.
Strona główna Blog Strona 332

Rekomendacja Europejskiego Kongresu Finansowego dotycząca polityki wobec imigrantów zarobkowych

Klimat dyskusji na temat imigracji zarobkowej do Polski jest wybitnie mało merytoryczny. Ton jej nadają politycy, którzy do jednego worka wrzucają uchodźców, nielegalnych imigrantów oraz migrantów zarobkowych podejmujących pracę na podstawie zezwoleń, oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy lub innych dokumentów pobytowych. Niekorzystny klimat wokół kwestii migracji ma racjonalne podłoże – jest nim zalewająca Europę fala migrantów z Afryki i związane z nią problemy typu terroryzm. Z tego punktu widzenia, wszystkie inne problemy wokół migracji schodzą na dalszy plan.

Tylko w ostatnich dwóch latach liczba cudzoziemców na polskim rynku pracy wzrosła o ponad 100%. Jest to kontynuacja (choć dynamika rośnie) tendencji obserwowanej już od kilku lat. Jak wynika z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w okresie 2008–2016 nastąpił istotny wzrost wydanych zezwoleń na pracę – z ponad 12 tys. w 2004 roku do ponad 127 tys. w 2016 roku. Jeszcze większe zainteresowanie podejmowaniem pracy w Polsce było obserwowane w sektorach sezonowych. W okresie 2007–2016 liczba wydanych oświadczeń o zamiarze powierzenia zatrudnienia cudzoziemcowi wzrosła z 21 tys. do ponad 1,3 mln, co oznaczało ponad 61-krotny wzrost. Oczywiście nie wszyscy cudzoziemcy, dla których wystawiono dokumenty, ostatecznie podjęli pracę w Polsce, ale tendencja jest oczywista. Główną grupą imigrantów zarobkowych od kilkunastu lat pozostają obywatele Ukrainy. Zarówno dane dotyczące zezwoleń na pracę, jak i oświadczeń, wyraźnie pokazują ich dominującą rolę na polskim rynku pracy. Stanowią oni ok. 80–90% cudzoziemskiej siły roboczej.

Jednocześnie wzrostowi obecności cudzoziemców na polskim rynku pracy towarzyszy spadek bezrobocia. Jest to widoczne szczególnie w latach 2013–2016, kiedy to mieliśmy do czynienia z dynamicznym wzrostem wydawanych zezwoleń na pracę dla cudzoziemców oraz oświadczeń pracodawców z jednoczesnym spadkiem bezrobocia. Obecnie jest ono najniższe od 1989 roku. Z licznych badań na temat wpływu imigracji na polski rynek pracy wynika, że jest ona korzystna, a spodziewane zmiany demograficzne, które powodują starzenie się społeczeństwa, wręcz zachęcają do nowej polityki imigracyjnej. Analizy nastrojów i planów inwestorów i przedsiębiorców w Polsce pokazują tendencje wzrostowe, przy jednoczesnym kurczeniu się polskiego rynku pracy (m.in. procesy demograficzne i wejście od października obniżonego wieku emerytalnego). Aby sprostać tym wyzwaniom, potrzebna jest aktywna polityka rządu, firm, organizacji pracodawców oraz uczelni zachęcająca do migracji do Polski i dostosowanie przepisów i procedur uzyskiwania pozwoleń na pracę i pobyt, a także uzyskiwanie polskiego obywatelstwa.

Rekomendacje

  1. Nowa polityka imigracyjna powinna spowodować przekształcanie imigracji sezonowej, realizowanej głównie poprzez oświadczenia pracodawców o zamiarze powierzenia zatrudnienia cudzoziemcowi, w imigrację na stałe. Można to zrobić poprzez wdrożenie jednego bardzo prostego instrumentu. Cudzoziemiec (będą to w praktyce sami obywatele Ukrainy), który podejmował zatrudnienie w Polsce w przeszłości i przykładowo w ostatnich dwóch latach zebrał sześć miesięcy tzw. składkowych (czyli z tytułu jego zatrudnienia były opłacane składki na ubezpieczenie społeczne i podatki), powinien otrzymywać zezwolenie na pobyt w Polsce na pięć lat z prawem zmiany pracodawcy. Warto dodatkowo uprościć możliwość uzyskiwania obywatelstwa dla cudzoziemców posiadających prawo do pobytu stałego. Po zastosowaniu takiego rozwiązania należałoby się spodziewać nie tylko wzrostu wpływów do ZUS oraz urzędów skarbowych, ale także ograniczenie wielu nadużyći związanych z zatrudnianiem cudzoziemców. Ponadto zmniejszyłaby się presja na ograniczanie wzrostu wynagrodzeń, co przy tej dynamice napływu cudzoziemców na pewno występuje. Oznaczałoby to zatem także korzyść dla polskich pracowników.
  2. Należy opracować system preferencji przy wydawaniu wiz krajowych/prawa stałego pobytu dla osób o konkretnych umiejętnościach zawodowych i wykształceniu: operatorów obrabiarek CNC, informatyków itd. Byłyby to wizy krajowe, nie schengeńskie, żeby preferowani imigranci nie wyjeżdżali dalej. Borykamy się generalnie z brakiem pracowników o wysokich kwalifikacjach i możliwość uruchomienia szybkiej ścieżki zatrudniania obcokrajowców (implementacja m.in. Dyrektywy ICT – Intracompany Transfers), nie tylko z Ukrainy, ale innych krajów z poza UE, jest dla sektora usług biznesowych i sektorów nowoczesnych technologii niezwykle istotna. Obecnie w firmach sektora usług zatrudnionych jest ok 8–9% obcokrajowców, profesjonalistów z wyższym wykształceniem. Należy zadbać o dobry PR Polski jako kraju przyjaznego obcokrajowcom, którzy chcą rozwijać swoją karierę zawodową. Jest on jednym z istotnych czynników decydujących o wyborze lokalizacji przez osoby o wysokich kwalifikacjach. Warto w tym miejscu wspomnieć o potrzebie zmiany klimatu dyskusji społecznej na temat migracji na bardziej merytoryczny (obecnie uchodźcy, nielegalni imigranci i migranci zarobkowi często sprowadzani są do tej samej kategorii).
  3. Należy przyspieszyć i uprościć procedury związane z pobytem i zezwoleniem na pracę dla obcokrajowców. Uzyskanie zezwoleń trwa od kilku miesięcy do roku, co powoduje, że traci pracownik, który w tym czasie nie może podjąć legalnie zatrudnienia (a z konieczności utrzymania się często podejmuje pracę nielegalną) oraz potencjalny pracodawca, który czeka na danego pracownika.
  4. Należy stymulować działania pracodawców na rzecz asymilacji imigrantów zarobkowych w Polsce. Firmy, oprócz oferowania atrakcyjnych zarobków, mają możliwość podejmowania działań wspierających pracowników w procesie integracji. Przykładów takich działań może być kilka: kursy języka polskiego organizowane dla pracowników, pomoc przy wynajęciu mieszkania na wolnym rynku czy zapisaniu dzieci do szkoły, szkolenia i warsztaty z kultury, wartości i systemu funkcjonowania polskiego społeczeństwa, ale też szkolenia skierowane do kadry zarządzającej oraz działów HR, PR i in. z obszaru kompetencji międzykulturowych, zarządzania różnorodnością czy przepisów i procedur legalizacji zatrudnienia w Polsce.
  5. Należy monitorować działania agencji zatrudnienia i pośredników, z którymi część firm współpracuje przy zatrudnianiu cudzoziemskich pracowników. Coraz częściej pojawiają się informacje o dużej liczbie nadużyć i nieetycznego czy wręcz nieuczciwego traktowania pracowników. Być może część pracodawców korzystających z usług takich agencji nie ma tej świadomości. Kluczowa jest świadoma i rzetelna weryfikacja potencjalnego pośrednika na rynku pracy.

 

Startupy. Czy można na nich zarobić?

Krzysztof Zawadzki, członek zarządu/CFO, SARE S.A.

Odnoszę wrażenie, że to modne w ostatnich latach słowo – startup – wykorzystywane jest jako wytrych do określenia innowacyjnego, opartego na nowej technologii pomysłu, który ma z jednej strony bardzo wysokie ryzyko niepowodzenia, ale w zamian oferuje ponadprzeciętne a nawet bardzo wysokie stopy zwrotu dla jego pomysłodawców lub właścicieli. Jest jednak wiele elementów łączących te różniące się definicje startupu.

Czym jest startup?

Najczęściej startup nie ma swojej historii, co wynika z jego fazy rozwojowej, w której aktywnie poszukuje on dawców kapitału i dostępu do rynków zbytu. Startupy mogą powstać w dowolnej branży, jednak najczęściej kojarzone są z szeroko rozumianą branżą IT i nowymi technologiami w tej dziedzinie. Charakteryzują się niskimi kosztami rozpoczęcia działalności i zdecydowanie wyższym niż w przypadku „standardowych” przedsięwzięć ryzkiem.

Bardzo często, definicja startupu jest przyjmowana na potrzeby konkretnego badania, co jest zrozumiałe, ponieważ musi w tym przypadku określić sztywne ramy analizy oraz porównywalność przedsięwzięć nim objętych. I tak, możemy spotkać definicję startupu jako przedsięwzięcia, które spełnia przynajmniej jeden z dwóch warunków: należy do sektora gospodarki cyfrowej (przetwarzanie informacji lub pochodne technologie stanowią jeden lub więcej z kluczowych elementów jego modelu biznesowego) lub tworzy nowe rozwiązania technologiczne w obszarze IT/ICT. Inną, szerszą definicję startupu, jaką możemy znaleźć, jest określenie traktujące taki projekt jako przedsięwzięcie prowadzone w celu wytworzenia nowych produktów i usług w warunkach dużej niepewności, o historii nie dłuższej niż 10 lat oraz pewnej specyfice otoczenia, która jest niezbędna dla jego funkcjonowania nazywanej ekosystemem. Startupy, które osiągnęły sukces i przyniosły swoim właścicielom bardzo dużą wartość, przekraczającą miliard dolarów, nazywane są jednorożcami.

Przetrwają tylko najsilniejsze

The Founder Institute, największy akcelerator startupów na świecie, w ramach swojej działalności bada m.in. przeżywalność startupów. Zgodnie z danymi tej organizacji w 2014 r. wskaźnik „umieralności” startupów wynosił dokładnie 89 proc., ale obecne statystyki pokazują, że w Stanach Zjednoczonych przeżywa już nie jeden, a dwa na 10 startupów. Należy pamiętać, że problemem w uzyskaniu wiarygodnych danych w tym zakresie jest definicja i zakres tego, co uznamy za startup. Według raportu „Startup Genome Report Extra on Premature Scaling”, opracowanego przez badaczy z Uniwersytetu Stanforda i Berkeley, w ciągu pierwszych trzech lat funkcjonowania upada nawet 92 proc. startupów. Główne przyczyn niepowodzenia młodych przedsiębiorstw, wg autorów raportu, to m.in. zbyt szybki rozwój, brak właściwej alokacji zasobów startupu oraz rozpoznania rynku. W Polsce niestety brakuje aktualnych oficjalnych badań na temat przeżywalności startupów. Z badań Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że pierwszy rok działalności jest w stanie przetrwać aż trzy czwarte nowopowstałych firm. W kolejnych latach prowadzenia działalności ten odsetek wyraźnie spada – do mniej więcej połowy w drugim i jednej trzeciej w piątym roku działalności. Badania obejmują jednak wszystkie firmy, nie tylko startupy technologiczne. Podobnie jest w Stanach Zjednoczonych. Jeden z raportów Amerykańskiego Urzędu Badania Rynku Pracy z ostatnich lat informuje, że dwie trzecie nowych biznesów utrzymuje się na rynku przez co najmniej dwa lata. Połowa działa przez pięć lat, a jedna trzecia przez dziesięć. Bez względu na to jakie źródła będziemy analizować i jakie definicje zostaną sformułowane dla celów badań przeżywalności startupów, pewne jest, że statystyka nie jest dla nich łaskawa. Nie będzie chyba błędnym założenie, że z rynku znika 9 na 10 startupów. Wniosek, który należałoby z tego wyciągnąć jest taki, że należy skupić wszelkie działania na metodach ograniczenia ryzyka niepowodzenia inwestowania w startupy. Ale jak zwykle, łatwo powiedzieć, tym bardziej, że temat jest wyjątkowo obszerny i niezwykle skomplikowany.

Cierpliwość popłaca

Według raportu brytyjskiego banku inwestycyjnego GP Bullhound w 2014 r. w Europie powstało 13 „jednorożców”, czyli technologicznych startupów, które osiągnęły wartość przynajmniej 1 miliarda USD. Zgodnie z treścią raportu od 2000 r. powstawały trzy tego typu firmy rocznie, jednak w 2014 r. doszło do dużego skoku. Łączna wartość wszystkich firm tego typu w Europie stworzonych od 2000 r. wynosi już ponad 120 mld dolarów. Oznacza to, że startupy dają zarobić dużo i bardzo dużo, ale wymagają cierpliwości. Jednym z powodów niepowodzenia startupów jest odcięcie dopływu kapitału na jego kontynuację, stąd ocena czy i w ogóle przerwanie finansowania bywa kluczowa w życiu każdego startupu. Odpowiadając na pytanie i uwzględniając powyższą statystykę, nie wystarczy być cierpliwym, ale często jednym z dziesięciu, aby móc świętować sukces.

Kwestia wyceny

Co zatem sprawia potencjalnemu inwestorowi największą trudność w ocenie atrakcyjności startupu? Uniwersalna i prawidłowa odpowiedź brzmi – to zależy. Która nic nie daje poza wstępem do dalszej dyskusji. Wydaje się, że tradycyjne metody, poprawne z finansowego punktu widzenia, w przypadku startupów nie do końca dają wiarygodne wyniki. Dlaczego? Ponieważ największy problem stwarzają założenia, które w przypadku startupów to bardziej zakłady losowe niż obiektywna wiedza. Truizmem jest stwierdzenie, że im trafniejsze założenia tym bardziej wiarygodne wyniki wyceny, ale właśnie od nich zależy powodzenie jednej z najbardziej popularnych metod wyceny, jaką jest metoda dochodowa, której słabością jest to, że o jej trafności dowiemy się dopiero za jakiś czas – dość odległy. Oznacza to, że im bardziej będziemy w stanie poprzeć, uzasadnić przyjęte założenia, tym komfort jej użytkowników będzie większy. Z metodą dochodową jest trochę tak, jak z prognozą pogody – im dłuższy horyzont czasu tym niższa sprawdzalność, a także wiarygodność. Jak np. potwierdzić kluczowe założenia dotyczące wielkości sprzedaży w sytuacji innowacyjnego, często całkiem nowego produktu? Prawda jest taka, że ocena przyjętych założeń odbywa się nie w oparciu o obiektywne, poparte badaniami czynniki a raczej opiera się na wierze, intuicji, przekonaniu, które razem są dobrze „opakowane” w inne słowa wytrychy, tzw. własna wiedza ekspercka. Podsumowując, te krótkie rozważania dotyczące metody dochodowej, każdy plan finansowy będzie tak dobry i wiarygodny jak jego założenia. Wszyscy wiedzą, że arkusz kalkulacyjny przyjmie wszystko i każdy startup można w nim uczynić zyskownym. „Dobry marketing” w postaci precyzyjnie określonych założeń, będzie kluczowym dla potencjalnego inwestora. A co z innymi stosowanymi metodami, takim jak np. metody porównawcze (metody mnożnikowe)? Największa trudność tej metody w przypadku startupów to dobór odpowiednich, porównywalnych przedsięwzięć, a to w przypadku tego typu przedsięwzięć graniczy z cudem. Jeżeli coś jest innowacyjne, czasami wręcz rewolucyjne może mieć swojego odpowiednika na rynku. Wydaje się, metoda ta jest dedykowana raczej dla dojrzałych, prezentujących stabilną, w miarę powtarzalną EBITDĘ przedsiębiorstw. Jednak, pomimo wielu słabości, zachęcam do stosowania powyższych metod. Z jednym zastrzeżeniem: z dużą dozą zdrowego rozsądku.

Siła przekonywania

Każdy rozsądny CFO musi dobrać odpowiednią argumentację dla Zarządu i Rady Nadzorczej swojej spółki, gdy chce nabyć lub uruchomić projekt startupu. Co więcej, w przypadku spółki publicznej, musi przygotować dodatkowo odpowiedni komunikat i argumentację dla otoczenia rynkowego spółki. Jak to dobrze zrobić? Zachować zdrowy rozsądek przy stosowaniu wybranych metod i co najważniejsze, dużo rozmawiać z maksymalnie szerokim spektrum osób zaangażowanych w biznes, którego dotyczy startup – w tym z osobami z marketingu, sprzedaży, IT, i jeżeli to możliwe, to również z potencjalnymi klientami. Obudować to dużą liczbą argumentów i przygotować symulacje. Należy odpowiedzieć sobie na pytania, co może pójść nie tak lub co się wydarzy, gdy nie dowiedziemy pewnych parametrów startupu. Jeżeli to możliwe, to określić prawdopodobieństwo wystąpienia negatywnych zdarzeń i uszeregować je według siły oddziaływania na przedsięwzięcie. Później wystarczy tylko zachować się jak rasowy sprzedawca, który potrafi dobrać odpowiednie argumenty i obronić założenia w trakcie prezentacji strony finansowej swojego startupu. Pamiętając, że immanentną cechą startupu jest wysokie ryzyko, to umiejętność przekonania, że potrafimy sobie z nimi radzić i mamy sposoby, żeby je zminimalizować, wydaje się być bardzo pożądaną umiejętnością.

Lot do Kenii

Sebastian Mikosz, dwukrotny prezes PLL LOT, przejął stery kenijskich linii lotniczych Kenya Airways. Zadanie ma takie samo jak w Polsce: przywrócić rentowność jednego z największych afrykańskich przewoźników lotniczych. Restrukturyzacja i reformy w firmach to specjalność polskiego managera. Zresztą anglojęzyczne media afrykańskie, kenijskie i inne nie pozostawiały złudzeń – wybrano twardego zawodnika.

Nowy szef kenijskich linii w fotelu prezesa PLL LOT zasiadał w latach 2009–2010 i 2013–2015. Za każdym razem w tym samym celu – ratowania upadającego przewoźnika narodowego i przygotowania go do przejęcia przez inwestora strategicznego. Znienawidzony przez związki zawodowe, odszedł w trakcie pierwszej kadencji, w trakcie drugiej wyprowadził polskiego przewoźnika ze strat i przywrócił firmie rentowność. Co jeszcze nie oznaczało trwałego sukcesu.

Za drugim razem odszedł, bo zmieniła się koncepcja – LOT miał jednak pozostać w rękach państwa. Co więcej, pierwsze zyski nie oznaczały trwałej poprawy – wynik po 2015 r. był znowu ujemny. Dopiero za rok 2016 wynik spółki był dodatni (125 mln zł), głównie dzięki pomocy publicznej zaakceptowanej  przez Komisję Europejską, jednak związanej z cięciem połączeń i ograniczeniem działalności. Dziś LOT ma 45 samolotów i proponuje rejsy do 60 miejsc na świecie. Pod tym względem linie kenijskie są porównywalne z polskim przewoźnikiem – w 2016 r. flota liczyła 47 samolotów (rok wcześniej 52). Oferuje loty na niemal 62 lotniska.

 

fot. Archiwum

Doprawiony ekologią

Przepis na dobre coupé to sportowe doznania połączone ze stylową elegancją. Lexus postanowił doprawić to smaczne danie pewną tajemniczą przyprawą – ekologią

Na pierwszy rzut oka połączenie dynamicznego charakteru auta z jego zieloną naturą nie powinno się udać. Lexus pokazał, że jest to możliwe, a koncepcja hybrydy, czyli zintegrowanie silnika spalinowego z elektrycznym, sprawdza się również w przypadku samochodów ze sportowym zacięciem. Stylistycznie model RC czerpie garściami z założeń supersamochodu Lexus LFA. Moim zdaniem to dobrze. Coupé ma zwracać na siebie uwagę i dbać o to, by jego właściciel został zauważony na drodze. RC 300h w białym kolorze robi to doskonale. Auto przyciąga wzrok nie tylko innych kierowców, lecz także przechodniów. Wnętrze utrzymane w czarnej kolorystyce to również kwintesencja sportu. Fotele są wygodne, świetnie opasują ciało kierowcy. Kierownica dobrze leży w dłoniach, a zakres regulacji ustawień zadowoli każdego. W aucie siedzi się bardzo nisko, ale pozycja jest wygodna i nie męczy nawet na długich dystansach.

Zespół napędowy to benzynowa wolnossąca jednostka o pojemności 2,5 l oraz silnik elektryczny. Łącznie do dyspozycji mamy 223 KM, auto przyspiesza do setki w 8,6 s, co nie jest porażającym wynikiem, ale subiektywne wrażenia są znacznie korzystniejsze. Dla głodnych mocniejszych wrażeń producent przewidział lepiej doprawioną odmianę RC 200t lub piekielnie pikantną RC F. Zadaniem RC 300h nie jest jednak spychanie wszystkich z lewego pasa autostrady. Napiszę więcej, w pewnej chwili to wy możecie zostać popędzeni przez handlowca w białym kombi. Wszystko za sprawą fabrycznego ograniczenia prędkości maksymalnej… Auto kończy zabawę, gdy na jego liczniku pojawi  liczba 198. Wszystko po to, by chronić skomplikowaną mieszankę elektroniki i baterii.

Jego świat to centrum miasta, nowoczesne biurowce, eleganckie restauracje i teatry. Umiejętna jazda miejska owocuje spalaniem na poziomie 6,5 l na 100 km, więc jest bardzo dobrze. W utrzymaniu prawej nogi na wodzy pomaga niewątpliwie zestaw audio Mark Levinson, który przenosi pasażerów w inny świat. Zamówienie auta bez niego to jak poproszenie kelnera o „vin de table” do podanej przed chwilą wykwintnej sezonowanej polędwicy. Lexus jako pionier w budowaniu napędów hybrydowych wie doskonale, jak podać tę potrawę swoim klientom. Zdecydowanie nie jest to danie dla wszystkich. Na pewno przypadnie ono do gustu smakoszom szukającym wyrafinowanego designu, sportowej elegancji, wygody, luksusowego dźwięku oraz dużej dozy ekologii.

Koźmiński nadal z akredytacją AACSB

Międzynarodowa Rada Zarządu The Association to Advance Collegiate Schools of Business (AACSB) zarekomendowała pozytywnie przedłużenie akredytacji dla Akademii Leona Koźmińskiego. Notuje to uczelnię wśród najlepszych szkół biznesowych na świecie.

AACSB jest prestiżową, najstarszą na świecie instytucją akredytującą szkoły biznesu na wszystkich trzech poziomach nauczania: licencjackim, magisterskim i doktorskim. Jej misją jest poprawa jakości edukacji w zakresie nauk ekonomicznych.

Obecnie akredytację AACSB posiada zaledwie ok. 6% wszystkich szkół biznesu na świecie. Może się nią poszczycić ponad 750 prestiżowych jednostek edukacyjnych, takich jak: Harvard University, Yale University, MIT, ESCP Europe.  Od 2012 roku posiada ją również Akademia Leona Koźmińskiego.

AACSB wraz z posiadanymi przez Akademię Leona Koźmińskiego akredytacjami EQUIS i AMBA tworzy tzw. potrójną koronę akredytacyjną (triple crown) – trzech najbardziej prestiżowych na świecie akredytacji przyznawanych instytucjom biznesowym.

Piękno algorytmów

Profesor Krzysztof Diks, przewodniczący Rady Instytutu Informatyki Uniwersytetu Warszawskiego i Polskiej Komisji Akredytacyjnej, o zagranicznych sukcesach młodych programistów

Rozmawiał Piotr Cegłowski

Kilka dni temu w Rapid City w Dakocie Południowej wspólnie cieszyliśmy się  z wielkiego sukcesu pańskich studentów, którzy zdobyli złoty medal podczas finału Akademickich Mistrzostw Świata w Programowaniu Zespołowym – ACM ICPC. Zajęli drugie miejsce, choć przez pewien czas wygrywali…
To najbardziej prestiżowy tego rodzaju konkurs na świecie, jest organizowany od 41 lat. Uczestniczymy w nim od roku 1994 i za każdym razem udawało nam się zakwalifikować do finałów światowych, a nasi studenci mają na koncie wielkie sukcesy – dwa razy zdobyli mistrzostwo świata i dwa razy wicemistrzostwo. Finał poprzedzają wieloetapowe eliminacje.

Dla studentów Uniwersytetu Warszawskiego wszystko zaczęło się we wrześniu 2016 r. na Wydziale Matematyki, Informatyki i Mechaniki, kiedy to po indywidualnych zawodach sformowano kilkanaście trzyosobowych ekip, z których osiem najlepszych wzięło udział w Akademickich Mistrzostwach Polski w Programowaniu Zespołowym. Pięć z nich znalazło się w pierwszej dziesiątce mistrzostw i pojechało do Zagrzebia, by walczyć o Akademickie Mistrzostwo Europy Środkowej w Programowaniu Zespołowym i prawo startu w finałach w Rapid City. Zarówno mistrzami Polski, jak i mistrzami Europy Środkowej zostało trzech studentów Wydziału Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego, późniejsi  wicemistrzowie świata z Rapid City: Wojciech Nadara, Marcin Smulewicz i Marek Sokołowski. Szkoda, że regulamin ogranicza reprezentację uczelni w finałach światowych do jednej drużyny, ponieważ także inni nasi studenci mogliby z powodzeniem powalczyć z najlepszymi zespołami z zagranicy… Warto odnotować, że w finałowej środkowoeuropejskiej czwórce obok Chorwatów znalazły się aż trzy drużyny z naszego kraju, z uniwersytetów: Jagiellońskiego, Wrocławskiego i Warszawskiego. Nasza ekipa postawiła sobie ambitne zadanie – poprawę wyniku z ubiegłego roku, gdy UW zdobył srebrny medal i piąte miejsce w świecie. I to się udało.

Jak przebiega konkurs?
Każda z trzyosobowych drużyn zasiada przy jednym stanowisku komputerowym, by w ciągu pięciu godzin rozwiązać kilkanaście zadań algorytmiczno- programistycznych sformułowanych w formie historyjek, z ukrytym problemem do rozwiązania. Młodzi programiści muszą odpowiednio zidentyfikować problem, zaprojektować stosowny algorytm, a następnie zaimplementować go w postaci programu komputerowego, który poddawany jest testom przygotowanym przez organizatorów. Jeśli program jest poprawny i wydajny obliczeniowo, tzn. zaliczy wszystkie testy, to zadanie zostaje zaliczone. Gdy obliczenia są niepoprawne lub za wolne, zawodnicy nadal mogą pracować nad zadaniem, ale za każde niepoprawne zgłoszenie są karani 20-minutową karą w przypadku, gdy zadanie w końcu zostanie zaliczone. Szybkość pracy nad zadaniami i kary mają poważny wpływ na końcową punktację, ponieważ w przypadku takiej samej liczby rozwiązanych zadań o miejscu w końcowej klasyfikacji decyduje krótszy czas spędzony nad ich rozwiązywaniem. W Rapid City naszą drużynę wyprzedzili tylko Rosjanie, którzy również rozwiązali 10 z 12 zadań, ale właśnie mieli lepszy czas. Bez wdawania się w kolejne szczegóły należy podkreślić, że zawody w programowaniu zespołowym znakomicie sprawdzają wiedzę i umiejętności programistyczne i w małej skali odpowiadają rzeczywistej pracy informatyka nad projektem – od zebrania wymagań do wdrożenia.

Mam wrażenie, że najważniejszą nagrodą dla uczestników tego konkursu jest możliwość podjęcia pracy w najważniejszych koncernach branży informatycznej.
Najważniejszą nagrodą są prestiż i satysfakcja, że się należy do najlepszych informatyków na świecie w swoim pokoleniu. To oczywiście skutkuje ofertami pracy w najlepszych i największych firmach informatycznych w każdym miejscu globu. Studenci z całego świata wyłonieni w eliminacjach to idealni kandydaci z punktu widzenia nawet najbardziej wymagającego pracodawcy. Nie trzeba organizować naboru, angażować specjalistów HR. Konkurs daje firmom bezpośredni dostęp do najlepszych młodych programistów. Spośród polskich mistrzów świata z lat 2003 i 2007 dwóch pracuje dla Elona Muska, a jeden trafił do IBM po doktoracie na MIT. Bardzo mnie ucieszyło to, że pomimo kuszących propozycji ze świata biznesu dwóch naszych mistrzów z roku 2017 zdecydowało się na karierę naukową na UW. Jeden z mistrzów prowadzi własny biznes w Polsce. Wielu finalistów konkursu – niezależnie od krajów, z których pochodzą – pracuje dziś dla takich potęg jak Microsoft, Google, Nvidia, Facebook i IBM. Sporą grupę zatrudnił wspomniany wcześniej Elon Musk, który szukał nieszablonowo myślących informatyków do swojego projektu kosmicznego i firmy OpenAI, tworzącej otwarte oprogramowanie dla sztucznej inteligencji.

Wspomniał pan o finalistach, którzy podjęli pracę na uczelni. Biorąc pod uwagę wysokość pensji, trudno im konkurować z przeciętnymi absolwentami informatyki, którzy zaraz po studiach zarabiają przynajmniej 8 tys. zł miesięcznie…
Na szczęście nie jest tak źle. Utalentowani młodzi naukowcy do 35. roku życia mają duże szanse na granty, z których mogą sobie wypłacać wynagrodzenie. Z dumą obserwuję też kariery moich studentów, którzy sami stworzyli świetnie prosperujące firmy, takich jak np. Grzegorz Jakacki z Codility, który wraz z kolegami opracował unikalny internetowy serwis do sprawdzania umiejętności myślenia algorytmicznego i programowania, niezwykle przydatny przy rekrutacji do firm informatycznych. Czterech innych absolwentów – wspólnie z Tomaszem Kułakowskim – założyło w Polsce CodiLime, obecnie dynamicznie rozwijającą się firmę, która dużą część swoich zysków z pracy dla zleceniodawców z USA i Japonii przeznacza na stworzenie oryginalnych narzędzi informatycznych „dla każdego” do analizowania wielkich zbiorów danych, co odpowiada na jedno z największych wyzwań informatyki XXI w.

Kwestie, o których mówimy, na pewno miały wpływ na decyzję koncernu IBM, który aż przez 20 lat był głównym sponsorem konkursu.
Mam wieloletnie doświadczenia w tej dziedzinie jako przewodniczący Komitetu Głównego Olimpiady Informatycznej, która od 1994 r. wyłania najbardziej utalentowanych informatycznie uczniów z całej Polski. Najbardziej cieszy mnie współpraca z partnerami, którzy pomoc w takiej sprawie traktują jako element misji. Jestem przekonany, że taki właśnie był główny motyw IBM, który zawsze stawiał na badania i rozwój. Podczas każdej edycji konkursu jeden dzień poświęcony jest najnowszym osiągnięciom koncernu, nierzadko w dziedzinach niedawno kojarzonych jeszcze ze science fiction. A jeśli to zachęci wybitnie zdolnych młodych programistów do podjęcia pracy dla IBM, to nie ma w tym nic zdrożnego.

Obecnie młodzi polscy informatycy nie mają żadnych problemów ze znalezieniem pracy – w naszym kraju i za granicą. Ile lat może to jeszcze potrwać? Kiedy pojawi się symptom nadprodukcji absolwentów?
Jestem przekonany, że nic nie zmieni się w tej dziedzinie jeszcze przez wiele lat. Dzisiaj prawie każde urządzenie musi być wyposażone w jakiś element sztucznej inteligencji. Proszę zauważyć, jak dynamicznie rozwija się robotyka: coraz częściej urządzenia zastępują ludzi w miejscach niebezpiecznych, np. kopalniach. W dziedzinie IT sporo się dzieje, pewni specjaliści będą musieli zmienić obszar zainteresowań. Na przykład na pewno potrzebnych będzie mniej administratorów sieci czy systemów operacyjnych, ponieważ funkcje te przejmuje Cloud. Skoro już mówimy o przyszłości – dla mnie prawdziwym przełomem będzie dzień, w którym jedne roboty będą programowały inne roboty. A nie jest to niewykonalne, rozwój badań nad sztuczną inteligencją jest bardzo dynamiczny. Jeszcze kilkanaście lat temu wydawało się, że komputer nie ma szans wygrać z mistrzem szachowym. IBM udowodnił, że to nieprawda. Niedawno padła kolejna twierdza – komputer znakomicie poradził sobie w grze GO. Powiem żartem – dla mnie prawdziwe zwycięstwo sztucznej inteligencji nastąpi wtedy, gdy zdoła ona rozwiązać kilka zadań z finałów światowych Akademickich Mistrzostw Świata w Programowaniu Zespołowym.

Jest pan wychowawcą wielu pokoleń informatyków. Jak rozpoczęła się pańska kariera w tej dziedzinie?
Należę do drugiego rocznika absolwentów informatyki na Uniwersytecie Warszawskim. Studia ukończyłem w roku 1980 i od tego czasu związałem się z uniwersytetem na stałe. Nie da się ukryć, że moja decyzja o podjęciu studiów była trochę przypadkowa. Kiedy podejmowałem decyzję o studiach, nawet nie wiedziałem, jak wygląda komputer, ale efekt tajemniczości i to, że studia odbywały się na wydziale matematycznym – matematykę zawsze lubiłem – zrobiły swoje. Miałem dużo szczęścia, ponieważ trafiłem na prawdziwych mistrzów, którzy w umiejętny sposób potrafili mnie zachęcić, żebym głębiej zainteresował się algorytmami. Najwięcej zawdzięczam prof. Wojciechowi Rytterowi i mojemu promotorowi, niestety nieżyjącemu już, prof. Antoniemu Kreczmarowi. Dzięki nim znalazłem się w środowisku, które zajmowało się fascynującymi problemami. Od razu zostałem rzucony na głęboką wodę; na wstępie usłyszałem: „Nie myśl o konkurowaniu lokalnie, zainteresuj się tym, co robi świat”. Szczęśliwie wydział, na którym pracowałem, był otwarty na świat, a pracujący w nim naukowcy mieli znakomite kontakty zewnętrzne i aktywnie uczestniczyli w światowym życiu naukowym i w głównych nurtach badawczych dla tamtego okresu, jakimi były między innymi algorytmika, języki programowania, teoria obliczeń. Jako student miałem okazję pracować na jednym z najlepszych komputerów na świecie w tamtym okresie – CDC 7000, który został kupiony dla Instytutu Badań Jądrowych w Świerku. Podobnie jak moi koledzy czułem się też dumny i jednocześnie zobowiązany, że mogę pracować w miejscu, które kontynuowało tradycje Polskiej Szkoły Matematyki. Na początku lat 90. wyjechałem na dwa lata do Kanady, gdzie na Université du Québec en Outaouais miałem okazję współpracować z wybitnym uczonym z Polski Andrzejem Pelcem. Zajmowaliśmy się problemami komunikacji w sieci. Po powrocie na UW zaangażowałem się, z sukcesami, we wspólne działania z prof. Janem Madeyem na rzecz wspierania polskich młodych, utalentowanych informatyków.

Czy miał pan okazję pracować na rzecz biznesu?
Tylko pośrednio. Na prośbę Janusza Szajny, twórcy notowanej obecnie na giełdzie w Zurychu firmy ADB, który notabene zaczynał karierę jako naukowiec, przygotowałem cykl wykładów dla pracowników jego firmy. Jak już wspomniałem wcześniej, z dumą patrzę na absolwentów naszego wydziału, którzy odnoszą sukcesy biznesowe. Mnie wystarczają do szczęścia nauka i kontakt ze studentami, zwłaszcza gdy, podobnie jak ja, potrafią odkrywać piękno ukryte w algorytmach.

Co lubi Krzysztof Diks?

Wypoczynek najchętniej nad wodą, z przyjemnością wraca nad Bałtyk. Podziwia naturalne, monumentalne piękno przyrody w środkowo-zachodniej części USA
Samochód Ford C-Max, nie jest fanem motoryzacji, samochód to dla niego urządzenie jak każde inne, ma po prostu działać
Hobby opera, bywa w Teatrze Narodowym przynajmniej raz w miesiącu i bardzo go cieszy międzynarodowy charakter tej sceny. Jest kibicem siatkówki, zdarza się, że wyjeżdża na zagraniczne mecze naszej reprezentacji

fot.: Maja Hałko

Audyt w separacji

    Rozmawia Piotr Grabosz

    Izabela Kuśmierz-Latała, dyrektor zarządzająca Crowe Horwath, o zmianach ustawowych w dziedzinie audytu i doradztwa, przede wszystkim w kontekście jednostek zaufania publicznego

    Wiele wskazuje na to, że do końca maja Sejm przyjmie ustawę, która zmieni funkcjonowanie audytu i usług doradztwa w Polsce. Jakie najważniejsze zmiany przyniesie ten nowy akt prawny?
    Nowa ustawa dotyczy głównie tak zwanych jednostek zaufania publicznego, w skrócie JZP, czyli między innymi banków, towarzystw ubezpieczeniowych, emitentów papierów wartościowych, kas płatniczych i wielu innych podmiotów, które wymienia Komisja Nadzoru Finansowego. Zmiany dotyczą zarówno firm audytorskich pracujących dla JZP, jak i ich klientów. Tym pierwszym nowa ustawa ograniczy pole działania wyłącznie do audytu, bo nie wolno im będzie prowadzić już doradztwa podatkowego ani biznesowego.

    Czy zmieni to model funkcjonowania firm audytorskich czy również ich dotychczasową mentalność?
    Myślę, że jedno i drugie. Wymogi wdrożeniowe nowych przepisów dla firm audytorskich są wyraźne i stanowcze, a w ślad za nimi idzie cały zestaw procedur, które już na etapie negocjacji z klientem każą analizować, czy nie zachodzi konflikt interesów. Radykalną zmianą jest również ograniczenie okresu współpracy JZP z firmą audytorską do pięciu lat, choć przepisy unijne pozwalają tu na okres 10-letni, a w uzasadnionych przypadkach – nawet dłuższy.

    A zmiany, które czekają jednostki zaufania publicznego – klientów firm audytorskich?
    Dla nich to nowe obowiązki. Po pierwsze, konieczność raportowania do komitetu audytu, po drugie, udokumentowanie wyboru firmy, która bada sprawozdania finansowe. Tu również pojawia się duża wrażliwość w kwestii konfliktu interesów.

    Jak pani zdaniem wpłynie to na rodzimy rynek usług audytorskich?
    Trudno powiedzieć. Myślę, że wiele mniejszych firm dobrze się zastanowi, zanim zdecyduje się na audyt JZP w okolicznościach nowej ustawy – jeżeli nie jest to ich główna gałąź usług.

    Dlaczego?
    Po prostu koszty związane z wdrożeniem nowych procedur będą przewyższały korzyści, jakie mniejsza firma audytorska może mieć z obsługi dwóch czy trzech podmiotów z obszaru JZP.

    Czyli ceny usług audytorskich pójdą w górę?
    Z pewnością. Choćby dlatego, że audytując JZP, trzeba będzie płacić znacznie wyższe składki z tytułu nadzoru do KIBR. Poza tym nowe przepisy wymagają, aby badana jednostka zaufania publicznego zamiast zatrudniania jednej firmy, tak jak dotychczas, korzystała z dwóch: jednej do przeprowadzenia audytu, drugiej doradczej. Dotyczy to firm, które mają potrzebę wydania comfort letter, czyli np. takich, które mają wyemitowane dłużne papiery wartościowe na zagranicznych giełdach. To automatycznie podnosi koszty.

    O ile według pani wzrosną ceny usług audytorskich?
    Zakładam, że powyżej 30 proc.

    Dużo.
    Proszę nie zapominać, że zmniejszy się liczba firm świadczących dla JZP te usługi, bo mniejsze firmy same wycofają się z tego segmentu rynku. A skoro spadnie podaż, to wzrosną ceny.

    Czyli to niedobra zmiana?
    Nie dla wszystkich. Trudno się w niej doszukać korzyści dla firm świadczących usługi audytorskie czy dla JZP. Natomiast cieszą się z niej niewielkie firmy doradztwa podatkowego działające poza dużymi sieciami, ponieważ dotychczas JZP najczęściej tego typu usługi zamawiały u swojego audytora.

    Sporo emocji budzi tak zwana czarna lista usług, których nie wolno już będzie wykonywać audytorom. Czy zechce pani to skomentować?
    Lista jest bardzo szeroka. Nie przewiduje się w Polsce dopuszczenia świadczenia usług podatkowych i wyceny, na co zdecydowały się niektóre kraje Unii, w tym nasi sąsiedzi.

    Z czego to wynika?
    Trudno powiedzieć.

    A czy można założyć, że to wola ustawodawcy, który chciał wspomóc niewielkie rodzime firmy doradztwa podatkowego?
    Być może. Taki wniosek zawsze można wyciągnąć, gdy mamy do czynienia z wyraźnymi korzyściami określonej grupy biznesowej czy środowiska, co nie znaczy, że tak właśnie było.

    No dobrze. A co się stanie z większymi podmiotami? Załóżmy taką sytuację: Firma X, która dotychczas zarówno oferowała usługi audytorskie, jak i świadczyła doradztwo podatkowe, zgodnie z nową ustawą nie może już tego łączyć. Stali klienci nadal będą jednak chcieli od niej obu rodzajów usług, bo współpracują z firmą X od wielu lat, mają do niej pełne zaufanie i niezwykle cenią kompetencje jej doradców. Co wtedy? Firma X musi się rozdzielić na dwie różne?
    Właśnie tak, z naciskiem na „różne”, bo nowe przepisy nie pozwalają na prowadzenie audytu i doradztwa nie tylko w ramach tej samej firmy, lecz także sieci.

    Przewiduje pani takie zjawiska na rynku?
    Na pewno nowe przepisy wywołają ruch klientów, a co za tym idzie – również ruch pracowników. Jeśli doradca podatkowy otrzyma zakaz świadczenia usług dla klienta, dla którego jego firma prowadzi audyt, to poszuka innej formy współpracy z tym klientem. Zwłaszcza że doradcy podatkowi znają swoich usługobiorców od lat, należą do grupy szczególnego zaufania i są dla nich bardzo ważni. W tej sytuacji i doradca, i klient będą szukać rozwiązań, z których firma zatrudniająca doradcę raczej się nie ucieszy, bo doradca prawdopodobnie z niej odejdzie.

    Czy nowa ustawa ma jakieś pozytywy?
    Wymogi, które zobowiązują audytora do przekazywania komitetowi audytowemu bardzo szczegółowych informacji z każdego etapu, włącznie z planowaniem, zwiększają transparentność, co z pewnością jest korzyścią dla inwestorów. Zyskają oni nie tylko większą wiedzę o faktycznej sytuacji spółek widocznej w sprawozdaniu finansowym, lecz także przekonanie, że jest to obraz prawdziwy. W przeszłości zdarzały się dziwne powiązania audytorów z firmami, które badali. Nowe przepisy zwiększają niezależność audytorów i ich ocen.

    Czy polski projekt ustawy jest podobny do aktów legislacyjnych regulujących kwestie audytu i doradztwa w innych krajach?
    Nowe prawo wynika z rozporządzenia unijnego, które obowiązuje w krajach wspólnoty na naszym kontynencie. W Stanach Zjednoczonych przepisy mają podobną postać. Oczywiście, w różnych państwach europejskich rozporządzenie jest różnie interpretowane, ale rozdzielenie audytu od usług doradczych traktowane jest jako standard – z punktu widzenia przejrzystości sprawozdań finansowych oraz konfliktu interesów.

    Crowe Horwath jest firmą międzynarodową. Porównujecie te przepisy wewnątrz organizacji?
    Mieliśmy spotkanie temu poświęcone w styczniu tego roku.

    I jak wypadło to porównanie dla polskiej ustawy?
    Jest bardziej restrykcyjna. W Niemczech czy Holandii okres rotacji audytorów jest dłuższy (10 lat), wiele krajów zdecydowało się na zastosowanie derogatywy pozwalającej na dopuszczenie świadczenia usług doradztwa podatkowego czy wyceny.

    Co lubi Izabela Kuśmierz-Latała?

    Wypoczynek na południu Europy ze względu na dzieci – głównie w wakacje
    Hobby wolny czas spędza aktywnie. Chodzi po górach, pływa na jachcie, biega na 5 i 10 km

     

    Nowy szef Xerox Polska

    Rafał Szczap, do niedawna dyrektor zarządzający polskiej spółki firmy Kapsch, został prezesem i dyrektorem generalnym Xerox Polska. Manager od lat jest związany z branżą technologiczną – pracował w firmie Dell, był dyrektorem zarządzającym w Sagemcom Poland, był też związany z firmami Alcatel-Lucent i Taylor Nelson Sofres (dziś Kantar TNS). Absolwent elektroniki na Politechnice Wrocławskiej oraz ESCP Europe, w ramach której zdobył tytuł EMBA w zakresie Leadership Programme i International Management. Na stanowisku zastąpił Aleksa Remeza, który prowadził firmę od roku 2014, a niedawno przeszedł na emeryturę. Alex Remez w Xeroksie pracował od 2003 r. Był dyrektorem generalnym spółek firmy w Izraelu, a także w regionach Ukrainy i Kaukazu. Xerox ma za sobą 111-letnią tradycję. Firma powstała w 1906 r. Należy do legendarnych liderów rozwoju technologicznego. Wprowadziła na rynek fotokopiarki, jej pionierskie rozwiązania utorowały drogę do rozwoju komputerów osobistych, myszy komputerowych i interfejsów graficznych. W dużej części te dokonania zostały rozwinięte przez inne firmy, jak Apple czy Microsoft. Jest uważana za jedną z najbardziej innowacyjnych firm na świecie. Obecnie zajmuje się m.in. outsourcingiem procesów biznesowych, usługami zarządzania drukiem, produkcją urządzeń wielofunkcyjnych, dostawami sprzętu IT dla przemysłu lotniczego, zbrojeniowego i kosmonautyki. W 2016 r. firma zatrudniała ponad 130 tys. pracowników, a jej przychody wyniosły ok. 10,77 mld dolarów.

    fot.: Archiwum

    Ważne Informacje

    Pierwszy raport wpływu Dassault Systèmes

    Dassault Systèmes publikuje pierwszy raport wpływu, podkreślając rolę wirtualnych bliźniaków w działaniach na rzecz zrównoważonego rozwoju Firma Dassault Systèmes opublikowała pierwszy raport wpływu, przedstawiający...

    AURA, LEO i MARIE, wirtualni towarzysze Dassault Systèmes, już dostępni na 3DEXPERIENCE

    Dassault Systèmes rozszerza natywną dla AI platformę agentową 3DEXPERIENCE o nowe umiejętności wirtualnych towarzyszy, wspierając ludzi we wspólnym projektowaniu Dassault Systèmes ogłosił udostępnienie na...

    Dassault Systèmes przejmie ArisGlobal, tworząc zintegrowaną platformę analityki AI dla branży life sciences, która...

    Dassault Systèmes ogłosił podpisanie wiążącej umowy przejęcia ArisGlobal - wiodącego dostawcy platformy AI-native, wspierającej zarządzanie zgodnością z regulacjami przedsiębiorstw z branży life sciences. Zgodnie...

    Solidne wyniki finansowe Dassault Systèmes za drugi kwartał 2026

    Firma Dassault Systèmes ogłosiła szacunkowe wyniki finansowe wg IFRS za drugi kwartał 2026 roku i pierwszą połowę roku, zakończoną 30 czerwca 2026 roku. Całkowite...

    Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

    Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

    Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...