Doświadczony manager Piotr Wiśniewski objął stanowisko prezesa spółki Groclin. Były już prezes i dyrektor zarządzający w firmie DB77 Consulting, wykładowca na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika oraz w ICAN Institute, a także, a może przede wszystkim, CEO grupy Maflow i dyrektor zarządzający w spółce Boryszew (oddział Maflow w Tychach i oddział Elana w Toruniu) oraz doradca zarządu do spraw rozwoju spółek Boryszew i NFI Krezus, doktor nauk ekonomicznych i absolwent poznańskiej Akademii Ekonomicznej, był też wspólnikiem w Biurze Doradztwa Prawnego i Podatkowego NDW. Piotr Wiśniewski wszedł do zarządu spółki w okresie jej kolejnych ewolucji. Groclin, swego czasu należący do Zbigniewa Drzymały, wpadł w okresie światowego kryzysu w tarapaty.
Jeden z czołowych krajowych eksporterów boleśnie odczuł spadek zamówień w branży motoryzacyjnej i w efekcie firma przeszła w ręce André Gerstnera, który zdecydował się na restrukturyzację i odbudował pozycję spółki. Niewykluczone, że Groclin zostanie przejęty przez Volkswagena – firmy podpisały porozumienie dające niemieckiemu koncernowi prawo pierwokupu akcji spółki lub części jej aktywów, czyli segmentu poszyć. Być może powołanie nowego wiceprezesa ma pomóc w negocjacjach w sprawie dalszej przyszłości firmy. Dobra koniunktura w branży motoryzacyjnej trwa, widać ją także w Polsce i – przynajmniej w najbliższej przyszłości – Groclin może działać pełną parą. A wejście do potężnej międzynarodowej grupy zapewni przetrwanie nawet w gorszych czasach.
Jednym z fundamentów rynku finansowego jest windykacja. Trudno wyobrazić sobie sprawną gospodarkę bez wyspecjalizowanych firm działających w tej branży. Początek lat 90. był poligonem dla całej gospodarki. Największą bolączką gospodarstw były zatory płatnicze
Autor artykułu – Piotr Stefański
Nowe warunki, w tym szczególnie trudna sytuacja gospodarcza (przedsiębiorstwa wpadały masowo w pułapkę zadłużenia), redukcja zatrudnienia i upadki zakładów państwowych, powodowały duże zawirowania na rynku. Narastające problemy odczuły również banki, a raczkujący rynek finansowy musiał je rozwiązać. W związku z tym, że natura nie znosi próżni, wzorem krajów zachodnioeuropejskich w odpowiedzi na potrzeby rynku zaczęły pojawiać się krajowe firmy windykacyjne. Jedną z pierwszych jest powstała w 1995 r. Giełda Praw Majątkowych Vindexus SA. Dla firmy tej ostatnie 22 lata to okres stabilnego rozwoju, a kamień milowy stanowiło wejście na parkiet w 2009 r. Pomimo że firma jest spółką publiczną i dobrze sobie radzi na Giełdzie Papierów Wartościowych (wzrost akcji w ciągu roku o 50 proc.), zachowuje rodzinny charakter, a akcje pozostające w rękach założyciela nie wykazują obrotu.
Piotr Kuchno, radca prawny, przewodniczący rady nadzorczej, dyrektor ds. nadzoru właścicielskiego
– Jednym z inicjatorów powstania firmy był mój ojciec (nadal w niej pracuje), który obecnie ponownie pełni funkcję prezesa – mówi radca prawny Piotr Kuchno, przewodniczący rady nadzorczej, dyrektor ds. nadzoru właścicielskiego. – Jego doświadczenie, wiedza zawodowa oraz bardzo dobrze dobrany zespół pracowników gwarantują stabilny i profesjonalny byt Vindexusa. Jesteśmy chyba jedną z ostatnich firm, w których pozostał akcjonariat w całości polski. Zapewnia to firmie większą stabilizację, tak ukształtowany akcjonariat nie jest bowiem zbyt podatny na zmiany jak akcjonariat zagraniczny, który często impulsywnie reaguje na zawirowania na rynkach światowych. Nasi konkurenci w mniejszym albo większym stopniu mają akcjonariat międzynarodowy, przez to mają większy dostęp do finansowania. Na tym tle Vindexus radzi sobie bardzo dobrze, zajmując miejsce w krajowej pierwszej dziesiątce. Jesteśmy zadowoleni z pozycji, jaką zajmujemy na rynku. Od czasu wejścia na GPW nasze obroty wzrosły sześciokrotnie. Prywatnie jestem zadowolony, że moja wiedza wyniesiona z uczelni SGH i UW okazała się przydatna przy rozbudowywaniu firmy i przydaje się w jej codziennym funkcjonowaniu.
Zdaniem mojego ojca to właśnie wiedza i zdobywane doświadczenie są kluczem do dynamicznego rozwoju. Zawodowo realizuję się też w Mebis Towarzystwie Funduszy Inwestycyjnych SA, gdzie pełnię funkcję wiceprezesa – dodaje Piotr Kuchno.
Artur Zdunek, prokurent GPM Vindexus, dyrektor do spraw windykacji, absolwent Wydziału Prawa i MBA
– Rodzinny charakter firmy powoduje, że możemy pochwalić się wyjątkową stabilnością kadrową – stwierdza Artur Zdunek, prokurent GPM Vindexus, dyrektor do spraw windykacji, absolwent Wydziału Prawa i MBA.
– A w naszej branży organizacja i stabilna kadra managerska to fundamentalna sprawa. Zainwestowaliśmy w kompetentny i sprawdzony zespół zarządzający. Wielu z nas pracuje w firmie kilkanaście lat. Fluktuacja pracowników jest minimalna. Warto pamiętać, że warunkiem sukcesu w każdym biznesie jest odpowiedni dobór wykwalifikowanych specjalistów. Dobre efekty przynosi polityka wewnętrznych awansów, tak poziomych, jak pionowych. Zarówno poprzedni zarząd, jak i obecny konsekwentnie wyznaje zasadę, że stawiamy na managerów nie z zewnątrz, ale spośród nas. Najlepszym przykładem jest moja osoba – rozwijałem się wraz z rozwojem firmy, ale jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa.
Podkreślić trzeba, że na obecnie w firmie zatrudnionych jest 63 pracowników na umowy o pracę (w tym 12 radców prawnych, trzech adwokatów, pięciu aplikantów radcowskich oraz 12 prawników). Podkreślić też należy, że firma w swoich procesach wspomagana jest przez grono zatrudnianych na umowy- zlecenia studentów, którym dajemy szansę zetknięcia się z życiem zawodowym. Firma kładzie duży nacisk na dalsze kształcenie pracowników, a w szczególności kadry managerskiej (umożliwiając im edukację na wszystkiego rodzaju studiach podyplomowych oraz MBA). Staramy się, aby każdy pracownik nie tylko czerpał satysfakcję z aktualnie wykonywanej pracy, lecz także miał możliwość rozwijania kariery zawodowej. Co ważne, dla moich kolegów liczy się i wysokość wynagrodzenia, i stabilność, atmosfera w pracy, możliwość awansu oraz możliwości kształcenia – dodaje Artur Zdunek.
Jako element systemu finansowego Vindexus dostrzega swoje miejsce i rolę na rynku. Jest partnerem banków i firm handlowych, które zrezygnowały w dużej części z tworzenia w swoich przedsiębiorstwach działów windykacji, bo doszły do wniosku, że skorzystanie z profesjonalnej obsługi bardziej im się opłaca i przyniesie większe korzyści. Dzięki temu mogą skupić się na swojej podstawowej działalności. Dostrzegł to również ustawodawca, ustanawiając przepisy, które umożliwiły powstanie i rozwój sektora windykacyjnego.
Podstawowy przedmiot działalności spółki stanowi obrót kredytami detalicznymi. Firma kupuje całe pakiety trudno ściągalnych wierzytelności od banków, firm telekomunikacyjnych i energetycznych. Dla banków to kluczowa kwestia. Gdyby nie odsprzedały tych wierzytelności, musiałyby tworzyć rezerwy, co może stanowić poważne obciążenie dla ich działalności operacyjnej. Spółka działa też na rynku kredytów i wierzytelności korporacyjnych, co wiąże się z udziałem w restrukturyzacji zadłużonych przedsiębiorstw. W tej dziedzinie wartość samą w sobie stanowią doświadczenia, jakie przez lata pracownicy Vindexusa zdobywali, stawiając na polubowne załatwianie spraw z dłużnikami.
Agnieszka Komoszka, radca prawny, prokurent GPM Vindexus, dyrektor ds. handlowych
– Rozwój działów windykacji polubownej, do której wielką wagę przykłada zarząd spółki, ma stanowić najlepszą ilustrację naszej polityki. Chcemy być dla naszych klientów przede wszystkim partnerami w dialogu zmierzającym do optymalnego rozwiązania ich problemów – stwierdza radca prawny Agnieszka Komoszka, prokurent GPM Vindexus, dyrektor ds. handlowych. Nasza strategia zakłada położenie wielkiego nacisku na rozwiązania polubowne, które w końcowym efekcie są też bardzo korzystne dla dłużników (m.in. nie generują kosztów sądowych ani kosztów zastępstwa procesowego). Są też korzystne dla nas, ponieważ oszczędzają czas, który zajęłoby prowadzenie postępowań przed sądem.
Dążymy do projektowania roli postępowania polubownego jako priorytetowej części postępowania, przez to nasz kontakt z klientami staje się bardziej partnerski, zmierza w kierunku restrukturyzacji zadłużenia dłużnika i naszej pomocy w wyjściu z tej sytuacji. Moja współpraca z firmą rozpoczęła się kilkanaście lat temu i sądzę, że pozwoliła mi spojrzeć na wszystkie problemy gospodarcze z właściwej perspektywy.
Problemy, z jakimi borykają się dłużnicy, niewątpliwie przytłaczają. Często potrzebują oni pomocnej dłoni, która ułatwi im powrót do normalnego życia. Oczywiście jakimś rozwiązaniem pozostaje upadłość konsumencka, ale w naszym systemie prawnym i kulturowym jest jeszcze system honorowy, który nakazuje spłacać swoje zadłużenie. Moja komórka jest forpocztą wszystkich procesów, które odbywają się w firmie. Tu następuje kontakt z klientem, powstają projekty strategiczne i większość pomysłów na przyszłość. Liczę, że rozwój rynku kapitałowego będzie stabilny i przyjazny dla społeczeństwa i obywateli, bo jest ich częścią. Jako firma chcemy w tym brać aktywny udział. Projekty, nad którymi pracujemy, nie ograniczają się tylko do naszego kraju. Jesteśmy w Unii Europejskiej, jesteśmy w Europie i chcemy być jej jak najbardziej aktywną i produktywną częścią. Stąd nasze zainteresowanie innymi krajami i wzorem naszej konkurencji rozpatrujemy możliwość działalności za granicą. Na razie jest to stadium analiz i badania rynku, ale sądzę, że w tym roku powinno nastąpić oczekiwane przesilenie.
W Polsce są już pierwsi operatorzy, którzy wypływają na błękitny ocean możliwości związanych z Przemysłem 4.0. Przykładem może być P4 – operator sieci komórkowej Play. W sierpniu 2016 r. firma uruchomiła usługę Play Now, która umożliwia abonentom dostęp do treści telewizyjnych – kilkudziesięciu kanałów na żywo oraz VOD.
Warunkiem efektywnego wykorzystania danych, które systemy IT mogą gromadzić i przetwarzać, np. transakcji związanych z dostępem do konkretnych treści multimedialnych, są łączenie ich w indywidualne profile i umiejętność dotarcia ze zwrotnym przekazem do odpowiedniej osoby. Uprzywilejowaną pozycję mają te podmioty, które z racji zawieranych umów mają możliwość identyfikacji poszczególnych osób. Do wykorzystania Big Data w szerszym zakresie, np. w marketingu, przyda się interdyscyplinarny zespół, w skład którego wejdą specjaliści od pozyskiwania danych, aspektów prawnych, budowania modeli statystycznych, technologii przetwarzania zdarzeń w kwalifikowane profile i organizacji wykorzystania tworzonych profili. Jest to szansa dla firm zewnętrznych, rozumiejących zagadnienia systemów rozproszonych, ich wydajności, skalowalności, wiarygodności i bezpieczeństwa danych.
Przyszła wartość danych leży w otwartym dialogu z konsumentami. Odbiorcą danych przetworzonych może być sam użytkownik, który może z nich pozyskiwać przesłanki do własnych decyzji, np. związanych z miejscem, w którym się aktualnie znajduje. Przekazując klientom możliwie pełną wiedzę o potencjalnych korzyściach i zagrożeniach wynikających z udostępnienia informacji na swój temat, możemy wyposażyć ich w narzędzia, których być może zechcą używać, ale już na zasadzie świadomej zgody.
Dr n. med. Kamila Padlewska, prof. nadzw. w WSZKiPZ, właścicielka kliniki Oricea, o rozwoju medycyny estetycznej w naszym kraju i związanych z tym zagrożeniach
Rozmawiał Piotr Cegłowski
O tym, że medycyna kosmetyczna zawędrowała pod strzechy, świadczą jej mimowolne ofiary – coraz liczniejsze kobiety z maskami zamiast twarzy i dziwnymi rybimi ustami, nazywane złośliwie „glonojadami”…
To, co pan mówi, brzmi okrutnie, ale rzeczywiście na rynku pojawiło się wielu samozwańczych specjalistów, którzy potrafią wyrządzić krzywdę. Na szczęście w przypadku wstrzykiwania botoksu lub kwasu hialuronowego po kilku miesiącach efekt nieudanego zabiegu znika.
Obecnie mamy do czynienia z modą na przesadnie wydatne usta, w stylu Angeliny Jolie. Tylko że ta aktorka nigdy nie musiała korzystać z żadnego zabiegu – po prostu ma wydatne wargi.
Niedawno przyszła do mojego gabinetu bardzo ładna 19-latka, która stwierdziła, że matka przysłała ją na zabieg powiększania ust… ponieważ otrzymała pracę jako recepcjonistka i powinna atrakcyjnie wyglądać. Rzecz jasna zniechęciłam ją do zabiegu. Co tu dużo mówić – bardzo często staram się hamować skłonność pacjentek do przesady. Jako lekarz mam pomagać, a nie szkodzić, więc czasem odmawiam wykonania zabiegu, który – według mnie – może mieć skutek odwrotny do zamierzonego. Zdarza się, że do naszej kliniki matki przyprowadzają dziewczynki w wieku 13–14 lat, co uważam za karygodne. W takim przypadku kusi mnie, by wysłać rodziców na konsultację psychiatryczną.
Czyżby pani – jedna z pionierek medycyny estetycznej w naszym kraju – uważała, że jej rozwój wymknął się spod kontroli?
Gorąco wspieram rozwój tej dziedziny, wykładam w Wyższej Szkole Zawodowej Kosmetyki i Pielęgnacji Zdrowia w Warszawie, sama cały czas poszerzam wiedzę. Korygując wady, lecząc schorzenia dermatologiczne, pomagamy pacjentom lepiej funkcjonować w społeczeństwie, a jednocześnie, niejako przy okazji, pomagamy im pozbyć się kompleksów i urazów, które bardzo utrudniają życie. Podobnie jak inne gałęzie medycyny dziedzina ta powinna być domeną specjalistów – dermatologów, lekarzy medycyny estetycznej i chirurgów plastycznych. Zgodnie z prawem nikt poza lekarzami nie może przerywać ciągłości tkanek. Pacjentka decydująca się na korzystanie z usług osoby, która nie ma odpowiednich uprawnień, np. wstrzykiwanie kwasu hialuronowego, może – pomijając kwestie estetyczne – narazić się na poważne komplikacje natury zdrowotnej. Nieraz już odwiedzały mnie ofiary tego rodzaju zabiegów, prosząc o pomoc.
Kiedy zaczęła się moda na medycynę estetyczną?
Myślę, że słowo „moda” jest w tym przypadku nieodpowiednie. To kwestia świadomości tego, co oferuje ta gałąź medycyny. Jeszcze 15 lat temu wizyta u lekarza mojej specjalności była czymś wstydliwym i budziła jednoznaczne skojarzenia. Miałam na pieczątce słowa: „dermatolog wenerolog”… 22 lata temu zobaczyłam ogłoszenie w „Gazecie Lekarskiej” informujące, że powstaje sekcja medycyny estetycznej. Próbowałam namówić kilka koleżanek, żeby poszły ze mną na spotkanie założycielskie – wszystkie stanowczo odmówiły. Wybrałam się więc sama. Jak się okazało, byłam jedyną młodą lekarką w gronie kilku profesorów. Poznałam wówczas Andrzeja Ignaciuka, który studiował we Włoszech i był jednym z pionierów medycyny estetycznej w naszym kraju. Jak się łatwo domyślić, moje koleżanki w ciągu kilku następnych lat zmieniły zdanie i kilka z nich prowadzi własne gabinety. A ja jestem teraz we władzach powstałego wówczas stowarzyszenia, a obecnie Towarzystwa Medycyny Estetycznej i Anti-Aging. Moja aktywność w tej dziedzinie zaowocowała kontaktami międzynarodowymi – od 12 lat jestem związana z dublińską kliniką dr. Patricka Leahy’ego notabene pioniera laparoskopii. Przyjmuję tam przez kilka dni – raz na sześć tygodni. Moi irlandzcy pacjenci zapisują się obecnie na konsultacje na wrzesień. Na marginesie – nie wolno mi wymieniać nazwisk, ale poznałam tam wiele gwiazd światowego formatu.
A jak kształtowała się świadomość pacjentów w Polsce?
Z roku na rok wizyty w gabinecie dermatologicznym przestawały być kwestią wstydliwą. Spora w tym zasługa osób publicznych, które były pierwszymi pacjentami decydującymi się na korektę twarzy. Co ciekawe, w pionierskim okresie artyści przychodzili do mnie kierowani przez swoich managerów. Liczba pacjentów szybko rosła – w czym na pewno pomogła, jakże pozytywna, moda na zdrowy tryb życia i związany z tym wizerunek. Reasumując – medycyna estetyczna ma pomagać, a nie szkodzić. Znam wiele osób, którym kilka zabiegów przywróciło poczucie własnej wartości, co w konsekwencji odmieniło ich życie.
Jakie zabiegi wykonuje klinika Oricea?
Lista jest bardzo długa. Specjalizujemy się w dermatologii, medycynie estetycznej i anti-agingu. Pierwsza z dziedzin obejmuje oczywiście leczenie schorzeń dermatologicznych, ale również między innymi dermatochirurgię (wycinanie znamion), skleroterapię (zamykanie naczyń), leczenie wrastających paznokci. Wykonujemy różne testy w kierunku diagnostyki grzybów, nużeńca, mykoterapię oraz testy alergiczne. Prowadzimy także badania kliniczne z wykorzystaniem pionierskich leków. Z kolei medycyna estetyczna dotyczy wielu różnych zabiegów ambulatoryjnych – wygładzanie skóry za pomocą specjalnych nici, wspomniane wcześniej dyskretne wypełnienia kwasem hialuronowym i botoksem, ostrzykiwanie kolagenem, mezoterapia itd. Stosujemy wiele bardzo nowoczesnych urządzeń, np. lasery do fotoodmładzania, trwałej depilacji, usuwania naczyń, blizn, rozstępów i innych defektów skóry. Mamy też maszyny do karboksyterapii (natlenianie tkanek CO2) – między innymi redukujemy cellulit – ujędrniania za pomocą RF i inne. Anti-aging w przeważającej mierze obejmuje zabiegi o charakterze kosmetycznym, choć nie tylko. Współpracujemy z lekarzem endokrynologiem oraz ginekologiem estetycznym. Podjęłam bardzo owocną współpracę z fizjoterapeutą podologiem, który za pomocą dedykowanych wkładek do butów koryguje postawę.
Wiedzę o medycynie estetycznej promuje pani w telewizji, ale też we własnych książkach.
Studenci, nie tylko na mojej uczelni, korzystają z „Medycyny estetycznej i kosmetologii” mojego autorstwa. Obecnie jako redaktor naukowy i współautorka przygotowuję „Kosmetologię ciała”. Wszytko, co robię – począwszy od pisania książek, a na pracy w klinice, zajęciach ze studentami i konsultacjach za granicą skończywszy – powoduje, że niewiele mam czasu dla siebie. Nie żałuję jednak, ponieważ robię to, co lubię.
Co lubi Kamila Padlewska?
Ubrania klasyczne z nutą fantazji Wypoczynek „Lubię nowe miejsca, najdalsze zakątki świata. Gdy nawet gdzieś bardzo mi się podoba, nie wracam tam – jest jeszcze tyle do zobaczenia”. Samochód ma już drugie auto elektryczne. Jest to Nissan LEAF o zasięgu 160 km Hobby „Sporo czytam, najchętniej biografie. Zawsze bardzo interesowała mnie archeologia, ale brak mi czasu, by poświęcić jej dość uwagi. Marzę o tym, by zająć się ogrodem”.
Piotr Jasiniewski ekspert rynku ICT Ericsson Poland
Solą w oku dla operatorów jest rosnąca liczba dostawców usług dodanych OTT na rynku masowym. Ci pierwsi czują się zmarginalizowani i pozbawieni możliwości kontroli nad siecią i jej użytkowaniem. Utrzymanie wiedzy o użytkownikach sieci i budowanie bazy Big Data są w sytuacji rosnącej liczby OTT niemożliwe. Brak pełnej informacji o OTT utrudnia budowanie hipotez studium przypadków biznesowych na przyszłość. Uważam, że rynek masowy zdobyli już gracze OTT.
Inaczej sytuacja kształtuje się na rynku biznesowym. Nową szansę dla operatorów otwierają nadchodząca szybkimi krokami era technologii 5G oraz rozpędzająca się lawina projektów w obszarze Internetu Rzeczy. Ich konsekwencją jest spodziewany przyrost ilości danych, których gromadzenie, analiza i wykorzystanie to niezwykle wymagające zadanie. Badania i analizy rynku przedstawione przez Ericsson Mobility Report wskazują na liczbę 28 mld urządzeń tego typu do 2021 r. Przewagą strategiczną operatorów jest kompleksowa wiedza o segmencie biznesowym, a dodatkowym – naturalna możliwość rozbudowywania posiadanych informacji bazowych. Żeby jednak odnieść tu sukces, potrzebna jest jeszcze ich determinacja w wyborze modelu działania. Niezbędne są: koncentracja na rozwoju sieci, rozszerzenie zakresu działalności o platformy i narzędzia umożliwiające świadczenie usług i budowanie specjalizowanych serwisów.
Nie bagatelizowałbym roli, jaką w efektywnym realizowaniu tej strategii odgrywa wiedza o automatyzacji procesów i umiejętność jej skutecznego wykorzystania. Kluczowym czynnikiem sukcesu operatorów jest umiejętność budowania interdyscyplinarnych zespołów projektowych.
Big Data znajduje się obecnie w fazie nadmiernie rozwiniętych oczekiwań, a najwięcej rozczarowań w tym obszarze przeżyły właśnie telekomy
Autor artykułu – Konrad Kobylecki
Rynek telekomunikacyjny coraz bardziej się nasyca, a oferta operatorów stopniowo ulega utowarowieniu i redukcji do usługi zapewnienia transmisji danych. Jeżeli poddadzą się temu trendowi, to pozostanie im jedynie droga redukcji kosztów, tak żeby dopasować swoją skalę do skrajnie uproszczonej oferty, wyrażanej w megabajtach na sekundę. Wszystkie pozostałe funkcje zapewnią dostawcy usług dodanych, tzw. OTT (Over the Top), którzy zaczynając od poczty elektronicznej, przez media społecznościowe, przeszli do oferowania telekonferencji, wideokomunikacji, telewizji czy zdalnego zarządzania maszynami i procesami biznesowymi. Przed marginalizacją w łańcuchu wartości może telekomy uratować to, że wciąż dysponują znacznie większą ilością danych niż gros innych podmiotów gospodarczych. A ponieważ same zarządzają ogromną infrastrukturą i relacjami z milionami klientów, mają duże szanse zaistnieć w tym wyścigu. Samouczące się systemy, które od lat pozwalają im ograniczać nadużycia, segmentować klientów i optymalizować zarządzanie siecią, dają im przewagę doświadczenia, które dla wielu konkurentów stanowi istotną barierę wejścia.
Odpowiedzią na dynamicznie rosnącą liczbę czujników i wymagań transmisyjnych ma być nowa generacja transmisji bezprzewodowej – 5G. Co ciekawe, ma nie tylko zapewniać wyższą przepustowość łączy transmisji danych, lecz także wirtualne kanały transmisyjne dedykowane zastosowaniom wertykalnym przez globalne firmy niebędące operatorami (to tzw. slice, który może być dedykowany np. producentowi do monitorowania samochodów pochodzących z jego fabryk). Każdy wirtualny kanał będzie miał przepustowość, poziom zabezpieczeń i opóźnienia transmisji dostosowane do specyficznych potrzeb klienta. Autonomiczny samochód czy wspomaganie rzeczywistych obrazów (augmented reality) będą wymagały innych poziomów jakościowych niż monitorowanie miejsc parkingowych i odczyt liczników energii elektrycznej, gdzie jedna sekunda opóźnienia niewiele zmienia. Usprawnienie technologii jest ważnym punktem w obronie podstawowego biznesu telekomów, ale jest wątpliwe, czy zabezpieczy ich kosztowne organizacje przed dalszą utratą przychodów.
Problem w wykorzystaniu przewagi
W dotychczasowym rozwoju systemów analityki danych telekomy miały łatwo dostępne, rozbudowane, strukturalne bazy, których wykorzystanie nie było przesadnie skomplikowane. Jednak dynamiczny wzrost rynku i gwałtowny rozwój nowych ofert często powodowały, że liczył się przede wszystkim czas wdrożenia nowej oferty. Architektury systemów schodziły na drugi plan, co utrudnia dostęp do informacji. Dodatkowo, dostosowując się do sytuacji, każdy dostawca starał się możliwie szybko dostarczyć autonomiczne rozwiązanie. Potem pielęgnował swój ogródek i zazdrośnie chronił go przed innymi – w tym przed samym odbiorcą.
Jakość modeli analitycznych, w tym Big Data, zależy od jakości i czystości źródeł danych, które są tym trudniejsze do utrzymania, im bardziej środowisko jest złożone. Jeśli do tego dołożymy dane pochodzące ze źródeł klientów czy partnerów, to obraz dalej się komplikuje. Wewnętrzna organizacja telekomów też zwykle nie sprzyja ekspansji ofert w domenie Internetu Rzeczy. Dział analityków danych jest zwykle umieszczony w Back Office i pracuje jako podwykonawca jednostekbudujących nowe usługi dla klientów. To utrudnia podejście typu bottom-up, gdzie sprawdzamy, jakie dane do konstrukcji usługi są aktualnie dostępne i co do nich dołożyć, żeby uzyskać najlepsze, wymierne korzyści. Sformalizowane komitety inwestycyjne telekomów, które koncepcję i przedstawić projekcje przychodów generowanych przez nowy projekt, też nie są czynnikiem sprzyjającym. W praktyce najlepiej jest najpierw przeprowadzić pilotaż (proof-of-concept), a dopiero potem wiarygodnie szacować korzyści z pełnego projektu.
Własne środowisko danych jako baza
Telekomy mogą zacząć od wzbogacenia już posiadanych źródeł danych oraz ich przekazywania i integracji pod kątem specyficznych potrzeb klientów. Trudno jest im jednak w tej chwili konkurować z Google czy Facebookiem na rynku detalicznym. Media społecznościowe od chwili powstania zarezerwowały sobie wszystkie aspekty formalne i techniczne, np. zgody na śledzenie zachowań, funkcje lokalizacji klientów itd. Ich algorytmy analityki danych od lat uczą się wyciągać użyteczne komercyjnie wnioski z masy danych generowanych w sieciach społecznościowych. Inna sytuacja występuje w segmencie klientów korporacyjnych, wymagających głębokiego dostosowania modeli algorytmicznych do specyfiki swojej działalności. Inne czujniki, dane i algorytmy będą wykorzystane do zarządzania ekipami terenowymi i mobilną siecią sprzedaży, a inne do predykcyjnego utrzymania taboru kolejowego.
To, że wiele danych pochodzących z infrastruktury klientów B2B mają już w zasięgu swojej sieci, daje telekomom przewagę. Rozszerzanie zakresu tych źródeł informacji jest dla nich łatwiejsze niż dla wielu innych podmiotów. Ponadto w ramach inicjatyw Przemysłu 4.0 powstają ekosystemy firm, które łączy wymiana dużej ilości danych w ramach wspólnego łańcucha wartości. Najprostsze przykłady dotyczą integracji zamawiania, projektowania, produkcji i logistyki. Wszyscy uczestnicy takiego procesu są już zwykle klientami telekomów, co pozwala im zapewnić wspólną platformę do współpracy w chmurze. Żeby tak się stało, telekomy powinny zbudować zespoły dedykowane budowie specyficznych usług Big Data dla poszczególnych klientów.
Z natury rzeczy muszą być one złożone ze specjalistów z różnych dziedzin, pochodzących z różnych departamentów: analityki danych, sieci, marketingu i sprzedaży B2B. Ponieważ modele analityki danych wymagają też wiedzy dziedzinowej, dobrze byłoby dokooptować do takich zespołów partnerów zewnętrznych, którzy lepiej rozumieją specyfikę związaną z konkretnym przemysłem klienta B2B. Na przykład firma realizująca projekty dla energetyki pozwoli lepiej przygottować model analityczny do predykcyjnego utrzymania sieci średniego napięcia. Jednakże specjaliści z działów technicznych telekomunikacji najlepiej podpowiedzą, jak najlepiej gromadzić i transmitować dane pomiarowe albo lokalizować ekipy remontowe.
W systemach predykcyjnych wypracowanie wiarygodnych algorytmów wymaga wielu iteracji i gromadzenia możliwie szerokiej historii zjawisk-predyktorów. Stąd zespoły w projektach pilotażowych muszą wielokrotnie testować wyniki i mieć szansę uczenia się na błędach. Z doświadczenia wiem, że zwykle można znaleźć na początku obszar, w którym stosunkowo bezpiecznie można zagwarantować pozytywny procentowy wynik przy założeniu, że odpowiednio dobierzemy próbkę i zakres danych. Na przykład przy predykcyjnym utrzymaniu taboru kolejowego można wybrać takie modele wagonów czy rejony podróży, gdzie węglarki najczęściej się psują, i tam zbudować projekt pilotażowy, który da największe szanse na wykazanie oszczędności przy relatywnie krótkim czasie uczenia się algorytmów.
W kolejnych iteracjach gromadzimy więcej danych o większym zakresie, tak że precyzja prognoz się poprawia i można rozszerzać pole działania, stopniowo obejmując całą infrastrukturę W odróżnieniu od automatyzacji i systemów wspierających operacje, gdzie liczą się najlepsze, sprawdzone wzorce, przy Big Data liczy się najlepsze zrozumienie danych w konkretnym środowisku. Wydzielony, interdyscyplinarny zespół pozwoli natomiast szybko nauczyć algorytmy bez potrzeby szukania poparcia kolejnych szczebli organizacyjnych przy każdej iteracji projektu, szczególnie że nie każda będzie równie korzystna.
Wyjść ze strefy komfortu
Według portalu statista.com w skali globalnej w 2016 r. telekomy są na końcu listy pod względem wydatków na R&D w stosunku do przychodów (1,6 proc. vs. 24 proc. lidera, którym są producenci komputerów i elektroniki). Kultowa już koncepcja strategii błękitnego oceanu mówi o tym, że należy przechodzić z rynków zagospodarowanych (czerwony ocean) do rynków nowych możliwości (błękitny ocean). Nasycenie rynku powoduje, że operatorzy muszą wyjść z pułapki czerwonego oceanu swoich podstawowych usług telekomunikacyjnych. Wchodzenie na rynki finansów czy telewizji wygląda jak wejście z deszczu pod rynnę, a prawdziwy błękitny ocean możliwości związany z Internetem Rzeczy i Przemysłem 4.0 jest powoli zagospodarowywany przez inne podmioty. Czy rzeczywiście telekomy mają jeszcze czas, żeby nie wchodzić w tę strefę?
Doczekaliśmy czasów, w których producenci samochodów przekonują nas, że jedyną słuszną drogą do szczęścia jest ta prowadząca przez drzwi z napisem „Ekologia”
Chcąc jeździć nowoczesnymi maszynami, musimy się zgodzić na wyposażanie ich w maleńkie silniki (często o liczbie cylindrów mniejszej niż cztery), na wszechobecne Turbo, BiTurbo, downsizing i odzyskiwanie energii. Także Toyota uczy nas swojej filozofii bycia eko. Robi to jednak od lat niezmiennie na swój jedyny sposób, łącząc niewysilony silnik spalinowy z elektrycznym układem napędowym. Czy zatem modele z niebieskim znaczkiem na masce są alternatywą dla spalinowych odpowiedników? Ja z napędami hybrydowymi zawsze miałem problem. Toyota stworzyła nową kategorię aut i aby użytkować je w zgodzie z filozofią marki, musimy porzucić stare nawyki i przyzwyczajenia. Wiadomo, że silnik elektryczny jest bezemisyjny, dlatego za jego pomocą możemy przemieszczać się cicho i nie zatruwając powietrza, którym oddychamy wszyscy. Baterie jednak trzeba ładować, a do tego wciąż wykorzystywany jest silnik spalinowy. Układ wzajemnie się wspomaga.
Ruszamy bezszelestnie na silniku elektrycznym, czyli pomijamy moment, w którym silnik spalinowy potrzebuje najwięcej paliwa, aby ruszyć nas z miejsca. Przy około 30 km/h do pracy dołącza się silnik benzynowy. W RAV4 jest to wolnossąca jednostka o pojemności 2,5 l generująca samodzielnie 155 KM. Silniki współpracują ze sobą, podając na koła moment obrotowy aż do osiągnięcia żądanej prędkości. Jeśli muskamy tylko pedał gazu, to układ znów będzie korzystać tylko z silnika elektrycznego. Przy hamowaniu silnik benzynowy nie zużywa paliwa, a baterie doładowują się, odzyskując energię z kół. W teorii brzmi świetnie. A jak jest w praktyce? W ruchu miejskim, jadąc niespiesznie, przewidując sytuację na drodze, udało mi się uzyskać wynik nawet 5,2 l na 100 km. Należy być jednak skupionym i przewidywać zachowanie innych użytkowników drogi tak jak podczas pojedynku szachowego. Każde zagapienie się skutkuje wzrostem spalania, a silnik benzynowy z funkcji agregatu prądotwórczego przechodzi w tryb ochoczo zużywający paliwo. Nie ma jednak tragedii, bo podczas normalnej jazdy miejskiej auto zużywa około 8 l na 100 km i to jest wynik bardzo dobry jak na SUV-a ważącego ponad 1,7 tys. kg.
No dobrze, tylko nie kupujemy niemałego przecież auta, żeby silnik żebrał o kroplę paliwa, podczas gdy my z całą rodziną analizujemy ruch uliczny. RAV4 to samochód stworzony do długich podróży i w takiej konfiguracji sprawdza się doskonale. Jest świetnie wyposażony, ma na pokładzie wszystkie nowoczesne systemy wspomagające kierowcę. Są więc: aktywny tempomat, asystent pasa ruchu i system wychwytujący zmęczenie prowadzącego. Asystent pasa ruchu ma szczególną funkcję, znaną z najdroższych aut klasy premium. Podczas jazdy autostradą nie pozwoli na przekroczenie swojego pasa, korygując kierunek jazdy, a w szybkim zakręcie potrafi nawet zacieśnić łuk, dając poczucie pełnego panowania nad autem. Dalekim podróżom sprzyjają także obszerne wnętrze i bardzo wygodne fotele. Tu nikomu nie będzie ciasno i mówię „tutaj” zarówno o miejscach z przodu, są podgrzewane, więc zmarzluchom również będzie komfortowo.
Bagażnik jest bardzo duży i wystarczy na walizki rodziny na najdalszą eskapadę, jednak w hybrydzie pakujący będzie musiał przypomnieć sobie układankę Tetris. Podłoga przy oparciach foteli ma próg, który jest efektem umieszczenia baterii w podłodze samochodu. Jest to niedogodność, z którą trzeba żyć, ale muszę oddać konstruktorom, że sztukę origami opanowali do perfekcji. U konkurencji musimy nauczyć się żyć bez bagażnika w ogóle… Jeśli chodzi o użytkowanie bagażnika, to dopatrzyłem się jeszcze dwóch małych mankamentów. Gdy pada deszcz, pozycja podniesionej klapy powoduje, że woda leje się z narożników. Przydałaby się rynna do odprowadzenia wody. Druga sprawa to samo otwieranie klapy. Na pilocie umieszczono przycisk otwierania bagażnika. Nie da się jednak unieść klapy, jeśli nie deaktywujemy centralnego zamka. Musimy więc odryglować wszystkie drzwi, aby dostać się do bagażnika.
Gdy jednak przymkniemy oko na pewne niedociągnięcia funkcjonalne i ruszymy z miejsca, jest już tylko dobrze. Jazda autostradą to czysta przyjemność. Zawieszenie jest komfortowe, ale na tyle sprężyste, że samochód nie przechyla się w zakrętach. Opcje jazdy mamy dwie – Eko i Sport. Od razu piszę, darujcie sobie tryb Eko. Pedał gazu działa opornie, nie powoduje przyspieszania auta, a przecież 197 KM i 400 Nm potrafią namieszać na drodze. Dopełnieniem jest dźwięk silnika podczas przyspieszania. Gdy odruchowo dociskamy pedał gazu, silnik wkręca się na maksymalne obroty, a skrzynia bezstopniowa E-CVT próbuje rozpędzić auto. Wrażenia dźwiękowe nie są miłe. Rozwiązaniem problemu jest tryb Sport i takie ustawienie proponuję zastosować na stałe. Tu reakcja na gaz jest natychmiastowa, zespół napędowy gładko rozwija moc, a silnik spalinowy nie musi wkręcać się na wysokie obroty. Rozwijanie dużych prędkości skutkuje spalaniem na poziomie 10 l, co uważam za bardzo dobry wynik. Jazda hybrydą wymaga od kierującego innego podejścia do kierowania. Uczy łagodności i płynności jazdy, a w rezultacie wprowadza kierowcę w dobry nastrój. Połączenie silnika spalinowego z elektrycznym zdecydowanie jest krokiem w dobrym kierunku, ale wymaga zmiany priorytetów i wytężonej nauki. Gdy opanujemy już sztukę jazdy hybrydą, ostatecznie bycie eko może być całkiem fajne.
Bo kraft to ludzie – czekamy w komplecie na każdego z Was!
Piwo!
42 krany i 3 bary – w tym premierowo PHT South Africa – uwarzone w ramach PINTA Hop Tour i chmielone południowoafrykańskimi odmianami w tym Southern Passion i African Queen – przywiezionymi z chmielobrania w RPA w marcu tego roku.
Plus selekcja rarytasów od przyjaciół z Polski i zagranicy.
Muzyka!
Nieprzerwana seria hitów – także czarnych..
1000 IBU! Tomasz Kopyra na żywo czyli wszystklo może się zdarzyć.
Extra!
All day African menu.
Video!
Premiera filmu PINTA Hop Tour – epizod drugi – PHT South Africa.
W przededniu Forum Ekonomicznego w Karpaczu Ireneusz Borowski, dyrektor zarządzający Dassault Systèmes w Polsce, opowiada o tym, jak firmy mogą wzmacniać odporność operacyjną i...
21–22 października 2026 roku w hotelu The Westin Warsaw odbędzie się 23. edycja Smart City Forum. Tegoroczne wydarzenie koncentruje się na praktycznych aspektach cyfrowej...
ESG przechodzi transformację – od ambitnych celów i wzniosłych haseł do jakości danych i konkurencyjności europejskiej gospodarki. Nie chodzi o wycofanie się UE z...
Dassault Systèmes publikuje pierwszy raport wpływu, podkreślając rolę wirtualnych bliźniaków w działaniach na rzecz zrównoważonego rozwoju
Firma Dassault Systèmes opublikowała pierwszy raport wpływu, przedstawiający...
Dassault Systèmes rozszerza natywną dla AI platformę agentową 3DEXPERIENCE o nowe umiejętności wirtualnych towarzyszy, wspierając ludzi we wspólnym projektowaniu
Dassault Systèmes ogłosił udostępnienie na...
Dassault Systèmes ogłosił podpisanie wiążącej umowy przejęcia ArisGlobal - wiodącego dostawcy platformy AI-native, wspierającej zarządzanie zgodnością z regulacjami przedsiębiorstw z branży life sciences. Zgodnie...