To jeden z tych samochodów, które zmieniły obraz polskich i europejskich parkingów. Jeżeli kilkanaście lat temu mieszkaliście w Starej Miłośnie, Józefosławiu, Otwocku albo w jednej z wielu podwarszawskich sypialni, z pewnością pamiętacie pewien charakterystyczny widok. Na podjeździe stał Mitsubishi Outlander PHEV. Potem drugi, trzeci i piąty. I nagle okazywało się, że łatwiej spotkać hybrydowego Outlandera niż kolejnego przedstawiciela europejskiej konkurencji.
Autor: Michał Garbaczuk
To nie był przypadek. To był początek mody na samochody, które w tygodniu jeździły po mieście praktycznie za darmo, a w weekend bez najmniejszego problemu zabierały rodzinę w góry albo nad jezioro. Dzisiaj hybrydy plug-in ma niemal każdy producent, ale w 2012 roku Mitsubishi zrobiło coś, co wielu uznawało za motoryzacyjną ciekawostkę. I wygrało.

Fenomen, którego nie da się zmierzyć katalogiem
Pierwszy Outlander PHEV oferował około 50 kilometrów jazdy wyłącznie na prądzie. W realiach warszawskich, był to wynik praktycznie „na styk”. Do pracy, do szkoły, na zakupy i z powrotem. Nowa generacja, która zadebiutowała w 2024 roku, potrafi pokonać nawet 86 kilometrów bez uruchamiania silnika spalinowego. I nagle okazuje się, że mieszkańcy Starej Miłosnej, Otwocka czy Józefosławia również mogą praktycznie zapomnieć o stacjach benzynowych podczas codziennych dojazdów.
Co zatem kryje się za fenomenem SUV-a Mitsubishi, bo przecież nie tylko umiejętność jazdy na prądzie (dzisiaj potrafią to już w zasadzie wszystkie marki dostepne na rynku), a już na pewno nie rajdowe dziedzictwo Tommiego Makkinena, po którym zostały już tylko archiwalne materiały video czy wspomnienia dakarowych Pajero. Okazuje się bowiem, że Mitsubishi ujmuje klientów innymi walorami. Samochody przez lata pozostają praktycznie bezawaryjne przez co zyskały sobie rzeszę wielbicieli, żeby nie powiedzieć wyznawców, bo trudno inaczej nazwać ludzi, którzy po kilku latach użytkowania nawet nie rozważają innych marek. Kończy się leasing, sprzedają samochód i… kupują następnego Outlandera. A poprzedni najczęściej trafia do brata, szwagra albo kuzyna, bo szkoda oddawać obcemu tak dobry samochód. Poza tym przecież nowy też już został zaklepany przez wujka od strony żony, dlatego znalezienie zadbanego używanego egzemplarza bywa trudniejsze niż znalezienie wolnego miejsca parkingowego w centrum Warszawy. Te samochody po prostu… zostają w rodzinie.

Dorósł razem ze swoimi właścicielami
Nowy Outlander bardzo wyraźnie pokazuje, że dojrzewał razem z ludźmi, którzy go kupowali. Nie jest już roboczym wołem do wszystkiego, a stał się eleganckim, dużym SUV-em, który momentami bardziej przypomina rodzinną limuzynę niż samochód kojarzony kiedyś z praktycznością. Pierwsze wrażenie po otwarciu drzwi są bardzo pozytywne. To jedno z najlepiej zaprojektowanych wnętrz, jakie ostatnio widziałem. I nie chodzi wyłącznie o materiały. Wsiadam, reguluję fotel, kładę rękę na podłokietniku, chwytam kierownicę i po mniej więcej dziesięciu sekundach dochodzę do wniosku, że ktoś naprawdę usiadł za kierownicą tego samochodu przed rozpoczęciem produkcji. Tutaj wszystko znajduje się dokładnie tam, gdzie powinno. Nie walczę z ergonomią. Nie uczę się samochodu. Po prostu jadę.
Bardzo podoba mi się również to, że projektanci nie ulegli modzie na zamykanie każdej funkcji w ekranie dotykowym. Klimatyzacja nadal ma własne przyciski i bardzo dobrze. Nie potrzeba doktoratu z logistyki, żeby zmienić temperaturę w kabinie.

A potem budzi się elektroniczny wychowawca
I właśnie wtedy… wciskam przycisk Start, wrzucam bieg i rozpoczyna się lekcja dobrego wychowania: Patrz na drogę! Zwolnij! Uważaj! Nie patrz tam! Nie patrz tutaj! Jeszcze chwila, a każe mi włożyć pod pachy książki, żebym ćwiczył poprawną postawę. Największy problem polega jednak na czymś zupełnie innym. Wyłączenie najbardziej nadgorliwych systemów graniczy z cudem. Menu odpowiedzialne za asystentów ukryto pomiędzy cyfrowymi zegarami, a steruje się nim przyciskami na kierownicy, dlatego pasażer siedzący z boku może co najwyżej kibicować.
A kiedy kierowca próbuje znaleźć odpowiednią opcję… asystent monitorowania uwagi natychmiast uznaje, że dzieje się coś niepokojącego i wyświetla wielki komunikat blokując ekran, co skutecznie uniemożliwia dalsze działania.
Przyznam szczerze. Jestem trochę zaskoczony, że kierownica nie razi prądem, dlatego moja porada konsumencka brzmi: Zanim ruszycie wyłączcie wszystko, co da się wyłączyć. Jazda stanie się odrobinę prostsza.

I nagle znowu przypominamy sobie, dlaczego ludzie kochają Outlandera
Kiedy już uporacie się z elektronicznym nadzorcą, samochód pokazuje swoje najlepsze oblicze. Sunie po drodze jak luksusowa limuzyna, a w kabinie panuje cisza. Materiały są świetnej jakości, miękkie i przyjemne w dotyku. I nawet zapach wnętrza sprawia, że człowiek ma ochotę zostać tam trochę dłużej.
Do tego dochodzi napęd na cztery koła, co nie jest oczywistością w dzisiejszym świecie. Śnieg, narty, leśna droga, mokry kemping, Outlander nie robi z takich sytuacji wydarzenia. Po prostu jedzie dalej. I chyba właśnie dlatego tak wiele osób pozostaje tej marce wiernych przez lata.

Jak go nie kochać?
Jeśli uda się wam uporać z elektronicznym stróżem, reszta to istna bajka. auto sunie po szosie jak luksusowa limuzyna, robi to praktycznie w kompletnej ciszy, a jakość materiałów, ich dotyk i zapach sprawiają, że człowiek czuje się doceniony. Trzeba także dodać, że auto wyposażone jest w napęd na wszystkie koła, zatem nie straszne mu wypady na narty czy w lekki teren. To wszystko sprawia, że Mitsubishi Outlander PHEV okazuje się być naprawdę świetnym kompanem na co dzień i przyjacielem w długiej trasie.
I jestem w stanie zrozumieć, że ci, co już to odkryli nie starają się nawet szukać alternatywy.
Po prostu codziennie robi dokładnie to, czego od niego oczekujesz i robi to przez wiele lat, a w świecie motoryzacji okazuje się, że właśnie taka przewidywalność jest jedną z najbardziej niedocenianych zalet.
Teraz już doskonale rozumiem ludzi, którzy po zakończeniu leasingu nawet nie oglądają się za konkurencją. Po prostu wracają do salonu Mitsubishi i zamawiają kolejnego Outlandera.
Czasami największym komplementem dla samochodu nie jest zachwyt sąsiada, jest nim klient, który po kilku latach mówi tylko jedno: „Poproszę taki sam, tylko nowy.”



















