.
Strona główna Blog Strona 135

W magazynie- Sztuka kolekcjonowania

Piotr Bazylko, dziennikarz i manager, przekształcił hobby w profesję zakładając ze wspólniczką galerię. Opowiada o regułach rządzących rynkiem sztuki

Jako kolekcjoner pełnił pan wyjątkową rolę na polskim rynku sztuki. Pańskie teksty i opinie były swoistymi drogowskazami dla wielu osób. 

Bardzo się cieszę, jak słyszę takie słowa. Mój przykład pokazuje, że każdy może kolekcjonować sztukę i po pewnym czasie na tym się znać. W młodości sztuką się interesowałem tyle, ile powinien się interesować wykształcony człowiek, który nabrał obycia z kulturą. Kiedy odwiedzałem miasto ze znanym muzeum, zawsze korzystałem z okazji, żeby je zwiedzić. Chodziłem na ważne wystawy w Warszawie. Nie myślałem wówczas o kolekcjonowaniu sztuki, choć co jakiś czas kupowałem obrazy.

Biorąc pod uwagę nikłe zainteresowanie sztuką w naszym kraju, i tak wykazywał pan sporą inicjatywę. 

Myślę, że takich osób jest coraz więcej. Ale prawdziwy przełom stanowił dla mnie udział w kursie w Warszawskiej Szkole Fotografii Mariana Schmidta, który był prezentem urodzinowym od żony Aliny. Zabawne, ale niewiele z tego kursu wyniosłem, jeśli chodzi o naukę fotografowania. Zainteresowały mnie za to świetne zajęcia z historii fotografii i z jej kolekcjonowania. Stanowiło to dla mnie pierwszy impuls do kupowania klasycznej czarno-białej fotografii. Pierwsza tego rodzaju praca, jaką kupiłem na polskiej aukcji, to „Płacząca fontanna” Evy Rubinstein. Do dzisiaj wisi na ścianie w moim domu. Był to mój pierwszy świadomy zakup fotografii.

A malarstwa?

To był kupiony wcześniej obraz Marka Sobczyka „Mauzoleum Galii Placydii”. Później była właśnie fotografia kolekcjonerska. Na przełomie lat dwutysięcznych otworzyła się przede mną droga do młodej polskiej sztuki. Powstały pierwsze galerie, w tym warszawski Raster. Długo bałem się wejść do Rastra. Obawiałem się, że wiem zbyt mało, że mogę się ośmieszyć. Jak sądzę, takie rozterki przeżywa wiele osób, które zaczynają przygodę ze zbieraniem sztuki. Zupełnie niepotrzebnie. Szybko przekonałem się, że galerzyści zachowują się życzliwie, chętnie udzielają rad. Dziś mam wielu przyjaciół przede wszystkim wśród artystów i kolekcjonerów, ale też i niektórych galerzystów.

Pana zbiór bardzo szybko zaczął się rozrastać, uchodzi pan za największego kolekcjonera młodej sztuki w Polsce. 

Nie wiem, czy zasługuję na taki tytuł, tym bardziej że nie od ilości prac zależy jakość kolekcji. Przez 20 lat zgromadziłem prawie 700 prac. Gdyby pokazać je chronologicznie, powstałby obraz tego, jak kształtowałem się jako kolekcjoner. Zawsze zaczyna się tak, że najpierw kupuje się… uchem. Słucha się, co inni mówią, bo brakuje nam pewności własnych opinii i decyzji. Po jakimś czasie zaczynamy kupować to, co naprawdę nam się podoba. Dopiero wtedy prace układają w indywidualny zbiór, powstają między nimi intuicyjne związki. Kolekcjoner, który kupuje stosunkowo dużo, zaczyna się orientować, że jakieś rzeczy go interesują bardziej, a inne mniej. Zwykle jest to jakieś medium lub temat. I tak pojawia się kolejny etap ewolucji kolekcjonerskiej. Na początku drogi zastanawiamy się, jak obraz będzie wyglądał na ścianie. Później, już jako zaawansowani kolekcjonerzy, myślimy, czy będzie pasował do zbioru. Taka jest podstawowa różnica między wczesnym a dojrzałym etapem kolekcjonowania.

Najwybitniejszy powojenny kolekcjoner sztuki współczesnej dr Lech Siuda uważał, że obrazy powinny cieszyć każdego dnia. Konkurował więc z muzeami o najlepsze prace, uważając, że zamiast inspirować i zachwycać, trafią one do magazynów. 

Sporą część mojej kolekcji z konieczności trzymam w magazynie, ale co jakiś czas przywożę je do domu i zmieniam ekspozycję. Przy okazji warto zauważyć, że kolekcjonerzy i muzealnicy mają zupełnie inny stosunek do sztuki. Kiedyś wypożyczyliśmy pracę Jakuba Juliana Ziółkowskiego, która wcześniej wisiała u nas w toalecie, na jego wystawę „Hokaina” w Zachęcie. Moja żona Alina powiedziała o tym dyr. Agnieszce Morawińskiej, którą informacja ta wyraźnie zaskoczyła. My natomiast uważamy, że każde miejsce w domu jest dobre, by eksponować sztukę. I taka właśnie jest różnica między kolekcjonowaniem domowym i muzealnym.

Rozumiem to doskonale, ponieważ ja również trzymam część swoich obrazów w schowku Less Mess, a w domu wykorzystuję skrzętnie każdą ścianę. Wróćmy jednak do tematu tworzenia kolekcji…

Każdy kolejny zakup powinien pasować koncepcyjnie do zamysłu, którym się kierujemy. Kiedy ma się już naprawdę dużo tych prac, zmniejsza się kolekcjonerska zachłanność. Ważna jest odpowiedź: czy posiadanie nowej pracy coś zmieni w mojej kolekcji. W konsekwencji prowadzi to do świadomej selekcji, dużo silniejszej niż na wczesnym etapie tworzenia zbioru, kiedy myślimy: jakie to jest fajne, chciałbym to mieć. A później dostrzegamy, że prawdziwą radość dają nam rzeczy, które naprawdę nas interesują.

Kiedy znajomi pytają mnie co kupować, odpowiadam: to, co ci się do szaleństwa podoba, a jeszcze lepiej to, co cię wyjątkowo drażni i niepokoi, bo zwykle te prace okazują się najlepsze.

Coś w tym jest, że prace, które na początku mnie odrzucały, kiedy już się z nimi oswoiłem, to zostawałem z nimi na długo. Często prace, którymi zachwyciłem się w pierwszej chwili, dziś już omiatam wzrokiem i zastanawiam się, co mogłoby je zastąpić na ścianie czy na półce. Kiedy nasz zbiór jest duży, mózg dokonuje nieświadomej selekcji. Pojawia się myśl, czy bez kolejnej nowej pracy kolekcja będzie taka sama, czy lepsza?

Czy należy weryfikować kolekcję? 

Uważam, że to dobry pomysł. Właśnie dlatego w maju 2021 roku zdecydowałem się sprzedać ponad 60 prac ze swojej kolekcji na aukcji „kolekcji Piotra Bazylko” w domu aukcyjnym DESA Unicum. Podjąłem taką decyzję z dwóch powodów: odchodziłem z pracy, chciałem się pożegnać z wieloma pracami, które wisiały w moim biurze. Drugi powód był ważniejszy, musiałem zdobyć pieniądze na założenie galerii Import Export, w której rozmawiamy. Pieniądze przeznaczamy na to, żeby spokojnie budować pozycję galerii i aby przetrwała ona trudne chwile.

Czy zamierza pan organizować bardzo modne ostatnio aukcje młodej sztuki? 

Nie mam takich planów. Uważam, że systemy galerii i aukcji powinny być oddzielone. W ogóle nie wyobrażam sobie, żeby na aukcje trafiały obrazy, na których jeszcze nie zdążyła zaschnąć farba. Miejsce takich prac jest w galeriach. Aukcje młodej sztuki są ewenementem na skalę światową. Dobrym, czy złym? Mam negatywny stosunek do aukcji młodej sztuki i nie uważam, żeby z nich coś naprawdę wartościowego przetrwało za 20, 30 lat. Jeśli ktoś chce sobie kupić pracę do domu, żeby się nią cieszyć, to te aukcje młodej sztuki są OK. Jednak jeśli ktoś zamierza budować kolekcję lub kupować inwestycyjnie, to z czystym sumieniem odradzałbym takie działanie.

Znajomych, którzy proszą mnie o kontakt z artystą, konsekwentnie odsyłam do galerii. To właśnie tam twórcy zanoszą swoje najlepsze dzieła, słabe zostawiają w pracowniach. 

To prawda, galerzyści współpracując z artystami wybierają najciekawsze prace. Przy bliższej współpracy czasem nawet sugerują, żeby najgorszych prac w ogóle nie pokazywać, a może nawet należałoby je zniszczyć. Na tym polega pozytywna selekcja. Niestety, specyfiką polskiej sztuki jest to, że kolekcjonerzy za wszelką cenę szukają bezpośredniego kontaktu z artystami. Coraz więcej twórców dostrzega jednak pozytywne strony współpracy z galeriami i odmawia sprzedaży bezpośredniej. Dotyczy to, rzecz jasna, artystów współpracujących na stałe z galeriami, czy też przez nie reprezentowanych. Sam wielokrotnie kupowałem bezpośrednio, ale tylko wtedy, gdy artyści jeszcze nie byli związani umowami z galeriami. W interesie zarówno artysty, jak i kolekcjonera jest to, żeby kupować przez galerię.

Znane zagraniczne galerie inwestują duże kwoty w kariery młodych artystów. Sprzedając ich prace, zawierają umowy z prawem pierwokupu po to, żeby uniemożliwić spekulacyjne zmiany cen.

Chodzi o to, żeby ceny w galeriach nie różniły się dramatycznie od aukcyjnych. Wiadomo, że kwoty osiągane na aukcjach, czasami są kilkukrotnie wyższe od galeryjnych, ale to jest nie do utrzymania w dłuższym czasie, więc prędzej czy później te ceny spadają. Nie wszyscy artyści wytrzymują ciśnienie związane z tym, że ceny idą w dół, gdy popyt się nasyci. Dlatego galerie za wszelką cenę starają się zmniejszyć ryzyko spekulacji. Rzeczywiście, klauzule, o których pan wspomniał, istnieją. Są to bardziej umowy dżentelmeńskie, które obowiązują obie strony. Naturalnie, klient może złamać tę zasadę, ale dzieje się tak tylko raz, bo w tej galerii raczej nigdy nic już nie kupi. Mam kilka prac kupionych właśnie w taki sposób w galeriach zagranicznych, z klauzulą, że w ciągu 5 lat nie mogę odsprzedać ich inaczej niż przez galerię, oczywiście, zgodnie z obowiązującymi aktualnie cenami.

Mało kto zdaje sobie sprawę, że praca określonego artysty, w identycznym formacie i wykonana tą samą techniką, jeśli jest słaba może być kilkukrotnie tańsza od bardzo dobrej.

Dzieje się tak na etapie wtórnego obiegu. Charakterystyczne, reprodukowane, pokazywane na wystawach dzieła osiągają na aukcjach znacznie wyższe ceny niż prace wtórne.

W środowisku kolekcjonerów funkcjonuje określenie „obraz o charakterze muzealnym”.

Czyli taki, który chciałoby mieć muzeum, publikowany w katalogach, wybierany przez kuratorów na wystawy. Wszystko to musi mieć wpływ na cenę. Dlatego warto wypożyczać prace na wystawy, aczkolwiek pamiętając, żeby zadbać, by galerie czy muzea ubezpieczyły je zgodnie z wartością rynkową. Wspominam o tym jako ważnym elemencie bezpieczeństwa, ale jednocześnie podkreślam, że należy pokazywać prace ze swojej kolekcji jak najczęściej, za każdym razem odnotowując ten fakt i gromadząc stosowną dokumentację.

Publikujemy na naszych łamach cykl rozmów z Marią Wollenberg-Kluzą o twórcach niesłusznie zapomnianych. 

Przypominanie artystów, o których rynek zapomniał, cały czas ma miejsce. I warto to robić. Rynkiem sztuki rządzi cykliczność. Mody się zmieniają, co jakiś czas rynek poświęca więcej uwagi artystkom i artystom przez długi czas nieobecnym. Dzieje się tak, gdy galeria, kurator czy jakaś instytucja zainteresują się twórczością danego artysty. Na rynek trafiają jego prace, nierzadko osiągając wysokie ceny. Zawsze stoi za tym jednak czyjaś ciężka praca. Kilka dni temu odbyła się świetna wystawa Krzysztofa Junga, artysty nie funkcjonującego dotąd w obiegu. To przykład, że mniej znane dzieła mogą wrócić i na nowo wzbudzać zainteresowanie.

Jaki jest program, ale też pomysł funkcjonowania pańskiej galerii?

O tym, że chcę być obecny na rynku sztuki nie tylko jako kolekcjoner, myślałem od dłuższego czasu. Zbiegło się to ze spotkaniem mojej wspólniczki Soni Jakimczyk, z którą poznaliśmy się, gdy organizowała w Londynie wystawę prac Andrzeja Wróblewskiego. Zaczęliśmy rozmawiać i stwierdziliśmy, że oboje chcemy tego samego, to znaczy planujemy założyć galerię. Nazwaliśmy ją Import Export. Zależy nam, żeby nasza galeria zdobyła mocną pozycję na rynku sztuki i dawała szansę pokazywania artystów spoza Polski w naszym kraju, a polskich za granicą. Chcemy pokazywać sztukę, która naszym zdaniem jest dobra i warta promocji, niezależnie od medium i przynależności narodowej twórców. Pierwsza wystawa to był pokaz wspólnych prac dwóch bardzo ciekawych artystek – Stefanii Batoevy i SAGG Napoli. Ta wystawa łączyła w sobie performance z malarstwem. Druga wystawa – fotografie, rzeźby i obrazy Mii Dudek. Trzecia – obiekty Przemka Branasa. Czwarta wystawa poświęcona będzie twórczości Veroniki Hapchenko, młodej malarki ukraińskiej mieszkającej w Polsce.

Pańska droga do własnej galerii była długa i nietypowa. Środowiskową rozpoznawalność zapewnił panu prowadzony przez wiele lat z Krzysztofem Masiewiczem portal ArtBazaar.

Pracowałem przez 10 lat jako dziennikarz prasowy, telewizyjny i agencyjny. Później przez 20 lat  byłem partnerem w agencji PR. Równocześnie z Krzysztofem pisaliśmy o kolekcjonowaniu sztuki, wydawaliśmy książki. Ale to już przeszłość. Kiedyś pytany o hobby zawsze odpowiadałem – sztuka współczesna. Dziś jest to już mój zawód.

 

Co lubi Piotr Bazylko?

Hobby – podróże

Wypoczynek – „Azja Południowo-Wschodnia. Tuż przed pandemią spędziliśmy z żoną i synem miesiąc w Indonezji, która tak nam się spodobała, że chcemy wrócić, kiedy tylko otworzą się granice.”

Kuchnia – tajska i japońska

Restauracja – „Chciałbym polecić wspaniałą zupę pho w Vietnamce oraz ramen w Yatta Ramen. Obie restauracje nie mają wyglądu, ale mają świetne jedzenie.”

Samochód – zawsze Volvo

Zegarek – „Omega Seamaster z 1968 roku, którą dostałem w prezencie od żony, bo jest to rok moich urodzin.”

Transformacja cyfrowa dzieje się teraz

O tym, co zmieni uruchomienie Local Zone AWS w Polsce, o transformacji cyfrowej w obliczu pandemii koronawirusa oraz przyszłości AWS rozmawiamy z Przemkiem Szuderem, dyrektorem generalnym na region Europy Środkowo-Wschodniej w Amazon Web Services

Rozmawiał: Michał Garbaczuk

Zacznijmy od prawdziwej rewelacji, którą usłyszeliśmy podczas dorocznego kongresu re:Invent. AWS, wraz z początkiem 2022 roku, otwiera w Polsce Local Zone. Co to oznacza dla AWS i co to oznacza dla klientów?

Lokalna Strefa AWS to zestaw najważniejszych i najczęściej używanych usług, z których korzystają nasi klienci. Są to zatem różnego rodzaju instancje i moce obliczeniowe, pamięci masowe i przestrzenie dyskowe, a także bazy danych, rozwiązania kontenerowe i inne. Wraz z uruchomieniem strefy lokalnej w Polsce zyskamy zupełnie nowe możliwości związane z dostępnością usług, które będą wówczas w równym stopniu służyć klientom polskim, jak i naszym partnerom globalnym.

Z lokalnych stref AWS w Stanach Zjednoczonych korzystają już m.in. Netflix oraz firmy z branży gier, jak Ubitus czy Edgegap. Firmy te dzięki temu rozwiązaniu mogły ograniczyć opóźnienia w przesyle danych, a przez to zapewnić swoim odbiorcom rozrywkę na najwyższym poziomie. Wiele światowych firm zauważyło ogromny potencjał polskiego rynku oraz zapotrzebowanie na usługi cyfrowe. Dzięki strefie lokalnej Amazon Web Services (AWS) będą one mogły zoptymalizować swoje usługi oraz wzmocnić konkurencyjność. To także szansa na pojawienie się i rozwój nowych dostawców usług i klientów.

Wraz z uruchomieniem strefy lokalnej w Polsce pojawią się nowe możliwości dla klientów z rynków regulowanych, szczególnie w zakresie sprostania regulacjom dotyczącym miejsca przetwarzania danych. To rozwiązanie dla klientów, którzy chcą, a w niektórych przypadkach muszą mieć dane blisko siebie w Polsce.

Pierwszą przewagę AWS nad konkurencją właśnie poznaliśmy. Jakie inne aspekty sprawiają, że klienci powinni wybierać wasze rozwiązania?

Chmura AWS istnieje 15 lat, czyli najdłużej na rynku. Dyrektor generalny Amazon Andy Jassy powtarza zawsze, że nie da się skompresować 15-letniego doświadczenia i tego, czego się nauczyliśmy, do kilku lat operacji w tym obszarze. Co to oznacza? AWS zapewnia szeroką dostępność usług oraz wysoki poziom niezawodności, który raportowany jest przez podmioty trzecie, i mówimy tu o danych obiektywnych. Jesteśmy liderem w tym obszarze. Dlatego nie tylko giełda papierów wartościowych NASDAQ, ale też wielu globalnych liderów brokeringu walutami, którzy wymagają ultrawysokiej niezawodności, korzystają z naszych rozwiązań. Dla takich instytucji kilkusekundowe opóźnienia mogą oznaczać wielomilionowe, a nawet miliardowe straty. Przykłady można by mnożyć, ale mówimy chociażby o takich klientach, jak firma ubezpieczeniowa Aviva czy TVN, który prowadzi transmisje w czasie rzeczywistym. Doświadczenie olbrzymich firm jest najlepszą rekomendacją i gwarancją bezpieczeństwa dla naszych wszystkich przyszłych partnerów biznesowych.

Kolejną przewagą AWS, o której muszę wspomnieć, jest paleta rozwiązań, które proponujemy klientom. My nie mówimy, że droga do sukcesu wiedzie z punktu A do punktu B, tylko przedstawiamy pięć różnych możliwości, uwidaczniając ich wady i zalety. Nie rekomendujemy żadnej z nich, ponieważ wierzymy, że każdy klient powinien wziąć pod uwagę swoje preferencje czy strategię biznesową i sam wybrać najlepszą opcję dla siebie. My nie „wymuszamy” na klientach jednego rozwiązania. Oferujemy merytoryczne wsparcie w procesie wyboru, ale zapewniamy pełną swobodę.

Macie wiele produktów, które oferujecie swoim klientom. Czy zapewniacie także pomoc od strony ludzkiej? Nie każdy jest specjalistą z dziedziny informatyki.

Jak najbardziej. Mamy dwa rodzaje stanowisk: z jednej strony jest Account Management, czyli takie tradycyjne wsparcie klienta, a z drugiej zespół architektów. To nie są osoby od sprzedaży, tylko specjaliści od baz danych, serwerów i uczenia maszynowego, którzy są nieodpłatnym wsparciem dla naszych klientów i prowadzą ich praktycznie od samego początku. Pomagają, doradzają rozwiązania i szkolą zespoły – są to obecnie bardzo popularne aktywności. W AWS nazywamy to immersion days. Nasi architekci odpowiadają za część merytoryczną szkolenia: opracowują treści warsztatowe i narzędzia, specjalne pakiety na użytek partnerów oraz ich klientów, a także przeprowadzają różnego rodzaju symulacje. Niezależnie od branży, w jakiej działa firma, a także miejsca, w którym aktualnie się znajduje w środowisku chmurowym, otrzymuje ona wsparcie od AWS. To sfera, która bardzo nas wyróżnia na tle konkurencji.

Dotknęła nas pandemia i wiele działalności przeniosło się ze świata realnego do sieci. Jak pandemia wpłynęła na AWS, jego rozwój? Czy obserwujecie wzmożone przenoszenie danych do chmury?

Podzieliłbym okres pandemii na dwa etapy: pierwszy to czas, w którym nikt nie spodziewał się tego, że przestaniemy pracować w biurach. Zaobserwowaliśmy szybko, że nasi klienci doświadczali bardzo skrajnych scenariuszy. Wiele firm zdecydowało się na rozwiązania chmurowe przechodząc na pracę zdalną. Mieliśmy też przykłady firm, takich jak polski startup Molecule.one, który pracował nad szczepionką na Covid.

Branża gier przeżyła okres dynamicznego wzrostu, bo dla wielu osób gry online stały się jedną z niewielu dostępnych form rozrywki, kiedy zostaliśmy zmuszeni nie opuszczać naszych domów.

Mieliśmy też wielu klientów z branży podróżniczej, na przykład Polskie Linie Lotnicze LOT, będące wiodącym operatorem lotniczym w Polsce. Dopiero co pomogliśmy im zmigrować i stworzyć na nowo cały system rezerwacji, system transakcyjny i e-commerce, czyli handel elektroniczny, a już w pierwszej fazie pandemii firma została – mówiąc metaforycznie – uziemiona. Nie tylko nie była w stanie przetestować nowego systemu, ale jej obroty z tytułu działalności spadły do zera! To wpłynęło także na nas. Jeśli klient nie ma obrotów, to my również nie zarabiamy – to jedna z podstawowych cech chmury obliczeniowej AWS. Dziś jednak obserwujemy odradzanie się branży lotniczej. Choć wciąż mamy pandemię, samoloty są pełne.

Wielu naszych obecnych klientów, którzy byli w chmurze AWS „jedną nogą”, zastanawiali się, dlaczego nie zdołali być szybsi, dlaczego nie zareagowali na tę niecodzienną sytuację wcześniej i bardziej zdecydowanie. Byliby teraz w innym miejscu i z dużą przewagą nad konkurencją. Spowodowałoby to ogromne przyspieszenie.

Z kolei większość pozostałych firm zaczęła się mocno interesować rozwiązaniami AWS. Nie jest jednak sztuką przenieść wszystko do chmury, wyzwaniem jest zbudowanie odpowiednich kompetencji, bowiem chmura – oprócz zmiany technologicznej – jest także ogromną zmianą mentalną. Dlatego organizujemy szkolenia i zapewniamy wsparcie specjalistów, aby nasi klienci czuli się przygotowani i bezpieczni.

No właśnie, czy to nie jest tak, że klienci cały czas reprezentują dawny tok myślenia, że to co mam u siebie, to ja to widzę, znam i czuję się bezpiecznie?

Taki tok myślenia jest rzeczywiście widoczny jeszcze w naszym regionie, co ma zapewne źródło w zależnościach historyczno-kulturowych. Mamy jednak w Polsce niesamowity kapitał i potencjał w branży IT. W niektórych aspektach, jak np. w bankowości online i transakcjach bezdotykowych, wyprzedziliśmy Zachód, przez to, że były one u nas wprowadzone później niż tam, przez co mogliśmy od razu wdrożyć najnowsze rozwiązania. Dysponujemy siłą 400 tysięcy światowej klasy deweloperów. Kiedy popatrzymy na HackerRank, narzędzie do oceny umiejętności programistów, to polscy deweloperzy są w top 3, w samej czołówce. Nasze zaangażowanie w budowę rozwiązań programistycznych jest ogromne, a wiedza jest na najwyższym światowym poziomie. Choć często tego nie widzimy, to rynek pracy w IT stał się globalny. Polskie firmy muszą teraz konkurować o najlepsze talenty na rynku z największymi światowymi graczami, bo po naszych specjalistów wyciągają ręce ciekawe startupy z Nowego Jorku, duże banki z Niemiec czy firmy deweloperskie ze Szwajcarii. Dlatego, wracając do pytania, pod względem technologicznym jesteśmy nadal za Zachodem, ale to się będzie zmieniać.

Bo dzięki wam da się szybko pracować na całym świecie…

To jest też przewaga w kategorii zasobów ludzkich, bo jeśli ktoś jest wybitnym ekspertem od rozwiązań AWS, to jest zwyczajnie rozchwytywany. Koszty pracy w Polsce nadal są relatywnie niskie i w niedługim czasie będziemy obserwować dwie prędkości rozwoju. W jednej z nich firmom, które nadal działają w modelu tradycyjnym, będzie trudniej pozyskać specjalistów, którzy stają się coraz drożsi. W drugiej, Polacy będą pracować nad fenomenalnymi produktami i platformami, które będą odnosiły sukcesy międzynarodowe. Wymienię choćby jednego z naszych dużych klientów, firmę Brainly z Krakowa, która przyspieszyła niewiarygodnie podczas pandemii. Podczas gdy mieliśmy 800 tysięcy uczniów zamkniętych w domach, odbywających lekcje zdalne, platforma do nauki w sieci równorzędnej peer to peer (każdy z każdym) okazała się strzałem w 10. Dziś Brainly ma 350 mln użytkowników – nie tylko w Polsce, ale na całym świecie – co pokazuje siłę chmury i jest tylko jednym przykładem globalnego sukcesu polskich inżynierów.

To krótko: która branża, lub branże najszybciej się rozwinęły?

Z pewnością najszybciej wciąż rozwija się branża gier, ale myślę, że ona zawsze była mocna. Ogromne przyspieszenie nastąpiło na pewno w handlu detalicznym i nie mówię tylko o przejściu na sprzedaż wysyłkową, ale o całej transformacji cyfrowej. Obserwujemy wciąż bardzo niskie marże na produkty i olbrzymią konkurencję, dlatego firmy szukają pomysłów na przyciągnięcie klientów. Świetnym przykładem jest Rossmann w Polsce, którego cała implementacja i transformacja cyfrowa są zasługą polskiej innowacji, wykonanej przez polskich projektantów, a nie czymś, co zostało zaimplementowane z zagranicznej centrali. Jest to faktycznie czymś, co wyróżnia sieć na tle konkurencji.

A tak poza protokołem, czy jest branża, której nie da się zaimplementować do chmury?

Nie widzę branży, w której nie da się tego zrobić. Weźmy chociażby taką firmę Sinergise ze Słowenii, która wytworzyła niesamowite rozwiązanie dla rolnictwa i leśnictwa. Kupuje ona od dostawców obrazów satelitarnych zdjęcia obszarów uprawnych, a następnie oferuje usługę z zakresu analizy Big Data, która służy zarządzającym obszarami leśnymi czy rolnymi do zmaksymalizowania zbiorów. Firma podpisała kontrakt z rządem Brazylii, który postanowił udostępniać dane wszystkim farmerom. Rządzący doszli do wniosku, że sam rolnik na własną rękę nie byłby w stanie skorzystać z takiego rozwiązania. Pokazuje to, że każdy, jeśli tylko posiada chęć, aby pójść w stronę cyfryzacji, jest w stanie to zrobić.

Jak wygląda proces wdrażania takiej usługi? Rozumiem, że jest jakaś forma audytu, i co się dzieje dalej?

Tu znów możemy przedstawić dwa scenariusze. W jednym, występującym znacznie częściej, firma chce uruchomić jakiś nowy proces cyfrowy, który wcześniej nie istniał w jej strukturach. Tradycyjny sklep mówi, że chce handlować online, więc musi powstać strefa e-commerce, nie tylko sam sklep, ale też cała komunikacja z nim związana, automatyzacja marketingu. Tworzymy więc coś zupełnie nowego i robimy to w chmurze. Zajmuje to mniej czasu, bo trwa, na przykład, miesiąc, a nie pół roku.

Drugi scenariusz wdrażamy, jeśli w firmie jakieś procesy są niewydolne, bo ktoś źle wyskalował moc obliczeniową albo zastosował aplikację, która jest archaiczna. Wtedy przychodzi do AWS i pyta, jak moglibyśmy zmigrować procesy do chmury. Wówczas zaczyna się nasza praca, której etapem startowym jest faktycznie swego rodzaju audyt. W 75 procentach nie dotyczy on jednak sfery technologicznej, tylko umiejętności w organizacji. Po jego zakończeniu przygotowujemy dla klienta raport, w którym pokazujemy obszary, o których trzeba pomyśleć w kontekście optymalizacji i modernizacji. I proszę mi wierzyć, te pierwsze kroki stawiane są wokół edukacji, wzbogacania wiedzy, certyfikacji ludzi, a dopiero potem przychodzi pora na rzeczy technologiczne. Potwierdza się teza, że każda zmiana siedzi w głowie i jest procesem mentalnym.

Spójrzmy jeszcze na rynek motoryzacyjny i to, jak szybko rozwija się względem tego, co klient dostaje w formie gotowego produktu. Polska nie ma własnej marki motoryzacyjnej, ale jest fantastycznym dostawcą specjalistów i know-how dla branży motoryzacyjnej. Jak ta branża rozwija się dzisiaj?

Branża motoryzacyjna jest bardzo ciekawa, a my mamy wiele do zaoferowania producentom aut. Przykładem może być platforma BMW ConnectedDrive oparta o rozwiązania AWS. Dzięki niej właściciel samochodu może dziś sczytać kluczyk smartfonem i przesłać dostęp do auta osobie znajdującej się w innej części miasta.

Cała Grupa Volkswagena to z kolei sto dwadzieścia fabryk na całym świecie. O ile design i systemy w samochodzie są wdrażane bardzo szybko, to sam proces produkcyjny wiąże się z gigantycznymi nakładami finansowymi. Jeśli ktoś inwestuje miliardy w linie produkcyjne, bardzo ciężko jest powiedzieć, że teraz musimy wszystko zmodernizować. AWS skupia się w dużym stopniu na usługach Internetu Rzeczy i w zeszłym roku udostępniliśmy całą linię usług z zakresu zamieniania obrazu z kamery analogowej na cyfrową. Można zatem powiedzieć, że tu proces transformacji dopiero się zaczyna.

Wspomnę jeszcze o monitorowaniu produkcji na poziomie poddostawców, które wejdzie na nowy poziom, gdy ruszą prywatne sieci 5G. Już dziś wielu specjalistów podkreśla wagę łączności 5G oraz wszystkiego, co się wokół tego dzieje, bo wiele procesów zostanie znacznie uproszczonych. Bardzo często spotykamy się z klientami, którzy mówią: „Chciałbym coś zrobić, ale nie mam tu zasięgu” lub „Wi-fi nie rozwiąże moich problemów”, bo nie da się olbrzymiej fabryki objąć routerami. Właśnie dlatego uważam, że prywatne sieci 5G umożliwią nam realne przyspieszenie. Problemem jest natomiast dostępność podzespołów. Wiele firm jest już przygotowanych na rozwiązania 5G i tak naprawdę tylko brak dostępności np. chipów do czujników będzie w stanie je wyhamować lub przesunąć proces ekspansji.

Jakie marzenia przed polskim oddziałem?

Mamy z pewnością wiele celów, ale wymarzona sytuacja to taka, w której strefa lokalna już działa, a my jesteśmy jeszcze bardzo zadowoleni z tego, co dzieje się w Polsce od 2017 roku, kiedy otworzyliśmy nasze biuro. Mamy w Gdańsku cały Alexa Development, w Warszawie otworzyliśmy Globalne Centrum Kompetencji, gdzie nasi inżynierowie wspierają klientów w zakresie Internetu Rzeczy, uczenia maszynowego i analityki danych. Rozbudowujemy też nasze biuro widząc olbrzymie zainteresowanie klientów naszymi rozwiązaniami. Wsłuchujemy się w potrzeby naszych klientów i trafnie reagujemy na ich potrzeby, a oni są zadowoleni ze współpracy.

 

Co lubi Przemek Szuder?

Samochód – BMW
Podróże – gdzieś, gdzie są góry i morze jednocześnie
Jedzenie – włoskie
Zegarek – smartwatch

Produkty premium łączące tradycję z innowacjami

Na krajowym rynku próżno szukać wyraźnych innowacji zarówno w segmencie produktów premium, jak i w liniach mainstreamowych. Z dotychczasowego modelu wydaje się wyłamywać spółka BZK Alco. Nowe propozycje wprowadzane na rynek przez tę firmę mogą sporo namieszać w aspekcie technologicznego podejścia do produkcji i łączenia klasycznych wzorców ze współczesnymi trendami.

Jakość w mainstreamie

Branża alkoholowa nie jest pierwszym skojarzeniem w dyskusji o innowacyjnym podejściu do biznesu. Wiele marek (często skutecznie) wykorzystuje konserwatywne wzorce, które ze względu na dotychczasowe powodzenie, nie ulegają większym modyfikacjom. Inną filozofię przyjęła spółka BZK Alco. W swoim portfolio firma prezentuje produkty łączące tradycyjne receptury, konsekwentnie udoskonalane techniki produkcji oraz trendy, które skutecznie poszerzają grono potencjalnych klientów.

Jednym z czołowych przykładów powyższej strategii jest najnowsza marka – “Dzika Kaczka”. Ściśle nawiązująca do produktów segmentu premium wódka, docelowo przeznaczona jest do szerokiej dystrybucji. Bardzo wyraźne nawiązania do klasy premium uwiarygodniają przesłanie marki oraz wychodzą naprzeciw oczekiwaniom szczególnie młodszych odbiorców, często zmęczonych dotychczasową ofertą innych producentów. Klucz do sukcesu? Przede wszystkim nieoczywisty dobór spirytusu bazowego, który według deklaracji samych twórców, cieszy się 99,9-procentową czystością. Dla porównania standardowe alkohole powstają na bazie spirytusu 96,6.

Odwaga poparta doświadczeniem

Najbardziej strategicznym momentem w procesie produkcyjnym nowej propozycji BZK Alco są prawidła znane z segmentu premium, czyli siedmioetapowa rektyfikacja spirytusu i wieloetapowy proces zestawiania. W tej kategorii “Dzika Kaczka” może się okazać absolutną debiutantką w skali kraju, ponieważ po sekwencji kilkukrotnego rozcieńczania i mieszania do gry wchodzą nietuzinkowe filtry. Płyn przechodzi przez powłokę węglową, następnie wchodzi w kontakt z platyną i kryształami górskimi. Trzeba przyznać, że taka strategia na krajowym rynku produkcyjnym uchodzi za co najmniej niszową.

Produkt końcowy to wyjątkowo miękka struktura ciesząca się wysoką jakością korespondującą z absolutnymi liderami światowych rynków. Czy zespół zachowuje proporcje między nowoczesnością a klasyką? Innowacyjny charakter procesów produkcyjnych nie przyćmiewa naturalnej nuty produktu, jako pozycji segmentu mainstream. W tej kategorii uwagę przykuwa również stonowany design samej butelki, która może uchodzić za jeden z bardziej udanych projektów wpisujących się w popularny ostatnio duch slow. To jednak niejedyna pozycja utrzymana w stylistyce najnowszych trendów.

Tradycja w duecie ze współczesnością

Innym przykładem skutecznego łączenia nieoczywistych motywów są alkohole linii “Folwark Janików”. Zamysłem powstania tej propozycji było przedstawienie prawideł polskiego gorzelnictwa w nieco innej, nowoczesnej odsłonie. Tak też powstał miks owocowych aromatów z klasycznymi alkoholami — BZK Alco oferuje śliwkę w zestawieniu z włoskim Amaretto, pigwę w akompaniamencie irlandzkiej whiskey oraz wiśnię, której towarzyszy Brandy.

– Sami selekcjonujemy surowce, z których produkowany jest Folwark Janików, a finalny produkt powstaje w naszym Zakładzie Wyrobów Alkoholowych w Janikowie. Dlatego mamy prawdziwą kontrolę nad tworzeniem alkoholi, które oddajemy w ręce konsumentów. Dzięki temu możemy zagwarantować wysoką jakość i rzetelne wykonanie naszych trunków – wyjaśnia Grzegorz Chojnacki, Prezes BZK Alco.

W bardzo podobnym tonie utrzymane są produkty z linii “Wokulski”. W tej kategorii BZK Alco nawiązuje do receptur przedwojennych, czym może sobie zaskarbić zainteresowanie kilku grup – począwszy od starszych pokoleń, a na szukających alternatyw millenialsach skończywszy. Najmocniejsze strony? Warianty wódek z surowców bezglutenowych oraz bio.

Jeśli BZK Alco w dalszym ciągu będzie rozwijać ofertę, wzorując się na technikaliach znanych już z ostatniej próby, krajowy rynek jest w stanie wejść na kolejny poziom prokonsumenckiego podejścia do własnego produktu. Wielopoziomowa strategia spółki alkoholowej może się okazać biznesowym must-have na przestrzeni kolejnych sezonów.

Biznes w Chinach – Jak odnieść sukces w azjatyckim świecie?

28 stycznia br. nakładem wydawnictwa MT Biznes ukazała się książka, która przynosi odpowiedzi na wiele pytań nurtujących polskich przedsiębiorców planujących ekspansję w Chinach i Azji

Autor: Wojciech Gryciuk

Radosław Pyffel, ekspert z zakresu polityki zagranicznej i Chin, przeprowadził wywiady z 20 biznesmenami z różnych branż, którzy dzielą się w nich swoim doświadczeniem współpracy z Państwem Środka, szczegółowo omawiając błędy, których mogli uniknąć. Dzięki temu poznanie i zrozumienie wschodniej kultury, norm i wartości, instytucji czy stylu prowadzenia biznesu może okazać się dla polskich przedsiębiorców mniej kosztowne i czasochłonne.

Chiny są obecne we wszystkich branżach i sektorach oraz w wielu aspektach naszego życia. Stało się tak za sprawą bezprecedensowego wzrostu gospodarczego ostatnich dekad i dokonującej się na naszych oczach rewolucji technologicznej. W Polsce rosnące znaczenie Chin na świecie jest często przyjmowane z niedowierzaniem lub zaskoczeniem, radykalną krytyką albo bezkrytycznym entuzjazmem. Dla przedsiębiorców XXI wieku Azja nie jest już kwestią wyboru, lecz oznacza konieczność wejścia w kontakt z tamtejszym biznesem, co bez poznania i zrozumienia wschodniej kultury, norm i wartości, instytucji, stylu prowadzenia biznesu i wyzwań z nimi związanych jest skazane na fiasko. Można tę wiedzę zdobywać przez własne doświadczenia i uczenie się na błędach, co – jak wiadomo – bywa kosztowne, czasochłonne, a nawet bolesne.

To wszystko jest powodem, dla którego autor postanowił porozmawiać z osobami, które wypłynęły na chiński ocean w ostatnich latach. Jego rozmówców łączy świadomość wielkiego wyzwania, do którego potrzeba głowy, charakteru, a czasem także wiary. Zderzyli się z rzeczywistością Państwa Środka i przeszli pozytywnie tę weryfikację, stając się mistrzami w swoich dziedzinach. Teraz chętnie dzielą się swoimi przemyśleniami, odpowiadając m.in. na pytania: w jaki sposób rozmawiać z Chińczykami, co wyróżnia chiński styl prowadzenia biznesu, czym różni się chińska etykieta biznesowa od europejskiej, na jakie wyzwania należy się przygotować wchodząc na rynek chiński, jakie są upodobania chińskich konsumentów, czego spodziewają się w relacjach Polska-Chiny, a także jaki wpływ wywrą Chiny na poszczególne branże i sektory świata, Europy oraz Polski. Książka jest jednak nie tylko kompendium praktycznej wiedzy o Państwie Środka i prowadzonym w nim biznesie, lecz także kroniką zmian ostatnich dekad i zapowiedzią przyszłości. Można polecić ją każdemu, kto już prowadzi biznes w Chinach, planuje nawiązać współpracę z Chińczykami, albo styka się z nimi w swojej pracy. Książka zainteresuje również wszystkich ciekawych świata pozaeuropejskiego, który otwiera zupełnie nowe możliwości stawiając nowe wyzwania.

Rozmówcy, którzy wypowiadają się na łamach książki zostali starannie dobrani, a łączy ich sukces, jak powiedzieliby Amerykanie, lub mistrzostwo, jak powiedzieliby Chińczycy. Mistrzostwo w tym, co robią, niezależnie od tego, czy to IT, finanse, logistyka, nieruchomości, handel, czy stosunki międzynarodowe. Każdy z nich ma za sobą lata doświadczeń, co gwarantuje, że zna się na rzeczy. To, co osiągnęli, mówi samo za siebie. Profesor Bogdan Góralczyk – autor wielu klasycznych już książek o Chinach, m.in. „Chiński feniks”. Jacek Bartosiak, który widząc zachodzące w świecie zmiany, porzucił lub przynajmniej znacznie ograniczył praktykę adwokacką, stając się najbardziej wpływowym komentatorem ds. polityki międzynarodowej, bezdyskusyjnie i trwale zmieniającym polskie myślenie o świecie. Profesor Marcin Piątkowski – starszy ekonomista Banku Światowego oraz autor wielu inspirujących książek. Są szefowie polskich firm z pierwszej setki najbogatszych Polaków, którzy operując w Polsce, stworzyli globalne firmy: Krzysztof Domarecki (założyciel Seleny) i Wiesław Żyznowski (szef Mercatora), a także rezydujący i odnoszący sukcesy w Szanghaju Michał Bielewicz oraz Krzysztof Jakimiuk, działający na polskim odcinku Nowego Jedwabnego Szlaku Bartosz Komasa i Bartosz Miszkiewicz oraz jeden z najlepiej mówiących po chińsku Polaków – Marcin Wielondek. Nie zabrakło też właścicieli polskich firm, którzy odwiedzili setki chińskich fabryk: Radosław Atlas oraz Paweł Falicki. Są też: Bartosz Ziółek z filmową historią pierwszej w Chinach polskiej restauracji, mecenas Łukasz Sosnowski, niezwykle doświadczony manager Marek Orzechowski oraz działający w nowych branżach: Grzegorz Zwoliński z SatRevolution (branża kosmiczna), Marek Dzikowicz (nieruchomości) oraz Filip Zieliński (nowe technologie). Łączy ich także to, że wszystkie opowiedziane przez nich historie są niesamowite i niezwykle pouczające.

***

Radosław Pyffel jest prezesem firmy konsultingowej Blue Dragon, a także ekspertem Instytutu Sobieskiego ds. polityki międzynarodowej i Azji. W latach 2016-2018 był z ramienia RP członkiem Rady Dyrektorów Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB) w Pekinie, a w latach 2018-2020 pełnomocnikiem zarządu PKP Cargo ds. rynków Jedwabnego Szlaku. Od lat jest także przedstawicielem wielu polskich i europejskich firm w Chinach i Azji Wschodniej. Był stypendystą polskiego MEN na czołowych chińskich uczelniach, m.in. na Uniwersytecie Sun Yat-sena w Kantonie i Uniwersytecie Pekińskim. Przebywał też na stypendium językowym na Tajwanie. W 2008 roku wydał dwie książki poświęcone Chinom i Azji: „Chiny w roku olimpiady” oraz „Chińska ruletka i co dalej”. Jest także autorem programów edukacyjnych poświęconych Azji, w tym „Chiński biznes” i „Azjatycki Wiek”.

Polityka w cyfrowym świecie

Z miesiąca na miesiąc coraz więcej ważnych decyzji politycznych podejmowanych jest pod presją internetowej dyskusji publicznej. To, co kilkanaście lat temu wydawało się prodemokratycznym marzeniem, dziś przybiera formę labiryntu nowych narzędzi i technik, które bywają nadużywane

Autor: Jakub Szymik z Red Flag Consulting, doradca polityczny specjalizujący się w prowadzeniu kampanii, wspieraniu ruchów oddolnych i doradzaniu organizacjom obywatelskim.

Na sile nabiera też trend regulowania tej sfery wymiany opinii. Coraz więcej managerów zadaje sobie pytanie, jak zabierać głos online w najważniejszych sprawach, tak by być usłyszanym przez decydentów, wyborców czy klientów. Odpowiedzi na te pytania dostarcza profesjonalizująca się branża specjalistów cyfrowych kampanii politycznych.

Pierwsze jaskółki zapowiadające silny wpływ społeczności internetowych na wydarzenia polityczne pojawiły się podczas kampanii wyborczej Baracka Obamy w 2008 roku. To wtedy sztaby wyborcze robiły pierwsze kroki w celu wykorzystania social mediów jako narzędzi przyszłości, które pomogą dotrzeć do nowych wyborców i przedstawić kandydata jako progresywnego i przynoszącego prawdziwy wiatr zmian. W tym czasie entuzjazm odczuwalny był nie tylko w Stanach, wkrótce przyszła arabska wiosna, podczas której media z entuzjazmem rozpisywały się o nowych możliwościach organizowania zmiany politycznej, jakie niosą za sobą komunikatory online.

Dziś na podobne historie patrzymy z innej, bardziej dystopijnej perspektywy: słyszymy o nadużyciach w wykorzystaniu danych przez duże firmy cyfrowe, nieprzejrzystych algorytmach czy fałszywych kontach zakładanych w celach dezinformacji. Trudno odnaleźć się w tym gąszczu jako obywatel czy obywatelka, a co dopiero gdy nakładamy na to filtr biznesowy. Coraz częściej przed managerami i dyrektorkami działów komunikacji i marketingu stoi takie właśnie wyzwanie: etyczne i transparentne budowanie obecności na grząskim gruncie współczesnych mediów.

Jakub Szymik jest związanym z Red Flag Consulting doradcą politycznym specjalizującym się w prowadzeniu kampanii, wspieraniu ruchów oddolnych i doradzaniu organizacjom obywatelskim. Ma ponad osiem lat doświadczenia w pracy dla międzynarodowych marek, organizacji społecznych i aktywistów. Jego doświadczenie na polskim rynku obejmuje współpracę z Europejską Akademią Dyplomacji czy CEC Government Relations. Członek TrendHouse. Twitter: @jakubszymik

Marketing społeczny

Komunikacja w sieci wydaje się chlebem powszednim wielu organizacji. Mnóstwo trendów pojawiających się w tradycyjnym marketingu bywa również wykorzystywanych w kontekście politycznym. Nie sposób nie zauważyć rosnącej roli materiałów wideo, komunikacji w czasie rzeczywistym czy rosnących społeczności politycznych na TikToku czy Discordzie.

Warto jednak w firmie zapewnić wsparcie wyspecjalizowanych pracowników, świadomych, że mimo powierzchownych podobieństw między trendami polityki i marketingowej komunikacji wizualnej świat decydentów w sieci rządzi się nieco innymi prawami.

Przykładem z rodzimego podwórka może być relacjonowany przez portal 300polityka.pl finał kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy. W ostatnich tygodniach kampanii politycznej sztab kandydata przygotował i uruchomił ponad 2500 kreacji w sieciach reklamowych Google i Facebooka. Były one zróżnicowane pod względem demograficznym, zainteresowań odbiorców i odbiorczyń, różniły się także graficznie.

Podobne narzędzia częściej można spotkać też w mobilizacji ruchów społecznych prowadzonych przez fundacje czy stowarzyszenia. Organizacje te wykorzystują potencjał reklam dopasowanych do odbiorców, aby przyciągać nowych darczyńców, zbierać podpisy pod petycjami czy budować relację z administracją i politykami.

Aktorzy polityczni coraz wyraźniej zwracają też uwagę na branding i znaczenia, jakie identyfikacja za sobą niesie. Język wizualny polityki uniwersalizuje się w skali globalnej, jako że wykorzystanie konkretnych fontów czy kolorów wywołuje konkretne skojarzenia. I tak bezszeryfowe, pochylone fonty z fioletowymi akcentami połączyły Alexandrię Ocasio-Cortez z Frankiem Sterczewskim, a żywe emocje polityków rozpala kwestia pochodzenia logotypu Strajku Kobiet czy wymowa plakatów świątecznych miasta stołecznego Warszawy.

Warto uważać też na pułapki w najlepszym razie prowadzące do zakłopotania, w najgorszym – do poważnych kryzysów dla marek, organizacji branżowych czy pozarządowych. Na pewno warto trzymać się z dala od propozycji sztucznego pompowania społeczności w internecie, czy anonimowych działań, które nie spełniają podstawowych wymogów transparentności. Wiele dyskusji wzbudza konieczność oznaczania postów jako sponsorowane, przejrzysta informacja o wspieraniu przez biznes poszczególnych organizacji społecznych czy moderacja wrażliwych treści online.

Regulacje i ograniczenia?

Te problemy zaczęły być dostrzegane też przez regulatorów i same firmy starające się znaleźć rozwiązania dla rosnących problemów, które wynikają z coraz szerszej dystrybucji informacji online.

Jednym z pomysłów, który pojawił się na poziomie relacji europejskiej, jest wprowadzenie ograniczeń dla reklam politycznych – obejmujących zarówno reklamy wyborcze, jak i dotyczących konkretnych regulacji. Za wykorzystywanie danych wrażliwych bez zgody użytkowników i użytkowniczek sieci grozić będą, zgodnie z nowymi zasadami, kary. Nie mają jednak o co martwić się organizacje, które wykorzystują takie reklamy w celach non-profit oraz przyjmące wewnętrzne kodeksy dotyczące korzystania z tego typu treści.

W 2022 roku powinniśmy też dowiedzieć się więcej, jak w praktyce będą wyglądać efekty unijnego aktu o usługach cyfrowych. Mimo, że targetowane reklamy zapewne pozostaną częścią arsenału internetowych kampanierów, to sposoby weryfikowania wieku użytkowników i wpływ na projektowanie interakcji z nimi dziś pozostają jeszcze nieokreślone.

Dlatego, że branża komunikacji politycznej w skali globalnej intensywnie rośnie, odpowiedzialni przewodnicy po meandrach świata komunikacji online i polityki staną się w najbliższych latach poszukiwanymi współpracownikami zarządów i działów komunikacji. Wąska, lecz wpływowa specjalizacja może być przewagą konkurencyjną dla firm mających odwagę kształtować swoje środowisko regulacyjne i budować społeczności z wykorzystaniem nowych narzędzi.

 

Nissan JUKE z hybrydowym zespołem napędowym

Nissan JUKE, miejski crossover marki, wkrótce otrzyma nowy zespół napędowy. Będzie to konstrukcja hybrydowa, zapewniająca odpowiednie osiągi w połączeniu z niższym zużyciem paliwa oraz obniżoną emisją CO2.

JUKE Hybrid będzie wyposażony w hybrydowy zespół napędowy o wielu trybach pracy. W odróżnieniu od innych hybrydowych konstrukcji, w których silnik elektryczny jest tylko dodatkiem do silnika spalinowego, oferuje on użytkownikom istotne korzyści:

  • Rozpoczęcie jazdy tylko w trybie elektrycznym (za każdym razem)
  • Przyjemność prowadzenia w każdych warunkach
  • Wyjątkowo niskie zużycie paliwa dzięki inteligentnej skrzyni biegów o wielu trybach pracy, efektywnemu hamowaniu z odzyskiwaniem energii oraz wydajnemu akumulatorowi

Podstawowym założeniem przy opracowywaniu hybrydowego zespołu napędowego było zapewnienie nabywcom modelu JUKE wyjątkowej przyjemności z jazdy. Zadaniu temu sprosta nowy, mocny, szybko reagujący i oszczędny zespół napędowy.

Wydajny silnik spalinowy dzięki współpracy w ramach Aliansu

Nowy hybrydowy zespół napędowy w pełni wykorzystuje atuty Aliansu w zakresie rozwiązań technicznych. W skład zespołu napędowego wchodzi opracowany przez Nissana, zaawansowany technicznie silnik spalinowy nowej generacji, zaprojektowany specjalnie do pracy w układzie hybrydowym, który rozwija moc 69 kW (94 KM) i zapewnia moment obrotowy do 148 Nm.

Za napęd elektryczny odpowiada dostarczony przez Nissana silnik elektryczny o mocy 36 kW (49 KM) i momencie obrotowym 205 Nm. Z Renault pochodzą natomiast: 15-kilowatowy wysokonapięciowy prądnico-rozrusznik, falownik oraz chłodzony cieczą akumulator o pojemności 1,2 kWh, a także innowacyjna skrzynia biegów. Zespół ten rozwija moc o 25% większą niż aktualnie stosowany w modelu JUKE silnik benzynowy przy oszczędności w zużyciu paliwa dochodzącej do 40% w cyklu miejskim oraz do 20% w cyklu mieszanym (dane w trakcie homologacji).

Inteligentna automatyczna skrzynia biegów

Ważnym elementem zapewniającym przyjemność z jazdy Nissanem JUKE Hybrid jest zaawansowana przekładnia o wielu trybach pracy i obniżonym tarciu wewnętrznym, umożliwiająca optymalne wykorzystanie osiągów silnika elektrycznego, spalinowego lub obu jednocześnie.

Wrażenia z jazdy jak w samochodzie elektrycznym

Inteligentny system Nissana JUKE Hybrid steruje zespołem napędowym uwzględniając wiele parametrów i optymalizując czas działania trybu wyłącznie elektrycznego. Podczas testów inżynierom Nissana udało się osiągnąć nawet 80% czasu jazdy miejskiej w trybie w 100% elektrycznym. Krótkie fazy hybrydowe służyły doładowaniu akumulatora, po czym samochód znów przełączał się na zasilanie elektryczne. JUKE Hybrid nie tylko zawsze rusza w trybie elektrycznym – silnik elektryczny może go również rozpędzić do prędkości 55 km/h. System automatycznie maksymalizuje wykorzystanie trybu jazdy elektrycznej. Kierowca Nissana JUKE Hybrid może również sam włączyć ten tryb, gdy nie chce uruchamiać silnika spalinowego – na przykład podczas jazdy wśród budynków mieszkalnych, w pobliżu szkoły, na parkingu, przy okienku drive-through czy w korku ulicznym. Jeżeli tylko pozwoli na to stan akumulatora, hybrydowy JUKE będzie wtedy korzystał wyłącznie z napędu elektrycznego.

Płynna jazda po mieście z wykorzystaniem funkcji e‑Pedal

Podobnie jak w pełni elektryczny LEAF, również JUKE Hybrid będzie wyposażony w funkcję e‑Pedal Nissana, która umożliwia sterowanie przyspieszeniem i hamowaniem za pomocą jedynie pedału przyspieszenia. Gdy kierowca zdejmuje stopę z pedału przyspieszenia, samochód zaczyna hamować (z siłą do 0,15 g), aż do momentu osiągnięcia prędkości pełzania (ok. 5 km/h). W pewnych sytuacjach, oraz gdy trzeba zatrzymać pojazd całkowicie, może być konieczne dodatkowo wciśnięcie pedału hamulca (dla wygody można włączyć funkcję „auto hold” utrzymującą samochód w miejscu).

Przycisk funkcji e-Pedal znajduje się w konsoli środkowej, za przyciskiem elektrycznego hamulca postojowego, z kolei przycisk aktywujący tryb w 100% elektryczny kierowca znajdzie pomiędzy środkowymi kratkami nawiewu. Po włączeniu funkcji e-Pedal i EV odpowiednia informacja pojawia się na dole ekranu zespołu wskaźników.

Bagażnik wersji hybrydowej ma pojemność 354 litrów, czyli o 68 litrów mniej w porównaniu z wersją spalinową, ze względu na obecność akumulatora o pojemności 1,2 kWh. Po złożeniu tylnej kanapy bagażnik pozostaje największym w swojej klasie (1237 l). Nie zmieniła się także ilość miejsca na wysokości kolan (553 mm).

DANE TECHNICZNE*

NISSAN JUKE HYBRID Silnik spalinowy 1,6 l
+ silnik elektryczny
Moc KM (kW) 94 KM (69 kW) + 49 KM (36 kW)
Zużycie paliwa w cyklu mieszanym* l/100 km 5,2
Emisja CO2 w cyklu mieszanym* g/km 118

* dane w trakcie homologacji

PANEK CarSharing przekazuje 1000 samochodów na pomoc uchodźcom z Ukrainy

Każdy, kto chce przyłączyć się do akcji powinien wysłać swoje zgłoszenie na adres e-mail Biura Obsługi Klienta PANEK CarSharing

W związku z sytuacją na Ukrainie firma PANEK CarSharing, operator usługi samochodów na minuty zdecydował się wyłączyć 1000 samochodów z usługi i przeznaczyć je wolontariuszom i wszystkim osobom chcącym pomóc potrzebującym uchodźcom,  jako wsparcie w transporcie osób z granicy Ukrainy. Już dziś pracownicy PANEK wyruszyli w pierwsze trasy. Akcja trwać będzie przez cały weekend z możliwością przedłużenia na kolejne dni.

„Przepraszamy wszystkich za niedogodności związane z dostępnością części samochodów w ciągu najbliższych dni, ale nie możemy spokojnie patrzeć na to, co dzieje się za naszą schodnią granicą. Czujemy się w obowiązku pomóc ludziom, którzy ze względu na działania wojenne zmuszeni zostali do opuszczenia swojego kraju lub po prostu uciekają z obawy o życie swoje i swoich bliskich” – powiedział Konrad Panek, Marketing Manager w PANEK S.A.

Każdy, kto chce przyłączyć się do akcji powinien wysłać swoje zgłoszenie na adres e-mail Biura Obsługi Klienta PANEK CarSharing: bok@panekcs.pl . 1000 samochodów PANEK CarSharing czeka na kierowców wolontariuszy. Auta zostaną wyłączone z regularnej usługi i przekazane kierowcom wolontariuszom.

Zasady akcji pomocy uchodźcom z Ukrainy przekazuje chętnym Biuro Obsługi Klienta PANEK CarSharing.

Czas trwania akcji przewidziany jest na cały nadchodzący weekend, jednak nie firma nie wyklucza jej przedłużenia w razie takiej konieczności.

Raport Volkswagena – elektromobilność oczami Polaków

Z badań InsightOut Lab i Volkswagena wynika, że Polacy wciąż nie mają zbyt dużej wiedzy na temat elektromobilności

Volkswagen wspólnie z InsightOut Lab od dwóch lat bada opinie Polaków na temat samochodów elektrycznych (BEV) i ich stosunek do elektromobilności. W tym czasie przeprowadzono 20 badań, każde z nich zakończone raportem. Wraz z analizami, które również są efektem działań obu firm, tworzą one największą w Polsce publicznie dostępną bazę wiedzy na temat postaw polskich kierowców wobec aut elektrycznych, ich właścicieli i innych tematów związanych z elektromobilnością. Obszerny raport „Elektromobilność oczami Polaków w latach 2020-2022” zawiera najważniejsze i najciekawsze wyniki, uporządkowane według kluczowych dla elektromobilności tematów.

Z badań InsightOut Lab i Volkswagena wynika, że Polacy wciąż nie mają zbyt dużej wiedzy na temat elektromobilności, choć poziom wyedukowania poprawił się w ciągu minionych dwóch lat. Widać to choćby po odpowiedzi na pytanie o liczbę zarejestrowanych w naszym kraju aut typu BEV. W 2020 roku prawidłowo na to pytanie odpowiedziało zaledwie 22 procent ankietowanych, dziś jest to niemal co trzeci pytany (31 procent).

„Niebagatelną rolę w upowszechnianiu aut elektrycznych odgrywa obalanie szkodliwych dla elektromobilności mitów: mylnych przekonań przyczyniających się do tego, że ‘elektryki’ to wciąż nieczęsty widok na naszych ulicach. Temu służy szeroko zakrojony projekt badawczy, który prowadzimy razem z InsightOut Lab. Przedstawiając opinie i stan wiedzy Polaków na temat elektromobilności, konfrontujemy wyobrażenia z rzeczywistością, pokazując poziom społecznej akceptacji (lub jej braku) dla zróżnicowanych zagadnień, związanych z fascynującym światem samochodów elektrycznych” – mówi Łukasz Zadworny, dyrektor marki Volkswagen w Polsce.

Auto elektryczne to przyszłość mobilności

Respondenci w badaniu InsightOut Lab i Volkswagena uważają, że auta z napędem elektrycznym to przyszłość motoryzacji – 31 procent ankietowanych poproszonych o dokończenie zdania „samochody elektryczne to…” wskazało właśnie tę odpowiedź, nieco mniej badanych wybrało ekologię (13%) i nowoczesność (9%). Oczywiście nie brakowałotakże sceptycznych głosów – 17% badanych jest nastawionych negatywnie do aut elektrycznych.

Cena wciąż barierą, na szczęście są dotacje

Ankietowani są zdania, że samochody elektryczne są tanie w utrzymaniu, a główną ich wadą jest wysoka cena. To znaczący argument, bo aż 41 procent ankietowanych deklaruje, że wybrałoby auto elektryczne, gdyby koszty jego użytkowania były porównywalne lub niższe od samochodu z silnikiem spalinowym. Według ankietowanych publiczne dotacje do zakupu aut elektrycznych są skutecznym narzędziem upowszechniania elektromobilności. Z badania, przeprowadzonego w 2020 roku wynika, że 63% ankietowanych popierało ich wprowadzenie, w 2021 roku ten odsetek nieco zmalał, do 58%.

Właściciele instalacji fotowoltaicznych są bardziej skłonni do kupna „elektryka”

Pytani o chęć zakupu auta elektrycznego ankietowani są dość sceptyczni – z badania przeprowadzonego we wrześniu 2020 roku wynika, że 22 procent z nich rozważyłoby zakup takiego samochodu. Co ciekawe, gdy spojrzymy na ten sam wskaźnik, ale wśród posiadaczy instalacji fotowoltaicznych okaże się, że niemal co drugi z nich jest skłonny rozważyć taki zakup (48%). Tu dochodzimy do kolejnego pytania – czy samochody elektryczne można ładować z gniazdka, np. w garażu? Okazuje się, że niestety nie mamy zbyt dużej wiedzy w tej materii, choć sytuacja się poprawia. W 2020 roku aż 73% pytanych mylnie uważało, że nie można. W 2022 roku podobnego zdania było 64% kierowców. Z drugiej strony – w najnowszym badaniu 13% kierowców było pewnych, że auto „na prąd” można ładować ze zwykłego gniazdka. Dwa lata wcześniej ten odsetek wynosił zaledwie 5%.

Gdy spróbujesz – nie będzie powrotu do spalinówki

Z badania, przeprowadzonego w kwietniu 2021 roku wśród członków EV Klub Polska (stowarzyszenie zrzeszające właścicieli i użytkowników aut elektrycznych) wynika, że ich poziom zadowolenia z aut na prąd jest wysoki. Aż 97% ankietowanych nie zamieniłoby użytkowanego samochodu na spalinowy (79% – zdecydowanie nie; 18% – raczej nie). 86% osób, posiadających auto elektryczne, jeździ w trasy o długości przekraczającej zasięg samochodu. 65% ankietowanych właścicieli samochodów z napędem elektrycznym nigdy nie zrezygnowało z wyjazdu z powodu ograniczonego zasięgu lub długiego czasu ładowania.

Zasięg nie jest dziś problemem

Ankietowani nie zdają sobie sprawy, że dzisiejsze auta elektryczne mogą mieć zasięg przekraczający 500 km. Połowa badanych w 2022 roku kierowców jest zdania, że samochody BEV mają zasięg do 200 km. Na szczęście widać tu postęp, bo w 2020 roku twierdziło tak 61% ankietowanych.

Zdecydowana większość, bo czterech na pięciu właścicieli aut elektrycznych wyjeżdżało swoimi autami w podróże wakacyjne. Pokonywane przez nich trasy często kilkukrotnie przewyższały zasięgi ich samochodów. Dotyczy to przede wszystkim tych osób, które wyjechały w trasę dłuższą niż 1000 km, czyli ponad ¼ ankietowanych, wyjeżdżających na wakacje BEV-em. Dla największej grupy właścicieli „elektryków”, dokładnie dla 39%, najdłuższa pokonana trasa liczyła między 300 a 600 km.

Rozładowanie akumulatora? Prędzej nalejesz benzyny do diesla

Właściciele samochodów elektrycznych nie podzielają obaw związanych z ryzykiem całkowitego rozładowania akumulatora. Z badania wynika, że takie sytuacje niemal się nie zdarzają – 93% ankietowanych użytkowników aut BEV zrzeszonych w EV Klub Polska nigdy nie miało takiego problemu. A jeśli już do nich dochodzi, to znacznie rzadziej niż do przypadków pomylenia paliwa i wlania benzyny do baku zamiast oleju napędowego. Taki błąd zrobiło aż 14% spośród badanych kierowców.

Ważne Informacje

Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...

Jubileusz 25-lecia Stowarzyszenia Polskich Mediów – ćwierć wieku w służbie wolnego słowa i dialogu

Dwadzieścia pięć lat w świecie mediów to cała epoka. Przez ostatnie ćwierćwiecze krajobraz informacyjny Polski przeszedł fundamentalną transformację – od dominacji prasy drukowanej po...

Andrzej Mochoń prezesem Polskiej Izby Przemysłu Targowego

Prezes Targów Kielce, dr Andrzej Mochoń objął stanowisko prezesa Polskiej Izby Przemysłu Targowego. Zastąpił Tomasza Kobierskiego, byłego prezesa Międzynarodowych Targów Poznańskich (MTP). Andrzej Mochoń...