzeń spotkań i współpracy, ale także pierwsze na taką skalę miejsce, w którym firmy z Polski i Europy mogą bezpośrednio korzystać z najnowszych technologii i wspólnie testować rozwiązania wdrażane później zarówno lokalnie, jak i na rynkach całego świata.

Otwarcie Business Experience Centre w Warszawie to dla nas nie tylko inwestycja, ale także jasny sygnał, że Polska jest miejscem, w którym chcemy rozwijać projekty o globalnym znaczeniu. Firmy potrzebują dziś partnerstwa w procesie wdrażania technologii, a nasze centrum ma im dawać przestrzeń do eksperymentowania i wspólnego odkrywania potencjału praktycznego wykorzystania innowacji. Wierzymy, że to właśnie tutaj – w spotkaniu różnych perspektyw – rodzą się rozwiązania, które realnie zmieniają całe branże – powiedział Piotr Stelmachów, VP Head of Consumer Electronics w Samsung Electronics Polska.

Polska jest dziś jednym z najatrakcyjniejszych miejsc do lokowania nowych inwestycji, miejscem gdzie warto inwestować, rozwijać się i patrzeć w przyszłość. Ten potencjał budują ludzie, nasi inżynierowie i specjaliści – to oni tworzą największy kapitał tego kraju. To dla mnie ważne, że Samsung buduje przestrzeń i łączy siły z naszymi polskimi firmami, tworząc synergię i wspólne rozwiązania, które odpowiadają na globalne wyzwania i wzmacniają siłę polskiej gospodarki i polskich firm – dodał Andrzej Domański, Minister Finansów i Gospodarki, obecny na wydarzeniu.

Przestrzeń współpracy i doświadczania rozwiązań przyszłości

W Business Experience Centre technologie spotykają się z realnymi potrzebami biznesu. Każda z tematycznych stref pokazuje inny wymiar cyfrowej transformacji. W części Residential prezentowane są inteligentne domy i budynki zarządzane przez SmartThings Pro, z naciskiem na efektywność energetyczną i neutralność klimatyczną. Retail to z kolei wizja sklepu przyszłości, w którym AI i IoT automatyzują obsługę i sprzedaż. Strefa Corporate & Finance pokazuje hybrydowe środowiska pracy, łączące bezpieczeństwo platformy Knox z rozwiązaniami DeX i SmartThings. W obszarze Healthcare prezentowane są rozwiązania dla telemedycyny, mobilnej diagnostyki i wearables wspierających szybszą i dokładniejszą opiekę zdrowotną. Hospitality to hotele przyszłości z cyfrową obsługą gości i IoT w pokojach, a Control Room – zaawansowane centrum zarządzania infrastrukturą i energią budynków. Całość uzupełnia strefa Government & Security, w której zastosowano technologie oparte na Samsung Knox i komunikacji klasy NATO.

Przykładem innowacji z udziałem lokalnych partnerów jest m.in. Paperless, czyli rozwiązanie opracowane przez Asseco Data Systems i Xtension. Dzięki architekturze Samsung Knox – jako pierwsze na świecie – umożliwia ono składanie odręcznego podpisu biometrycznego na tablecie Samsung Galaxy. System gwarantuje integralność dokumentu i jego niepodmienialność, potwierdzone certyfikatem bezpieczeństwa Common Criteria. Z kolei Narodowy Instytut Kardiologii wykorzystał Samsung Galaxy Watch do monitorowania aktywności ruchowej pacjentów w ramach programu profilaktyki chorób sercowo-naczyniowych.

Programy i certyfikaty bezpieczeństwa Samsung

Samsung od lat wspiera czołowych klientów odpowiedzialnych za ochronę cybernetyczną państwa i jego Infrastruktury. Już w 2019 roku firma zapoczątkowała Program Współpracy w Cyberbezpieczeństwie „PWCyber”, w ramach którego współpracuje m.in. z Ministerstwem Cyfryzacji, NASK czy Rządowym Centrum Bezpieczeństwa, udostępniając wiedzę o zagrożeniach i prowadząc szkolenia dla tysięcy funkcjonariuszy publicznych. Certyfikaty bezpieczeństwa przyznawane urządzeniom Samsung przez ABW oraz organizacje certyfikujące NATO potwierdzają najwyższy poziom ochrony danych i prywatności, czyniąc je zaufanym wyborem w sektorze publicznym.

Technologie i partnerzy w ekosystemie Samsung

Business Experience Centre zostało wyposażone w pełne portfolio Samsung – od ekranów LED i monitorów interaktywnych, przez urządzenia mobilne Galaxy, tablety, wearables i rozwiązania Knox, po platformę SmartThings Pro oraz systemy zarządzania treściami VXT. Obecne są także rozwiązania partnerów technologicznych, które wspólnie z technologiami Samsung tworzą zintegrowany ekosystem.

Wojciech Gryciuk

 

Rosnące zagrożenia w chmurze wg Google

W ramach Google Cloud Summit Poland 2025 Luke McNamara z firmy Google zaprezentował wnioski z najnowszej edycji raportu Cloud Threat Horizons za II połowę 2025 roku dotyczące zagrożeń z jakimi użytkownicy mogą się zetknąć nie tylko w Google Cloud, ale także w innych środowiskach chmurowych oraz rekomendacje, jak się przed nimi zabezpieczyć. Sęk w tym, że cyberprzestępcy udoskonalają taktyki unikania wykrycia, utrzymywania się w systemie i naruszania bezpieczeństwa łańcucha dostaw.

Środowiska chmurowe stoją w obliczu coraz bardziej wyrafinowanych zagrożeń, ponieważ cyberprzestępcy udoskonalają swoje metody wykradania danych, naruszania tożsamości i ataków na łańcuchy dostaw, jednocześnie poprawiając techniki unikania wykrycia i utrzymywania się w systemie. Kluczowe trendy są następujące:

  • Podstawowe zabezpieczenia pozostają najsilniejszą formą ochrony: badania Google Cloud wskazują, że naruszenie danych uwierzytelniających i nieprawidłowa konfiguracja pozostają głównymi punktami wejścia dla hackerów, co podkreśla krytyczną potrzebę solidnego zarządzania tożsamością i dostępem oraz proaktywnego zarządzania podatnością na zagrożenia.
  • Ataki na infrastrukturę kopii zapasowych: Grupy przestępcze kierujące się motywami finansowymi coraz częściej atakują systemy kopii zapasowych, stanowiąc wyzwanie dla tradycyjnych rozwiązań w zakresie odzyskiwania danych po awarii i podkreślając potrzebę stosowania odpornych rozwiązań, takich jak Cloud Isolated Recovery Environments (CIRE), aby zapewnić ciągłość działania.
  • Zaawansowana inżynieria społeczna i omijanie uwierzytelniania wieloskładnikowego (MFA): Zaawansowani cyberprzestępcy wykorzystują inżynierię społeczną do kradzieży danych uwierzytelniających i plików cookies, omijając MFA w celu naruszenia bezpieczeństwa środowisk chmurowych w celu kradzieży środków finansowych, często atakując aktywa o wysokiej wartości.
  • Niewłaściwe wykorzystanie zaufanych usług w chmurze do dostarczania plików-przynęt w celu ułatwienia infekcji złośliwym oprogramowaniem: Niedawno cyberprzestępcy wykorzystali pliki .desktop do zainfekowania systemów poprzez pobranie plików PDF-przynęt z legalnych serwisów przechowywania danych w chmurze od wielu dostawców. Jest to taktyka, która oszukuje ofiary, podczas gdy w tle pobierane są dodatkowe złośliwe ładunki.
  • Ryzyko związane z łańcuchem dostaw rozszerzeń przeglądarki: Aby zwalczać zagrożenie ze strony cyberprzestępców wykorzystujących przejęte tokeny OAuth do omijania MFA i wprowadzania złośliwego kodu za pośrednictwem zautomatyzowanych potoków CI/CD, firma Google wprowadziła kontrolę Verified CRX Upload.

Aby skutecznie poruszać się po zmieniającym się krajobrazie zagrożeń, organizacje muszą nadać priorytet strategii głębokiej ochrony, koncentrującej się na bezpieczeństwie tożsamości, solidnych mechanizmach odzyskiwania danych, ciągłej czujności wobec wyrafinowanych taktyk inżynierii społecznej i oszustw oraz integralności łańcucha dostaw.

Podstawowe zabezpieczenia pozostają kluczowe

Najnowsze badania Google Cloud wskazują, że typowe luki w zabezpieczeniach, takie jak problemy z poświadczeniami i nieprawidłowe konfiguracje, są stale wykorzystywane przez hackerów w celu uzyskania dostępu do środowisk chmurowych. W pierwszej połowie 2025 r. słabe lub brakujące poświadczenia stanowiły główne zagrożenie, odpowiadając za 47,1 proc. incydentów. Kolejnymi najczęściej obserwowanymi wektorami początkowego dostępu były nieprawidłowe konfiguracje (29,4%) oraz naruszenia API/UI (11,8%). Następnymi najczęściej obserwowanymi wektorami początkowego dostępu były nieprawidłowe konfiguracje (29,4%) oraz naruszenia API/UI (11,8%).

Środki zaradcze

Aby zaradzić początkowym wektorom dostępu, Google zaleca strategię głębokiej ochrony skupiającą się na silnej kontroli tożsamości, proaktywnym zarządzaniu zagrożeniami i podatnościami oraz kompleksowym nadzorze stanu bezpieczeństwa.

Kontrola zarządzania tożsamością i dostępem (IAM):

  • Regularnie kontroluj uprawnienia przyznane zarówno użytkownikom, jak i kontom usług, aby zidentyfikować i usunąć nadmierny dostęp zgodnie z zasadą minimalnych uprawnień.
  • Chroń aplikacje przed wypełnianiem poświadczeń, wykraczając poza kontrole na poziomie sieci. Zabezpiecz aplikacje, wdrażając Identity-Aware Proxy (IAP), aby zwiększyć ochronę dzięki modelowi Zero Trust.
  • Proaktywnie monitoruj wycieki danych uwierzytelniających.

Widoczność i proaktywne środki kontroli:

  • Utrzymuj ujednolicony widok środowiska chmury, aby monitorować nieprawidłowe konfiguracje, luki w zabezpieczeniach i aktywne zagrożenia.
  • Utrzymuj solidny program zarządzania podatnościami i poprawkami.

Chmurowe rozwiązania do tworzenia kopii zapasowych i odzyskiwania danych w obliczu nowoczesnych zagrożeń cybernetycznych

Destrukcyjne ataki cybernetyczne, takie jak ransomware, często wykraczają poza zakłócenia techniczne i mogą skutkować znacznymi przestojami w działalności gospodarczej oraz stratami finansowymi spowodowanymi przerwami w operacjach. Cyberprzestępcy działający z motywów finansowych celują nie tylko w systemy produkcyjne i dane, ale także infrastrukturę i platformy kopii zapasowych, co podkreślono w raporcie M-Trends 2025.

Zespoły reagowania na incydenty w Mandiant Consulting obserwują, że bardziej tradycyjne podejścia do odzyskiwania po awarii, koncentrujące się przede wszystkim na technicznym przywracaniu danych, często nie radzą sobie z złożonościami związanymi z odzyskiwaniem po incydencie cybernetycznym, a szczególnie z potrzebą ponownego ustanowienia zaufania w relacjach z podmiotami trzecimi. Warto zauważyć, że coraz częściej grupy zagrożeń motywowane finansowo celują w infrastrukturę kopii zapasowych jako element wspierający realizację swoich głównych celów. Np. UNC2165, który wykorzystywał różne rodziny ransomware, w tym RANSOMHUB, uzyskał dostęp do chmurowych baz danych ofiar. Dodatkowo zaobserwowano UNC4393, wcześniej związany z ransomware BASTA, oraz UNC2465, wcześniej związany z wieloma rodzinami ransomware, w tym DARKSIDE i LOCKBIT, które celują w platformy kopii zapasowych.

Typowe wyzwania związane z odzyskiwaniem danych

Eksperci z Google zauważyli, że typowe problemy z odzyskiwaniem, szczególnie po dużych atakach cybernetycznych takich jak ransomware, często wynikają z kilku istotnych kwestii, w tym braku dostępności danych kopii zapasowych, ograniczeń mocy produkcyjnej spowodowanych dochodzeniami kryminalistycznymi, wydłużonego czasu odzyskiwania, braku dostępnych planów odzyskiwania w przypadku przechowywania ich w środowisku produkcyjnym oraz nieokreślonych celów czasowych odzyskiwania (RTO) i punktów odzyskiwania (RPO).

Dodatkowo, ransomware może wpływać na różne zależności infrastrukturalne, takie jak usługi uwierzytelniania (Active Directory), DNS, DHCP, platformy wirtualizacyjne oraz narzędzia bezpieczeństwa, które są niezbędne do interakcji z systemami kopii zapasowych w celu orkiestracji, co prowadzi do konieczności przeprowadzenia szeregu działań naprawczych w zakresie usług infrastrukturalnych, zanim można będzie uzyskać dostęp do systemów kopii zapasowych.

Wojciech Gryciuk

 

 

MBA – inwestycja w przywództwo przyszłości

Dr Sylwia Hałas-Dej, prorektorka ds. rozwoju i współpracy z otoczeniem oraz dziekan Kozminski Executive Business School, w rozmowie o tym, jak programy MBA w Akademii Leona Koźmińskiego zmieniają liderów i ich organizacje

 

Świat biznesu zmienia się szybciej niż kiedykolwiek. Jak dziś wygląda rola lidera?

Żyjemy w czasach, w których jedyną stałą jest zmiana. Nowe technologie, napięcia geopolityczne, transformacja ekologiczna, coraz większe znaczenie zrównoważonego rozwoju i przywództwa opartego na wartościach – wszystko to powoduje, że tradycyjny zestaw kompetencji lidera przestaje być wystarczający. Dziś oczekuje się od liderów umiejętności łączenia analitycznego myślenia z empatią, zdolności do zarządzania w warunkach niepewności, a także podejmowania decyzji strategicznych z pełną świadomością ich społecznych konsekwencji. To rola wymagająca jednocześnie twardych kompetencji biznesowych i miękkich umiejętności przywódczych.

 

W jaki sposób programy MBA przygotowują liderów do działania w takim otoczeniu?

Programy MBA w Akademii Leona Koźmińskiego to nie tylko intensywna edukacja – to transformacyjna podróż, która zmienia sposób myślenia o przywództwie. Uczestnicy uczą się przewidywać trendy, prowadzić organizacje przez złożone procesy transformacji i skutecznie działać w różnorodnych, międzynarodowych środowiskach. Łączymy solidną bazę wiedzy teoretycznej z praktyką – od pracy na rzeczywistych studiach przypadków, przez symulacje decyzyjne, aż po realizację projektów strategicznych. To także przestrzeń do refleksji nad tym, jaką wartość liderzy chcą wnosić do swoich organizacji, branż i społeczności.

 

Uczelnia ma w tym obszarze długą tradycję.

Tworzymy najstarszy program MBA w Polsce – realizowany nieprzerwanie od 1989 roku. Od początku łączymy tradycję z innowacją, stale dostosowując programy do zmian technologicznych, rynkowych i społecznych. W ofercie mamy zarówno prestiżowy Executive MBA w języku polskim i angielskim, jak i programy specjalistyczne, odpowiadające na konkretne potrzeby rynku, m.in. w obszarach transformacji cyfrowej i sztucznej inteligencji, finansów, HR, logistyki, sektora zdrowia, czy programy stworzone z myślą o inżynierach i przedsiębiorcach.

 

Co wyróżnia te programy?

Przede wszystkim jakość potwierdzona „triple crown” – potrójną akredytacją EQUIS, AMBA i AACSB, którą posiada mniej niż 1 proc. szkół biznesu na świecie. To znak, że spełniamy najwyższe międzynarodowe standardy kształcenia, organizacji i etyki. Nasz Executive MBA jest także jedynym polskim programem ujętym w globalnym rankingu Financial Times Executive Education obok najlepszych MBA na świecie. Wysoka pozycja w tym zestawieniu to efekt wieloletniej pracy nad jakością kształcenia, silnych relacji z biznesem i umiejętności wyprzedzania trendów.

 

Kto najczęściej wybiera programy MBA?

To liderzy biznesu i eksperci – menedżerowie najwyższego szczebla, właściciele firm, dyrektorzy operacyjni i finansowi, konsultanci strategiczni, a także specjaliści z różnych branż, często z międzynarodowym doświadczeniem. Rekrutacja jest procesem selektywnym, obejmującym test kompetencyjny i rozmowę kwalifikacyjną. Kluczowa jest nie tylko wiedza i doświadczenie, ale także motywacja do rozwoju oraz gotowość do dzielenia się swoim know-how w ramach grupy. Dzięki temu w salach MBA spotykają się równorzędni partnerzy w dyskusji – osoby, które wzajemnie inspirują się i uczą od siebie.

 

Jaką rolę odgrywa globalny wymiar programu?

Ogromną. Nasi uczestnicy biorą udział w zagranicznych sesjach studyjnych w ramach Executive MBA Consortium czy Global Network for Advanced Management, współpracują przy projektach z międzynarodowymi partnerami i uczestniczą w warsztatach prowadzonych przez ekspertów z różnych kultur i branż. To pozwala im poznać odmienne modele zarządzania i przywództwa oraz budować globalną sieć kontaktów, która pozostaje aktywna długo po zakończeniu programu. Jednocześnie uczymy, jak przekładać globalne inspiracje na działania dostosowane do lokalnego rynku.

 

Co zmienia MBA w życiu i pracy absolwentów?

Dla wielu jest to punkt zwrotny – moment, w którym decydują się na awans, zmianę branży, przejęcie nowych obowiązków lub założenie własnej firmy. Jednak równie istotny jest rozwój osobisty. Absolwenci podkreślają, że zyskują większą samoświadomość, odwagę w podejmowaniu decyzji, umiejętność pracy w różnorodnych zespołach i docenienie wartości, jaką w biznesie i życiu stanowią ludzie. To edukacja, która nie kończy się wraz z wręczeniem dyplomu – to trwała zmiana sposobu myślenia i działania. Program MBA to inwestycja w siebie – w kompetencje, relacje i pewność, że podejmowane decyzje będą trafne nie tylko dziś, ale i w dynamicznej przyszłości. To edukacja, która naprawdę ma znaczenie – education that matters.

Przewodnik kulinarny Gault&Millau otwiera nowe możliwości dla biznesu.

Jacek Krawczyk, CEO Gault&Millau Poland od blisko trzech dekad działa w branży gastronomicznej, łącząc kulinaria z biznesem i promocją Polski na świecie. Organizował polską edycję konkursu Bocuse d’Or, prestiżowe Grand Dinners z udziałem gwiazdkowych szefów kuchni, a także projekty edukacyjne dla młodych talentów. Dziś stoi za powrotem do Polski przewodnika Gault&Millau – marki globalnej, ale otwartej na  wyzwania lokalne.

Gault&Millau to przewodnik kulinarny, ale w Pana wypowiedziach często pojawia się wątek jego szerszego znaczenia. Czym jest dla Pana, bardziej książką z adresami, czy platformą, która integruje różne środowiska?

Lista z adresami to punkt wyjścia, przewodnik musi dawać gościowi listę najlepszych restauracji, do których warto się wybrać. Ale za tym stoi coś więcej. To narzędzie, które integruje różne światy, kucharzy, restauratorów, lokalnych producentów, miasta, regiony, a nawet firmy z branż zupełnie niezwiązanych z gastronomią. Właśnie w tym widzę największą wartość, w tworzeniu przestrzeni, w której spotykają się ludzie z różnych światów, bo wszyscy mamy wspólny mianownik – lubimy jeść dobre rzeczy.

Pamiętajmy też o tym, że restauracja nie jest wyłącznie biznesem gastronomicznym. To także wizytówka miasta, element promocji regionu, narzędzie budowania marki osobistej szefa kuchni, a jednocześnie atrakcyjne środowisko do pokazania się dla firm z innych branż, motoryzacyjnej, ubezpieczeniowej, beauty, bankowej. Każdy, kto szuka oryginalnego sposobu dotarcia do klienta, może wykorzystać kulinaria jako kanał komunikacji. Bo jedzenie to nie jest luksus dla wybranych, to część codzienności, która łączy ludzi ponad podziałami.

Przewodnik staje się więc pomostem pomiędzy kuchnią a biznesem, pomiędzy lokalną tradycją a globalnym rynkiem. Gault&Millau działa na wielu poziomach jednocześnie, inspiruje restauracje, motywowuje szefów kuchni, promuje regiony, a partnerom biznesowym daje autentyczne narzędzie marketingowe oparte na prawdziwych emocjach.

Przewodnik wraca do Polski po kilku latach przerwy, w nowej rzeczywistości. Jakie możliwości daje przewodnik samym restauratorom, a jakie miastom czy regionom, które chcą promować turystykę kulinarną?

Restauratorzy zyskują przede wszystkim wiarygodność. Jeśli ich lokal trafia do przewodnika, to znaczy, że przeszedł rygorystyczną ocenę inspektorów i spełnia standardy międzynarodowe. To jest coś, czego nie da się kupić – można na to zasłużyć ciężką pracą. Żółta naklejka na drzwiach działa jak znak jakości, gość wie, że wchodząc do środka, nie ryzykuje rozczarowania, a restaurator dostaje potężne narzędzie marketingowe, które realnie przekłada się na ruch w lokalu. Wystarczy spojrzeć na doświadczenia z zagranicy, lokale rekomendowane przez Gault&Millau zawsze odnotowują wyraźny wzrost zainteresowania.

Dla wielu szefów kuchni pojawienie się w przewodniku jest momentem przełomowym w karierze. Stają się częścią międzynarodowej sceny kulinarnej. Szef kuchni dostaje legitymację, która otwiera drzwi do nowych możliwości, zaproszeń na festiwale, warsztaty. To działa na zasadzie efektu kuli śnieżnej, im częściej jest obecny w przestrzeni publicznej, tym silniejsza staje się jego marka osobista.

Drugi aspekt to produkty lokalne. Polska ma bogactwo surowców, które często są niedoceniane, sery, wędliny, ryby, dziczyzna, warzywa, owoce. Nagle oscypek, gęsina czy ogórek kiszony w wersji tradycyjnej stają się towarem, którym można się chwalić na światowych salonach. To jest ogromna szansa dla małych producentów, którzy sami nigdy nie dotarliby do tak szerokiej publiczności.

I wreszcie całe regiony. Gastronomia jest dziś jednym z motorów rozwoju turystyki. Ludzie podróżują, by jeść. To nie przesada, tylko realny trend. Dlatego region, który znajdzie się na kulinarnej mapie Gault&Millau, zyskuje potężne narzędzie promocji. To już nie jest tylko kwestia krajobrazów czy zabytków, ale pełne doświadczenie. „Przyjedź do nas, bo tu nie tylko zobaczysz piękne miejsca, ale też spróbujesz czegoś, czego nie dostaniesz nigdzie indziej”. To jest esencja turystyki kulinarnej, która przyciąga turystów z całego świata.

Współpraca z przewodnikiem nie ogranicza się tylko do branży gastronomicznej. Jakie inne sektory mogą naturalnie odnaleźć się w tym projekcie?

To jest właśnie najciekawsze w Gault&Millau, że choć jego sercem jest gastronomia, to potencjał wykracza daleko poza restauracje i hotele. Kiedy patrzymy na profil gościa, który korzysta z przewodnika, to widzimy człowieka świadomego, wymagającego, często dobrze sytuowanego, a przede wszystkim, otwartego na nowe doświadczenia.

Proszę spojrzeć na branżę motoryzacyjną. Ktoś, kto regularnie jada w dobrych restauracjach, często myśli o samochodzie z segmentu premium. W krajach Europy Zachodniej producenci aut od dawna współpracują z przewodnikami kulinarnymi, bo wiedzą, że to ten sam klient, człowiek, który ceni jakość i styl życia na określonym poziomie. Podobnie bankowość, ubezpieczenia czy branża paliwowa, ich klienci to osoby, które w naturalny sposób trafiają do restauracji rekomendowanych przez Gault&Millau.

Nie wolno zapominać o sektorze beauty czy wellness. Dla tej branży kluczowe jest budowanie emocji, doświadczenia, prestiżu, a restauracja jest miejscem, w którym te wartości spotykają się w najbardziej naturalny sposób. To samo dotyczy marek spożywczych, win czy alkoholi.

Wreszcie, firmy deweloperskie czy producenci dóbr luksusowych. Jeśli ktoś inwestuje w apartament nad morzem albo kupuje zegarek czy biżuterię, to jest niemal pewne, że szuka też restauracji na odpowiednim poziomie. Gault&Millau daje możliwość spotkania z tą grupą klientów w ich naturalnym środowisku, przy stole.

Dlatego powtarzam, że przewodnik jest nie tylko katalogiem restauracji, ale przede wszystkim trampoliną marketingową. To przestrzeń, w której biznes spotyka się z kulinariami, a emocje związane z jedzeniem stają się nośnikiem komunikatu reklamowego. I to działa, bo nikt nie ma wątpliwości, że przyjemność jedzenia jest jedną z najsilniejszych emocji, jakie możemy wykorzystać w komunikacji z klientem.

Wspomniał Pan o planach współpracy z sieciami paliwowymi czy branżą motoryzacyjną. Dlaczego właśnie te sektory wydają się Panu naturalnym partnerem dla Gault&Millau?

To jest absolutnie naturalne połączenie. Gastronomia i podróż zawsze szły ze sobą w parze. Nie da się dojechać do restauracji bez samochodu, paliwa, czy całej infrastruktury, która umożliwia nam poruszanie się po kraju. Dlatego marki motoryzacyjne czy paliwowe są dla nas nie tylko potencjalnym partnerem biznesowym, ale wręcz częścią całej opowieści, którą tworzy przewodnik.

Wyobraźmy sobie prosty scenariusz, kierowca tankuje samochód, dostaje przewodnik jako element programu lojalnościowego i nagle ma w ręku mapę kulinarną Polski. Może z niej korzystać w czasie każdej podróży, czy to w drodze nad morze, w góry, czy na Mazury. Taki przewodnik staje się czymś więcej niż książką, jest towarzyszem podróży, a partner biznesowy zyskuje stałą obecność w codziennym życiu konsumenta.

Marki motoryzacyjne, szczególnie te z segmentu premium, też idealnie wpisują się w świat Gault&Millau. Restauracje z przewodnika odwiedzają ludzie świadomi, którzy szukają jakości i są gotowi w nią inwestować. To ta sama grupa, która wybiera dobre samochody, ceni komfort podróży i styl życia oparty na doświadczeniach. Wspólna komunikacja sprawia, że obie strony zyskują, marka samochodowa pokazuje się w kontekście prestiżu i wyjątkowości, a przewodnik staje się częścią aspiracyjnej opowieści o podróżowaniu i celebracji życia.

Gdyby miał Pan wskazać największą wartość dla potencjalnych partnerów biznesowych, co by to było? Prestiż marki, możliwość dotarcia do określonej grupy klientów, a może coś jeszcze?

Największą wartością jest unikalne połączenie wszystkich tych elementów. Prestiż sam w sobie jest oczywiście ważny, Gault&Millau to marka rozpoznawalna na całym świecie, a obecność przy tym projekcie daje firmie pewien rodzaj nobilitacji. Partner, który decyduje się współpracować z przewodnikiem, automatycznie stawia siebie w gronie marek, które chcą być kojarzone z jakością i stylem życia na wysokim poziomie.

Ale na samym prestiżu się nie kończy. Przewodnik działa jak filtr, skupia wokół siebie ludzi o określonej wrażliwości, świadomych, wymagających i gotowych inwestować w jakość. To nie jest masowa reklama, która dociera do wszystkich, a tak naprawdę do nikogo. To precyzyjne dotarcie do grupy, która naprawdę ma potencjał zakupowy i decyzyjny. To ludzie, którzy podejmują świadome wybory, szukają autentycznych doświadczeń i są gotowi zapłacić więcej za produkt czy usługę, która spełnia ich oczekiwania.

Dlatego odpowiedziałbym tak, największą wartością jest synergia. Prestiż marki, dostęp do świadomego i wymagającego klienta oraz możliwość budowania z nim relacji w najbardziej naturalnym i emocjonalnym kontekście, jakim jest jedzenie i wspólne spędzanie czasu przy stole. To połączenie sprawia, że współpraca z Gault&Millau to element strategii budowania marki w długim horyzoncie.

Patrząc na Pana dotychczasowe doświadczenia biznesowe, od Bocuse d’Or po Grand Dinners, wydaje się, że zawsze stara się Pan łączyć gastronomię z biznesem i promocją Polski. Czy Gault&Millau jest uzupełnieniem tej strategii?

Tak, można tak powiedzieć, choć ja wolę myśleć o tym jako o kolejnym etapie. Przez lata organizowałem projekty, które z jednej strony były wydarzeniami kulinarnymi, a z drugiej miały ogromny wymiar promocyjny. Bocuse d’Or, najbardziej prestiżowy konkurs kulinarny świata, który sprowadziliśmy do Polski, to nie jest tylko rywalizacja szefów kuchni. To okazja, by pokazać Polskich szefów w gronie międzynarodowych autorytetów gastronomii. Podobnie Grand Dinners, kolacje z udziałem największych szefów kuchni, gdzie jedzenie stawało się pretekstem do rozmów, spotkań i budowania relacji.

Zawsze miałem poczucie, że gastronomia to nie tylko talerz. To narzędzie, które pozwala promować kraj, jego produkty, kulturę i ludzi. A jednocześnie to przestrzeń, w której biznes i emocje spotykają się w najbardziej naturalny sposób. W tym sensie rzeczywiście można powiedzieć, że ten projekt uzupełnia moje wcześniejsze doświadczenia i przenosi je na wyższy poziom. Ale jednocześnie daje perspektywę, by iść dalej, pokazywać Polskę w międzynarodowej sieci Gault&Millau, promować nasze produkty za granicą, inspirować kolejne pokolenia kucharzy i edukować gości. To jest droga, która nie ma końca, bo gastronomia zawsze się rozwija, a ja chcę być w centrum tego procesu, w Polsce i w Europie.

Ważne Informacje

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...