.

Minimalistyczny Nissan Juke Shiro już w Polsce

Astara, oficjalny dystrybutor Nissana w Polsce, rozszerza gamę kultowego, miejskiego crossovera Nissana Juke o wyjątkową, limitowaną edycję Shiro – propozycję dla kierowców, którzy w szczególności cenią wyrazisty styl i dopracowane detale. Nazwa „Shiro”, oznaczająca w języku japońskim „biały”, doskonale oddaje charakter tej wersji, inspirowanej minimalizmem i elegancją zakorzenioną w japońskiej estetyce.

Wyrazista stylistyka z japońskim akcentem

Nowy Juke w wersji Shiro to edycja limitowana, która w pełni wykorzystuje charakterystyczną sylwetkę modelu. Samochód został zaprojektowany tak, aby łączyć minimalistyczną elegancję z mocnymi akcentami stylistycznymi. Połączenie perłowej bieli z czerwonym dachem „Fuji Sunset Red” tworzy wyrazisty kontrast kolorystyczny nadwozia, który dodaje pojazdowi świeżości i dynamiki w prezencji.

Dynamiczny wygląd wzmacniają ponadto czarne, 19-calowe obręcze kół z lekkich stopów, a subtelne emblematy z flagą Japonii na przednich nadkolach dodają całości unikalnego, charakteru inspirowanego japońską estetyką.

Juke Shiro został opracowany z dbałością o spójność wizualną. Linie nadwozia, przejścia kolorystyczne i proporcje tworzą efekt, który wyróżnia tę wersję w przestrzeni miejskiej i podkreśla jej indywidualny charakter.

Wnętrze z nutą sportowej elegancji

Kabina Nissana Juke Shiro łączy komfort z nowoczesnym wykończeniem i wysokiej jakości materiałami. Ciemną kolorystykę wnętrza przełamano elementami z Alcantary oraz czerwonymi przeszyciami, które pojawiają się na fotelach, konsoli środkowej, boczkach drzwi i miękkim obiciu deski rozdzielczej.

Zastosowane materiały i stonowana kolorystyka tworzą spójną, dopracowaną przestrzeń, w której poszczególne elementy ze sobą harmonizują. Komfortowe fotele oraz dbałość o detale podkreślają zarówno dynamiczny charakter modelu, jak i jego elegancję.

Nowoczesny napęd hybrydowy dla maksymalnego komfortu jazdy

Juke Shiro jest oferowany z zaawansowanym hybrydowym układem napędowym, który łączy silnik benzynowy o mocy 94 KM z jednostką elektryczną rozwijającą 49 KM. Łączna moc układu hybrydowego to 143 KM. Dzięki inteligentnemu zarządzaniu energią napęd zapewnia dynamiczną, płynną jazdę oraz niskie zużycie paliwa. Samochód rusza zawsze w trybie elektrycznym i może poruszać się bez użycia silnika spalinowego do 55 km/h, co podnosi komfort codziennej jazdy w mieście.

źródło: NISSAN

System może być lepszy.

    Od trzydziestu lat Warsztat Terapii Zajęciowej w Proszówkach tworzy przestrzeń, w której osoby z niepełnosprawnościami mogą rozwijać się, pracować i budować relacje społeczne. O sensie tej pracy, o potrzebie stabilnego systemu oraz o wizji przyszłości opowiada kierownik warsztatu, Edward Firek.

     

    Panie Edwardzie, przygotowują Państwo Wielki Bal Osób Niepełnosprawnych, który odbędzie się 28 stycznia 2026 roku w Wiśniczu. Odbędzie się on już po raz 15 . Gratuluję rozmachu i odwagi. Proszę opowiedzieć  o wizji, którą Pan realizuje od 30 lat.

    Dziękuję za te słowa. Takie wydarzenie to efekt pracy wielu ludzi, terapeutów, wolontariuszy, rodzin uczestników i osób, które wspierają nas od lat. Niewiele byśmy zrobili bez naszych hojnych sponsorów, w tym Edyta i Krzysztof Kołodziejczyk (Kompleks hotelowo-restauracyjny Panorama w Starym Wiśniczu).  Taki bal daje uczestnikom coś, czego nie da się uzyskać w codziennym rytmie pracy warsztatu, poczucie wyjątkowości, swobody i udziału w życiu społeczności.

    Przez trzydzieści lat starałem się budować warsztaty terapii zajęciowej jako miejsce, które  daje człowiekowi wolność i nowe perspektywy. Terapia zajęciowa to tylko punkt wyjścia. Ale bardzo ważne jest też to, co się dzieje poza pracowniami. To możliwość zobaczenia świata i uczestniczenia w nim na własnych warunkach. Dlatego tak duży nacisk kładziemy na aktywność i obecność w życiu społecznym. Nie chcę, by uczestnicy WTZ byli postrzegani tylko przez pryzmat swoich trudności. Chcę, by byli widoczni jako ludzie, którzy mają prawo do radości, elegancji, wspólnej zabawy i bycia razem.

    Bal w Wiśniczu jest jednym z takich momentów. Ma pokazywać, że integracja nie polega na formalnych deklaracjach, lecz na współuczestnictwie. I że osoby z niepełnosprawnościami mają prawo być w centrum wydarzeń.

    Proszę opowiedzieć więcej o całym procesie uczestnictwa w warsztatach. Jak udaje się to wszystko spiąć organizacyjnie przy ograniczonym budżecie?

    Podstawą jest rozwój społeczny i emocjonalny uczestników, a ten dokonuje się w długim procesie. Najważniejsze są trzy obszary, codzienna praca w pracowniach, umiejętność funkcjonowania w grupie oraz doświadczenia zdobywane poza warsztatem.

    Codzienna terapia daje uczestnikom rytm dnia i poczucie bezpieczeństwa. Każdy ma swój program, swoje zadania, własne tempo pracy. W pracowniach uczestnicy uczą się koncentracji, cierpliwości i współpracy. To nie jest tylko ceramika czy metaloplastyka, to jest też nauka odpowiedzialności i ćwiczenie powtarzalnych czynności, które potem przekładają się na większą samodzielność.

    Drugim elementem jest funkcjonowanie w grupie. WTZ to miejsce, w którym uczestnicy uczą się relacji, kompromisów, reagowania na emocje swoje i innych. Często widzę, jak ktoś, kto na początku nie chciał nawet wejść do sali, po kilku miesiącach zaczyna rozmawiać, pracować z innymi, brać udział we wspólnych zadaniach. To są zmiany powolne, ale bardzo konkretne.

    I wreszcie trzeci obszar, wyjazdy. To właśnie poza warsztatem widać największe postępy. Turnusy rehabilitacyjne, tygodniowe wyjazdy, jednodniowe wycieczki uczą samodzielności w praktyce. Dla rodzin to często jedyna chwila oddechu, a dla uczestników możliwość poznania świata, którego na co dzień nie mają szansy zobaczyć. Po takich wyjazdach wracają inni, spokojniejsi, pewniejsi siebie, bardziej otwarci.

    Jak to wszystko spiąć organizacyjnie przy ograniczonym budżecie? Tu dochodzimy do kwestii, która towarzyszy nam od początku. Budżet pozwala pokryć podstawowe koszty, kadrę, media, materiały. Natomiast cała wartość dodana, którą uważałem od początku za absolutnie niezbędną, powstaje dzięki naszej własnej pracy, aukcjom, zbiórkom, wsparciu ludzi dobrej woli. Bez tego wyjazdów by nie było, a bez wyjazdów proces terapeutyczny byłby niepełny.

    Od trzydziestu lat uczymy się gospodarowania tym, co mamy, i budowania tego, czego system nam nie daje. Nie można prowadzić warsztatu zajęciowego wyłącznie według tabeli. Trzeba patrzeć na człowieka. A jeśli widzimy, że coś jest mu potrzebne, to szukamy sposobu, żeby to zorganizować. Tak powstaje WTZ jako miejsce nie tylko terapii, lecz także życia społecznego, mimo skromnych środków i mimo trudnych realiów.

    Jednak prawdopodobnie zgodzi się Pan ze mną, że w obecnych realiach ekonomicznych tego rodzaju placówki najczęściej walczą o przetrwanie. Co jest najtrudniejsze?

    Tak, zgadzam się. Wynika to z kilku powodów, które dobrze znamy z trzydziestu lat doświadczeń. Najtrudniejsze jest to, że funkcjonujemy w systemie, który nie daje stabilności. Każda zmiana w przepisach, każde opóźnienie po stronie samorządu, każdy wzrost kosztów, energii, materiałów, wynagrodzeń, natychmiast odbija się na naszej działalności. Warsztat nie może zawiesić zajęć ani wstrzymać pracy. Uczestnicy potrzebują stałego rytmu i poczucia bezpieczeństwa, a my musimy to zapewnić niezależnie od sytuacji zewnętrznej.

    Drugim problemem jest sposób myślenia o WTZ-ach. Często traktuje się je jako instytucje drugoplanowe, od których oczekuje się jak najwięcej, ale którym nie zapewnia się warunków do rozwoju. Tymczasem warsztat nie jest zajęciami zastępczymi, to miejsce, które pełni realną funkcję społeczną. Daje uczestnikom strukturę dnia, relacje, możliwość rozwoju. Daje wytchnienie rodzinom, bez tego wiele z nich nie byłoby w stanie funkcjonować. Ta wartość nie jest jednak ujęta w żadnych wskaźnikach i przez to bywa niedostrzegana.

    Trzecia trudność to konieczność ciągłego domykania systemu własną pracą. Budżet pokrywa podstawowe koszty, ale cała sfera, która naprawdę wspomaga uczestników, wyjazdy, turnusy, wydarzenia integracyjne, zależy od naszej aktywności, od aukcji, darczyńców, ludzi dobrej woli. Robimy to, bo wiemy, że jest to niezbędne. Jednak wymaga to ogromnego nakładu pracy, a system nie zapewnia żadnego trwałego wsparcia w tym zakresie.

    Najtrudniejsze jest więc połączenie trzech rzeczy: troski o uczestników, wymagań stawianych przez przepisy oraz nieustannych braków, które trzeba wypełniać własnym wysiłkiem. To dobrze, że potrafimy sobie radzić, ale nie zmienia to faktu, że placówka zajmująca się tak wrażliwą grupą powinna mieć mocniejszy fundament niż tylko nasze poczucie obowiązku.

    Gdyby system lepiej rozumiał, czym WTZ jest dla uczestników i ich rodzin, być może ta praca nie byłaby tak trudna. Na razie robimy wszystko, aby mimo trudności zachować ciągłość i sens tego miejsca. I jak pokazują te trzy dekady, to się udaje, choć nigdy nie jest to łatwe.

    Panie Edwardzie, proszę opowiedzieć coś o swoich motywacjach i wizjach. Jak opieka nad osobami niepełnosprawnymi może wyglądać w przyszłości? Czy widzi Pan sposób na to, żeby zbudować lepszy system?

    Moje motywacje przez te trzydzieści lat były dość proste. Od początku uważałem, że osoby z niepełnosprawnościami mają prawo do takiego samego życia jak inni, do stabilności, szacunku, codziennych relacji i możliwości rozwoju. Widziałem to w rodzinie i widziałem w pracy. Człowiek, który ma ograniczenia intelektualne, nie traci przez to swojej godności. Potrzebuje jedynie warunków, w których może funkcjonować bez lęku i presji, we własnym tempie. I to staram się tu budować.

    Nigdy nie postrzegałem WTZ jako instytucji o wąskim zakresie działania. Dla mnie to zawsze była przestrzeń, w której można tworzyć coś więcej, dać uczestnikom poczucie, że żyją w świecie, a nie obok niego. Jeśli miałbym wskazać jedną rzecz, która dawała mi siłę przez trzy dekady, to właśnie świadomość, że małe zmiany potrafią mieć wielkie znaczenie. Że ktoś, kto wcześniej nie odważył się odezwać, po pół roku zaczyna rozmawiać. Że ktoś, kto bał się wyjechać, wraca z turnusu z zupełnie inną pewnością siebie. To są moje motywacje.

    A jak może wyglądać przyszłość opieki nad osobami z niepełnosprawnościami? Myślę, że potrzebujemy systemu, który jest bardziej realistyczny i bliższy codzienności tych osób. Dziś wiele decyzji zapada zbyt daleko od praktyki. Zbyt często zakłada się, że uczestnicy mają możliwości, których po prostu nie mają, albo przeciwnie, nie dostrzega się potencjału tam, gdzie on jest. Potrzebujemy modelu, który łączy terapię, wsparcie rodzin, rehabilitację, aktywność społeczną i, tam, gdzie to możliwe, przygotowanie do pracy zawodowej i samodzielności.

    Widzę też konieczność zapewnienia większej stabilności. Warsztat nie może zależeć od interpretacji urzędów i bieżącej sytuacji finansowej samorządów. Powinna istnieć jasna, długoterminowa polityka, która daje placówkom poczucie bezpieczeństwa i pozwala planować rozwój, a nie tylko gaszenie pożarów. Bez tego brakuje spójności, a to najbardziej uderza w uczestników i ich rodziny.

    Czy da się zbudować lepszy system? Tak, ale wymaga to jednej rzeczy, rozmowy z ludźmi, którzy pracują w tej rzeczywistości na co dzień. To oni wiedzą, jakie rozwiązania mają sens, a które są tylko teorią. Po trzydziestu latach mogę powiedzieć, że instytucje takie jak WTZ udowodniły swoją wartość. Teraz potrzebują jedynie ram prawnych i finansowych, które tę wartość uszanują i wzmocnią. Jeśli państwo zacznie patrzeć na osoby z niepełnosprawnościami nie jak na zadanie do wykonania, ale jak na obywateli, którzy potrzebują właściwych warunków, to ten system można zbudować. I to wcale nie musi być proces skomplikowany, potrzeba tylko dobrej woli i konsekwencji. Wierzę, że to jest możliwe. I że warto o to zabiegać.

    Łukasiewicz i Dassault Systèmes razem na rzecz transformacji cyfrowej polskiego przemysłu

    Centrum Łukasiewicz podpisało porozumienie o współpracy z Dassault Systèmes w zakresie cyfrowej transformacji polskiego przemysłu. Współpraca ma wspierać cyfryzację procesów badawczorozwojowych, wdrażanie nowoczesnych technologii w gospodarce i wzmacnianie kompetencji cyfrowych pracowników.

    Współpraca między Siecią Badawczą Łukasiewicz a Dassault Systèmes, światowym liderem w dziedzinie technologii wirtualnych bliźniaków, będzie ukierunkowana na wzmacnianie kompetencji cyfrowych oraz integrację środowiska naukowego z biznesem. Działania te są kolejnym krokiem Łukasiewicza w stronę realizacji założeń wynikających ze Strategii Sieci na lata 2025-2034.

    Porozumienie ma na celu wzmocnienie współpracy w zakresie cyfrowych procesów rozwojowych w instytutach Sieci Badawczej Łukasiewicz, z których wiele korzysta z rozwiązań firmy Dassault Systèmes.

    Porozumienie o współpracy podpisali Ireneusz Borowski, dyrektor zarządzający Dassault Systèmes w Polsce, oraz dr Hubert Cichocki, prezes Centrum Łukasiewicz.

    Z nauki do gospodarki: wzmacniamy kompetencje cyfrowe

    – Porozumienie to jest kolejnym krokiem w stronę realizacji celów strategicznych Sieci Badawczej Łukasiewicz, w tym w zakresie wzmocnienia współpracy Łukasiewicza z podmiotami gospodarczymi. Technologie Dassault Systèmes są wykorzystywane w wielu branżach, w tym w przemyśle lotniczym, samochodowym czy medycznym, dlatego jestem przekonany, że nasze wspólne działania przyniosą wymierne efekty zarówno w obszarze badań i rozwoju, jak i praktycznych wdrożeń – powiedział dr Hubert Cichocki, prezes Centrum Łukasiewicz.

    Prezes Cichocki podkreślił także znaczenie tej współpracy w świetle decyzji polskiego rządu.

    – Działania Łuksiewicza wpisują się w zacieśnienie relacji polsko-francuskich, wynikające z podpisanego w tym roku Traktatu o wzmocnionej współpracy i przyjaźni między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Francuską. Porozumienie rządowe obejmuje współdziałanie obu krajów w obszarze obronności, gospodarki czy nauki, a współpraca Łukasiewicza z Dassault Systèmes jest tego wymiernym przykładem – podkreślił dr Hubert Cichocki.

    Podpisanie strategicznego porozumienia o współpracy ma służyć budowie ekosystemu innowacyjnych rozwiązań, który odpowiada na wyzwania współczesnej gospodarki i wspiera jej zrównoważony rozwój.

    – Cieszymy się, że możemy uczestniczyć w rozwoju Sieci Badawczej Łukasiewicz i wspólnie budować nową jakość technologiczną polskiej nauki, która będzie miała wpływ na rozwój relacji między nauką a biznesem. Jesteśmy w pełni zaangażowani w zapewnienie sukcesu tej współpracy dzięki naszej technologii wirtualnych bliźniaków – powiedział Ireneusz Borowski, dyrektor zarządzający Dassault Systèmes w Polsce.

    Wspólne działania Łukasiewicza i Dassault Systèmes usprawnią dostarczenie praktycznych rozwiązań dla biznesu i będą wspierać transformację technologiczną polskiego przemysłu.

    Wojciech Gryciuk

    Rozwód w segmencie Premium

      Grzegorz Wanio, radca prawny, partner zarządzający kancelarii EVERBERG, opowiada o High-net-worth divorce, czyli sztuce rozstania wśród najzamożniejszych. Podkreśla, że prowadzenie rozwodu w segmencie private wealth to proces więcej niż jednej specjalizacji, który wymaga koordynacji prawników, psychiatrów, specjalistów strukturyzujących majątek, specjalistów od rynków kapitałowych.

      Rozwód to temat delikatny, emocjonalny, ale też – w przypadku ludzi zamożnych – niezwykle złożony. Jak wygląda dziś rozwód w segmencie Premium?

      Rozwód dla każdego to temat trudny, osobisty i wieloaspektowy, a dla osoby posiadającej majątek ma dodatkowo wymiar transakcyjny. To nigdy nie jest tylko rozstanie z partnerem. To kwestia zarządzenia emocjami dzieci, ułożenia nowej relacji z dawnym małżonkiem, pewnej tranzycji majątkowej, ochrony wizerunku. To moment, w którym często decyduje się przyszłość firmy, dzieci, reputacji i osobistej równowagi. I tu nie wystarczy prawo. Potrzebna jest interdyscyplinarność.

      Co pan przez to rozumie?

      Prowadzenie rozwodu w segmencie private wealth to proces więcej niż jednej specjalizacji, który wymaga koordynacji prawników, psychiatrów, specjalistów strukturyzujących majątek, specjalistów od rynków kapitałowych. Dobry prawnik zarządza całym procesem, w którym kluczowa jest funkcja celu i atmosfera, w której się to odbywa. Atmosfera konfliktu utrudnia ten proces. Rozwodzimy się, gdyż nie jesteśmy szczęśliwi. Zwykle nieszczęśliwe są obie strony, więc w zasadzie obie strony mają podobny cel, choć różnie sobie go wyobrażają. Kluczowe jest takie ułożenie procesu i jego efektu, aby rozwód przyniósł tę oczekiwaną zmianę, ale też nie pozostawił niepotrzebnej traumy. Dlatego współpracujemy na stałe z wybitnymi psychiatrami, których nazwisk – z uwagi na dyskrecję – nie mogę podać, ale to osoby doradzające liderom polityki, biznesu i kultury w Polsce i na świecie.

      Poza wsparciem emocjonalnym potrzebna jest również precyzja finansowa. Kiedy w grę wchodzą spółki, fundusze, nieruchomości zagraniczne, fundacje rodzinne, trusty – niezbędna jest wiedza z zakresu finansów i prawa międzynarodowego. Klienci często nie wiedzą od czego zacząć. Mówią: „chcę spokoju, chcę zadbać o dzieci, chcę odzyskać siebie – ale nie wiem, jak to zrobić”. I to jest właśnie moment, w którym podejście holistyczne przestaje być teorią. Należy zaplanować rozwód jako proces, który porządkuje życie, a nie je burzy. Daje nowy start. Analiza sytuacji, nazwanie celów oraz obranie planu działania sprawiają, że klienci odczuwają realną ulgę, że znajdują się w dobrych rękach. To moment, w którym zamiast chaosu pojawia się struktura, a zamiast lęku – poczucie, że ktoś realnie panuje nad sytuacją.

      Chyba jednak rozwód nie zawsze jest najlepszym wyjściem z kryzysowej sytuacji…

      Oczywiście. Zdarza się, że po przeprowadzeniu wnikliwej analizy sytuacji rodzinnej, majątkowej i emocjonalnej strony dochodzą do rozwiązań, które pozwalają im uniknąć formalnego uruchomienia postępowania sądowego. Rozwód stygmatyzuje społecznie. Kodeksową separacją, podziałem majątku, zorganizowaniem bezpiecznego zaplecza dla dzieci często osiągamy lepsze rezultaty bez skazy towarzyskiej. Przy rozstaniu chodzi nie tyle o rozstrzygnięcia prawne, lecz o utrzymanie wewnętrznej równowagi, ochronę więzi z dziećmi, zabezpieczenie wizerunku oraz stworzenie warunków do spokojnego wejścia w nowy etap życia. Sukces w rozwodach z segmentu private wealth polega nie tylko na osiągnięciu formalnego rozstrzygnięcia, ale również na zbudowaniu rozwiązań, które chronią wartości pozaprawne – rodzinne, wizerunkowe, osobiste.

      Czy może pan przybliżyć, jak wygląda prowadzenie sprawy rozwodowej, gdy w grę wchodzą złożone struktury międzynarodowe?

      Przykładowo, jeden z naszych klientów – właściciel międzynarodowej spółki technologicznej zarejestrowanej w Delaware, z centrum operacyjnym w Niemczech i rezydencją podatkową na Bliskim Wschodzie – stanął przed koniecznością przeprowadzenia rozwodu z małżonką zamieszkałą na stałe w Wielkiej Brytanii, przy czym dzieci uczęszczały do szkoły w Szwajcarii. W tej jednej sprawie analizowaliśmy konsekwencje proceduralne i podatkowe w sześciu różnych jurysdykcjach, w tym stosowalność RODO do danych finansowych, mechanizmy ochrony beneficjentów trustów oraz konsekwencje automatycznego ujawnienia danych w ramach CRS (Common Reporting Standard).

      Dzięki współpracy z lokalnymi doradcami i koordynacji strategicznej z Polski, możliwe było wypracowanie rozwiązania, które uwzględniało nie tylko kwestie formalnego rozstania, ale też bezpieczeństwo finansowe dzieci, ochronę kluczowych pakietów udziałów i ograniczenie ryzyka medialnego. Działaliśmy w modelu hybrydowym – łącząc doradztwo rozliczane ryczałtowo z komponentem success fee – ponieważ bierzemy odpowiedzialność za efekt, nie tylko za etapy.

      W innej sprawie rozwodziliśmy małżeństwo z czwórką małoletnich dzieci o głębokich wartościach chrześcijańskich. Małżonkowie przez lata stworzyli przedsiębiorstwo produkcyjne o znacznej wartości, które prowadzone było w ramach działalności gospodarczej męża. Małżonkowie nie posiadali umowy majątkowej małżeńskiej. Akcent w tym projekcie położony był na dobrostan dzieci, zabezpieczenie żony (w tym z wartości firmy, która przecież nie była sprzedawana), uchronienie funkcjonowania przedsiębiorstwa przed podziałem.

      Podzielenie się działającymi przedsiębiorstwami często nie wchodzi w grę, z uwagi na uwarunkowania osobiste małżonków (sukces przedsiębiorstwa zależy zazwyczaj od jego kontynuacji przez tylko jedno z małżonków), natomiast środki pieniężne, które rozwiązałyby kwestię spłaty są zainwestowane, pracują w firmie.

      Podział obejmuje często nie tylko aktywa oczywiste – jak nieruchomości czy rachunki bankowe – ale również udziały w spółkach operacyjnych, instrumenty finansowe, jednostki uczestnictwa, eksponaty kolekcjonerskie, udziały w spółkach holdingowych, działające przedsiębiorstwa, a także rozwiązania takie, jak fundacje czy trusty, zazwyczaj prowadzone w różnych jurysdykcjach.

      Przy odpowiednim planowaniu strategii możliwe jest nie tylko zabezpieczenie aktywów, ale też budowanie przewidywalności w relacjach dawnych małżonków. Z punktu widzenia biznesowego i emocjonalnego to ogromna różnica czy rozstanie oznacza paraliż decyzji rodzinnych i zawodowych, czy jest częścią przewidywalnego scenariusza. Takie podejście ułatwia zachowanie kontroli, relacji i spokoju – nawet w sytuacjach granicznych.

      W przypadku klientów z dużym majątkiem i silną pozycją społeczną stawka zazwyczaj bywa znacznie wyższa niż tylko orzeczenie sądu.

      Wspomniał Pan, że kancelaria EVERBERG obejmuje również szerszy kontekst takiego rozwodu – jego konsekwencje w życiu osobistym, zawodowym, medialnym.

      W tego typu sprawach sukces polega nie tyle na osiągnięciu formalnego rozstrzygnięcia, co na zbudowaniu rozwiązań, które chronią wartości pozaprawne – rodzinne, wizerunkowe, osobiste. W takich przypadkach miernikiem skuteczności nie jest wyłącznie wyrok, ale również jakość rozstania: stan relacji z dziećmi, poziom (de)eskalacji konfliktu, bezpieczeństwo medialne i możliwość realnego rozpoczęcia nowego etapu życia „na czysto”.

      A dzieci? Czy są brane pod uwagę na równi z interesem klienta?

      Tak. To element, który w praktyce bardzo często przesądza o tempie i kierunku całego procesu. Od pierwszej komunikacji rodziców do dzieci, która naznacza początek.

      Wnioski rozwodowe składają zarówno kobiety, jak i mężczyźni – z różnych powodów i w różnych momentach życia. Ale niezależnie od tego, kto inicjuje postępowanie, u większości stron pojawia się ta sama, fundamentalna potrzeba: „chcę, żeby dzieci jak najmniej ucierpiały”.

      Podejście profesjonalne nie polega wyłącznie na zapisie częstotliwości i formy kontaktów z dziećmi w orzeczeniu sądowym. Oznacza ono rozpoznanie emocjonalnych i rozwojowych potrzeb dziecka, zrozumienie dynamiki rodzinnej, zawsze we współpracy z psychologiem dziecięcym lub psychiatrą, który ocenia sytuację z perspektywy neutralnej wobec perspektywy dorosłych.

      W praktyce dobro dziecka determinuje decyzje o tym, jak rozmawiają ze sobą rodzice. W sprawach, gdzie dzieci są obecne, sukces mierzy się tym, czy młody człowiek przechodzi przez ten okres z możliwie nienaruszonym poczuciem bezpieczeństwa, przewidywalności i relacji z obojgiem rodziców.

      Dla kogo jest ta usługa?

      Dla osób, które chcą rozstać się odpowiedzialnie, bez eskalacji konfliktu, ale również bez uproszczeń i iluzji. Zwykle to ludzie, którzy przeżyli ze sobą wiele lat, mają wspólną historię, dzieci, zbudowany majątek – i rozumieją, że ten etap życia warto zamknąć z godnością, a nie w sądowej batalii.

      Rozwód w segmencie osób zamożnych najczęściej nie sprowadza się do prostego zakończenia relacji. To proces, który wymaga uporządkowania życia osobistego, rodzinnego i majątkowego, często prowadzonego równolegle na wielu poziomach – emocjonalnym, prawnym i finansowym. Wymaga to nie tylko wiedzy prawniczej, ale również doświadczenia w zarządzaniu złożonym majątkiem, rozumienia relacji ludzkich. Liczy się umiejętność prowadzenia procesu w sposób możliwie bezkonfliktowy, za to z zachowaniem kontroli nad każdym etapem – od zabezpieczenia interesów dzieci, przez ochronę struktur majątku, po ochronę prywatności.

      Jak to jest, że rozmawiamy o rozwodach, choć swoją praktyką obejmuje pan głównie obszar M&A?

      W jednym i drugim przypadku o sukcesie decyduje kontekst ludzki. Pozwoli pan, że przytoczę, badania Harvard Law School, z których wynika, że w ponad 67 proc. transakcji M&A o wartości powyżej 500 mln USD, największe zagrożenie dla finalizacji umowy nie wynikało z kwestii prawnych, lecz z błędnej oceny kontekstu: emocji właścicieli, napięć wewnętrznych lub zewnętrznego wizerunku. Z kolei „Forbes Legal Council” podaje, że aż 74 proc. klientów high-net-worth oczekuje dziś od prawnika nie tyle ekspertyzy prawnej, co strategicznego spojrzenia na całość projektu – uwzględniającego komunikację, interesariuszy i możliwe scenariusze ryzyka.

      Rozwód czy fuzja – mechanika bywa podobna. Kluczowe jest zrozumienie celu i osiągnięcie efektu poprzez nadanie własnej narracji. W procesie M&A choć mówimy o liczbach, wskaźnikach, due diligence, to w praktyce kluczowa okazuje się umiejętność zarządzania emocją właściciela, tonem rozmowy z funduszem czy momentem, w którym ujawniamy kluczową informację. To nie technikalia decydują o powodzeniu transakcji, ale to, czy potrafimy ją zaprojektować jako całość, uwzględniając zarówno kwestie prawne i finansowe, jak i osobowości uczestników transakcji, kwestie reputacji, potencjalne punkty zapalne, komunikację z otoczeniem oraz co najważniejsze – agendę osobistą właścicieli biznesu.

      Rzadko są to osoby, które cokolwiek z życiu zawodowym jeszcze muszą. Dlatego dobrze jest znać odpowiedź, czego chcą. Dlatego nie można działać reaktywnie. Trzeba prowadzić. W takim podejściu prawnik staje się architektem procesu, nie jego egzekutorem. To nie umowa, a realny wpływ jest dzisiaj oczekiwaną odpowiedzią na potrzeby klienta – niezależnie od tego, czy chodzi o transakcję M&A, rozwód, czy ekspansję rynkową.

      Dotychczas mówiło się, że dobra kancelaria zna odpowiedzi. Chce pan powiedzieć, że dziś ważniejsze jest, żeby potrafiła zadawać właściwe pytania?

      Trafnie postawione pytania stanowią początek konstruowania strategii, która wygra. Prawo to tylko narzędzie, a klient oczekuje efektu. Zbyt często kancelarie trzymają się sztywnych struktur, schematów i własnej perspektywy. Tymczasem realne potrzeby klienta w większości przypadków wykraczają poza spór, salę sądową, czy eskalację negocjacyjną.

      Czy to oznacza, że kancelaria powinna bardziej myśleć jak partner strategiczny, a mniej jak wykonawca zlecenia?

      Najlepsi prawnicy dostają zlecenia, które trzeba wyciągnąć. Takie, które z pozoru są nie do uratowania, albo niemożliwe do zrealizowania. Z jednej strony to budujące, gdyż pokazuje, że jesteśmy ponadprzeciętnie skuteczni. Z drugiej rozczarowujące, gdyż jak na dłoni widzimy popełnione wcześniej strategiczne błędy, zmarnowany czas, straconą energię, utracone możliwości.

      Czyli często nie chodzi o brak wiedzy prawniczej, ale o to, że nikt wcześniej nie objął procesu z lotu ptaka?

      Kancelarie przegrywają, bo: reagują – zamiast nadawać narrację, piszą umowy – zamiast projektować biznes. Nie rozumieją tego, że ryzyka istnieją zawsze, są immanentną częścią biznesu. Są mądre w treści – a błądzą w kontekście. Planowanie strategiczne to dziś najrzadsza kompetencja na rynku usług prawnych. Pozytywny efekt tych interwencji jest taki, że osoby, które w ten sposób uratowały swój biznes/związek/przedsiębiorstwo wychodzą z tego doświadczenia z refleksją. Najczęściej intuicyjnie czują wartość dodaną strategicznego doradztwa i (słusznie) trzymają się tej metody, w każdym kolejnym kroku, redefiniując swoje dotychczasowe oczekiwania w tym zakresie.

      No dobrze, to przejdźmy zatem do szczegółów. Jak wygląda prowadzenie projektów z segmentu high asset value w praktyce?

      Dobry prawnik w projektach często zaczyna od… milczenia. Klient przychodzi z pomysłem lub problemem. W pierwszej kolejności należy sytuację zrozumieć, poczuć, wyobrazić sobie konsekwencje, możliwe scenariusze, co może pójść nie tak, a jakie są szanse, których klient nie widzi. Trzeba rozpoznać aktorów, kontekst, scenę. To czasami przypomina pracę detektywistyczną. Konstruujemy całą narrację: do mediów, do wewnętrznego zarządu, do współpracowników, inwestorów, nadzoru czy audytu.

      Narzędzia są nieograniczone. Czasami trzeba przygotować dedykowaną publikację, czasami sporządzić raport, który zmiękcza grunt pod przyszłą transakcję. Było i tak, że uruchamialiśmy fundację tylko po to, by ukierunkować emocje jednego z partnerów w bezpieczny i przewidywalny sposób. Zdarzają się rozmowy, w których nie pada ani jedno słowo o paragrafach. Bo to nie one wygrywają transakcje. Wygrywa zrozumienie, wyobraźnia i dobrze dobrana metoda.

      To chyba bardzo nietypowe podejście w polskiej rzeczywistości…

      Ale konieczne. Jeśli ktoś uważa, że wystarczy napisać dobrze umowę, to znaczy, że nie rozumie, ani projektu, ani oczekiwań klienta wobec jego realizacji.

      Czyli prawo to tylko fragment procesu?

      Prawo to rama, ale najpierw zawsze musi paść pytanie o cel, determinację, dopuszczalne ryzyko, czas, tolerancję na działania ofensywne.

      Dla kogo jest takie podejście?

      Dla ludzi, którzy chcą decydować, a nie reagować. Dla tych, którzy rozumieją, że rozwód, fuzja czy spór są tylko fragmentem dłuższej historii. I chcą tę historię napisać z głową, nie z emocją.

      pana słów wynika, że to początek szerszej zmiany, że kancelarie w przyszłości będą działać inaczej. Jak pan widzi ten kierunek?

      Tak jak w każdej branży, podobnie w doradztwie mamy do czynienia z różnymi segmentami. Wyjmijmy przed nawias segment Premium, o którym rozmawiamy, a który dzisiaj ma bez wątpienia inne potrzeby, oczekiwania, zmaga się z innymi wyzwaniami niż miało to miejsce jeszcze parę lat temu. Właściciele tych biznesów doskonale zdają sobie z tego sprawę, gdyż jest to ich codzienność.

      To ogromna różnica w sposobie pracy, jeżeli prawnik doradza w oparciu o funkcję efektu, a nie ekspertyzy – czyli, gdy w ramach prawa osadzana jest kluczowa składowa: schematów myślenia, strategii, budowania narracji, rozumienia liczb. Tylko takie połączenie daje oczekiwany efekt klienta w projektach segmentu premium.

      Czy prawnicy są gotowi na tę zmianę?

      Nie wszyscy, ale też wcale nie muszą być. Rynek prawniczy się rozwarstwi – będzie przestrzeń zarówno dla świetnych specjalistów w niszy, przeciętnych prawników do przeciętnych problemów, jak i dla doradców strategicznych. Ci ostatni będą kluczowi w projektach, w których ryzyko jest systemowe, wielowymiarowe i niepodlegające prostemu przeliczeniu na paragrafy. n

      rozmawiał Adam Dariusz Maciejewski

      Ankieta „Managera

      Grzegorz Wanio

      Motto życiowe czy bez drogowskazu?

      To pierwsze. Życie powinno być szczęśliwe.

      Wartości czy pragmatyka?

      Wartości, o których pewnie jeszcze kiedyś porozmawiamy. Ale życie to też pragmatyka – osiągnięcie celu zależy wyłącznie od nakładu i ryzyka

      Książka czy smartfon?

      Książka! Dobra książka zapewnia obok „prawdziwego świata” te opisane, często równoległe lub wręcz alternatywne.

      Obraz czy rzeźba?

      Streetart Jakuba Glińskiego, kobiece prace Olgi Mokrzyckiej, sztuka neosakralna Krzysztofa Sokołowskiego.

      Jazz czy opera?

      Jazz i syntezatory modularne.

      Mróz czy upał?

      Narty, więc mróz. Kite, więc również cieplej.

      Dubaj czy dżungla?

      Po co wybierać? Cały świat jest ciekawy.

      GPT czy Grok?

      Zawsze człowiek.

      Terenówka czy limuzyna?

      Do znudzenia tradycyjnie. Na pewno nie limuzyna. Na spacer 911 Cabrio model 963 i starsze, a na wypad z synem Wrangler Rubicon z namiotem na dachu.

      Kot czy pies?

      Coś więcej. Border Collie. Według badań Stanleya Corena inteligentniejsze przypadki mogą rozróżniać 1000 słów. W ludzkiej skali znajomość tysiąca słów w obcym języku daje podstawowy poziom komunikacji w codziennych sytuacjach…

      Gdyby nie istniały żadne ograniczenia, z kim chciałby pan spotkać się na długą rozmowę i o czym chciałby pan porozmawiać?

      Nie wiem z kim, ale wiem, o czym. Jak pewnie każdy, chciałbym zrozumieć początek wszystkiego. Spróbuj wyobrazić sobie NIC. A jeżeli było na początku coś, to skąd się wzięło? Łatwo i wygodnie o tym nie myśleć, ale jak już zaczniesz rozważać, spróbujesz objąć, jesteś załatwiony. Rządzi determinizm, czy może warto się starać? Osobiście wierzę w determinizm, a w ramach determinizmu, warto się starać… być dobrym!

      Jesteśmy stworzeni, by żyć wiecznie – MyLongevita

        Długowieczność coraz częściej przestaje być hasłem, a staje się celem – nie w znaczeniu dodawania kolejnych lat do życia, ale budowania takiej jakości codzienności, która pozwala funkcjonować w pełni sił i harmonii. W świecie, gdzie tempo rozwoju cywilizacji stawia przed nami coraz większe wyzwania zdrowotne – od chorób serca, przez spadek odporności, po stres i brak równowagi hormonalnej – potrzebujemy rozwiązań, które nie są jedynie doraźną odpowiedzią, ale strategią długofalową. Taką rolę pełni MyLongevita.

        Nasza filozofia opiera się na prostym założeniu: zdrowie to kapitał. Kapitał, który można pomnażać poprzez konsekwentne, codzienne wybory. Oleje MyLongevita powstają w procesie tłoczenia na zimno, dzięki czemu zachowują pełnię naturalnych składników odżywczych i bioaktywnych. To nie przypadkowe mieszanki, ale precyzyjnie opracowane kompozycje, których zadaniem jest wspieranie organizmu w kluczowych obszarach – od serca, przez odporność, aż po kondycję skóry i równowagę hormonalną.

        Kiedy sięgamy po Cardio Protect, nie jest to tylko gest profilaktyki – to decyzja, by codziennie wspierać najważniejszy mięsień w naszym ciele i chronić go przed konsekwencjami współczesnego stylu życia. Immuno Defense to tarcza, która wzmacnia naturalne mechanizmy obronne organizmu, a jednocześnie ogranicza ryzyko przewlekłych stanów zapalnych. Skin Repair działa na dwóch poziomach: regeneruje i koi skórę w ciągu dnia, a wieczorem wspiera wyciszenie i spokojny sen, który jest podstawą prawdziwej odnowy. Femina Balance to ukłon w stronę kobiet, ich cykliczności i potrzeb hormonalnych, które wymagają szczególnej troski zarówno w okresie PMS, jak i menopauzy. Z kolei Men Force odpowiada na potrzeby mężczyzn, dając im dodatkową energię, wspierając zdrowie prostaty i przywracając równowagę hormonalną. Fundamentem całej kolekcji jest Omega Balance 3-6-9 – optymalne proporcje nienasyconych kwasów tłuszczowych, które mają znaczenie nie tylko dla serca, ale i dla pracy mózgu oraz układu nerwowego.

        Każdy z tych produktów pełni inną funkcję, ale wszystkie łączy jeden cel – budowanie długofalowej kondycji. Nie chodzi tu o szybki efekt czy chwilową poprawę samopoczucia, ale o system, w którym codzienna konsekwencja przynosi wymierne rezultaty. To właśnie różni MyLongevita od typowych suplementów – nasze oleje są rytuałem, który wpisuje się w styl życia, a nie dodatkiem, po który sięga się okazjonalnie.

        Korzyści są mierzalne i konkretne. Regularne stosowanie wspiera odporność i zmniejsza ryzyko infekcji. Wpływa na stabilizację ciśnienia i poziomu cholesterolu, co wprost przekłada się na mniejsze zagrożenie chorobami serca. Poprawia kondycję skóry, która staje się bardziej elastyczna i zdrowa. Wzmacnia energię i koncentrację, co daje wymierny efekt w pracy i codziennym funkcjonowaniu. Daje poczucie równowagi – nie tylko fizycznej, ale i mentalnej – które coraz częściej staje się kluczowym atutem w świecie wymagającym wysokiej wydajności.

        MyLongevita to nie obietnica, ale praktyka. To filozofia, w której zdrowie jest inwestycją, a natura – najlepszym partnerem. Każda łyżka oleju to świadomy wybór, by budować przyszłość w sposób konsekwentny, racjonalny i w pełni naturalny. Dlatego mówimy, że jesteśmy stworzeni, by żyć wiecznie – bo długowieczność zaczyna się w codziennych decyzjach, które podejmujemy tu i teraz.https://mylongevita.com/ 

        BIO

        MyLongevita to polska marka, która powstała z pasji do zdrowia i natury. Tworzymy autorskie mieszanki olejów tłoczonych na zimno, które nie tylko wspierają codzienne samopoczucie, ale także wzbogacają codzienną troskę o siebie. Wybieramy wyłącznie naturalne składniki i dbamy o środowisko, bo wierzymy, że dobre wybory zaczynają się od prostych, codziennych gestów.

         

        Stare AGD kosztuje Polaków miliardy. Nowy raport ujawnia potencjał oszczędności

        Rosnące ceny energii oraz ryzyko przeciążenia sieci sprawiają, że domowe zużycie prądu staje się kluczowym tematem dla gospodarki i milionów polskich rodzin. Najnowsze analizy APPLiA i KAPE pokazują, że największy, a jednocześnie najmniej wykorzystywany potencjał oszczędności kryje się w… kuchni i łazience. W polskich domach działa obecnie około 200 mln sztuk AGD, a wymiana najbardziej energochłonnych sprzętów mogłaby radykalnie obniżyć zużycie energii i przynieść gospodarstwom domowym oszczędności liczone w miliardach złotych rocznie.

        Jak pokazuje opracowany przez APPLiA i KAPE nowy raport Naprawiać czy wymieniać AGD?[1], gospodarstwa domowe w Polsce zużywają ponad 31 TWh energii elektrycznej rocznie, czyli ok. 20% całej krajowej konsumpcji. Ponad 60% tego wolumenu przypada na sprzęt AGD, który nieustannie towarzyszy nam w codziennych czynnościach. Lodówki, pralki, zmywarki, płyty kuchenne czy okapy są więc stałymi, a często niedocenianymi „konsumentami” prądu – tym bardziej, że w polskich gospodarstwach domowych pracuje ok. 200 mln sztuk AGD.

        Dane z raportu wskazują również, że nawet 87% emisji CO2 jest generowane na etapie użytkowania AGD, dlatego ważne, aby sprzęt było oszczędny. Nowe urządzenia są nawet o 75% bardziej wydajne od modeli starszych niż 15 lat. Eksperci sprawdzili, jak duże oszczędności może przynieść wymiana pralki, lodówki i zmywarki na nowoczesne wersje.

        Chłodna kalkulacja: jak nowa lodówka może zmniejszyć rachunki za prąd?

        Lodówka to prawdziwy energetyczny maratończyk – pracuje bez przerwy, 24 godziny na dobę, 365 dni w roku. Nic więc dziwnego, że może odpowiadać za znaczną część domowego zużycia prądu. Z danych APPLiA i KAPE wynika, że wymiana starego modelu w klasie G na nową lodówkę w klasie A pozwala zaoszczędzić aż 4524 zł na rachunkach za energię w ciągu 10 lat.

        Starsze lodówki zużywają więcej energii z powodu słabszej izolacji, mniej efektywnego utrzymywania temperatury czy głośniejszej pracy. Często wymagają też regularnego odmrażania. W przeciwieństwie do nich nowoczesne modele działają ciszej, są wygodniejsze w codziennym użytkowaniu i wyposażone w przydatne funkcje, takie jak inteligentne sterowanie czy tryby szybkiego chłodzenia.

        Zużycie energii w starych i nowych pralkach

        Oprócz lodówki istotny udział w domowym zużyciu energii – a tym samym w wysokości rachunków i obciążeniu sieci – ma również pralka. W wielu gospodarstwach nadal pracują modele sprzed kilkunastu lat, które zużywają dużo prądu i wody przy każdym cyklu.

        Różnica między starą pralką w klasie G a nową w klasie A to aż 2088 zł oszczędności w kosztach energii w ciągu dekady. Do tego dochodzi ograniczenie zużycia wody. Nowoczesne pralki precyzyjnie dobierają ilość wody do programu, pracują ciszej i delikatniej, a każdy cykl kontrolują inteligentne czujniki.

        Nowa zmywarka – mycie, które się opłaca

        W polskich domach zmywarka zwykle nie pracuje codziennie, ale jak wynika z raportu, nawet w tej sytuacji wymiana urządzenia w klasie F na nowy model w klasie A dałaby 2204 zł oszczędności w kosztach energii w ciągu 10 lat:

        Nowoczesne zmywarki korzystają z czujników określających stopień zabrudzenia naczyń, skracają cykl, gdy to możliwe i zużywają mniej wody, jednocześnie pracując ciszej. To oszczędność zarówno dla domowego budżetu, jak i zasobów wodnych.

        Oszczędność dla środowiska i gospodarki

        Korzyści z wymiany starego AGD wykraczają jednak daleko poza indywidualne rachunki. Jak pokazuje raport APPLiA i KAPE, modernizacja całego parku urządzeń w polskich domach – nawet tylko do poziomu trzeciej najlepszej dostępnej klasy energetycznej – przyniosłaby aż 2,36 TWh oszczędności energii rocznie, co oznacza redukcję 1,67 mln ton CO₂ każdego roku. W wariancie ambitnym wymiany starego sprzętu na najlepsze dostępne klasy, skala oszczędności rośnie do ponad 3,2 TWh rocznie i 2,27 mln ton CO₂ mniej.

        Analiza cyklu życia (LCA) wykonana przez KAPE potwierdza, że to właśnie faza użytkowania odpowiada za dominującą część śladu węglowego sprzętu AGD. Utrzymywanie starych urządzeń o wysokim poborze mocy często generuje więc większy skumulowany ślad węglowy niż odpowiedzialna wymiana na model energooszczędny połączona z recyklingiem.

        Drugie życie starego sprzętu

        Choć wymiana AGD może kojarzyć się z generowaniem dużej ilości odpadów, rzeczywistość jest zupełnie inna. Branża AGD w Polsce działa w duchu gospodarki o obiegu zamkniętym. Urządzenia są projektowane z myślą o minimalizacji zużycia materiałów i redukcji wpływu na środowisko. W lodówkach od lat nie stosuje się freonu ani f-gazów, a z produkcji zniknęły kadm czy rtęć.

        Co równie istotne – przy zakupie nowego urządzenia sklep ma obowiązek odebrać stary sprzęt. Branża AGD w Polsce przetwarza aż 95% zebranych elektrośmieci, odzyskując z nich cenne surowce. Dzięki temu zakup nowego, energooszczędnego urządzenia staje się częścią większego procesu oszczędzania zasobów, energii i pieniędzy. Nowe AGD zużywa mniej prądu, a stare wraca do obiegu jako materiał dla kolejnych, bardziej wydajnych produktów.

        Bon na wymianę AGD

        Eksperci APPLiA podkreślają, że aby w pełni uwolnić potencjał oszczędności z wymiany AGD, potrzebne jest systemowe wsparcie. Dlatego rekomendują wprowadzenie „Bonu na AGD” – prostego mechanizmu dopłaty udzielanej bezpośrednio w punkcie sprzedaży, powiązanej ze zwrotem starego urządzenia do legalnego punktu zbiórki. Taki program, który w różnych wersjach z powodzeniem funkcjonuje w innych krajach, pozwoliłby każdej polskiej rodzinie na wymianę co najmniej jednego sprzętu AGD.

        Energia, zasoby, pieniądze – potrójny zysk

        Nowoczesny sprzęt AGD to nie tylko niższe rachunki. To także realne odciążenie systemu energetycznego, szczególnie w godzinach szczytowego poboru mocy, co zmniejsza ryzyko przeciążeń i blackoutów.

        To właśnie długofalowe oszczędności pokazują, jak ważne są świadome decyzje zakupowe. Dane z raportu APPLiA i KAPE wyraźnie potwierdzają: wymiana starego, energochłonnego AGD na nowoczesne modele to inwestycja, która opłaca się zarówno naszej kieszeni, jak i środowisku naturalnemu.

        Zapraszamy do zapoznania się z pełną wersją raportu „Naprawiać czy wymieniać AGD?” na: Naprawiać czy wymieniać AGD – Etykieta Energetyczna

        Raport: „Naprawiać czy wymieniać AGD?” opracowany przez APPLiA Związek Pracodawców AGD i Krajową Agencję Poszanowania Energii KAPE, listopad 2025

        Lodówki – oszczędności wyliczone przy założeniu nowej lodówki w klasie A zużywającej 110 kWh/rok oraz starej zużywającej 500kWh/rok. Przyjęta do wyliczeń cena prądu to 1,16 zł/kWh.

        Pralki – oszczędności wyliczone przy założeniu nowej pralki w klasie A zużywającej 70 kWh/rok oraz starej zużywającej 250kWh/rok. Przyjęta do wyliczeń cena prądu to 1,16 zł/kWh

        Zmywarki – oszczędności wyliczone przy założeniu nowej zmywarki w klasie A zużywającej 110 kWh/rok oraz starej zużywającej 300kWh/rok. Przyjęta do wyliczeń cena prądu to 1,16 zł/kWh

        Osiągnięty poziom recyklingu zużytego sprzętu w grupie 1 (sprzęt chłodniczy) i grupie 2 (duże AGD) na podstawie danych o funkcjonowaniu systemu gospodarki zużytym sprzętem elektrycznym i elektronicznym

        II Gala Klubu Biznesu na Morzu – prestiżowe spotkanie liderów w centrum Warszawy

          Klub Biznesu na Morzu już od kilku lat konsekwentnie buduje swoją pozycję jako jedna z najbardziej dynamicznych i ambitnych inicjatyw integrujących środowisko przedsiębiorców w Polsce. Powstał z potrzeby tworzenia przestrzeni, w której przedsiębiorcy mogą wymieniać się doświadczeniami, nawiązywać wartościowe relacje i inspirować się do dalszego rozwoju. Misją Klubu jest łączenie ludzi biznesu w atmosferze otwartości, wzajemnego wsparcia i profesjonalizmu. Swoją działalnością Klub udowadnia, że energia, jaka płynie ze wspólnego działania, potrafi przerodzić się w realne przedsięwzięcia, współprace i inicjatywy, które napędzają polską gospodarkę.

          To właśnie z tej idei narodziła się koncepcja organizowania corocznych gal – wyjątkowych wydarzeń, będących świętem przedsiębiorczości, dialogu i integracji. Po sukcesie pierwszej edycji, licznych pozytywnych opiniach i dynamicznym wzroście zainteresowania działalnością Klubu, przyszedł czas na kolejny krok. W dniach 23–25 stycznia 2026 roku odbędzie się II Gala Klubu Biznesu na Morzu, która zapowiada się jako jedno z najbardziej prestiżowych wydarzeń nadchodzącego roku.

          Tegoroczna edycja odbędzie się w pięciogwiazdkowym hotelu Renaissance Warsaw Airport, znanym z elegancji, nowoczesnego charakteru i najwyższego standardu obsługi. To miejsce idealnie współgra z atmosferą Gali, której celem jest stworzenie przestrzeni sprzyjającej zarówno swobodnym rozmowom, jak i bardziej formalnym spotkaniom o strategicznym znaczeniu. Uczestnicy wydarzenia będą mieć możliwość spędzenia trzech dni w otoczeniu, które łączy luksus, profesjonalizm i inspirującą atmosferę.

          W wydarzeniu weźmie udział około 250 przedsiębiorców z całej Polski – reprezentujących różnorodne branże, różne etapy rozwoju biznesu i odmienne perspektywy. Wśród gości pojawią się także osoby znane ze świata biznesu oraz mediów, co dodatkowo wzbogaci program Gali i otworzy uczestników na nowe możliwości współpracy. To właśnie różnorodność – zarówno doświadczeń, jak i osobowości – jest jedną z największych wartości tego wydarzenia. Uczestnicy spotkają się w przestrzeni, w której od lat tworzy się realne partnerstwa, rodzą się nowe pomysły, a inspiracje przeradzają się w konkretne działania.

          II Gala Klubu Biznesu na Morzu to jednak nie tylko uroczysta Gala i networking. W programie przewidziana jest również Konwencja Klubu, podczas której odbędą się inspirujące wystąpienia przedsiębiorców, którzy odnieśli sukces w biznesie, a także moderowane spotkania 1:1, dające uczestnikom wyjątkową okazję do indywidualnych rozmów i wymiany doświadczeń. To połączenie oficjalnej części, praktycznej wiedzy i swobodnych kontaktów tworzy unikalną wartość wydarzenia.

          Integralną częścią Gali są pakiety sponsorskie, które dają firmom możliwość zaprezentowania swojej marki w prestiżowym otoczeniu i dotarcia do nowych partnerów biznesowych. To szansa na zwiększenie widoczności, podkreślenie profesjonalnego wizerunku, a także wzmocnienie obecności w środowisku przedsiębiorców. Sponsorzy Gali zyskują nie tylko ekspozycję, lecz także udział w wydarzeniu, które z roku na rok staje się coraz bardziej rozpoznawalne i cenione w Polsce. Organizatorzy zachęcają zainteresowane firmy do kontaktu i potwierdzenia rezerwacji pakietu sponsorskiego do 19 grudnia 2025 roku.

          II Gala Klubu Biznesu na Morzu będzie kontynuacją idei, która od początku towarzyszy tej inicjatywie – idei łączenia ludzi, którzy chcą nie tylko prowadzić biznes, ale także go rozwijać, dzielić się doświadczeniem, inspirować i wspierać innych. Spotkanie w Warszawie zapowiada się jako wyjątkowy moment wymiany energii, pomysłów i dobrych praktyk, a jednocześnie święto przedsiębiorczości w eleganckiej, ponadczasowej oprawie.

          Rafał Wiśniewski, CEO Roseti Polska i właściciel Klubu Biznesu na Morzu, podkreśla, że z ogromną radością czeka na nadchodzącą II Galę. Zwraca uwagę, że poprzednia edycja pokazała, jak ważne jest tworzenie przestrzeni do spotkań przedsiębiorców i budowania wartościowych relacji. Jest przekonany, że tegoroczna Gala wraz z Konwencją Klubu, wystąpieniami odnoszących sukces przedsiębiorców oraz moderowanymi spotkaniami 1:1 stanie się kolejnym istotnym etapem w rozwoju Klubu i jeszcze mocniej umocni jego pozycję jako jednego z najbardziej prestiżowych i dynamicznie rozwijających się klubów biznesowych w Polsce.

           

          https://youtu.be/IaTXUm3tTMY?si=thpzKp1cyTlIL3oM

          Tradycja i nowoczesność

          Paweł Gaca, prezes Spółdzielczej Mleczarni Spomlek, opowiada o polskim rynku mleka wartym 50 miliardów zł, ale też o wyzwaniach, które stoją przed krajowymi producentami. Rekomenduje sery dojrzewające, które jakością i smakiem nie ustępują tradycyjnym odpowiednikom z Włoch i Francji.

          Panie prezesie, zacznijmy od tego, skąd pan się wziął w mleczarstwie.

          Jak to często w życiu bywa, zdecydował o tym przypadek. Karierę zawodową zaczynałem w firmach z sektora IT, w których zgodnie z moim wykształceniem zajmowałem się zarządzaniem. I tak spotkałem się z prezesem Spomleku, który opowiedział mi o zmianach w spółdzielni i planach naprawczych związanych z trudną sytuacją finansową tej firmy. Szukał ludzi, którzy pomogliby zarządowi stworzyć nową strategię rozwoju.

          Złapaliście dobry kontakt?

          Tak, dlatego umówiliśmy się na spotkanie, a potem domówiliśmy warunki mojej pracy. Zostałem członkiem zarządu odpowiedzialnym za finanse. Jak się wkrótce okazało, moje zadanie nie było łatwe. Wyniki finansowe były bardzo złe, a co za tym idzie, sytuacja ekonomiczna trudna. W skrócie – wszystko wynikało z tzw. toksycznych opcji walutowych. Szczęście w nieszczęściu miałem spore doświadczenie w tematyce rynków finansowych.

          Udało się?

          Z perspektywy czasu patrzę na to, jak na wielkie wyzwanie. Przez długi czas uważałem to za mój największy sukces managerski.

          Spółdzielcy docenili pana wiedzę, zaangażowanie i nieprzespane noce, został pan wiceprezesem Spomleku.

          Szybko, bo już po 2 miesiącach rada nadzorcza zdecydowała, żebym objął tę funkcję.

          Na czym w polegało wyprowadzenie firmy ze złych opcji?

          Banki oferowały firmom instrumenty walutowe, które w odpowiednich, korzystnych warunkach rynkowych pozwalały dużo zarobić. Oczywiście po drugiej stronie było ryzyko, że jeśli się nie uda, to straty też się zmultiplikują. I niestety tak się stało: kryzys 2008 roku, spadki akcji, szalejące kursy walut. Aby wyjść z kłopotów, dużo pracowałem z KNF i bankami, które zaakceptowały mój plan naprawczy i pomogły nam wyjść z asymetrii finansowej. Stres w jakim pracowałem, wynikał nie tylko z niewiadomej czy się uda, ale czy zepniemy finalnie, ale i z tego, czy uratujemy pracowników i współpracujących z nami rolników. Kolor moich włosów to między innymi efekt tamtych czasów. Nam się udało, ale sporo firm, w tym nasi partnerzy biznesowi, zniknęło z rynku. Na bazie tych doświadczeń uważam, że firmy produkcyjne, takie jak nasza, nie powinny spekulować na opcjach finansowych, a raczej starać się stabilizować dochód. Ważne są dla nas rozliczenia złotówkowe, więc generalnie powinniśmy sobie zabezpieczyć przychody w polskim złotym i do tego powinna sprowadzać się nasza działalność. Oczywiście, jeżeli pojawia się jakaś szansa na to, żeby przyszłe przychody ubezpieczyć, robimy to w niewielkim procencie.

          Jak długo prowadził pan operacje ratunkową?

          Pół roku. Dostałem od Rady Nadzorczej kredyt zaufania, który jednak obowiązuje krótko, więc trzeba się o niego cały czas starać.

          Ile pan miał lat, gdy został wiceprezesem?

          34, byłem stosunkowo młodym człowiekiem. Gdy wyszliśmy na prostą, postawiłem na rozbudowany controlling. Postawiliśmy na szkołę gdańską związaną ze Stefanem Olechem. Zaprosiłem go do nas, do firmy. Zrobiliśmy szkolenia i zaczęliśmy zmieniać system finansowy. Dzisiaj, patrząc z perspektywy 17 lat, mogę stwierdzić, że wdrożyliśmy bardzo nowoczesne rozwiązania. Do tego stopnia, że prowadzimy szkolenia dla członków rady nadzorczej, żeby było im łatwiej zrozumieć specyfikę funkcjonowania firmy. Dzięki tym wszystkim zabiegom spółdzielnia zaczęła się rozwijać, a na przestrzeni tych kilkunastu lat osiągnęła kilkukrotny wzrost przychodów.

          Po finansach przyszła kolej na reorganizację produkcji.

          Nie byliśmy gigantem mleczarstwa, ale produkowaliśmy wiele wyrobów. Najwięcej serów dojrzewających, były też jogurty i mleko w kartonikach. Uznaliśmy, że musimy zmienić strategię funkcjonowania i na coś postawić. Celem było wzmocnienie firmy do tego stopnia, aby stała się dużym dostawcą i mogła samodzielnie rozmawiać z sieciami handlowymi. Zaczęliśmy też tworzyć własne marki, pierwszą była Serenada, kompletnie oderwana od nazwy Spomlek, którą wcześniej brendowaliśmy wszystkie produkty.

          Aby zwiększyć produkcję łączyliście się z innymi mleczarniami.

          Tak – z OSM w Elblągu i OSM w Chojnicach. Skoncentrowaliśmy się na produkcji serów dojrzewających. Myśleliśmy również o tym, jakie nazwy nadawać serom długo dojrzewającym.

          Po różnych badaniach doszliśmy do marki Skarby Serowara. Myślę jednak, że konsumenci najlepiej rozpoznają nas po nazwach naszych topowych serów: Bursztyn, Rubin, Szafir.

          Konsolidację rynku wymusza konkurencyjność czy opłacalność?

          Cóż, firma może mieć świetny produkt i problemy z jego dystrybucją. Jak zwykle w handlu nie jest sztuką wyprodukować, lecz sprzedać.

          Tutaj do gry wchodzą sieci handlowe.

          Generalnie handel, czyli dostawa towaru w miejsce, w którym będzie sprzedawany finalnemu konsumentowi. Dlatego właśnie mniejsze mleczarnie, mimo że mają świetny towar, mogą mieć problem ze sprzedażą, co często kończy się większymi kosztami, a więc niższą marżą. Regres oznacza sytuację alarmową i pojawia się pytanie – co dalej? Często podmioty w takiej sytuacji podejmują decyzję o tym, żeby połączyć się z większym partnerem. Szukają synergii, bo jedni posiadają dobry produkt lub markę regionalną, a inni dystrybucję. W ciągu ostatnich kilkunastu lat zrealizowaliśmy 3 takie procesy. O dwóch wspomniałem wcześniej, trzeci to połączenie z OSM Bychawa. Wiąże się to z korektą naszej strategii, bo ten zakład produkuje inne wyroby niż sery dojrzewające.

          Rynek mleczarski potrafi być bardzo wrażliwy i niestabilny.

          Lata 2022-2023 to czas kryzysu, ceny na rynku serów w ciągu tygodnia potrafiły spaść o 40-50 proc. Dla nas było to podwójnie trudne, bo z jednej strony nie byliśmy w stanie tego amortyzować, a z drugiej strony musieliśmy to zbuforować w taki sposób, by nie dotknęło to współpracujących z nami rolników. Było ciężko, ale daliśmy radę.

          Co było przyczyną kryzysu?

          Gdy skupujemy mleko, to jest w nim średnio 3 proc. białka i 4 proc. tłuszczu. I to jest wszystko, co my wykorzystujemy do naszej produkcji. Nie można dynamicznie zwiększać ilości mleka na rynku ani też dynamicznie jej redukować. W związku z tym wystarczy niewielka zmiana popytu lub podaży, aby wywołać perturbacje i wzrosty cen. Tak było w Polsce w ubiegłym roku, gdy na pewien czas masło stało się produktem deficytowym, a co gorsza również politycznym.

          Czy spółdzielnie w rolnictwie nie są reliktem dawnych czasów? Czy mają jeszcze sens?

          Tak, bo to spółdzielnie, których właścicielami są rolnicy. Idea polega na tym, że zaburzenie rentowności w gospodarstwie może powodować jego upadek. Właśnie spółdzielnia może to buforować.

          Na czym to polega?

          Dzięki spółdzielni rolnik nie odczuwa drastycznych wahań na rynku. Ewentualne straty spółdzielnia bierze na siebie i amortyzuje stratę. Chodzi o to, żeby nasi dostawcy przetrwali, żeby ilość produkowanego przez nich mleka nie uległa obniżeniu, bo inaczej wszyscy na tym stracą. Na sytuacje awaryjne staramy się reagować poprzez stworzony w naszej spółdzielni Fundusz Stabilizacji i Rozwoju.

          Produkcja serów dojrzewających jest opłacalna, ale i w pewnym sensie ryzykowna.

          Mamy w magazynach ogromne ilości sera dojrzewającego. Dlatego zawirowania cenowe na rynku dotykają nas o wiele mocniej niż inne mleczarnie. Dostarczają one produkty, które mogą szybko spieniężyć – kupują mleko w czerwcu i sprzedają go w tym samym miesiącu. A my, kupując mleko w czerwcu, możemy dostarczyć na rynek nasz najszybciej dojrzewający ser na końcu lipca, a nawet na początku sierpnia. Kiedy więc wytwarzamy produkty z bardzo drogiego mleka, musimy się liczyć z tym, że jego cena może spaść. Gdy w magazynie leżą 4 miliony kilogramów sera, a cena zmieni się o złotówkę, oznacza to dla nas stratę 4 milionów złotych w ciągu kilku tygodni…

          Szczęśliwie dla was może też dojść do odwrotnej sytuacji.

          Kiedy mamy hossę, dobra koniunktura wynosi nas pod niebo, czyli rosnące ceny powodują, że wartość sera wyraźnie rośnie. Staramy się kalkulować to ryzyko, ale rolnicy są zmęczeni tą sinusoidą. Obecny okres jest dla mleczarstwa bardzo dobry, więc większość nie może narzekać na rentowość produkcji mleka.

          Dzisiaj mleczarstwo to potężny biznes warty około 50 miliardów zł. Po konsolidacjach na polskim rynku liczy się siedmiu graczy. Wygrywa specjalizacja czy ostra konkurencja?

          Każda mleczarnia produkuje szeroką gamę produktów, co wymusza konkurencja. A to z kolei powoduje, że trzeba przeznaczać coraz większe środki na marketing i reklamę. Liczy się estetyczne opakowanie i dobre miejsce w sklepie. W czasie pandemii zwiększyła się sprzedaż sera pokrojonego w plastry, a zmniejszała się sprzedaż sera krojonego przez ekspedientki. Co ważne, znacząco zwiększyła się też oferta serów tartych gotowych do spożycia lub przyrządzania dań, takich jak pizza. Teraz rządzi półka, a nie lada chłodnicza, co teoretycznie jest lepsze, bo wyraźnie widać markę, ale z waszego punktu widzenia jest też i minus, czyli brandy sieci handlowych.

          Kiedyś legenda miejska mówiła, że marka sieciowa to jest ten sam sok albo szynka lub ser od znanego producenta, ale znacznie gorszej jakości.

          Dzisiaj jest już zupełnie inaczej. Sieci zlecają wiodącym producentom produkcję wysokiej jakości towarów, soków, wędlin, serów napojów itp. Za tym wszystkim stoi konsument, który chce w dobrej cenie kupić jakościowy towar. A to wymaga od nas szerokich działań marketingowych i edukacji mówiącej o tym, dlaczego nasz ser jest najlepszy. I tu widzę przewagę marek producenckich.

          Specjalizujecie się w serach Premium. Bursztyn, Szafir i Rubin to wasze 3 flagowe marki, znane nie tylko w Polsce. Co ma wpływ na ich pierwszorzędną jakość?

          Mleko spełniające najwyższe standardy, druga sprawa to technologia wytwarzania. Trzecia to czas dojrzewania od kilku do kilkunastu miesięcy. I jest jeszcze rzecz najważniejsza, czyli ludzie, nasi pracownicy, którzy dbają o to, żeby wszystko było OK. Mamy świetnych, oddanych firmie fachowców, bez nich nie osiągnęlibyśmy sukcesu. Miarą sukcesu jest to, że nasze sery jakościowo i smakowo w niczym nie ustępują renomowanym zagranicznym produktom. Świadczy o tym fakt, że przebojem wchodzimy na tamte rynki w segmencie Premium.

          Konsumenci, zwłaszcza dbający o formę i linię niejako wymusili na rynku wprowadzenie do sprzedaży produktów o wysokiej zawartości białka.

          Generalnie spożycie nabiału w Polsce rośnie. Nie jest to dynamiczny wzrost, mniej więcej stabilne 2-3 proc. rocznie. Te wysokobiałkowe produkty generalnie skierowane są do sportowców. To taki casualowy produkt, czyli dla kogoś, kto chce więcej białka, bo wie, że jest ono ważne w diecie. Taki odbiorca jest świadomym, dobrze wyedukowanym nabywcą. Teraz pojawiła się moda na skyr, czyli islandzki jogurt. Ponieważ jest popyt, więc pojawiła się podaż, każdy stara się wejść w tę niszę. My zaczynamy, na razie nad tym pracujemy. Linię do produkcji uruchomimy w pierwszym kwartale przyszłego roku. Nie pozostajemy w tyle, jeśli chodzi o produkty wysokobiałkowe. Przy produkcji sera pozostaje nam duża ilość serwatki. Jako pierwsi w Polsce wprowadziliśmy na rynek tak zwane izolaty białek serwatkowych i koncentraty białek serwatkowych. Sprzedajemy białko z serwatki, które ma największą wchłanialność w organizmie człowieka. Zaczęliśmy też produkować w saszetkach czyste białko, czysty bezsmakowy izolat białka serwatkowego. To jest 95 proc. białka. Nasze proszki serwatkowe są cenione. Dlatego dużą część sprzedajemy poza Polskę. To są setki ton w bardzo dobrej cenie. Produkt idealny dla sportowców. Sprzedajemy go między innymi do Wietnamu, Indii i Chin.

          rozmawiał Jarek Dotka

          Nie tylko praca…

          Paweł Gaca

          Wypoczynek › Góry

          to jest coś co kocham.

          W każdej postaci, od Bieszczad po wysokie Alpy. Tatry od strony polskiej jak i słowackiej przeszedłem wszerz i wzdłuż 🙂

          Kuchnia › Zdecydowanie polska tradycyjna. Oczywiście z dodatkiem serów długo dojrzewających.

          Hobby › Ekscytują mnie nowoczesne rozwiązania technologiczne. Znajomi mówią, że lubię gadżety,

          ale zawsze wiem czego chcę i nie zawsze idzie to w parze z prestiżem marki. Szukam przede wszystkim funkcjonalności. Muzyka to jest coś co mnie najbardziej relaksuje. Wychowałem się na muzyce Depeche Mode i The Cure i zawsze będę miał sentyment do tych zespołów. Słucham różnorodnej muzyki. Od popu do muzyki znacznie ostrzejszej.

          Ważne Informacje

          Laboratorium Odzyskiwania Nadziei

          Rafał Krawczyk, prezes Labdaty, opowiada o tym, jak jego firma pomaga odzyskiwać dane z uszkodzonych komputerów i telefonów Firm oferujących usługi odzyskiwania danych jest wiele....

          V Europejskie Forum Handlu i Eksportu: polskie firmy w globalnej grze

          11 grudnia 2025 roku w Hotelu Bristol w Warszawie odbyła się V edycja Europejskiego Forum Handlu i Eksportu – jednego z kluczowych wydarzeń poświęconych...

          Rusza ogólnopolski projekt edukacyjny ZBADAI

          Sztuczna inteligencja w szkole? Taka myśl przeraża zarówno wielu nauczycieli, jak i rodziców. Tymczasem AI może być sprzymierzeńcem w poznawaniu świata i zrozumieniu rzeczywistości....

          Europejskie Forum Handlu i Eksportu: przyszłość europejskiego handlu, e-commerce i łańcuchów dostaw

          Już 11 grudnia 2025 roku odbędzie się kolejna edycja Europejskiego Forum Handlu i Eksportu, jednego z najbardziej prestiżowych wydarzeń w Polsce poświęconych globalnemu handlowi,...

          Open Source wg Red Hat

          Dinko Eror, VP EMEA Central, North and Eastern Europe w Red Hat, opowiada o tym, dlaczego rozwiązania open-source’owe cieszą się coraz większą popularnością Jak Red...

          Łukasiewicz i Dassault Systèmes razem na rzecz transformacji cyfrowej polskiego przemysłu

          Centrum Łukasiewicz podpisało porozumienie o współpracy z Dassault Systèmes w zakresie cyfrowej transformacji polskiego przemysłu. Współpraca ma wspierać cyfryzację procesów badawczorozwojowych, wdrażanie nowoczesnych technologii w gospodarce i wzmacnianie kompetencji cyfrowych...