.

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault Systèmes do zintegrowanego zarządzania procesem projektowania, testów, zdobywania certyfikacji i produkcji. Dzięki temu decyzje mogą być podejmowane szybciej, ryzyko jest ograniczane, a rozwój projektu ulega znacznemu skróceniu.

Regionalny samolot D328eco to nowa konstrukcja Deutsche Aircraft przeznaczona do obsługi tras krótkiego i średniego zasięgu. Bazując na sprawdzonej maszynie Dornier 328, łączy ona najnowsze systemy awioniki, wyższą efektywność oraz możliwość wykorzystywania zrównoważonych paliw lotniczych (SAF). Platforma 3DEXPERIENCE umożliwia zespołom inżynieryjnym sprawdzanie, jeszcze przed powstaniem pierwszego prototypu, takich elementów jak współdziałanie systemów, zachowanie struktur czy plany kabiny. Wymagania, dane produktowe i zmiany projektowe są zarządzane centralnie, co zwiększa przejrzystość i ułatwia spełnienie wymogów regulacyjnych. Na ciągłości cyfrowej zyskują również etapy wdrożenia przemysłowego i późniejszej eksploatacji. Procesy produkcyjne mogą być planowane w środowisku wirtualnym, przepływy materiałowe optymalizowane, wąskie gardła identyfikowane na wczesnym etapie, a uruchomienie produkcji seryjnej prowadzone w sposób uporządkowany.

Dodatkowo aplikacja 3DLive na platformie 3DEXPERIENCE, połączona z urządzeniem Apple Vision Pro, otwiera nowe możliwości w zakresie angażującej współpracy. Klienci, załogi i partnerzy mogą w realistyczny sposób analizować wirtualne modele D328eco, interaktywnie porównywać konfiguracje kabiny, a także szkolić się w zakresie procedur serwisowych i awaryjnych w bezpiecznym środowisku cyfrowym. Wszyscy uczestnicy mają dostęp do tej samej bazy danych, wykorzystywanej również w procesach rozwoju i produkcji. Podejście to łączy w spójny sposób inżynierię, planowanie przemysłowe oraz szkolenia i komunikację, znacząco skracając etap podejmowania decyzji w całym cyklu życia produktu.

Integracja a nie asymilacja

Prof. Agnieszka Chłoń-Domińczak, prorektorka ds. nauki Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie oraz dyrektorka Instytutu Statystyki i Demografii przypomina, że nie ma powrotu do dawnych norm społecznych. Musimy szukać nowych – takich, które pozwolą łączyć nowoczesność z odpowiedzialnością za przyszłość. Co więcej, musimy przestać bać się imigrantów i lepiej wykorzystywać tzw. silversów

Zacznijmy proszę od pani ścieżki zawodowej.

Jest ona dosyć nietypowa. Studiowałam w Szkole Głównej Handlowej na kierunku Metody Ilościowe i Systemy Informacyjne. Kontynuowałam naukę na studiach doktoranckich, jednocześnie podejmując pracę zawodową. Mój promotor, profesor Marek Góra, współtworzył wówczas Biuro Pełnomocnika Rządu ds. Reformy Systemu Zabezpieczenia Społecznego – czyli agendę rządową zajmującą się reformą emerytalną. Zaczęłam tam pracować i to zaangażowanie w administrację publiczną przedłużyło się aż do 2009 roku.

Od 2002 r. kierowałam Departamentem Analiz Ekonomicznych i Prognoz w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej, współpracując z profesorem Jerzym Hausnerem, pracując nad tzw. Planem Hausnera. Później byłam dwukrotnie wiceministrem pracy – w rządzie Marka Belki i w pierwszym rządzie Donalda Tuska. Odpowiadałam między innymi za systemy emerytalne, politykę rodzinną, koordynację systemów zabezpieczenia społecznego i równe traktowanie. W 2009 roku wróciłam na uczelnię.

Po powrocie zrobiła pani habilitację?

Tak. Doktorat obroniłam w 2004 roku – jeszcze w czasie pracy w ministerstwie. Habilitację uzyskałam już po powrocie na uczelnię.

Czy w SGH nie powstał kiedyś pomysł, by stworzyć klub byłych premierów i ministrów? Macie ich przecież wyjątkowo dużo.

Nie liczyłam, ile jest takich osób, ale mam wrażenie, że rektor Piotr Wachowiak zna tę liczbę. Podejrzewam, że jest nas wielu – z różnych obszarów. W moim przypadku, czyli Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, chyba jestem wyjątkiem, bo większość naszych absolwentów działała raczej w ministerstwach gospodarczych czy w Ministerstwie Finansów. Ale rzeczywiście – to godna grupa. Myślę, że SGH jest wyjątkowa pod względem budowania etosu służby publicznej. To uczelnia, w której uczono nas odpowiedzialności – świadomości, że nasze decyzje mogą wpływać na polityki publiczne i że mamy wobec państwa pewną misję. Moje pokolenie jest wychowane na reformach związanych z planem Balcerowicza, którego asystentami byli moi koledzy z roku. Nasza uczelnia kształtuje liderów, również w sferze publicznej, i to kierowało moimi wyborami po studiach. Bardzo się natomiast cieszę, że po latach w administracji publicznej wróciłam do SGH.

Moi znajomi, którzy trafiali do administracji, podkreślali: niższa pensja, większa odpowiedzialność i gorszy samochód służbowy.

Trochę tak jest – zwłaszcza jeśli ktoś przechodzi z sektora prywatnego. Ja po studiach zaczynałam w sektorze publicznym, więc może nie miałam porównania, ale miałam poczucie misji. Byłam mianowanym urzędnikiem służby cywilnej i znaczek to potwierdzający nadal mam – choć raczej nie sądzę, bym do administracji wróciła. To było dla mnie ważne – poczucie, że robi się coś dla państwa. Inspirowali mnie tacy mentorzy, jak profesorowie Balcerowicz, Hübner czy Rosati. To osoby, które kształtowały nasze przekonanie, że służba publiczna ma znaczenie i powinna być apolityczna. Niestety, w Polsce ten ideał się nie udał – i zapewne już się nie uda – ale wciąż staramy się wspierać państwo naszą wiedzą i doświadczeniem.

W jaki sposób?

Obecnie jestem przewodniczącą Rządowej Rady Ludnościowej. Kontynuuję tradycję prof. Strzeleckiego z SGH, który przez wiele lat kierował Radą. Przewodniczę również Radzie ds. Polityki Rodzinnej i Demograficznej, którą wspiera minister rodziny, pracy i polityki społecznej. Tam, gdzie możemy wnieść głos badaczy – głos rozsądku, oparty na wiedzy i faktach – staramy się to robić, choć nie jest to dziś łatwe.

Od kiedy pełni pani funkcję prorektorki?

Od 2020 roku. Warto w tym miejscu przypomnieć, że kolejni rektorzy SGH są wybierani. Przedstawiają społeczności akademickiej swój zespół – prorektorów i dziekanów. Tak jest zapisane w naszym statucie, by społeczność wiedziała, z kim rektor zamierza współpracować.

Pełni pani wiele funkcji. Jak dużym zespołem pani kieruje?

To zależy od obszaru. Jako prorektorka ds. nauki nadzoruję pracę Działu Nauki, Działu Obsługi Projektów, Biblioteki, Wydawnictwa – czyli koordynuję kilka struktur administracyjnych. Współpracuję z Dziekanami Kolegiów i Radami dyscyplin. Kieruję też Instytutem Statystyki i Demografii, w którym pracuje około trzydziestu kilku osób, a także zespołami projektowymi, również w ramach projektów międzynarodowych. To wymaga łączenia wielu wątków, monitorowania efektów naukowych, zarządzania i pracy badawczej.

Zajmuje się pani demografią. Widzimy, że Polaków jest coraz mniej, a jednocześnie władze coraz bardziej obawiają się wpuszczania do kraju ludzi z zewnątrz – nawet tych kulturowo nam bliskich, jak Ukraińcy.

Rzeczywiście, sytuacja demograficzna Polski nie wygląda łatwo, choć demografowie powtarzają od dawna, że ludność Polski będzie się starzeć i Polaków będzie ubywać. Już w 1997 roku, gdy przygotowywaliśmy reformę emerytalną, zwracaliśmy uwagę – we współpracy z badaczami, m.in. prof. Ireną Elżbietą Kotowską – że starzenie się populacji jest procesem nieuniknionym. Dane z końca lat 90. wyraźnie wskazywały skutki spadku dzietności, który rozpoczął się na początku lat 90., a także wydłużania się życia i procesów emigracyjnych.

Polska jeszcze do niedawna była krajem emigracyjnym, co nasiliło się po akcesji do UE. Od lat zwracaliśmy uwagę na te wyzwania. Teraz widzimy, że kwestia demografii coraz mocniej przenika do dyskursu publicznego. W tym roku na Forum Ekonomicznym w Karpaczu temat ten wyraźnie był widoczny. W trakcie forum uczestniczyłam w czterech panelach poświęconych demografii – a było jeszcze kilka innych. To pokazuje, że świadomość problemu rośnie. Pracodawcy coraz wyraźniej widzą, że liczba osób w wieku produkcyjnym się kurczy, a rąk do pracy ubywa.

Bez wątpienia migracje – szczególnie z Ukrainy – bardzo pomogły polskiemu rynkowi pracy. Bez cudzoziemców nasz system ubezpieczeń społecznych funkcjonowałby gorzej – już niemal 8 proc. osób, które płacą składki do ZUS to cudzoziemcy. Gdyby nie migranci, liczba osób ubezpieczonych w ZUS zaczęłaby spadać. A to oznacza, że możliwości finansowania emerytur i rent byłyby jeszcze bardziej ograniczone. A przecież nawet teraz FUS potrzebuje wsparcia z budżetu państwa, by zbilansować swoje wydatki.

Czyli obecność cudzoziemców to czynnik stabilizujący?

Tak, zdecydowanie. I to nie jest zjawisko nowe. Już po aneksji Krymu, długo przed pełnoskalową inwazją Rosji, obserwowaliśmy wzrost liczby cudzoziemców w Polsce, także tych płacących składki.

Czy Polska mogłaby stać się miejscem pracy dla ludzi z innych regionów świata – np. z Afryki? Coraz więcej młodych Europejczyków też emigruje w poszukiwaniu pracy.

To możliwe. Coraz częściej mówi się o tym, że Polska staje się atrakcyjna także dla obywateli krajów południowej Europy – Włochów, Hiszpanów, Portugalczyków. Widzimy wyrównywanie poziomów wynagrodzeń w Europie. Jednocześnie wciąż walczymy ze stereotypami. Polska bywa nadal postrzegana jako kraj o niższym poziomie rozwoju. Zdarzało mi się słyszeć pytania, czy mamy w Polsce kaloryfery, czy chodzą po ulicach białe niedźwiedzie. W świadomości wielu ludzi z południa Europy wciąż nie do końca uświadomiony jest poziom życia, jaki osiągnęliśmy. Zmieniamy to m.in. poprzez programy wymiany, takie jak Erasmus. Moja córka wróciła niedawno z wymiany we Włoszech i stwierdziła, że w Polsce żyje się lepiej – jest więcej zieleni, lepsze warunki mieszkaniowe, czy lepszej jakości woda w kranach.

Cóż, w krajach południowych kaloryfery nie są czymś oczywistym.

To prawda – tam ludzie w zimniejszych miesiącach często muszą dogrzewać się drogimi elektrycznymi piecykami. Więc z ich perspektywy pytanie o ogrzewanie ma sens.

Jakie rozwiązania w zakresie polityki demograficznej należałoby dziś proponować? Postawić na model prorodzinny czy raczej na imigrację?

Nie ma jednego rozwiązania. Polityka ludnościowa i demograficzna jest wielowątkowa i powinna być zintegrowana z innymi politykami publicznymi. Z jednej strony, mamy kwestie dzietności. Dziś barierą nie jest brak przedszkoli, lecz raczej niepewność młodych ludzi, ich lęki i obawy – ekonomiczne, społeczne, egzystencjalne. To także kwestie zdrowia prokreacyjnego, dostępu do mieszkań, stabilności zatrudnienia. Z drugiej strony, potrzebna jest rozsądna polityka migracyjna, która uzupełni niedobory na rynku pracy. Ale równie ważna jest refleksja o wydłużaniu aktywności zawodowej. Dyskusja o wyższym i równym wieku emerytalnym jest trudna, ale konieczna. Bez niej kobiety będą miały coraz niższe emerytury – w większości minimalne – i stracimy potencjał wykształconych kobiet w wieku 60+ na rynku pracy. Musimy też rozwijać system opieki długoterminowej i dostosowywać przestrzeń publiczną do rosnącej liczby osób starszych. To ogromne wyzwania.

Czy w Polsce istnieje spójna koncepcja polityki migracyjnej?

Trudno powiedzieć, że istnieje w pełni. I to nie tylko problem Polski. Widzimy w Europie przykłady zarówno udanych, jak i nieudanych polityk migracyjnych. Niemcy zdołali skutecznie zintegrować Turków czy Syryjczyków, podczas gdy Szwecja ma dziś ogromne problemy z przestępczością wśród imigrantów. Kluczem jest integracja, a nie asymilacja. Integracja oznacza włączenie migrantów w życie społeczne – zapewnienie dostępu do rynku pracy, edukacji, lokalnych wspólnot. Asymilacja natomiast wymagałaby przyjęcia tożsamości narodowej Polaków, co jest nierealne i niepotrzebne. Polska powinna tworzyć rozwiązania, które unikną błędów innych – i działać systemowo. Bo jeśli migranci będą pozostawieni sami sobie, to konflikty społeczne staną się nieuniknione.

Warszawa już dziś jest miastem wielokulturowym.

Tak, i to widać. Spotykamy ludzi z Indii, Afryki, Azji. Przedstawiciele tzw. czarnej Afryki to często jedni z najlepiej wykształconych i najbardziej pracowitych migrantów. Przyjeżdżają do pracy, często na określony czas, przesyłają pieniądze rodzinie, a potem wracają do siebie. Nie marzą o życiu u nas, tylko chcą godnie zarabiać. Dlatego powinniśmy ich wspierać, nie budować strachu. Lęk i nieufność tylko pogłębiają problemy.

Ilu imigrantów Polska potrzebowałaby, żeby gospodarka działała sprawnie?

To bardzo trudne pytanie, bo wszystko zależy od tego, jak wykorzystamy potencjał, który już mamy – także osób w wieku okołoemerytalnym. Dziś mamy około 1,7 mln cudzoziemców płacących składki w ZUS. Myślę, że w dłuższej perspektywie liczba 4–5 milionów imigrantów jest realna i możliwa do społecznego zaakceptowania. Oczywiście nie z dnia na dzień, ale stopniowo.

Czy rekrutacja imigrantów mogłaby się odbywać poprzez oficjalne programy – np. placówki rekrutacyjne w krajach afrykańskich?

Nie jestem specjalistką od polityki migracyjnej, ale taki kierunek ma sens – pod warunkiem, że rekrutacja dotyczyłaby osób o konkretnych kwalifikacjach, znajomości języka, chęci pracy. To mogłoby wspierać gospodarkę i jednocześnie ułatwiać kontrolowany napływ pracowników. Warto też pamiętać o studentach. Uczelnie mogą odgrywać dużą rolę, zapraszając młodych ludzi na studia w Polsce, dając im kompetencje i zachęcając, by po ukończeniu nauki zostali tu i pracowali.

Zajmuje się pani problematyką silver generation. Jakie są szanse na aktywizację zawodową osób starszych?

Ogromne. Stereotypy o tym, że osoby starsze są mniej produktywne, schorowane czy nie nadążają za zmianami technologicznymi, są niesprawiedliwe. Żyjemy dłużej, jesteśmy zdrowsi. Ludzie 50–60-letni to często osoby, które większość życia przeżyły w gospodarce rynkowej, dostosowując się do zmian i wykazując dużą elastyczność. To pokolenie z silnym etosem pracy. Młodzi mają dziś inne podejście – większe poczucie work-life balance – co też ma swoje zalety. Ale starsi pracownicy często nie mają już obowiązków rodzicielskich, są dyspozycyjni i doświadczeni. Ich kompetencje i wiedza są ogromnym potencjałem dla pracodawców. Starsi pracownicy potrafią radzić sobie w trudnych sytuacjach, pamiętają transformację ustrojową, inflację lat 90., mają świadomość, że dobra praca nie jest dana raz na zawsze. I potrafią ją docenić. Oczywiście pojawia się kwestia opieki nad starzejącymi się rodzicami – to też wyzwanie społeczne, które wymaga odpowiednich rozwiązań w polityce publicznej.

Jest to postawa godna wsparcia.

Dlatego musimy nauczyć się wykorzystywać ten potencjał – z korzyścią dla całego rynku pracy. Nie zwalniajmy ludzi, którzy jeszcze chcą pracować.

Wracając do silversów – ilu polskich seniorów mogłoby jeszcze aktywnie uczestniczyć w rynku pracy?

Jest to grupa sięgająca co najmniej miliona osób – a może nawet więcej. Wystarczy spojrzeć na demografię: w latach osiemdziesiątych rodziło się ponad 700 tysięcy dzieci rocznie, więc dziś to właśnie te roczniki wchodzą w wiek okołoemerytalny. To ogromny potencjał.

 

Czy te osoby wymagają jakichś specjalnych kursów aktywizacyjnych?

Nie. Przede wszystkim wymagają tego, żeby ich… nie zwalniać. To nie są ludzie, którzy nie chcą pracować – przeciwnie, bardzo często zostają odsunięci od pracy tylko dlatego, że zbliża się okres ochronny. Kobieta po sześćdziesiątce, wciąż pełna energii i doświadczenia, słyszy, że może czas już na emeryturę. To ogromna strata kapitału, zarówno dla gospodarki, jak i dla firm. W sobotę byłam na Kongresie Kobiet, gdzie właśnie dyskutowałyśmy o możliwościach wydłużania aktywności zawodowej. Patrzyłam na dyrektorkę w wieku 60 lat – pełną energii, pomysłów, doświadczenia – która została przez swoją firmę poproszona o przejście na emeryturę. Trudno nawet opisać, jak wielką stratą jest taka decyzja. Ponadto część firm zwalnia pracowników tuż przed okresem ochronnym, żeby nie brać na siebie dodatkowych obowiązków. Znam przypadki dużych, międzynarodowych firm, w których ludzie byli zwalniani dwa–trzy miesiące przed wejściem w ochronę. To po prostu marnowanie zasobów. Oczywiście trzeba inwestować w kompetencje – zmieniają się technologie, dziś wszechobecna jest sztuczna inteligencja. Uczenie się przez całe życie powinno być standardem dla wszystkich.

To prawda – wielu pracodawców nie zdaje sobie sprawy, jak trudne jest dziś znalezienie młodych pracowników.

Wydaje się, że starszy pracownik jest droższy, ale to nieprawda. Bo jeśli na miejsce jednej doświadczonej osoby przyjmiemy dwóch młodych, może się okazać, że nie tylko nie zaoszczędzimy, ale też stracimy na jakości pracy i efektywności. Oczywiście wszyscy musimy się uczyć nowych technologii. Sztuczna inteligencja to wyzwanie dla każdego, bez względu na wiek. Ale gdy już się przełamiemy i zaczniemy z niej korzystać, okazuje się, że to fantastyczne narzędzie. Na SGH prowadzimy wspólnie z Google już drugą edycję programu „AI – Umiejętności Jutra”, w ramach której osoby w każdym wieku – także 50+ – pracujące w sektorze MŚP mogą uczyć się korzystania z rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji. Zgłaszają się tysiące ludzi. To dowód, że wiek nie jest barierą, jeśli tylko damy ludziom szansę na zdobycie nowych kompetencji.

Czyli z jednej strony potrzebujemy mądrej polityki migracyjnej, z drugiej – wykorzystania potencjału silversów.

Do tego dochodzą jeszcze kobiety, które często wycofują się z rynku pracy z powodu obowiązków opiekuńczych – nad dziećmi lub starszymi rodzicami. To ogromna grupa, którą można lepiej wspierać poprzez rozwiązania umożliwiające godzenie pracy z życiem rodzinnym. Ponadto obserwujemy też rozpad więzi rodzinnych. Coraz więcej jest singli i związków nieformalnych. Rośnie także liczba osób, które nie mają dzieci To także element zmiany społecznej, który trzeba brać pod uwagę.

Związki nieformalne też stają się coraz powszechniejsze.

Tak i coraz więcej dzieci rodzi się właśnie w takich związkach. To wymaga stworzenia rozwiązań prawnych, które zapewnią tym rodzinom stabilność i bezpieczeństwo. W tym kontekście ustawa o związkach partnerskich jest bardzo potrzebna – nie tylko dla par jednopłciowych, ale także dla heteroseksualnych, które żyją razem, mają dzieci, ale nie zawarły formalnego małżeństwa.

To kwestia nie tylko równości, lecz także bezpieczeństwa socjalnego.

Musimy też pamiętać, że bariery dzietności nie wynikają z braku świadczeń czy infrastruktury, ale często z przemian kulturowych – z różnic w oczekiwaniach kobiet i mężczyzn, z niepewności, z lęków. Badania pokazują, że młodzi ludzie bardzo różnie postrzegają rolę rodziny, pracy i szczęścia. Dlatego nie zwiększymy dzietności, wyłączając prąd i zabierając kobietom dostęp do edukacji. Nie wrócimy do dawnych norm społecznych. Musimy szukać nowych – takich, które pozwolą łączyć nowoczesność z odpowiedzialnością za przyszłość.

rozmawiał Piotr Cegłowski

Ankieta Managera

Jakie wartości są dla pani najważniejsze?

Uczciwość i szacunek – to dwie kluczowe. Jeśli jesteśmy uczciwi i mamy szacunek do innych, potrafimy współpracować, to daje ogromny potencjał i satysfakcję.

 

A pani pasje, zainteresowania?

Lubię jogę, naturę, książki, rośliny – zarówno te w domu w ogrodzie zimowym, jak i w ogródku na zewnątrz. Kiedyś szydełkowałam i robiłam na drutach, ale teraz brakuje mi czasu. Chętnie też spaceruję z mężem i naszym psem – seterem irlandzkim – szczególnie poranne spacery dają dużo energii na cały dzień.

 

O czym najchętniej rozmawia pani ze znajomymi – poza pracą?

Często o polityce, choć to rzadko optymistyczne rozmowy. Ale też o codzienności – dzieciach, rodzinie, książkach. I o psach.

 

Którą z ostatnio przeczytanych książek mogłaby Pani polecić?

Ostatnio czytałam książkę profesora Marka Kowalkiewicza The Economy of Algorithms. AI and the Rise of the Digital Minions – bardzo ciekawą pozycję o tym, jak algorytmy mogą nam pomagać, jeśli tylko nad nimi panujemy. W październiku promujemy polskie tłumaczenie tej książki na SGH. Z lżejszej literatury polecam powieści Sławomira Gortycha – ostatnio czytałam jego najnowszą Schronisko, które zostało zapomniane. To już czwarta część cyklu, z elementami kryminału i pięknym tłem karkonoskich schronisk.

 

Gdyby nie istniały żadne ograniczenia – z kim chciałaby pani spotkać się?

Chętnie jeszcze raz spotkałabym się z profesor Janiną Jóźwiak – pierwszą kobietą rektorką naszej uczelni, która również kierowała Instytutem Statystyki i Demografii. Zmarła niemal dziesięć lat temu, bardzo mi jej brakuje.

 

Najważniejsze chwile w pani życiu?

Z pewnością narodziny trójki dzieci, a także obserwowanie, jak mądrymi i empatycznymi dorosłymi się stają. A zawodowo – telefon od mojego promotora, profesora Marka Góry, który zaproponował mi pracę przy reformie emerytalnej. To było jak początek filmu Hitchcocka – od razu w sam środek akcji. To były fascynujące czasy, pełne rozmów i rozwijania kontaktów i często przyjaźni międzynarodowych. Chwila, która na pewno zaważyła w moim życiu, chociaż nie wiedziałam, że tak będzie, to wieczór w 2008 roku, podczas debaty w Sejmie o wcześniejszych emeryturach, kiedy minister Andrzej Duda – wówczas w Kancelarii Prezydenta – powiedział, że „premier Tusk chowa się za ciężarną wiceminister”. Byłam wtedy tydzień przed porodem mojego najmłodszego syna. Odpowiedziałam: „Ciąża to nie choroba – swoje muszę zrobić.” Wiele osób zapamiętało tę chwilę i często wraca do niej w rozmowach, w bardzo pozytywny sposób.

 

Bucket list

Zawodowo – mieć więcej czasu na badania naukowe – szczególnie dotyczące starzenia się społeczeństwa. Chciałabym móc je rozwijać bez ciągłego szukania finansowania, a także dokończyć kilka rozgrzebanych artykułów i wreszcie złożyć wniosek profesorski. Prywatnie – więcej czasu dla rodziny. W lecie udało mi się z mężem zwiedzić Szkocję, odznaczone na bucket list. Kolejny kierunek – mam nadzieję w przyszłe wakacje – to kraje bałtyckie, śladami moich dziadków z Wilna i Rygi.

BIO

Dr hab. Agnieszka Chłoń-Domińczak

Prof. SGH, prorektorka ds. nauki oraz dyrektorka Instytutu Statystyki i Demografii SGH. Przewodnicząca Rządowej Rady Ludnościowej oraz Rady ds. Polityki Rodzinnej i Demograficznej przy Ministrze Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Członkini Komitetu Nauk Demograficznych PAN, liderka polskiej grupy badawczej SHARE 50+. W latach 2008-2009 podsekretarz stanu w MPiPS, zasiadała również w radzie nadzorczej ZUS, była członkinią KNF. W latach 2007-2009 wiceprzewodnicząca Komitetu ds. Ochrony Socjalnej Rady Europejskiej. W latach 2010-2017 w Instytucie Badań Edukacyjnych kierowała projektami związanymi z przygotowaniem wdrożenia Polskiej Ramy Kwalifikacji. Specjalizuje się w problematyce demografii, systemów emerytalnych, rynku pracy, polityki społecznej, zdrowia oraz edukacji.

Architektura Wyjścia: Jak przekształcić życiowy dorobek w płynne aktywo?

Z Michałem Mielnikowem – strategiem transakcyjnym, ekspertem rynku infrastrukturalnego i założycielem MJM Ventures – rozmawiamy o profesjonalizacji polskiego biznesu, budowaniu wartości przedsiębiorstwa pod kątem sprzedaży oraz o tym, dlaczego exit to w biznesie jedna z najważniejszych transakcji, a w życiu kluczowa zmiana prowadząca do odzyskiwania osobistej wolności przez lidera.

MANAGER REPORT: Panie Michale, w kuluarach biznesowych spotkań coraz częściej słychać jedno słowo: „exit”. Czy polscy przedsiębiorcy, którzy budowali swoje firmy w ostatnich trzech dekadach, dojrzeli już do myśli, że sprzedaż firmy to nie porażka, a najwyższy stopień sukcesu?

Michał Mielnikow: Obserwujemy właśnie systematycznie proces dojrzewania polskiego kapitalizmu. Przez lata dominował model przedsiębiorcy-twórcy, który zrósł się ze swoją firmą na poziomie tożsamościowym. Firma była traktowana niemal jak przedłużenie rodziny – nie na sprzedaż, lecz do ciągłego pielęgnowania. Przez to jednak podejście, przedsiębiorca zaczął od firmy zależeć emocjonalnie i osobowościowo. Zaczął żyć by pracować, zamiast pracować by żyć. Przestał cieszyć się tak z życia rodzinnego i osobistego. Firma stała się epicentrum wszystkiego — wokół niej zorganizowany jest dzień, wakacje, czas wolny. Tak nie powinno być. Poza tym ekonomia i demografia są nieubłagane. Dziś stajemy przed największą w historii falą transferu majątku. Właściciele dużych i średnich przedsiębiorstw zaczynają rozumieć, że prawdziwym sukcesem nie jest dożywotnie zarządzanie, ale stworzenie czegoś tak silnego, że może funkcjonować i rozwijać się bez ich codziennej obecności. Sprzedaż firmy profesjonalnemu inwestorowi, na przykład funduszowi infrastrukturalnemu, staje się zatem dowodem najwyższej sprawności menedżerskiej. To potwierdzenie, że zbudowaliśmy aktywo, a nie tylko miejsce pracy dla samych siebie.

Często używa Pan pojęcia „projektowanie pod sprzedaż”. Czy to oznacza, że każda firma powinna być od początku budowana z myślą o jej upłynnieniu?

Zdecydowanie tak. Projektowanie firmy pod sprzedaż to synonim projektowania jej w sposób uporządkowany, transparentny i przewidywalny. Inwestor, szczególnie instytucjonalny, nie kupuje historii ani sentymentów. Kupuje przyszłe przepływy pieniężne obarczone jak najniższym ryzykiem. Jeśli firma jest poukładana tak, że mogłaby zostać sprzedana w dowolnym momencie, to oznacza, że jest zdrowa, ma sprawne procesy, lojalnych klientów i niezależny zespół zarządzający. Nawet jeśli właściciel nie zamierza jej zbywać przez kolejne dziesięć lat, życie w stanie gotowości transakcyjnej daje mu pełen komfort operacyjny. To jest właśnie ta różnica między posiadaniem firmy a byciem jej zakładnikiem.

Wspomniał Pan o funduszach infrastrukturalnych. To specyficzny rodzaj kapitału, z którym ma Pan ogromne doświadczenie. Czym różni się ich perspektywa od typowego inwestora branżowego np. w branży OZE lub nieruchomościach?

Fundusze infrastrukturalne grają w zupełnie inną grę niż klasyczne podmioty operacyjne. Ich horyzont czasowy jest zazwyczaj znacznie dłuższy, a tolerancja na ryzyko operacyjne – mniejsze. Szukają one stabilnych fundamentów. W sektorach takich jak energetyka odnawialna, fundusz patrzy na projekt nie jak na plac budowy, ale jak na aktywo generujące wartość przez 25-30 lat. Tutaj liczy się jakość dokumentacji, pewność przyłączy i transparentność prawna. Niestety, często spotykam się z sytuacją, gdzie deweloper, który włożył ogrom wysiłku w uzyskanie pozwoleń, nie potrafi „sprzedać” tego funduszowi, bo obie strony mówią innymi językami. Deweloper projektów opowiada o trudnościach, jakie pokonał w urzędach, a fundusz chce usłyszeć o stabilności i przewidywalności. Moja rola polega wtedy między innymi na byciu pomostem – tłumaczę wysiłek przedsiębiorcy na język wartości inwestycyjnej.

To tłumaczenie wymaga wiedzy merytorycznej, jak i psychologicznej?

To prawda. Transakcja to w połowie liczby i prawo, a w drugiej połowie psychologia. Proszę sobie wyobrazić lidera, który budował firmę 25 lat. On zna każde biurko i każdego pracownika. Kiedy przychodzi audytor i zaczyna kwestionować umowy czy procedury, właściciel może odebrać to osobiście. Pojawiają się emocje, które potrafił dostrzec u siebie niemal każdy twórca biznesu, a które potrafią zablokować nawet najbardziej intratną transakcję. Dlatego w naszym modelu BizExit kładziemy ogromny nacisk na etap przygotowania. To nie tylko sprawdzenie dokumentów, to także przygotowanie mentalne właściciela. Czy on naprawdę chce wyjść? Czy wie, co zrobi z czasem i kapitałem po podpisaniu umowy? Bez odpowiedzi na te pytania każda transakcja jest narażona na sabotaż ze strony samego decydenta.

Pańskie podejście do procesów transakcyjnych wydaje się mieć solidne fundamenty. Jaką rolę w Pana karierze odegrała edukacja odebrana w światowych ośrodkach, takich jak Harvard czy INSEAD?

Edukacja w tych miejscach to przede wszystkim zmiana perspektywy z lokalnej na globalną. Na Harvardzie, w ramach programu Renewable Energy Project Finance, uczyłem się, jak strukturyzować finansowanie dla ogromnych projektów infrastrukturalnych. Tam uczono nas, że inwestycja to matematyka ryzyka. Z kolei INSEAD i program dotyczący strategii sukcesu w M&A pozwoliły spojrzeć na fuzje i przejęcia jako na precyzyjny proces zarządczy. W negocjacjach z największymi funduszami świata liczy się przede wszystkim to, jak solidne masz dane.

Wiele zawdzięczam też polskim uczelniom. Cenię fundamenty uzyskane na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie na kierunku Stosunki Międzynarodowe. To tam nauczyłem się analizować geopolitykę i globalne przepływy gospodarcze, co dziś jest kluczowe przy transakcjach transgranicznych. Kolejnym, niezwykle istotnym etapem była współpraca z dr. Mateuszem Grzesiakiem w ramach programów MBA z zakresu biznesu, psychologii i zarządzania, a także studia na ASBIRO dotyczące zarządzania i inwestowania w nieruchomości. Polskie uczelnie nauczyły mnie sprawczości i elastyczności, a zagraniczne ośrodki dołożyły do tego metodologię i skalę. Połączenie dyplomów Fachhochschule Kiel, University of the West of Scotland  gdzie studiowałem logistykę i zarządzanie łańcuchami dostaw z polskimi korzeniami akademickimi dało unikalny przekrój przez różne kultury biznesowe. W MJM Ventures wykorzystujemy tę wiedzę, by polski przedsiębiorca mógł czuć się pewnie, siedząc przy jednym stole z negocjatorami z Londynu, Nowego Jorku czy Pekinu.

Zanim jednak stanął Pan na czele własnej firmy doradczej, zbierał Pan szlify wewnątrz korporacyjnych gigantów. Pana ścieżka przez E.ON, Vestas i General Electric wygląda jak podróż po kręgosłupie europejskiego sektora energetycznego.

Każda z tych firm dołożyła inny, niezbędny element układanki. W E.ON Climate & Renewables  w Monachium pracowałem w dziale  zakupów projektów wiatrowych na całą Europę Środkową i Wschodnią. To tam uczyliśmy się patrzeć na inwestycje oczami funduszu – np. na mechanizmy due diligence i to, jakie ryzyka są dla instytucji akceptowalne, a jakie dyskwalifikujące. Cenną lekcją był czas spędzony w Vestas. Jako światowy lider w produkcji elektrowni wiatrowych, Vestas uczył nas logistyki i zarządzania strategicznego na najwyższym poziomie. Pokazywano nam, że w dużych projektach infrastrukturalnych sukces transakcji zależy od precyzji operacyjnej i przewidywalności łańcucha dostaw. Z kolei w General Electric stawiano na sprzedaż technologii i realizację transakcji w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Praca w tych strukturach pozwoliła mi zdobyć kompetencje zarządcze, prawne, sprzedażowe i poznać mechanizmy decyzyjne inwestorów od środka. Dziś, doradzając właścicielom firm, wiem, czego chce inwestor – bo wiele razy już byłem po tej stronie stołu. Ta perspektywa pozwala rozpoznać ryzyka projektu, zanim trafi on na rynek.

Wspomniał Pan o ryzyku. Często pisze Pan, że w transakcjach ryzyko techniczne bywa niedoceniane. Co to oznacza w praktyce?

Wiele osób myśli, że sprzedaż firmy to tylko kwestia ceny. W branżach infrastrukturalnych diabeł tkwi w szczegółach technicznych. Uczciwość i rzetelność w tym obszarze to fundament wyceny. My zachęcamy klientów także do sprawdzenia samych siebie przed wystawieniem firmy na sprzedaż. To pozwala naprawić ewentualne błędy w zaciszu gabinetu, zamiast tłumaczyć się z nich przed audytorem kupującego, co zawsze osłabia pozycję negocjacyjną.

Skoro mowa o modelu BizExit – jak wygląda ścieżka, którą przeprowadza Pan swoich klientów?

Proces jest wieloetapowy, bo taka struktura daje przewidywalność. Pierwszym krokiem jest analiza gotowości – oceniamy potrzeby właściciela i moment, w którym znajduje się rynek w danej branży. Następnie przechodzimy do strategii: wybieramy scenariusz wyjścia, budujemy wycenę i przygotowujemy organizację do rygorystycznego badania przez kupującego. Kolejny etap to aktywne procesowanie, czyli znajdowanie odpowiednich partnerów kapitałowych i zarządzanie negocjacjami. Nie wysyłamy ofert do wszystkich – celujemy precyzyjnie w te podmioty, dla których dana firma stanowi strategiczne uzupełnienie portfela. Kluczowym momentem jest domknięcie transakcji w sferze formalno-prawnej. Całość wieńczy etap nowej rzeczywistości – redefinicja ról życiowych właściciela i nowa alokacja kapitału po odzyskaniu wolności od pracy operacyjnej.

Poruszmy kwestię społeczną. Mówi Pan o ryzyku nieplanowanej redystrybucji majątków. To brzmi jak ostrzeżenie dla całej gospodarki.

Bo to jest realne i policzalne wyzwanie. Proszę spojrzeć na twarde dane: mamy obecnie w Polsce ponad 670 000 firm zatrudniających powyżej 10 osób. Z tej grupy aż 300 000 właścicieli ma powyżej 50 lat, a około 45 000 przedsiębiorców jest już w wieku emerytalnym. To są tysiące organizacji, które stanowią fundament lokalnych społeczności i są chlebodawcami dla setek tysięcy rodzin. Jednocześnie statystyki pokazują, że tylko niewielki odsetek sukcesorów chce te firmy prowadzić. Jeśli te przedsiębiorstwa nie zostaną profesjonalnie przygotowane do sprzedaży i przejęte przez inwestorów, którzy zapewnią im dalszy rozwój, ich wartość może zostać roztrwoniona. To byłaby strata nie tylko dla rodzin właścicieli, ale dla całej gospodarki – tracilibyśmy know-how i stabilne miejsca pracy. Moją misją jest pokazanie przedsiębiorcom, że mają alternatywę. Sprzedaż firmy to mądre przekazanie pałeczki, które pozwala zachować dorobek pokolenia i odcinać kupony po latach wyrzeczeń.

A co z życiem po exicie? Często słyszy się o przedsiębiorcach, którzy po sprzedaży firmy tracą poczucie celu.

To jedno z największych zagrożeń, o którym rzadko piszą podręczniki finansów. Sprzedaż firmy to zmiana tożsamości. Przez lata byłeś prezesem, teraz stajesz się inwestorem. Dlatego pomagamy w redefinicji tej roli. Bardzo często naturalnym krokiem jest alokacja kapitału w nieruchomości komercyjne lub grunty. Pozwala to zachować status inwestora i daje stabilny przychód, ale nie wymaga już pracy po kilkanaście godzin na dobę. To jest ta zamiana: zyski operacyjne, które wymagały osobistego czasu, zamieniamy na zyski pasywne, które dają wolność. Widok klienta, który po transakcji dzwoni i mówi, że w końcu czuje, że żyje na własnych warunkach – to daje największą satysfakcję.

Właśnie, kwestia wolności wydaje się dla Pana bardzo istotna. Jak Pan osobiście definiuje ten stan? Czy to tylko mądre inwestowanie, czy coś więcej?

Wolność to możliwość projektowania swojego czasu bez przymusu operacyjnego. W MJM Ventures pokazujemy przedsiębiorcom, że exit to nie ucieczka, ale przejście do etapu, w którym kapitał pracuje na Twoje autentyczne potrzeby. A każdy ma inne potrzeby – dla mnie na przykład osobiście jest nią możliwość spędzenia czasu na nurkowaniu w najbardziej niedostępnych zakątkach świata, bez konieczności sprawdzania telefonu co pięć minut. To jest ta nowa tożsamość lidera: z człowieka, który coś musi, na lidera, który świadomie wybiera co robi. Kiedy widzę, że moi klienci po sprzedaży firmy zaczynają spędzać czas ze swoimi bliskimi, rozwijać się jak zawsze chcieli, realizować pasje, które odkładali na półkę przez 20 lat – podróże czy działalność społeczną – wiem, że moja praca miała sens.

Nurkowanie to sport wymagający ogromnego opanowania i przestrzegania procedur. Czy dostrzega Pan tu analogię do świata wielkich transakcji?

Zdecydowanie. Nurkowanie uczy, że pod wodą, podobnie jak w negocjacjach transakcyjnych, chaos jest Twoim największym wrogiem. Trzeba mieć plan, znać swój sprzęt i – co najważniejsze – zachować zimną krew, gdy sytuacja staje się napięta. W procesie sprzedaży firmy, kiedy emocje właściciela i presja inwestora zderzają się ze sobą, moja rola polega na byciu tym partnerem, który kontroluje wskaźniki i dba o to, by wszyscy bezpiecznie wynurzyli się z gotową umową. Spokój i opanowanie to potężne narzędzia w biznesie. Nie da się skutecznie doradzać w sprawie wolności finansowej, jeśli samemu jest się niewolnikiem stresu.

Brzmi to jak bardzo świadome podejście do stylu życia inwestora. Czy ten balans pomaga Panu zachować świeżość spojrzenia na rynki Europy Środkowo-Wschodniej?

Zarządzanie międzynarodowe i odkrywanie nowych kultur biznesowych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej – od Rumunii po kraje bałtyckie – dają mi perspektywę, której nie zdobędzie się w biurze. Widzę, jak różne rynki reagują na zmiany, i potrafię te obserwacje przenieść na grunt strategii moich klientów. Nowoczesny inwestor to nie jest już osoba przykuta do biurka. To człowiek, który działa procesowo, opiera się na twardych danych, potrafi odciąć się od szumu informacyjnego, by podjąć kluczową decyzję. Ten balans między intensywną pracą intelektualną a totalnym resetem pozwala mi utrzymać najwyższą efektywność.

A jak na ten proces wpływa obecna sytuacja gospodarcza? Czy to dobry czas na exit?

Czasy turbulentne, w których aktualnie żyjemy, sprzyjają konsolidacji. Fundusze infrastrukturalne dysponują zasobami, które muszą zainwestować, a bezpieczne aktywa w stabilnych krajach są w cenie. Szczególnie w przejęciach solidnie działających przedsiębiorstw energetyce i infrastrukturze popyt na dobrze przygotowane projekty jest stały. Dla dojrzałego przedsiębiorcy obecna zmienność może być sygnałem: skoro firma przetrwała ostatnie kryzysy, to jest sprawdzona w boju i stanowi atrakcyjne aktywo. Czekanie na idealny moment często kończy się przegapieniem okna transakcyjnego.

Wspomniał Pan o nieruchomościach jako bezpiecznej przystani. Czy każdy po sprzedaży firmy powinien iść w tym kierunku?

Dla wielu jest to najrozsądniejsza ścieżka. Zarządzanie portfelem nieruchomości komercyjnych czy gruntami daje to, czego przedsiębiorcom brakuje najbardziej: przewidywalność i stałe przepływy finansowe. Zamiana zysku z firmy, który zależy od tysiąca zmiennych, na stabilny dochód z wynajmu, to moment prawdziwego odzyskania spokoju. Inwestor po exicie działa procesowo – opiera się na danych, analizie rentowności i sprawdzonych modelach, ale nie musi już udowadniać światu swojej wartości każdego ranka o ósmej. To przejście z trybu walki w tryb strategicznego nadzoru nad majątkiem.

Na koniec: co powiedziałby Pan właścicielowi, który czuje, że jego biznes stał się dla niego ciężarem?

Powiedziałbym: nie czekaj na moment, w którym będziesz musiał sprzedać. Zacznij proces wtedy, kiedy chcesz sprzedać. To kluczowa różnica w sile negocjacyjnej. Pierwszym krokiem nie jest jeszcze szukanie kupca, ale rzetelna ocena: czy firma jest sprzedawalna? Czy procesy są spisane? Czy zespół poradzi sobie bez Ciebie? Jeśli odpowiedź brzmi nie, to sygnał do rozpoczęcia przygotowań. Sprzedaż firmy to maraton. Im wcześniej zaczniesz układać organizację pod ten cel, tym wyższa będzie cena i większy Twój spokój na końcu drogi. Każdy przedsiębiorca ma prawo cieszyć się owocami swojej pracy, a profesjonalny exit to drzwi do tego nowego etapu, w którym to Ty rządzisz swoim czasem, a nie Twoja firma Tobą.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

Komentarz Redakcyjny: Nowa era polskiego biznesu

Rozmowa z Michałem Mielnikowem rzuca światło na kluczowy, a często pomijany aspekt zarządzania – projektowanie wyjścia z inwestycji. W dobie zmian pokoleniowych umiejętność przekształcenia przedsiębiorstwa w samodzielne aktywo staje się kompetencją równie ważną, co samo budowanie biznesu. Promując model BizExit, ekspert wpisuje się w trend profesjonalizacji polskiego kapitału, oferując właścicielom bezpieczne przejście do nowej roli życiowej. Dla czytelnika „Manager Report” płynie z tego merytoryczny wniosek: firma to instrument, a prawdziwa sprawność menedżerska polega na tym, by wiedzieć, kiedy i jak przekazać stery, zachowując pełną wartość wypracowanego przez lata dorobku.

O fundamentach przyszłości na XVI Kongres Stolarki Polskiej – poznaj program wydarzenia!

Jak sytuacja geopolityczna wpływa na rynek materiałów budowlanych? W jaki sposób budować nowe strategie wzrostu i zdobyć klientów w erze globalnych marek i konsolidacji? To kluczowe tematy XVI Kongresu Stolarki Polskiej, który odbędzie się 14 maja 2026 roku w Hotelu Warszawianka w Jachrance. Prezentujemy program wydarzenia.

Organizowany przez Związek POiD Kongres Stolarki Polskiej to najważniejsze spotkanie w branży stolarki budowlanej w Polsce. Kongres dostarcza praktycznej wiedzy, wyznacza trendy i stanowi impuls dla dalszego rozwoju firm. Program merytoryczny tegorocznej edycji wydarzenia tworzą trzy bloki tematyczne z udziałem najlepszych ekspertów i przedstawicieli branży budowlanej.

Makroekonomia: Między Chinami a Brukselą – jak sytuacja geopolityczna wpływa na rynek materiałów budowlanych?

Pierwsza część Kongresu skupi się na wpływie geopolityki na rynek materiałów budowlanych. Panel dyskusyjny poświęcony będzie roli sytuacji geopolitycznej jako realnego czynnika biznesowego – od konfliktów i napięć handlowych po zmiany w łańcuchach dostaw, wpływające na ceny i dostępność surowców. Eksperci ocenią przygotowanie branży na dalsze turbulencje oraz strategie ograniczania ryzyka.

Istotnym wątkiem będzie rosnąca obecność Chin w Europie oraz pytanie, czy są one partnerem, czy coraz silniejszym rywalem. Poruszony zostanie także wpływ regulacji UE na konkurencyjność firm oraz znaczenie innowacji i efektywności energetycznej jako potencjalnych przewag europejskiego przemysłu.

Przyszłość branży – liderzy jutra i nowe strategie wzrostu

Drugi blok tematyczny Kongresu to spojrzenie na przyszłość branży stolarki budowlanej w zmieniających się warunkach rynkowych. W centrum dyskusji znajdą się zmiany strukturalne – rosnąca liczba przejęć i pytanie, czy firmy powinny rozwijać się samodzielnie, czy z udziałem partnerów. Ważnym tematem będzie też sukcesja w firmach rodzinnych i sposoby zapewnienia ich dalszego, stabilnego funkcjonowania.

W ramach drugiej części bloku paneliści porozmawiają o spowolnieniu w branży, jego przyczynach oraz o tym, gdzie dziś szukać przewagi konkurencyjnej. Spróbują również wskazać możliwe kierunki rozwoju – od inwestycji w innowacje, przez współpracę w branży, po ekspansję zagraniczną.

Marketing i sprzedaż: od produktu do ekosystemu

Trzeci blok Kongresu poświęcony będzie temu, jak skutecznie zdobywać klientów w warunkach silnej konkurencji i rosnącej roli globalnych marek. Punkt wyjścia do dyskusji to zmiana podejścia do produktu, budowania spójnego systemu sprzedaży oraz doświadczeń klienta.

Eksperci porozmawiają o marketingu w realiach nadpodaży oraz o tym, czy można budować przewagę bez wchodzenia w wojny cenowe. Ważnym wątkiem będzie także starcie globalnych graczy z lokalną elastycznością firm. Dyskusja obejmie też zmiany w kanałach sprzedaży, w tym rozwój modeli bezpośrednich oraz rolę nowoczesnego dealera i współpracy z producentami. Na koniec paneliści odniosą się do znaczenia autentycznej komunikacji i PR w erze sztucznej inteligencji.

Gala Orłów 30-lecia

Zwieńczeniem kongresowego dnia będzie uroczysta Gala, która w tym roku zyska wyjątkowy charakter, gdyż połączona zostanie z obchodami 30-lecia Związku POiD. Podczas pełnego emocji wieczoru nastąpi wręczenie jubileuszowych wyróżnień, w tym statuetek Orłów 30-lecia POiD. Gala będzie również doskonałą okazją do integracji i wspólnej zabawy przy muzyce na żywo.

Zapraszamy na XVI Kongres Stolarki Polskiej: 14 maja 2026 roku w Hotelu Warszawianka w Jachrance!

Rejestracja na Kongres: REJESTRACJA

Szczegółowy program XVI Kongresu Stolarki Polskiej: PROGRAM

Prelegenci XVI Kongresu Stolarki Polskiej: PRELEGENCI

Networking w nowej rzeczywistości – dlaczego relacje biznesowe potrzebują zmiany

Autor: Rafał Wiśniewski

Kiedy kilka lat temu inicjowałem Klub Biznesu na Morzu, punktem wyjścia nie była chęć stworzenia kolejnego formatu spotkań dla przedsiębiorców. Impuls był znacznie głębszy i wynikał z obserwacji tego, jak w praktyce funkcjonuje współczesny networking. Mimo ogromnej liczby wydarzeń biznesowych, konferencji i spotkań branżowych, ich realna skuteczność w budowaniu trwałych relacji pozostawała ograniczona. Dominował model intensywny, szybki, często powierzchowny – oparty na krótkich interakcjach i dużej liczbie kontaktów, które rzadko przekładały się na długofalową współpracę.

Z perspektywy przedsiębiorcy stało się dla mnie jasne, że problemem nie jest brak okazji do networkingu, lecz jego forma. W tradycyjnym modelu brakuje czasu, kontekstu i odpowiednich warunków do budowania zaufania, które jest fundamentem każdej wartościowej relacji biznesowej. To właśnie ta refleksja doprowadziła mnie do stworzenia środowiska, w którym relacje mogą rozwijać się w sposób bardziej naturalny, pogłębiony i autentyczny.

Morze okazało się nie tylko symbolem zmiany, ale przede wszystkim praktycznym rozwiązaniem. Przestrzeń rejsu w naturalny sposób eliminuje wiele czynników zakłócających proces budowania relacji. Uczestnicy wychodzą poza codzienny rytm pracy, poza presję czasu i nadmiar bodźców. W takich warunkach pojawia się przestrzeń na rozmowy, które wykraczają poza standardowe schematy i pozwalają lepiej zrozumieć drugiego człowieka – jego sposób myślenia, wartości oraz cele biznesowe.

Kluczową różnicą, którą obserwuję w tym modelu, jest zmiana dynamiki relacji. Zamiast szybkiej wymiany informacji pojawia się proces. Relacje rozwijają się stopniowo, w różnych kontekstach – zarówno formalnych, jak i nieformalnych. To powoduje, że decyzje o współpracy nie są impulsywne, lecz oparte na rzeczywistym poznaniu partnera biznesowego. W efekcie znacząco rośnie ich trwałość oraz jakość.

Istotnym elementem tego podejścia jest również świadoma kuracja uczestników. Klub Biznesu na Morzu nie jest otwartą platformą dla wszystkich, lecz środowiskiem skupiającym osoby, które realnie wpływają na rozwój swoich organizacji. Dzięki temu interakcje mają charakter partnerski, a rozmowy prowadzone są na poziomie decyzyjnym. To z kolei skraca dystans między pomysłem a jego realizacją i sprzyja powstawaniu konkretnych projektów biznesowych.

Nie bez znaczenia pozostaje także kontekst międzynarodowy. Realizacja spotkań w różnych częściach świata otwiera uczestnikom dostęp do nowych rynków, perspektyw i modeli działania. W połączeniu z pogłębionym networkingiem tworzy to środowisko, które nie tylko sprzyja wymianie kontaktów, ale przede wszystkim generuje realne możliwości ekspansji i współpracy ponad granicami.

Z biegiem czasu coraz wyraźniej widać, że zmienia się sposób, w jaki przedsiębiorcy podchodzą do budowania relacji. Maleje znaczenie przypadkowych kontaktów, rośnie natomiast potrzeba jakości, zaufania i autentyczności. Networking przestaje być działaniem taktycznym, a staje się elementem strategii rozwoju biznesu.

Z tej perspektywy Klub Biznesu na Morzu nie jest jedynie projektem czy wydarzeniem, lecz odpowiedzią na szerszą zmianę w sposobie myślenia o relacjach w biznesie. Pokazuje, że skuteczny networking nie wynika z intensywności kontaktów, lecz z warunków, w jakich te kontakty powstają. A te warunki – odpowiednio zaprojektowane – mogą diametralnie zmienić efekty, jakie przedsiębiorcy osiągają dzięki relacjom.

Patrząc w przyszłość, jestem przekonany, że znaczenie tego podejścia będzie rosło. W świecie, w którym technologia przyspiesza komunikację, paradoksalnie rośnie wartość bezpośrednich, pogłębionych relacji. To one pozostają najtrwalszym fundamentem biznesu – niezależnie od branży, rynku czy skali działalności.

Rafał Wiśniewski -prezes firmy Roseti Polska Sp. z o.o., specjalizującej się w pozyskiwaniu dotacji oraz funduszy na rozwój działalności firm z różnych branż. Od lat zajmuje się profesjonalnym prowadzeniem i rozliczaniem dotacji unijnych, dbając, aby proces ten przebiegał bezproblemowo dla beneficjentów. Od 2017 roku Rafał Wiśniewski organizuje również rejsy dla przedsiębiorców w ramach Klubu Biznesu na Morzu. Klub ten stanowi dynamicznie rozwijającą się społeczność, gdzie przedsiębiorcy mogą nawiązywać zarówno relacje towarzyskie, jak i biznesowe podczas rejsów.

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się w Targach Kielce. 30. Międzynarodowe Targi Przetwórstwa Tworzyw Sztucznych i Gumy będą areną prezentacji nowatorskich maszyn do produkcji, biznesowych rozmów i dyskusji. Biznesowy wymiar wzmocnią spotkania matchmakingowe oraz rozmowy z dziennikarzami z Europy, Azji i Afryki. Sprzedaż biletów online już trwa.  

 – Targi Plastpol od 30 lat służą rozwojowi światowego przemysłu tworzyw. Do Kielc rokrocznie przyjeżdżają przedstawiciele przedsiębiorstw z różnych kontynentów. Dzięki temu targi są katalizatorem inwestycji, relacji i wiedzy – podkreśla dr Andrzej Mochoń, prezes Targów Kielce. – W ramach jubileuszowej edycji przygotowujemy więcej inicjatyw, które wzmocnią wymiar międzynarodowy i biznesowy. Organizujemy przyjazd zagranicznych dziennikarzy m.in. z Austrii, Bułgarii, Niemiec, Włoch, Francji, Hiszpanii, Indii, Algierii.

Międzynarodowy Plastpol 2026

Od 19 do 22 maja 2026 w Targach Kielce około 600 firm z ponad 30 krajów, w tym Niemiec, Austrii, Włoch, Turcji, Chin, Indii, Arabii Saudyjskiej czy Stanów Zjednoczonych, zaprezentuje całe linie technologiczne, najnowszej generacji surowce do produkcji, produkty do przetwórstwa i usługi zwiedzającym z około 50 krajów. – Plastpol to kluczowy punkt na mapie wydarzeń branżowych na świecie – zaznacza Kamil Perz, dyrektor projektu w Targach Kielce. – O znaczeniu targów świadczą również stoiska narodowe, które na 30 edycję przygotują m.in. Niemcy, Austria, Indie, Szwajcaria i Czechy.

Globalne biznesy w Kielcach

Przez kilka tygodni w Targach Kielce powstaje fabryka – w czasie targów wszystkie linie do przetwórstwa, wtryskarki, wytłaczarki, rozdmuchiwarki, linie recyklingowe pracują na żywo. Produkcja odbywa się z wykorzystaniem najnowszej generacji granulatów, regranulatów, barwników i dodatków, które są przywożone z różnych stron świata.

– Kompleksowość wystawy sprzyja tworzeniu łańcuchów dostaw w wielu sektorach gospodarki wykorzystujących tworzywa sztuczne – od opakowań przez budownictwo, motoryzację, elektronikę, AGD, produkty dla dzieci, po przemysł obronny. Podczas Plastpolu zawiązują się i utrwalane są wieloletnie partnerstwa – zaznacza Kamil Perz, dyrektor projektu Plastpol. – Tu rozmowy biznesowe przekładają się na konkretne inwestycje. Podczas edycji 2025 podpisywano umowy dotyczące zakupu wtryskarek, linii do recyklingu i surowców.

Wzmocnieniem wartości biznesowej targów będą matchmakingowe spotkania, które odbędą się czwartego dnia targów. Udział będą mogli wziąć przedstawiciele firm i profesjonalni zwiedzający z różnych krajów. Zaplanowane i wcześniej ułożone rozmowy pozwolą nawiązać zupełnie nowe kooperacje.

Złote Medale dla innowacyjnych rozwiązań  

Najnowocześniejsze produkty rokrocznie doceniane są prestiżowymi Złotymi Medalami Targów Kielce. Wyróżnienia podkreślają technologiczne zaawansowanie produktów i ich użyteczność dla rozwoju branży, a także wzmacniają ich rozpoznawalność na rynku międzynarodowym. Nagrody wręczane są podczas gali Platinum Plast drugiego dnia targów, by na produkty zwrócić oczy całej branży już w czasie wydarzenia. Ten znak jakości, ceniony w środowisku przemysłowym, przekłada się na konkretne korzyści biznesowe także w kolejnych miesiącach. Wystawcy targów Plastpol już mogą zgłaszać produkty, formularz dostępny na stronie plastpol.com.

Konferencje i dyskusje o branży na targach Plastpol    

– Plastpol pełni więc rolę inkubatora nowości, biznesu oraz platformy do dyskusji o kondycji i przyszłości sektora tworzyw sztucznych – zaznacza Kamil Perz.

Dzień przed Plastpolem, 18 maja międzynarodowa branża spotka się podczas Plastics Industry Meeting, które organizują w Targach Kielce Fundacja PlasticsEurope Polska oraz Polski Związek Przetwórców Tworzyw Sztucznych. Plastics Europe na pierwszy dzień targów przygotowuje konferencję prasową, podczas której zaprezentowane zostaną najnowsze dane o branży. Drugi dzień to, zgodnie z tradycją, dyskusje w ramach seminarium Plastech Info, które organizuje serwis tworzywa.pl. Trzeciego dnia targów portal eplastics.pl przygotuje pierwszą w Polsce Konferencję branżową PPWR, poświęconą praktycznym aspektom wdrażania nowych regulacji dotyczących opakowań i gospodarki odpadami.

Ważną częścią targów Plastpol jest też konkurs dla wystawców OMNIPLAST, promujący specjalistyczną wiedzę i kompetencje w branży. Finał odbędzie się w czasie Plastpolu. Współorganizatorem przedsięwzięcia jest portal internetowy tworzywa.pl.

Bilety online na targi Plastpol 

– Plastpol 2026 będzie więc platformą spotkań globalnego przemysłu tworzyw. Wspólnie z branżą będziemy świętować jubileusz targów. Zapraszam, by już teraz zaopatrzyć się w bilety online i wykorzystać maksymalnie obecność na targach – podkreśla Kamil Perz, dyrektor projektu.

XXX Międzynarodowe Targi Przetwórstwa Tworzyw Sztucznych i Gumy PLASTPOL odbędą się od 19 do 22 maja 2026 w Targach Kielce, w Polsce. Więcej: plastpol.com

Kia Sportage – nie musi się tłumaczyć – test redakcyjny

Motoryzacja ma swoją pamięć. Jeszcze kilkanaście lat temu koreańskie samochody kupowało się głównie rozsądkiem. Dziś zakup azjatyckiego tygrysa nie potrzebuje żadnych usprawiedliwień. Sportage to jeden z tych modeli, który pokazuje, jak bardzo zmienił się układ sił na rynku. Kia nie musi już nikomu udowadniać, że potrafi zbudować dobry samochód. Teraz to ona pokazuje innym, jak to się robi.

Autor: Michał Garbaczuk

Design po liftingu: trochę Ameryki, trochę Azji, dużo Europy

Najnowsza odsłona Sportage’a po liftingu dostała zupełnie inaczej poprowadzone światła do jazdy dziennej, które nadają mu bardziej zdecydowany charakter. Dzięki pionowym ostro zakończonym LED-om przód auta wygląda teraz dojrzalej, bardziej agresywnie, momentami nawet lekko amerykańsko. Grill sprawia wrażenie ogromnego i zdecydowanie budzi respekt w tylnym lusterku. Nie wygląda już jak sympatyczny SUV dla rodziny z katalogu wakacyjnych wspomnień. Budzi respekt i słusznie, bo mamy do czynienia z naprawdę porządnym autem.

Koreańska logika

W środku widać, że projektanci starali się pogodzić nowoczesność z rozsądkiem. Fizycznych przycisków zostało już niewiele. Sorry, taki mamy klimat, że wszystko trafiło do ekranów, ale pod centralnym ekranem znalazł się sprytny panel dotykowy, który pozwala szybko dostać się do najważniejszych funkcji. To rozwiązanie jest dokładnie takie, jakie powinno być – nie przeszkadza, nie zmusza do studiowania instrukcji i pozwala zrobić to, co trzeba, jednym ruchem ręki. Krótko mówiąc: elektronika jest tu dla kierowcy, a nie odwrotnie.

150 KM, które robią robotę

Silnik 1.6 T-GDI o mocy 150 KM nie brzmi na papierze jak coś, co miałoby wywoływać emocje. A jednak w praktyce Sportage okazuje się zaskakująco żwawy. Automatyczna skrzynia dobrze współpracuje z jednostką napędową, a reakcja na gaz jest bardziej energiczna niż można by się spodziewać. Dodatkowo, sama praca skrzyni biegów jest aksamitna do bólu, a praca układu napędowego ociera się określenie „premium”.

Sportage nie jest sportowym SUV-em i bardzo dobrze. To samochód, który po prostu jedzie dokładnie tak, jak powinien. Jeśli potrzebujesz więcej mocy, dostępna jest jeszcze wersja 180 KM a także zelektryfikowane wersje HEV o mocy 239 KM i Hybryda Plug-in legitymująca się mocą 288 KM.

Na autostradzie Sportage okazuje się stabilny, przewidywalny i zaskakująco cichy. Nawet przy wyższych prędkościach kabina pozostaje miejscem, w którym można spokojnie rozmawiać albo słuchać muzyki bez konieczności podkręcania głośności do poziomu koncertowego. Jednostka 1.6 T-GDI uchodzi dziś za jedną z najbardziej dopracowanych benzynowych konstrukcji na rynku. Jest elastyczna, kulturalna i, co równie ważne, nie ma wielkiego apetytu na paliwo. W trasie około 7,5 l/100 km to wynik, który w przypadku rodzinnego SUV-a pełnego elektroniki można spokojnie uznać za więcej niż przyzwoity.

Podróżowanie z głową

Sportage został sprytnie przygotowany do codziennego życia i dłuższych podróży. Bagażnik ma podwójną podłogę, co pomaga uporządkować pakowanie i zabezpieczyć drobniejsze rzeczy przed efektem shaker-a. W drugim rzędzie siedzeń znajdziemy praktyczne haczyki i uchwyty, kieszenie w oparciach foteli oraz bardzo nowoczesny akcent w postaci portów USB-C wbudowanych w oparcia przednich siedzeń. To drobiazgi, które w praktyce okazują się bardziej przydatne niż kolejne marketingowe hasło w broszurze.

Testowany egzemplarz został wykończony jasną skórzaną tapicerką połączoną z Alcantarą, co daje bardzo przyjemne wrażenie jakości i elegancji. Wnętrze jest jasne, przyjazne i zdecydowanie nie sprawia wrażenia samochodu z segmentu budżetowego. Całość dopełnia duży, otwierany szyberdach, który wpuszcza do kabiny sporo światła i dodatkowo potęguje poczucie przestrzeni.

Nowy porządek w motoryzacji

Jeszcze niedawno Kia była marką, która goniła europejskich producentów zyskując aprobatę klientów głównie atrakcyjną ceną. Dziś sytuacja wygląda inaczej. Sportage nie jest już uczniem odrabiającym lekcję z motoryzacji. To raczej samochód, który pokazuje konkurencji jak projektować nowoczesne wnętrza, łączyć technologię z ergonomią i budować samochody, które po prostu działają.

Kia Sportage nie próbuje być sensacją. Nie udaje sportowca ani luksusowej limuzyny. Zamiast tego robi coś znacznie trudniejszego: jest po prostu bardzo dobrym samochodem do codziennego życia. Jest cichy, przestronny, wygodny i nie drenuje kieszeni właściciela w codziennej eksploatacji, a ponadto uchodzi za wzór niezawodności, co w dzisiejszej motoryzacji zaczyna być określane mianem prawdziwego luksusu.

 

„Bezapelacyjny numer jeden”: Bridgestone Potenza Sport EVO zwycięzcą testu opon letnich 2026 magazynu „sport auto”

Warszawa (13 marca 2026 r.) – Opona Bridgestone Potenza Sport EVO z technologią ENLITEN zwyciężyła w renomowanym teście opon letnich 2026 magazynu „sport auto”, uzyskując najwyższą łączną ocenę zarówno na mokrej, jak i na suchej nawierzchni.

 

Opona segmentu ultra-high-performance marki Bridgestone, testowana na modelu Mazda MX-5 w rozmiarze 205/45 R17, była jednym z siedmiu modeli ocenianych przez redakcję „sport auto”. Jako jedyna w całym teście otrzymała najwyższą notę „wybitna”, zdobywając 9,2 punktu.

Eksperci „sport auto” docenili Potenza Sport EVO za wyjątkowo dobrze zrównoważone osiągi. Podkreślili jej dynamiczne właściwości jezdne, określając ją jako „oponę bardzo bezpieczną, a jednocześnie dającą ogromną frajdę z jazdy — nasz bezapelacyjny numer jeden”. Szczególne uznanie zdobyły wysoki poziom przyczepności oraz precyzja prowadzenia w dynamicznych sytuacjach na drodze. Redakcja opisała tę oponę segmentu UHP jako „wyjątkowo angażującą, z dużym zapasem przyczepności zarówno na mokrej, jak i suchej nawierzchni”, a także taką, która „pozostaje bardzo precyzyjna i łatwa do kontrolowania również przy zmianach obciążenia”.

Nowa opona premium Bridgestone imponowała także na mokrej nawierzchni, zapewniając krótką drogę hamowania, znakomitą przyczepność w zakrętach oraz wysoki margines bezpieczeństwa w przypadku aquaplaningu.

Bazując na wielokrotnie nagradzanej Potenza Sport, nowa opona Bridgestone Potenza Sport EVO oferuje jeszcze lepsze osiągi sportowe, wyższy poziom kontroli na mokrej nawierzchni, większą trwałość oraz niższe zużycie paliwa i energii, a także szerszą gamę rozmiarów. Dostępna od stycznia 2026 r. Bridgestone Potenza Sport EVO z technologią ENLITEN zapewnia wyjątkową kontrolę przy wysokich prędkościach, utrzymując stabilność pojazdu zarówno na prostej, jak i w zakrętach. Opona oferuje również znakomitą przyczepność na mokrej nawierzchni, potwierdzoną najwyższą oceną A na unijnej etykiecie. W porównaniu z wielokrotnie nagradzaną Potenza Sport droga hamowania nowego modelu jest krótsza o 5 proc. na mokrej nawierzchni i o 2 proc. na suchej.1)

Poprawie osiągów towarzyszy także większa trwałość — nowy model zapewnia przebieg o 15 proc. wyższy niż jego poprzednik1), co przekłada się na około 6 000 dodatkowych kilometrów.2) Opona poprawia również oszczędność paliwa i wydłuża zasięg pojazdów elektrycznych dzięki obniżeniu oporów toczenia nawet o 6 proc.3)

1) Na podstawie wewnętrznych testów porównawczych Bridgestone Potenza Sport EVO i Bridgestone Potenza Sport, w rozmiarze referencyjnym 235/35 ZR19.

2) Rzeczywista żywotność opony zależy od wielu czynników, takich jak styl jazdy, charakterystyka nawierzchni czy warunki otoczenia.

3) Na podstawie wewnętrznych testów porównawczych Bridgestone Potenza Sport EVO i Bridgestone Potenza Sport, w rozmiarze referencyjnym 245/35 R18.

Ważne Informacje

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...

Jubileusz 25-lecia Stowarzyszenia Polskich Mediów – ćwierć wieku w służbie wolnego słowa i dialogu

Dwadzieścia pięć lat w świecie mediów to cała epoka. Przez ostatnie ćwierćwiecze krajobraz informacyjny Polski przeszedł fundamentalną transformację – od dominacji prasy drukowanej po...

Andrzej Mochoń prezesem Polskiej Izby Przemysłu Targowego

Prezes Targów Kielce, dr Andrzej Mochoń objął stanowisko prezesa Polskiej Izby Przemysłu Targowego. Zastąpił Tomasza Kobierskiego, byłego prezesa Międzynarodowych Targów Poznańskich (MTP). Andrzej Mochoń...

III Akademickie Mistrzostwa Europy w Programowaniu Zespołowym ICPC EUC 2026

Najlepsi studenci informatyki z całej Europy zmierzą się w Warszawie podczas III Akademickich Mistrzostw Europy w Programowaniu Zespołowym – najważniejszego konkursu algorytmiczno-programistycznego w Europie,...