.
Strona główna Blog Strona 353

Odrodzenie polskiej zbrojeniówki

    Maciej Lew-Mirski, członek zarządu Polskiej Grupy Zbrojeniowej, o pozytywnych efektach podporządkowania PGZ Ministrowi Obrony Narodowej, potencjale polskiej zbrojeniówki i znaczącym wzroście eksportu

    Minął rok, od kiedy PGZ ma nowy zarząd. Można pokusić się o podsumowanie?

    Ten miniony rok pracy określiłbym jednym słowem – odrodzenie. Wreszcie podjęto w Polsce działania, aby zbudować rzeczywisty potencjał obronny. Fundamentem zaistniałego przełomu była decyzja o podporządkowaniu Polskiej Grupy Zbrojeniowej Ministrowi Obrony Narodowej. To minister Antoni Macierewicz jest głównym autorem tego sukcesu. Nastąpiła prawdziwa synergia strukturalna i informacyjna między głównym zamawiającym a producentem sprzętu. Dzięki temu PGZ jest obecna nie tylko w dialogu dotyczącym najważniejszych programów zbrojeniowych, ale również przy tworzeniu planów, tak jak np. w przypadku tworzenia wojsk obrony terytorialnej. W PGZ został powołany pełnomocnik dedykowany temu projektowi, który jest w stałym kontakcie z analogicznym zespołem w MON. Na bieżąco prowadzone są rozmowy, jak zoptymalizować pod względem taktycznym i finansowym uzbrojenie dla obrony terytorialnej, jak przy tym wykorzystać rodzimą produkcję i dobrać taki sprzęt, aby nie ustępował sprzętowi zagranicznemu.

    Poprzednicy podobno wyznawali zasadę, że łatwiej kupić, niż samemu wyprodukować…

    Myślę, że sytuacja, jaką zastaliśmy w tym sektorze, była wypadkową filozofii i myślenia poprzedniego rządu. Zbrojeniówka nie jest zresztą odosobnionym przypadkiem. Proszę zauważyć, że wszystkie ważne strategicznie projekty gospodarcze były lokowane za granicą. Robiono wszystko, aby spełnić oczekiwania kapitału zagranicznego, np. większość dróg budowały firmy zagraniczne. Jednocześnie nie tworzono warunków do rozwoju polskiej przedsiębiorczości i polskiego przemysłu. A jeżeli chodzi o sektor zbrojeniowy, to wręcz podejmowano działania, aby go sprzedać. Tymczasem ten przemysł miał już opracowane fantastyczne produkty – jeśli nawet jeszcze nie gotowe do sprzedaży, to co najmniej w końcowej fazie badawczo-rozwojowej. PGZ ma dzisiaj w swoim portfolio rozwiązania, nad którymi pracowano latami, a które dzisiaj są unikalne w skali światowej. Inne koncerny zbrojeniowe takimi możliwościami sprzętowymi po prostu nie dysponują.

    Na przykład…

    Samobieżny moździerz Rak. W pełni autonomiczny, jedyny moździerz, który może prowadzić ogień do celów widocznych na wprost. Pierwsze duże zamówienie dotyczące Raka zostało podpisane w obecności pani premier Beaty Szydło pod koniec kwietnia ubiegłego roku w Hucie Stalowa Wola. Takich unikatowych produktów jest w Grupie PGZ naprawdę wiele, choćby karabinek MSBS z naszej radomskiej Fabryki Broni „Łucznik”. Lekki rakietowy system przeciwlotniczy Piorun. Radar artyleryjski Liwiec. To są technologie absolutnie bezkonkurencyjne. PGZ jest w tym przypadku liderem.

    Karabinek MSBS wpisuje się ponoć w standardy światowe.

    Zdecydowanie tak. MSBS jest technologicznie zaawansowaną bronią modułową. Tego typu konstrukcja pozwala na dowolną konfigurację broni, w zależności od potrzeb żołnierza. Trwa jeszcze faza certyfikacji. Karabinek został przekazany do polskich jednostek specjalnych, aby tam, w najtrudniejszych warunkach, przy największych obciążeniach została przetestowana jego wytrzymałość. Oczywiście, czekamy też na opinie dotyczące walorów użytkowych i to wszystko będziemy brali pod uwagę przy wypracowaniu końcowych rozwiązań.

    Był taki moment, że polscy producenci broni wycofali swoje produkty z krajowego rynku odbiorców indywidualnych. Na półkach stały produkty wszystkich światowych firm, ale nie made in Poland. Czy wrócą one na te półki?

    PGZ widzi pilną potrzebę wejścia na rynek cywilny – nie tylko w Polsce i nie tylko z tą gamą produktów, która obecnie jest w ofercie. Będziemy tę ofertę powiększać i uatrakcyjniać właśnie z perspektywy odbiorcy cywilnego. Ten rynek w Polsce jest bardzo duży, więc wiążemy z nim spore nadzieje. Dla nas – co się łączy z pierwszą częścią mojej odpowiedzi – niezmiernie ważne jest także budowanie świadomości proobronnej. To jeden z elementów polityki rządu, polityki MON. Nie chodzi o to, aby ludziom rozdać tę broń, ale o to, aby te osoby, które czują taką potrzebę, miały do niej dostęp, oczywiście regulowany przez racjonalne przepisy.

    W ostatnich miesiącach podpisali państwo wiele umów z różnymi kontrahentami, polskimi i zagranicznymi. Czy są już jakieś efekty tej aktywności?

    Współpraca z zagranicznymi partnerami na odpowiednich warunkach jest jednym z priorytetów Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Nasi poprzednicy nie oczekiwali niczego od zachodnich kontrahentów. Godzili się z tym, że MON będzie kupowało za olbrzymie pieniądze sprzęt od zachodnich koncernów, ale nie będą za tym szły ani transfer technologii, ani tworzenie polskich centrów serwisowych. My natomiast od pierwszych dni naszego urzędowania jako zarządu PGZ narzuciliśmy bardzo wysoki benchmark. Powiedzieliśmy zachodnim koncernom, że jesteśmy krajem, który planuje duże wydatki na obronność, na zakup sprzętu i że w dużej mierze będzie to sprzęt zagraniczny, ale w związku z tym oczekujemy daleko posuniętej współpracy, polonizacji oferowanych produktów, transferu technologii do spółek PGZ oraz włączenia ich w stały łańcuch dostaw.

    Filozofia umów partnerskich przyświeca od początku nowemu zarządowi PGZ.

    Tylko taka forma współpracy przy danym projekcie realizowanym dla MON może stanowić fundament wieloletniej kooperacji. I tak, w przypadku firmy Raytheon, która oferuje swój system w ramach programu obrony powietrznej średniego zasięgu „Wisła”, udało nam się wynegocjować, że 50 proc. produkcji trafi do polskich zakładów, 50 proc. wartości kontraktu zostanie w Polsce, w PGZ. I mówimy tu o dziesiątkach miliardów złotych. Zresztą bez względu na to, od kogo kupimy system, te ogromne sumy pozostaną w PGZ. Obaj oferenci, Raytheon i MEADS, gwarantują, że w przypadku podpisania umowy z polskim rządem 50 proc. jej wartości zostanie w polskim przemyśle obronnym. To oczywiście nie będą walizki z pieniędzmi. Będzie to transfer technologii, będą wspólne prace badawczo-rozwojowe. Ponadto elementy tego systemu będą produkowane w Polsce i wejdą w łańcuch dostaw danego koncernu. Te korzyści rozciągają się na wiele płaszczyzn i na wiele lat.

    Nie obawiacie się zastrzeżeń, że stawiając na polską myśl techniczną, polski przemysł, nierówno traktujecie partnerów zagranicznych?

    Regulacje unijne dotyczą także sektora zbrojeniowego, ale jest możliwe odstąpienie od nich w sytuacji, kiedy buduje się narodowy potencjał obronny. MON chce mieć silne zaplecze w postaci własnego, polskiego przemysłu obronnego. Jeśli chodzi o współpracę z zagranicznymi partnerami, to zawsze powtarzamy, że rozmawiamy z każdym, kto ma wolę i techniczne możliwości współpracy z PGZ. Wszystkim oferujemy te same warunki współpracy i wszyscy znają obowiązujące kryteria. To w procesie negocjacji wychodzi, kto i na jak głęboką współpracę jest gotowy. Następnie dokonujemy ewaluacji ofert i składamy je do MON z naszą rekomendacją. Nie oceniamy przy tym walorów taktycznych sprzętu, pochylamy się jedynie nad korzyściami przemysłowymi, technologicznymi. Walory taktyczne oceniają już zawodowcy, czyli wojsko i specjaliści z tych dziedzin.

    To co PGZ ocenia?

    Oceniamy oferty przez pryzmat biznesowy, pryzmat budowania rodzimego przemysłu obronnego. Ten dialog możemy prowadzić dzięki decyzji ministra Antoniego Macierewicza o przejęciu nadzoru nad PGZ. Ministerstwo z uwagą słucha, co mamy do powiedzenia w przedmiocie budowania potencjału polskiej zbrojeniówki. Dzisiaj MON jest zainteresowane tym, żeby jak największy procent prac był wykonywany w Polsce, żeby jak najnowocześniejsze technologie wchodziły do polskiego przemysłu i żeby PGZ budowała długoletnie sojusze z partnerami zagranicznymi. Jednym z priorytetów dla MON jest ciągłość produkcji. Oznacza to, że po wykonaniu zlecenia zakład nie może mieć przestojów w oczekiwaniu na kolejne. Ten czas, dzięki dobremu zarządzaniu, powinien być wykorzystany na produkcję eksportową lub prace serwisowe. To są rozwiązania, które pozwalają uwierzyć, że za parę lat PGZ będzie światowym graczem o silnej, ugruntowanej pozycji międzynarodowej.

    Czy Polska kiedykolwiek była liczącym się graczem w sektorze zbrojeniowym?

    Po raz pierwszy został stworzony plan prowadzący do tego, aby polski przemysł zbrojeniowy stał się graczem światowym. Wcześniej tego planu nie było. Istniało kilkadziesiąt konkurujących ze sobą zakładów zbrojeniowych, często podległych różnym resortom, dublującym swoje kompetencje, które nie zakładały wspólnych celów, wspólnej polityki ani nie prowadziły wspólnych działań eksportowych. To powodowało, że nie miały możliwości przebicia się na rynkach wewnętrznym, europejskim i światowym. Ten stan w sposób konsekwentny teraz zmieniamy.

    Jak dzisiaj wygląda eksport spółek z grupy PGZ?

    Eksport się zwiększa, bo rośnie zaufanie do produktów z Polski. W 2016 r. wyeksportowaliśmy o 100 proc. więcej, niż założyli nasi poprzednicy. Aktywna promocja polskich produktów na świecie, zarówno przez PGZ, jak i przez MON, powoduje, że polska zbrojeniówka jest odkrywana na nowo. Dzisiaj okazuje się, że mamy nowoczesne technologie w interesujących świat obszarach i że nasze badania i prace nie służą jedynie modernizacji postsowieckiego sprzętu. Dla nikogo nie jest przecież tajemnicą, że mamy najlepsze na świecie radary i kamery termowizyjne, które są instalowane także w niemieckich czołgach.

    Wartością dodaną konsolidacji PGZ są nowe miejsca pracy i rozwój poszczególnych regionów, gdzie są usytuowane zakłady PGZ.

    To istotna część realizacji programu wicepremiera Morawieckiego w odniesieniu do zbrojeniówki jako koła zamachowego gospodarki. Zawsze w czasach kryzysu elementem napędzającym gospodarkę były zbrojenia. Teraz kryzysu na taką skalę nie mamy, ale polska armia rzeczywiście potrzebuje nowoczesnego sprzętu. Dedykowanie tego zadania PGZ daje ten wysoce pozytywny efekt ożywienia gospodarczego, zwiększenia produkcji, zwiększenia zatrudnienia, a w konsekwencji ożywienia się regionów.

    Powstanie WOT też może ożywić gospodarczo różne polskie regiony?

    PGZ chce – jak już wspomniałem – być liderem technicznym tego projektu. Jednocześnie rozumiemy misję, która stanowiła podstawę decyzji, aby taki rodzaj wojsk powołać. Jest to ze wszech miar genialny pomysł zarówno dla bezpieczeństwa państwa, jak i dla gospodarki oraz przemysłu.

    Czy techniki satelitarne i rakietowe są priorytetem sektora zbrojeniowego?

    Na pewno są priorytetem w polityce rządu. PGZ jest gotowa odpowiedzieć na to zapotrzebowanie. Jeśli chodzi o techniki satelitarne, to jesteśmy w toku rozmów z największymi światowymi graczami. Mamy konkretne propozycje i umiejscowione w czasie rozwiązania. Wiemy, co, kiedy i z kim możemy zrobić. I taką informację przekazaliśmy do MON. Jeśli chodzi o technologie rakietowe, to towarzyszy tym działaniom wielkie oczekiwanie z kilku stron. Oczywiście ze strony wojskowej, ale i ze społecznej. Także ze strony naszych sojuszników z NATO. Dotyczy to głównie budowy w Polsce tarczy antyrakietowej. Zwłaszcza teraz, w obliczu niestabilnej sytuacji na Ukrainie, wrogiej postawy Rosji, wydaje się wskazane i słuszne podniesienie tego typu zdolności obronnych w Polsce. Jesteśmy gotowi uruchomić realizację tego projektu. W stanie gotowości są też nasze zakłady, aby współprodukować te systemy, wdrażać nowe technologie i aby zapewnić serwisowanie tego sprzętu. Polska Grupa Zbrojeniowa współfinansuje również studium doktoranckie na Politechnice Warszawskiej w dziedzinie rakiet i technologii kosmicznych, a studenci tej znamienitej uczelni pracują w spółkach PGZ, wnosząc wkład nie do oceniania.

    Czy PGZ przygotowuje technologie skutecznie odpierające cyberataki, które najprawdopodobniej w obliczu konfliktu stałyby się bardziej destruktywne niż broń konwencjonalna?

    To jest zdecydowanie w przedmiocie naszych zainteresowań. Jeszcze rok temu nie mieliśmy zbyt wielu możliwości na tym polu. Przez ostatnie 12 miesięcy podjęliśmy działania, aby uzyskać zdolności w tym zakresie. Budowanie takich systemów od podstaw jest czasochłonne i kosztowne. Dlatego w tym roku nastąpi istotna zmiana w tej materii, mogę też zdradzić, że przygotowujemy się do dwóch przejęć, które będą miały istotne znaczenie dla tego projektu.

    Tradycyjnie w tej części Europy za liderów zbrojeniówki uchodzili nasi południowi sąsiedzi. Jak jest dzisiaj?

    Szanujemy naszych konkurentów i ich produkty, myśl techniczną, innowacje. Wiele państw z dawnego bloku wschodniego potrafiło wykorzystać czas po upadku muru berlińskiego i pokierować z sukcesem rozwojem swoich przedsiębiorstw zbrojeniowych. Mamy tego świadomość. Jednak w tej części Europy koncernu na miarę PGZ nie ma i to jest naszą szansą, by stać się liderem nie tylko w Europie Środkowej, ale w świecie. I szansy, którą otrzymaliśmy, nie zmarnujemy. Zdajemy sobie sprawę, że drugiej takiej polski przemysł obronny może już nie mieć.

     

    Ściany nie gwarantują bezpieczeństwa

    Robert Paszkiewicz dyrektor sprzedaży i marketingu OVH Sp. z o.o.
    Robert Paszkiewicz
    dyrektor sprzedaży i marketingu OVH Sp. z o.o.

    Obecne podejście zarówno do przechowywania danych, jak i samych centrów danych bardzo się różni od tego, które przez lata funkcjonowało w świadomości klientów. Wieloletnie doświadczenie na rynku międzynarodowym oraz wykorzystywanie nowoczesnych technologii zmierzających w kierunku zwirtualizowania wszystkich zasobów IT pozwalają OVH oferować rozwiązania gwarantujące bezpieczeństwo na najwyższym poziomie, potwierdzone certyfikatami, np. ISO 27001, SOC 1 i SOC 2 oraz PCI DSS. Dzięki takim rozwiązaniom jak Software-Defined Data Center (SDDC) możemy stworzyć stabilną sieć usług serwerowych oraz, gdy zajdzie taka potrzeba, w sposób prostszy niż dotychczas wdrażać plany odtwarzania awaryjnego. Klienci są coraz bardziej świadomi i oczekują rozwiązań umożliwiających tworzenie logicznych połączeń infrastruktury zlokalizowanej w różnych centrach danych. Firmy, także z sektora finansowego i ubezpieczeniowego, nie chcą ograniczać swoich zasobów do jednego ściśle chronionego miejsca. Zamiast tego preferują georedundancję infrastruktury, nie tylko na poziomie europejskim, lecz także interkontynentalnym. Oferowany przez OVH model Infrastructure as a Service zakłada, że klient nie martwi się o serwis, dostęp do sieci ani wymianę komponentów w razie awarii. Dodatkowo brak umowy terminowej i miesięczny model rozliczenia powodują, że łatwo można przekształcać usługę, gdy zajdzie potrzeba zmiany mocy obliczeniowej lub architektura będzie nieoptymalnie zaplanowana. Z tej perspektywy poziom Tier danego centrum danych przestaje mieć kluczowe znaczenie, gdyż bezpieczeństwo informacji gwarantuje nie tylko bezpieczeństwo fizycznego obiektu, lecz także umiejętne połączenie centrów danych ze sobą w jedną sieć.

    Jakość usług ważniejsza niż marża

    Marcin Zmaczyński Country Manager w Europie Środkowo-Wschodniej Aruba Cloud

    Mając już ponad 20-letnie doświadczenie w obszarze centrów danych, wiemy, że to rosnące potrzeby klientów stymulują nasz rozwój w kierunku najbardziej zaawansowanych i niezawodnych technologii. W 2011 r. zbudowaliśmy własne centrum danych, które legitymuje się certyfikatem Tier IV i inwestycja nie była działaniem na pokaz. Wśród naszych obecnych i potencjalnych klientów są przedsiębiorstwa, które wymagają tak rygorystycznego podejścia do gwarantowania wysokiej dostępności danych i usług IT. Oczywiście mamy też rozwiązania dla klientów, którzy poszukują najlepszego stosunku ceny do jakości, a Tier IV nie jest im absolutnie niezbędne. Nie zmienia to faktu, że jakość i niezawodność traktujemy priorytetowo, czego wyrazem jest ukończona w lutym br. inwestycja pod Mediolanem, czyli drugi, w 100 proc. ekologiczny obiekt Aruba Cloud w standardzie Tier IV. Tam, gdzie liczą się jakość, wydajność, a także konieczność spełnienia wymogów zawartych w certyfikatach, trzeba sięgać po najlepszy sprzęt. Dlatego w przeciwieństwie do konkurentów, stosujących produkty „white box” czy podzespoły z desktopów, sięgamy tylko po znane marki, takie jak serwery Della i przełączniki Cisco. W dobie cyfrowej transformacji przedsiębiorstwa nie mogą pozwolić sobie nawet na najmniejsze przestoje, ponieważ ich koszty pieniężne i wizerunkowe mogą wpędzić spółkę w poważne kłopoty. Stąd organizacje coraz mniej chcą oszczędzać na strategicznym zasobie, jakim jest dziś zdolność do zachowania stałej dostępności i ciągłości biznesowej. Z pewnością nie poświęcimy jakości dla marży, ale patrząc na ofertę Aruba Cloud, warto zauważyć, że outsourcing usług IT w centrum danych o najwyższym standardzie wcale nie musi drenować portfela

    Certyfikuj świadomie

    Bartosz Biernacki
    Bartosz Biernacki Sales Director Thermal Management & Racks w Vertiv, Accredited Tier Designer

    W kontekście dostępności infrastruktury data center szczególnie istotny jest czynnik ludzki. Jeżeli data center jest certyfikowane w kategorii Tier, to jego nabywca lub użytkownik wie, czego może się spodziewać po infrastrukturze. Tę samą wiedzę można uzyskać dokonując samodzielnej oceny infrastruktury, zajmuje to jednak zasoby i czas. Z mojego doświadczenia wynika, że wykonanie obiektu zgodnie z klasyfikacją Tier pozwala na jego szybką ocenę lub postawienie wymogów, szybkie wykonanie koncepcji proponowanego rozwiązania klimatyzacji precyzyjnej lub zasilania gwarantowanego.

    Z biznesowego punktu widzenia wykonanie infrastruktury zgodnie z Tier pozwala zbudować systemy o założonym poziomie bezpieczeństwa. Niezbędne jest również zapewnienie wysokiego stopnia energooszczędności infrastruktury. Gdy nałożymy na to jeszcze koszty budowy, mamy wszystkie składniki do przygotowania rozwiązania. Bez wątpienia oparcie decyzji o wyborze rozwiązania (we współpracy z zaufanym partnerem z potwierdzoną listą dobrze funkcjonujących obiektów) jest kluczowe, natomiast sam poziom bezpieczeństwa infrastruktury definiuje klient-użytkownik. Naszą rolą w Vertiv jest przygotowanie różnych propozycji rozwiązań i wykazanie ich mocnych oraz słabych stron w kontekście wymagań użytkownika. Gdybym miał wybierać data center dla swojej firmy,oparłbym się na założonej lub posiadanej klasyfikacji Tier, danych statystycznych i referencjach rynkowych. Referencje pozwalają wybrać doświadczoną firmę do współpracy, a dane statystyczne powiedzą wiele o przebiegu procesu budowy, jego zgodności z harmonogramemoraz usterkowości systemów i ich wpływie na IT. Powiedzą nam, ile referencje i sam dostawca są warte. Warto analizować dane

    Mało serwerowni z Tier IV

    Sylwester Biernacki prezes zarządu ATM SA

    Certyfikat Tier jest pewnym wyznacznikiem jakości świadczonych usług i potwierdzeniem zdobytego przez operatora doświadczenia, jednak nie należy przewartościowywać jego znaczenia, zwłaszcza na polskim rynku, gdzie klienci w związku z ograniczaniem budżetów IT skrupulatnie liczą pieniądze i nie zamierzają przepłacać za funkcjonalności, które nie mają wymiernego wpływu na ich biznes. Wiem to z własnego doświadczenia – zdarzało nam się analizować z klientem potrzebę wybudowania dedykowanego fragmentu infrastruktury Tier IV i nasz obiekt jest do tego przystosowany, jednak biorąc pod uwagę potrzeby firm i tzw. Portfel polskiego klienta, posiadany przez nas standard Tier III+ jest wystarczający. Jego podwyższenie oznaczałoby konieczność podniesienia cen naszych usług bez większej korzyści dla klientów.

    Moim zdaniem na polskim rynku nie bez powodu nie ma dziś serwerowni, która w 100 proc. spełnia wymagania Tier IV. Na takie usługi nie ma po prostu zapotrzebowania. OVH, które konsekwentnie rozwija swoją sieć hubów serwerowych tworzonych na podstawie własnych sprawdzonych standardów, otworzyło niedawno pod Ożarowem nowy obiekt w stalowych kontenerach i zrobiło to nie bez powodu. Duża część klientów woli zapłacić mniej, niż mieć gwarancję wysokiej niezawodności, bo zwyczajnie jej nie potrzebuje. Klient powinien patrzeć nie tyle na certyfikację, ile na doświadczenie dostawcy, opinie i referencje, bo doświadczenia pokazują, że to człowiek, a nie technologia, jest najsłabszym ogniwem w obszarze bezpieczeństwa. Niezależnie od tego, jakim poziomem certyfikacji może pochwalić się data center, każdy manager powinien złożyć wizytę w centrum danych i zobaczyć, jak ono funkcjonuje w praktyce. I przekalkulować ryzyko oraz swój budżet. Dostosować Tier do swoich potrzeb, a nigdy odwrotnie.

     

    Outsourcing usług IT

    Na początku ubiegłego roku kilka tysięcy polskich klientów bezpowrotnie straciło swoje dane. W dobie rosnącego znaczenia chmury obliczeniowej, Big Data oraz cyberprzestępczości pojawia się pytanie: Jakiego stopnia ochrony swoich danych potrzebuje użytkownik?

    W marcu 2016 r. rynek zmroziły informacje o problemach klientów 2be. pl, jednego z dostawców hostingu obsługującego ponad 2 tys. domen. Zaczęło się od drobnej, wydawałoby się, awarii, niewłaściwa polityka bezpieczeństwa i oszczędności sprawiły jednak, że klienci stracili dostęp nie tylko do własnej strony internetowej i poczty e mail, lecz także baz danych. Problemy nie omijają również największych. Cztery lata temu awaria systemów zasilania w centrum danych Beyond.pl doprowadziła do największej awarii chmury obliczeniowej w Polsce, mimo posiadania przez nie najwyższego certyfikatu dostępności Tier IV. Problemy z dostępem do danych dotknęły m.in. takie witryny jak Wykop.pl, NaTemat.pl, PayU i Money.pl. Eksperci nie mają wątpliwości: awarie były, są i będą, bo zawodzi nie tylko technologia, lecz także człowiek. Istotna staje się natomiast odpowiedź na pytanie, jak zminimalizować ich ryzyko i jakie kryteria powinny być kluczowe przy wyborze serwerowni.

    Cztery poziomy bezpieczeństwa

    Na rynku data center jednym z najistotniejszych kryteriów jest Tier. To popularna klasyfikacja ośrodków gromadzenia i przetwarzania danych, która definiuje standard „opieki” nad zasobami IT. Choć wciąż pojawia się wiele niejasności co do jej interpretowania, to jednak wciąż jest ona pewnym standardem, do którego odnosi się rynek. Standaryzacja Tier została opracowana przez amerykański Uptime Institute w połowie lat 90. ubiegłego wieku i uwzględnia cztery poziomy. Tier I, najniższy z nich, oznacza dostępność na poziomie 99,67 proc., co przekłada się na 28,8 godziny przerw w dostępie rocznie. Obiekty Tier Ito zwykłe serwerownie, które w przypadku awarii nie mają zapasowych serwerów, łączy ani dostępu do niezależnego źródła energii elektrycznej. W przypadku Tier II gwarantowana dostępność wynosi 99,75 proc., co przekłada się na maksymalnie 22 godziny przerw w dostępie rocznie i oznacza, że serwerownie mają częściową redundancję w obszarze chłodzenia i zasilania. To standardy wystarczające dla wielu klientów centrów danych, choćby blogerów i niewielkich firm, wśród których wskazać można małe e-sklepy. Do większych firm i instytucji jest skierowany poziom Tier III, który oznacza dostępność 99,982 proc., przerwy w dostępie nie dłuższe niż 1,6 godziny w ciągu roku oraz redundancję zasilania, która pozwoli na utrzymanie działania infrastruktury do 72 godzin w przypadku jej nieplanowanej awarii. Tier IV, wymagający największych nakładów ze strony operatorów, a także najdroższy z punktu widzenia klienta, charakteryzuje się dostępnością równą 99,995 proc., co oznacza przerwę w dostępie nie dłuższą niż 26 minut rocznie, przy infrastrukturze, która odcięta od zasilania jest w stanie „wytrzymać” nawet 96 godzin.

    Tier III czy Tier IV

    Najwyższy poziom certyfikacji wydaje się najlepszym rozwiązaniem dla instytucji i firm, których działalność uzależniona jest od nieprzerwanego dostępu do danych, ale nie wszyscy dostawcy usług zgadzają się z tym poglądem. Co więcej, sam Uptime Institute już jakiś czas temu wycofał się z przyznawania centrom danych określonych poziomów Tier na bazie przerw w dostępie do zasobów.

    – Rzeczywista jakość usług centrów danych jest wypadkową znacznie większej liczby czynników, a praktyczne różnice między ostatnimi poziomami Tier, po uwzględnieniu kosztów dla klientów końcowych, mogą okazać się niezauważalne. „Przerabiałem” ten temat wielokrotnie, choćby przy okazji budowania infrastruktury serwerowej w największym polskim punkcie wymiany ruchu PLIX, gdzie nie zdecydowaliśmy się na wyśrubowaną certyfikację – tłumaczy Sylwester Biernacki, twórca PLIX, a obecnie prezes firmy ATM.

    Co ciekawe, do tej pory żaden z klientów firmy, a obsługuje ona m.in. największe banki działające na terenie Polski, nie zasygnalizował potrzeby uzyskania formalnej gwarancji tak wysokiej dostępności, jaką daje certyfikat Tier IV. Dlaczego? Sylwester Biernacki wyjaśnia:

    – Stwierdzenie, że w naszych ośrodkach wdrożyliśmy jedynie zalecenia Tier III, jest ogromnym uproszczeniem. Jest coś, czego nie da się sklasyfikować, a co często decyduje o sukcesie lub porażce. To doświadczenie, wiedza pracowników, a także rozwiązania technologiczne, które wychodzą daleko poza zwykłą klasyfikację. Raouf Abdel, COO firmy Equinix zarządzającej ponad 100 centrami danych na całym świecie, zwraca uwagę, że świadomi klienci zwykle nie przywiązują większej wagi do klasyfikacji Tier.

    – Przede wszystkim chcą zapoznać się ze specyfikacjami mocy obliczeniowej, doświadczeniem rynkowym operatora i standardami utrzymania swojej infrastruktury przez specjalistów, które przecież dla każdej spółki z sektora centrów danych mogą być inne – przekonuje.

     Eksperci ze spółki ESDS Software Solution, ocenionej przez „The Economic Times” jako najlepszy pracodawca branży operatorów centrów danych w Indiach, zaobserwowali, że klienci często nie są świadomi rzeczywistej różnicy między certyfikatami Tier III i Tier IV, a część graczy na rynku data center wykorzystuje to zamieszanie do przedstawienia swoich usług jako najlepszych. Nie sposób nie odmówić temu rozumowaniu słuszności. Co najmniej dwa centra danych w Polsce chwalą się oficjalnie, że spełniają wymagania Tier IV, jednak próżno szukać ich na liście Uptime Institute.

    W poszukiwaniu złotego środka

    Centra danych czasami celowo nie ubiegają się o certyfikację, choć ich infrastruktura mogłaby spełnić wyśrubowane wymagania. Dzieje się to z bardzo prozaicznego powodu: wysokich kosztów. Najpierw trzeba je ponieść po to, by spełnić wymagania techniczne, a następnie ponieść kolejne, przechodząc całą ścieżkę certyfikacji. Koszty musi pokryć klient, a ten czyni to zwykle niechętnie. Być może jest to jeden z powodów, dlaa  których centrów danych zgodnych z Tier IV jest relatywnie niewiele. Nie ma ich ani w Czechach, ani w Niemczech, ani w Holandii, a we Francji jest tylko jedno, należące do Crédit Agricole. Po jednym centrum danych spełniającym normy Tier IV ma Rosja i Wielka Brytania.

    – Wydatki, jakie należy ponieść w związku ze wszystkimi aspektami budowy centrum danych w standardzie Tier IV, są – moim zdaniem – nieadekwatne do osiąganych korzyści. Z doświadczenia wiem, że w konsultacji ze specjalistami rynku data center można zbudować dopracowaną infrastrukturę typu Tier III+, która będzie bardziej niezawodna niż „zwykły” obiekt spełniający wymagania Tier IV – twierdzi Carlos Garcia de la Noceda, IT manager w Vodafone. Dzieje się tak głównie dlatego, że sama certyfikacja odnosi się głównie do projektu i budowy centrum danych.

    – Tymczasem pod uwagę należy wziąć więcej czynników, choćby niezawodność i jakość instalowanego sprzętu, systemów obsługi technicznej, szkolenia personelu, procedury bezpieczeństwa – każdy z nich, poza certyfikacją Tier, ma wpływ na niezawodność dostępu do danych – dodaje Noceda.

    Trzeba przy tym pamiętać o wzajemnej zależności wszystkich elementów infrastruktury data center. Jeśli znajdą się w niej solidne i odporne na uszkodzenia instalacje elektryczne stosowane w obiektach Tier IV, ale wykorzystywany tam będzie mechanizm zasilania poziomu Tier II, to finalna dostępność będzie równa gwarancjom tego drugiego standardu. Parametry oceny obiektów przechowywania i gromadzenia danych przyjęte przez Uptime Institute akcentują głównie topologię i sposób zaprojektowania centrów danych, nie uwzględniając czynników mających bezpośredni wpływ na bezpieczeństwo. Stąd zdarza się, że klienci są mylnie przekonani, iż obiekt spełniający najwyższą normę ma kompleksowy monitoring CCTV, prawidłowo zabezpieczony dostęp fizyczny, np. bramkami weryfikacyjnymi, i zapewnia skuteczne rozwiązania z zakresu ochrony przed cyberprzestępcami.

    Certyfikacyjne bariery

    Klienci zdają sobie sprawę z tego, co chcą otrzymać i ile mogą za to zapłacić. Dla banku wyższy Tier jest koniecznością, z kolei dla mniejszych graczy jest zbędnym, wyśrubowanym standardem, którego zwyczajnie nie zamierzają finansować. Ci ostatni zresztą nieraz potrzebują niedrogiego środowiska, w którym mogą zdobyć pierwsze doświadczenia, protestować czy wręcz poeksperymentować z IaaS, by w miarę rozwoju skierować się w stronę zaawansowanych usług data center.

    Dlatego na rynku powinno być – i jest – miejsce dla dostawców usług z obszaru data center w różnych standardach. Certyfikacja Tier nie powinna być nadrzędnym parametrem, od którego uzależnia się wybór operatora. Postrzeganie jej w taki właśnie sposób oznacza stawianie sztucznych barier, utrudniających w praktyce trafny dobór usług do bieżących potrzeb przedsiębiorstwa. Podsumowuje to Rahul Shewale, konsultant Capgemini. Jego zdaniem wybór między Tier III a Tier IV sprowadza się w zasadzie wyłącznie do tego, czy potrzebujemy bardzo wysokiej niezawodności i czy jesteśmy w stanie za to zapłacić.

    – Jeśli szukamy niezawodnego i odpornego na czynniki zewnętrzne i wewnętrzne centrum danych, to Tier IV jest koniecznością. Jednak jeśli szukamy złotego środka między wydajnością a kosztami, to Tier III jest znacznie lepszym wyborem – przekonuje.

     

    MB Pneumatyka zainwestuje w nowe hale produkcyjne

    Wzrost przychodów o 30 proc., podwojony wynik netto, nowi odbiorcy w Polsce i na świecie – to największe osiągnięcia MB Pneumatyka w 2016 r. Producent złącz do układów hamulcowych w samochodach użytkowych zapowiada inwestycje i wzrost zatrudnienia.

    Miniony rok był rekordowy w historii MB Pneumatyka. Przychody firmy z Sulechowa w Lubuskiem wzrosły z 12,7 do 16,7 mln zł w 2016 r. Wynik netto skoczył z 434 tys. do 1 mln zł. Największy udział w sprzedaży nadal ma eksport do krajów Unii Europejskiej (9,1 mln zł, wzrost o 27 proc.). Równolegle rośnie także sprzedaż na rynki pozaeuropejskie i w kraju. Firma planuje ekspansję na Wschód i na rynek turecki. Rozwija też sprzedaż w Chinach i Brazylii.

    – Eksport to obecnie 80 proc. naszej sprzedaży, ale chcemy, by równie szybko rosła sprzedaż w Polsce. Tworzymy nowe rozwiązania dedykowane producentom autobusów, interesuje nas także współpraca z producentami, ciężarówek, maszyn rolniczych i naczep. Dlatego cały zysk, podobnie jak w poprzednich latach, przeznaczymy na inwestycje w badania i rozwój oraz maszyny – mówi Małgorzata Bieniaszewska, właścicielka MB Pneumatyka.

    MB Pneumatyka w tym roku planuje także rozpoczęcie rozbudowy hal o kolejne 1300 m.kw. Niedawno zbudowała nową halę o powierzchni 1000 m.kw. Planowano, że to inwestycja na 10 lat, wystarczyła na trzy. Rozbudowa jest konieczna, bo firma zakłada, że w I półroczu 2017 podpisze kolejne istotne kontrakty. Dlatego planuje też zwiększenie zatrudnienia w kluczowych działach – konstrukcji, sprzedaży i produkcji.

    – Poszukujemy inżynierów do naszego działu konstrukcji. Szukamy też specjalistów, którzy będą pomostem pomiędzy działem konstrukcji a klientami. Naszej sprzedaży nie opieramy wyłącznie na produktach z katalogu. Kluczem do sukcesu i takiego wzrostu przychodów było oferowanie produktów szytych na miarę potrzeb klientów. Jeśli odbiorca potrzebuje nowych rozwiązań, to je od nas otrzymuje – dodaje Małgorzata Bieniaszewska.

    MB Pneumatyka to firma rodzinna, stworzona od podstaw w Sulechowie. W lutym minęło 15 lat, odkąd Andrzej Bieniaszewski, ojciec Małgorzaty Bieniaszewskiej, przekazał jej biznes. Przełomowym momentem w historii firmy był koniec 2015 r., gdy MB Pneumatyka została certyfikowana zgodnie ze specyfikacją techniczną ISO TS 16949:2009. Pozwoliło to firmie nawiązać szerszą współpracę z trzema największymi producentami układów hamulcowych do samochodów użytkowych na świecie. – Stała współpraca z liderami dała nam komfort stopniowego zwiększania inwestycji w badania i rozwój. Nie korzystamy z gotowych rozwiązań, tworzymy własne – mówi Małgorzata Bieniaszewska.

     

    Już 6 kwietnia rozpoczną się Targi Poznań Motor Show

    Poznań Motor Show 2017 to największe targi motoryzacyjne w Polsce i czwarte w Europie. To obowiązkowe wydarzenie dla każdego pasjonata motoryzacji. Tegoroczna edycja odsłoni przed Wami pojazdy w ramach czterech salonów – samochodowego, motocyklowego, caravaningowego oraz ciężarowego. Niezliczona liczba atrakcji, międzynarodowych i polskich premier oraz wydarzeń towarzyszących m.in. pokazów stuntu, torów offroad czy car tuningu podkreśla niepowtarzalny charakter wydarzenia.

    A jak było w zeszłym roku? Poznajcie Poznań Motor Show 2016 w liczbach:

    • 10 pawilonów oraz teren zewnętrzny
    • 1 europejska premiera, pierwsza w nowożytnej historii targów Motor Show
    • 2 auta koncepcyjne
    • blisko 70 motoryzacyjnych nowości
    • 133 108 osób odwiedziło targi

    W ROKU 2016 REKORDOWA LICZBA ZWIEDZAJĄCYCH ORAZ ZAINTERESOWANIE WYSTAWCÓW, KTÓRZY ZAUFALI TARGOM POZNAŃSKIM SPRAWIŁY, ŻE MOGĄ ONE ŚMIAŁO RYWALIZOWAĆ NA RYNKU EUROPEJSKIM CZY ŚWIATOWYM” – Kuba Bielak, Dziennikarz TVN Turbo

    Czym jest Press Day?

    Press Day to unikatowy moment podczas Targów Motor Show. Jest to dzień dla dziennikarzy, ludzi związanych z biznesem motoryzacyjnym oraz największych pasjonatów motoryzacji. Ograniczona liczba biletów na Press Day gwarantuje najwyższy komfort podczas zwiedzania targów. Można wziąć udział w konferencjach największych marek, zobaczyć premierowe pokazy, zwiedzić ekspozycje, porozmawiać z wystawcami, otrzymać limitowane pakiety informacyjne.

    Do zobaczenia na Poznań Motor Show 2017!

    Ceny biletów

    6 kwietnia 2017 – Press Day

    W przedsprzedaży – 100 zł
    W kasach w dniu wydarzenia – 120 zł

    7 kwietnia 2017 – piątek

    W przedsprzedaży – 15 zł
    W kasach w dniu wydarzenia – 20 zł

    8 kwietnia 2017 – sobota

    W przedsprzedaży – 23 zł
    W kasach w dniu wydarzenia – 30 zł

    9 kwietnia 2017 – niedziela

    W przedsprzedaży – 18 zł
    W kasach w dniu wydarzenia – 25 zł

    Bilety rodzinne dostępne w kasach, w cenach biletów z przedsprzedaży danego dnia.
    (min. 3 osoby spokrewnione, w tym 1 dziecko do 13 roku życia. Cena biletu obowiązuje dla 1 osoby)

    piątek – 15zł /os.

    sobota – 23zł/os.

    niedziela – 18zł /os.

    Bilet jednorazowy z kartą Dużej Rodziny (7-9 kwietnia) – 6 zł

     

    Ważne Informacje

    Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

    Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

    Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

    Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

    Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

    Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

    Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

    Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

    Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

    XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

    XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...