.
Strona główna Blog Strona 10

OFERTA KONFERENCJI NIS2

OFERTA KONFERENCJI NIS2

Wyzwania i obowiązki dla polskiego biznesu w związku z wejściem w życie

dyrektywy NIS2 26 lutego 2026 | CIC Warsaw – Trend House

Rejestracja: www.debaty.online

1. Informacje ogólne

Tytuł wydarzenia: Konferencja NIS2 – Wyzwania i obowiązki dla polskiego biznesu

w związku z wejściem w życie dyrektywy NIS2

Data i miejsce: 26 lutego 2026 CIC Warsaw – Trend House, ul. Chmielna 73,

Warszawa

Organizator: Instytut Managera

Partnerzy: NASK – Państwowy Instytut Badawczy, CIC, Manager Report,

2. Cel wydarzenia

Dyrektywa NIS2 wprowadza nowe obowiązki dla tysięcy firm w Polsce. Konferencja

ma na celu przedstawienie realnych konsekwencji regulacji, obowiązków zarządów

oraz wymagań wobec dostawców i partnerów biznesowych.

Wydarzenie wyróżnia się podejściem: Zero ogólników. Zero teorii. Tylko realne

konsekwencje, obowiązki i kontrakty.

3. Dlaczego warto wziąć udział

• Najbardziej konkretne wydarzenie o NIS2 w Polsce

• Wystąpienia przedstawicieli administracji i ekspertów praktyków

• Perspektywa NASK, kluczowej instytucji w krajowym systemie

cyberbezpieczeństwa

• Możliwość zadania pytań regulatorom

• Networking z decydentami i liderami rynku• Dostęp do materiałów i nagrań po wydarzeniu

• Wzmocnienie pozycji firmy wobec klientów, regulatorów i partnerów

Hasła przewodnie: Biznes. Regulacje. Kontrakty.

4. Program wydarzenia

Format: debaty, wystąpienia eksperckie, sesje Q&A, networking Czas trwania:

9:30–15:00 Forma: stacjonarnie + transmisja online

4.1. Wystąpienie otwierające

Marcin Wysocki Zastępca Dyrektora Departamentu Cyberbezpieczeństwa

Ministerstwo Cyfryzacji

Temat: Jak państwo będzie egzekwować NIS2 i czego biznes musi się spodziewać

4.2. Debaty i wystąpienia

Debata I: NIS2 – obowiązek regulacyjny czy realne ryzyko biznesowe?

Debata II: Odpowiedzialność zarządu po NIS2 – nowe standardy nadzoru i decyzji

Eksperckie wystąpienia: Wpływ NIS2 na relacje z klientami, dostawcami i

partnerami zagranicznymi

5. Prelegenci

Marcin Wysocki – Ministerstwo Cyfryzacji

Agnieszka Wachowska – Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy

Damian Świderek – SecIQ

Klaudiusz Kaleta – SektorObronny.pl

NASK

6. Korzyści dla uczestników

• Zrozumienie realnych konsekwencji wdrożenia NIS2

• Możliwość zadania pytań przedstawicielom administracji

• Networking z liderami rynku

• Dostęp do materiałów konferencyjnych

• Perspektywa NASK – instytucji kluczowej dla bezpieczeństwa cyfrowego

państwa

• Wzmocnienie pozycji firmy wobec klientów i regulatorów

7. Ceny uczestnictwa

Udział stacjonarny: 1999 PLN netto Udział online: 1499 PLN nettoRejestracja: www.debaty.online

8. Kontakt

W sprawie partnerstwa, sponsoringu lub dedykowanych pakietów współpracy:

kontakt@debaty.onli

Jak dziś sprzedaje się nieruchomości komercyjne

Rynek nieruchomości inwestycyjnych rządzi się własnymi prawami. Skuteczna sprzedaż wymaga zrozumienia sposobu działania kapitału, procesu decyzyjnego inwestorów oraz realiów planistycznych i finansowych. Dawid Pawłowski – Właściciel Nieruchomości Komercyjne. opowiada o tym jak skutecznie prowadzić proces sprzedaży na rynku nieruchomości komercyjnych.

Jak na przestrzeni ostatnich lat zmieniła się rola pośrednika w obrocie nieruchomościami komercyjnymi, czego dziś oczekują sprzedający i kupujący?

Jeszcze kilkanaście lat temu rola pośrednika sprowadzała się do publikacji oferty i pośredniczenia w kontakcie między sprzedającym a kupującym. Dziś rynek jest bardziej dojrzały, a jednocześnie bardziej wymagający. Sam dostęp do informacji przestał być jakąkolwiek przewagą. Właściciele nieruchomości oczekują od pośrednika kompetencji doradczych i zdolności do przeprowadzenia transakcji od początku do końca.

Pośrednik musi doskonale rozumieć parametry techniczne nieruchomości, kontekst rynkowy, strukturę popytu, sposób myślenia inwestorów, horyzont czasowy, a także akceptowalny poziom ryzyka. Nie chodzi już o to w jaki sposób oferta powinna być zaprezentowana na portalach.

Zmienił się również charakter odpowiedzialności pośrednika. Polega ona teraz na przygotowaniu całego procesu sprzedaży w taki sposób, aby miał on sens ekonomiczny i był możliwy do zamknięcia. Właściciele nieruchomości komercyjnych oczekują dziś skuteczności, rozumianej jako zdolność do dotarcia do właściwych kupujących i prowadzenia rozmów w sposób rzeczowy i przewidywalny. Pośrednik staje się uczestnikiem rynku, a nie jego obserwatorem. Jego skuteczność mierzy się nie liczbą ofert, lecz jakością relacji i doświadczeniem w finalizowaniu transakcji.

Właściciele działek mają problem z korzystną sprzedażą, a inwestorzy i deweloperzy mają z kolei problem z pozyskaniem atrakcyjnych nieruchomości. Czy ten rynek w ogóle działa tak jak należy?

Rynek działa, ale nie w sposób efektywny. Problem nie polega na braku kapitału ani na niedoborze nieruchomości, lecz na niedopasowaniu informacji i oczekiwań po obu stronach transakcji. Właściciele działek często nie potrafią przedstawić swojej nieruchomości w kategoriach inwestycyjnych, natomiast inwestorzy poszukują projektów, które spełniają jasno określone kryteria ekonomiczne i planistyczne.

Z perspektywy właściciela działka jest zasobem, którego wartość ocenia się przez pryzmat lokalizacji lub przyszłego potencjału. Z perspektywy inwestora jest to projekt, który musi dać się policzyć, porównać i obronić w określonym horyzoncie czasowym. Jeżeli te dwa sposoby myślenia nie spotykają się w jednym punkcie, transakcja nie dochodzi do skutku, mimo że obie strony deklarują zainteresowanie.

Dodatkowym problemem jest sposób obiegu ofert. Atrakcyjne nieruchomości rzadko funkcjonują w publicznym obiegu. Inwestorzy i deweloperzy w pierwszej kolejności opierają się na relacjach i bezpośrednich kontaktach. Właściciele działek, którzy próbują sprzedawać samodzielnie lub w oparciu o ogłoszenia, trafiają do podmiotów przypadkowych, a nie do grupy potencjalnych klientów.

W efekcie rynek sprawia wrażenie niewydolnego, a tak naprawdę brakuje mechanizmu, który porządkowałby informacje i interesy stron. Tam, gdzie pojawia się podmiot rozumiejący logikę obu stron, transakcje dochodzą do skutku.

A więc co w praktyce decyduje o powodzeniu transakcji? Dlaczego samo wystawienie nieruchomości na rynek coraz rzadziej prowadzi do skutecznej sprzedaży?

Sprzedaż nieruchomości komercyjnych nie działa na podstawie logiki rynku masowego. Potencjalni nabywcy mają łatwy dostęp do ofert, danych i analiz, natomiast kapitał inwestycyjny pozostaje selektywny i ostrożny. W efekcie szeroka ekspozycja oferty nie zwiększa jej atrakcyjności, a często prowadzi do jej deprecjacji.

O powodzeniu transakcji decyduje przede wszystkim sposób przygotowania oferty i nieruchomości do sprzedaży. Obejmuje on realistyczną ocenę jej wartości, osadzenie ceny w aktualnych warunkach rynkowych oraz właściwe określenie grupy docelowej nabywców. Inaczej sprzedaje się obiekt interesujący dewelopera, a inaczej mieszkania lub działki pod budownictwo jednorodzinne. Oferta nie może trafiać do podmiotów, dla których nie okaże się interesująca. Kluczowe znaczenie ma również moment wejścia na rynek. Nieruchomość wystawiona w nieodpowiednim czasie, przy błędnych założeniach cenowych lub bez jasnej narracji inwestycyjnej, szybko przestaje interesować kogokolwiek. Informacja o braku zainteresowania rozchodzi się szybciej niż sama oferta, co z reguły zamyka drogę do rozmów z poważnymi nabywcami.

W praktyce sprzedaż nieruchomości komercyjnej opiera się na precyzyjnym dotarciu do wąskiej grupy decydentów, a nie na publicznym obiegu ogłoszeń. O powodzeniu transakcji decydują relacje, zaufanie oraz zdolność do prowadzenia rozmów w oparciu o konkretne liczby i jasno określone warunki. To proces, który wymaga doświadczenia, znajomości rynku i umiejętności czytania intencji drugiej strony, a nie jedynie publikacji dobrze widocznych ogłoszeń.

Prowadzenie transakcji to trudny proces, szczególnie gdy pojawiają się rozbieżności co do ceny czy warunków umowy. W takich sytuacjach nie wystarcza przekazywanie stanowisk stron. Konieczna jest zdolność do wyjaśnienia interesów każdej z nich, uporządkowania argumentów i zaproponowania rozwiązań, które pozwalają kontynuować proces. To wymaga doświadczenia oraz zaufania obu stron do osoby prowadzącej rozmowy.

Praca pośrednika jest szczególnie widoczna na etapie finalizacji. Na tym rynku transakcje rzadko upadają z powodów formalnych. Znacznie częściej przyczyną są błędne założenia, brak decyzyjności lub nieumiejętność domknięcia rozmów. Pośrednik, który faktycznie prowadzi transakcję, odpowiada za spójność całego procesu, a nie jedynie za obecność przy stole negocjacyjnym.

Często podkreśla Pan znaczenie relacji z deweloperami i inwestorami. W jaki sposób sieć kontaktów przekłada się na konkretne efekty sprzedażowe?

Rynek nieruchomości komercyjnych funkcjonuje w dużej mierze poza obiegiem publicznych ofert. Znaczna część transakcji rozpoczyna się od bezpośrednich rozmów, jeszcze zanim pojawi się formalna propozycja sprzedaży. W takich warunkach sieć kontaktów decyduje o tym, czy zakup nieruchomości w ogóle będzie rozważany. Pośrednik, który zna strategie inwestycyjne konkretnych podmiotów, jest w stanie zaprezentować ofertę tym nabywcom, dla których ma ona sens ekonomiczny. Ogranicza to liczbę przypadkowych rozmów i pozwala skupić się na podmiotach realnie zdolnych do przeprowadzenia transakcji. W praktyce oznacza to mniejszą liczbę spotkań, ale wyższy poziom skuteczności.

Relacje budują również zaufanie, które w tym segmencie rynku ma wymierną wartość. Inwestorzy chętniej angażują się w rozmowy, gdy wiedzą, że oferta została wcześniej zweryfikowana, a za jej prezentacją stoi osoba rozumiejąca ich sposób myślenia. Zaufanie to nie wynika z jednorazowego kontaktu, lecz z historii współpracy i powtarzalności działań. Dzięki temu rozmowy mogą dotyczyć istoty transakcji, a nie wątpliwości co do jej wiarygodności.

Wreszcie, dobrze rozwinięta sieć kontaktów pozwala właściwie ocenić potencjał nieruchomości jeszcze przed rozpoczęciem formalnego procesu sprzedaży. Informacje zwrotne od deweloperów i inwestorów pomagają skorygować oczekiwania cenowe i dobrać strategię.

W takim razie proszę powiedzieć jak wygląda proces dopasowania oferty do konkretnego typu kupującego?

Jak już mówiłem wcześniej, o atrakcyjności obiektu nie decyduje jego uniwersalność, lecz zgodność z określoną strategią inwestycyjną kupującego. Ta sama nieruchomość może mieć zupełnie inną wartość dla dewelopera, funduszu inwestycyjnego czy prywatnego inwestora. Dopiero właściwe rozpoznanie tych różnic pozwala mówić o realnym procesie sprzedaży.

Deweloper będzie patrzył na potencjał przekształceń, parametry zabudowy i otoczenie planistyczne. Inwestor długoterminowy skupi się na stabilności przychodów, jakości najemców i przewidywalności kosztów. Z kolei kapitał prywatny często poszukuje projektów wymagających uporządkowania lub restrukturyzacji, które pozwalają na wzrost wartości w określonym horyzoncie czasowym. Każda z tych grup operuje inną logiką decyzji.

Proces dopasowania polega więc na zbudowaniu spójnej narracji inwestycyjnej, odpowiadającej oczekiwaniom konkretnego nabywcy. Nie chodzi o zmianę faktów, lecz o właściwe ich uporządkowanie i akcentowanie elementów, które mają znaczenie dla danej strategii. Bez tego nieruchomość staje się ofertą ogólną, która nie przemawia do nikogo w sposób wystarczająco przekonujący.

W praktyce oznacza to także świadome zawężenie grona odbiorców. W przypadku nieruchomości komercyjnych, skuteczna sprzedaż rzadko polega na szerokiej dystrybucji informacji. Częściej jest efektem precyzyjnego dotarcia do kilku podmiotów, dla których dana nieruchomość stanowi odpowiedź na konkretną potrzebę. To podejście porządkuje proces sprzedaży, skraca czas rozmów i zwiększa prawdopodobieństwo domknięcia transakcji.

Jakie błędy najczęściej popełniają właściciele nieruchomości, próbując samodzielnie sprzedać obiekt komercyjny?

Najczęstszym błędem popełnianym przez właścicieli nieruchomości jest założenie, że sprzedaż przebiega podobnie jak sprzedaż nieruchomości mieszkaniowej. W praktyce są to dwa odrębne rynki, oparte na innych kryteriach oceny i innym sposobie podejmowania decyzji. Próba przeniesienia prostych schematów prowadzi zazwyczaj do rozczarowania i straty czasu.

Drugim istotnym błędem jest niewłaściwe określenie ceny wyjściowej. Właściciele często opierają swoje oczekiwania na historycznych kosztach zakupu, planach inwestycyjnych lub porównaniach z ofertami, które nie znalazły nabywców. Rynek nieruchomości komercyjnych wycenia obiekty w oparciu o przyszłe przepływy pieniężne i ryzyko, a nie o sentyment czy nakłady poniesione w przeszłości. Błędna wycena skutkuje brakiem zainteresowania ze strony poważnych inwestorów.

Często spotykanym problemem jest także brak przygotowania merytorycznego do rozmów. Inwestorzy oczekują jasnych danych dotyczących przychodów, kosztów, umów najmu, stanu prawnego oraz potencjalnych ryzyk. Jeżeli takich informacji brakuje lub są one niespójne, rozmowy kończą się na wczesnym etapie. Samodzielna sprzedaż bez odpowiedniego zaplecza analitycznego obniża wiarygodność oferty.

Wreszcie, właściciele działający samodzielnie mają ograniczony dostęp do realnych nabywców. Publiczne ogłoszenia trafiają głównie do podmiotów przypadkowych, często bez zdolności decyzyjnej lub finansowej. Brak relacji z inwestorami i deweloperami powoduje, że oferta krąży po rynku, tracąc na atrakcyjności, zamiast trafić bezpośrednio do podmiotów, które mogłyby rzeczywiście z niej skorzystać.

Rozmawiał Mateusz Banaszak

 

 

NIS2 nadchodzi szybciej, niż myślisz.

NIS2 nadchodzi szybciej, niż myślisz.
26.02.2026 | CIC Warsaw – Trend House

To nie będzie kolejna konferencja o cyberbezpieczeństwie.
To będzie najbardziej konkretne spotkanie o NIS2 w Polsce — z głosem, którego wszyscy chcą słuchać.

Marcin Wysocki,
Zastępca Dyrektora Departamentu Cyberbezpieczeństwa w Ministerstwie Cyfryzacji,
pojawi się u nas, by powiedzieć wprost, jak państwo będzie egzekwować NIS2 i czego biznes musi się spodziewać.

Zero ogólników.
Zero teorii.
Tylko realne konsekwencje, obowiązki i kontrakty.

Biznes. Regulacje. Kontrakty.
Jeśli chcesz być przed zmianą, a nie pod nią — widzimy się 26 lutego.
Rejestracja: debaty.online

Andrzej Mochoń prezesem Polskiej Izby Przemysłu Targowego

Prezes Targów Kielce, dr Andrzej Mochoń objął stanowisko prezesa Polskiej Izby Przemysłu Targowego. Zastąpił Tomasza Kobierskiego, byłego prezesa Międzynarodowych Targów Poznańskich (MTP). Andrzej Mochoń funkcję tę będzie sprawował po raz drugi – prezesem PIPT był już w latach 2010-2011, następnie, aż dotąd, pełnił funkcję wiceprezesa.

Polska Izba Przemysłu Targowego zrzesza organizatorów wystaw i operatorów obiektów targowych, firmy zajmujące się projektowaniem i budową stoisk, marketingiem, transportem czy usługami informatycznymi. Łącznie tworzy ją 70 członków. Rdzeń branży stanowią ośrodki wystawiennicze. Zdecydowana większość, bo aż 70% udziału w łącznej wynajętej powierzchni wystawienniczej należy do MTP i Targów Kielce.

Nieco inaczej wygląda struktura zysków. Najnowsze dostępne dane (z 2024 roku) pokazują, że kielecki ośrodek wyprzedził konkurencję osiągając zysk na poziomie 18 milionów złotych. Kolejny wynik należy do ZIAD Bielsko-Biała, organizatora targów Energetab – ośrodek zarobił 2 miliony 200 tysięcy złotych. Trzecia pozycja w rankingu należy do Targów w Krakowie z zyskiem 46 tysięcy złotych. MTP, z ponad 14-milionową stratą, zajmują na liście przedostatnią pozycję. Większą stratę odnotował jedynie Ptak Warsaw Expo – 18 milionów.

Świetne wyniki finansowe kieleckiego ośrodka od kilku lat pozostają na stabilnym poziomie, między innymi dzięki zróżnicowanemu portfolio, ale także branżowej specjalizacji centrum – ośrodek wiedzie prym w branży obronnej, wydarzeniach dla służb mundurowych oraz przemysłu. Posiada szeroką ofertę wydarzeń B2B, spośród których część ma już ugruntowaną na rynku pozycję, a inne skutecznie ją budują. Dzięki stabilnej sytuacji finansowej ośrodka możliwe było rozpoczęcie największej inwestycji ostatniej dekady, czyli budowy hali wystawienniczej o powierzchni 18,5 tysiąca metrów kwadratowych, której ukończenie zaplanowano na czerwiec tego roku.

Kim jest Andrzej Mochoń? Funkcję prezesa Targów Kielce pełni od 20 lat. Z wykształcenia jest geologiem – ukończył studia na Uniwersytecie Wrocławskim, a stopień doktora uzyskał na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2006 roku pełni funkcję prezesa zarządu Targów Kielce. Jest współtwórcą Międzynarodowego Salonu Przemysłu Obronnego (MSPO) – trzeciej po londyńskim DSEI i paryskim Eurosatory – wystawy obronnej w Europie. W ciągu 20 lat jego zarządzania kieleckimi targami, ośrodek stał się nie tylko jednym z najistotniejszych centrów na mapie Polski, ale także Europy. Zyskał nowoczesną infrastrukturę – między innymi za sprawą budowy Centrum Kongresowego w 2013 roku oraz hali nr 5 (dawniej hala E).

Obok pracy zawodowej, Andrzej Mochoń interesuje się fotografią – jest członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików. Jego pasją jest muzyka jazzowa – jest inicjatorem organizowanego od ponad 20 lat Memorial to Miles Targi Kielce Jazz Festival, a także jednym z pomysłodawców budowy pierwszego pomnika Milesa Davisa na świecie, który stoi przy Kieleckim Centrum Kultury. Uwielbia góry; jest zdobywcą Mont Blanc. Mówi w pięciu językach.

PSPS apeluje o merytoryczną ocenę postulatów zmian Warunków Technicznych

We wrześniu br. ma wejść w życie nowe rozporządzenie w sprawie warunków technicznych jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie (WT). Polskie Stowarzyszenie Producentów Styropianu (PSPS) skierowało do Michała Jarosa, Sekretarza Stanu w Ministerstwie Rozwoju i Technologii pismo z apelem o merytoryczną ocenę uwag zgłoszonych w konsultacjach publicznych i pracach eksperckich nad projektem. Stanowisko jest odpowiedzią na kierowane w tym zakresie do resortu postulaty środowiska tzw. ekspertów do spraw pożarnictwa.

PSPS wskazuje, że proponowane zmiany dotyczące ocieplania budynków z uwagi na bezpieczeństwo pożarowe nie znalazły potwierdzenia w pracach eksperckich nad projektem rozporządzenia.

W ocenie PSPS apele do Ministerstwa o utrzymanie zapisów sprzecznych z analizami przyczyn pożarów oraz badaniami skuteczności i trwałości proponowanych rozwiązań z wełną są nieuzasadnione i szkodliwe dla rynku ociepleń. Wśród negatywnych skutków wejścia w życie takich zmian PSPS wymienia m.in. istotny wzrost kosztów budowy oraz spadek dostępności termomodernizacji, co negatywnie wpłynęłoby na sytuację milionów polskich rodzin. Tego samego zdania są organizacje i producenci pozostałych dominujących w ociepleniach termoizolacji oraz organizacja zrzeszająca producentów systemów ociepleń ETICS (SSO).

Przedstawiciele PSPS podkreślają, że propozycje ograniczenia stosowania płyt styropianowych uzasadniane względami przeciwpożarowymi nieprzypadkowo pojawiają się w przeddzień realizacji wyzwań związanych z ograniczaniem energochłonności polskich budynków. W ocenie ekspertów postulaty to element walki o rynek ociepleń, na którym trwałe, dostępne i sprawdzone płyty styropianowe o niskiej nasiąkliwości oraz innowacyjne grafitowe styropiany, pozwalające zmniejszyć grubość ocieplenia nawet o 30%, od lat dominują nad wełną w ociepleniach metodą ETICS.

PSPS zwraca również uwagę Ministra, że apele o utrzymanie zmian Działu VI WT zgłaszane na potrzeby tej dyskusji przez środowiska tzw. ekspertów ds. pożarnictwa, pochodzą od środowisk współpracujących i wspieranych przez producentów  wełny – potencjalnych rynkowych beneficjentów takich zmian.

Po miesiącach prac nad kształtem nowych przepisów, wyraźnie widać, że za postulatami  ograniczenia stosowania ociepleń ze styropianem nie stoją żadne twarde dane. Wykorzystywanie w dyskusji dot. nowych przepisów wybiórczych informacji nt. ostatnich przypadków pożarów oraz wiązanie tych wydarzeń ze styropianem jest nieuprawnione i narusza dobre imię naszej branży. Podważa też obiektywizm i zaufanie sektora ociepleń do grup i osób publicznie prezentujących takie wnioski z pozycji ekspertów. O zbadanie transparentności działań tych podmiotów wystąpiliśmy do właściwych służb i organów administracji. Polacy powinni mieć pewność, że troska o ich bezpieczeństwo nie jest wyłącznie narzędziem retoryki na potrzeby tej dyskusji – komentuje Kamil Kiejna, prezes PSPS.

PSPS zwraca jednocześnie uwagę, że ETICS ze styropianem są dominującym rozwiązaniem w zakresie ocieplania zewnętrznych ścian budynków w Polsce i większości krajów Europy, a ich bezpieczeństwo potwierdzają systematyczne badania wykonywane w niezależnych jednostkach.

***

Polskie Stowarzyszenie Producentów Styropianu z siedzibą w Warszawie, działa od 2010 roku i zrzesza 29 wiodących producentów izolacyjnych płyt styropianowych stosowanych w budownictwie, którzy reprezentują ok. 85% polskiego rynku tego materiału.

Organizacja współtworzy, opiniuje i konsultuje normy techniczne oraz przepisy prawne dotyczące produkcji i zastosowań styropianu do termoizolacji w budownictwie. Współdziała z krajowymi i zagranicznymi organizacjami branży budowlanej, instytucjami naukowo-technicznymi, organami administracji państwowej i samorządowej na rzecz rozwoju produktów styropianowych oraz ich zastosowań. Podejmuje liczne działania na rzecz jakości styropianu dla budownictwa na polskim rynku, wspierając i upowszechniając zasady uczciwej konkurencji oraz dobre standardy na rynku budowlanym.

PSPS reprezentuje polską branżę producentów styropianu w Europejskim Stowarzyszeniu Producentów EPS (EUMEPS).

Range Rover SV Intrepid LWB P615 – test redakcyjny

Luksus absolutny… z drobnymi niedogodnościami pierwszego świata. Przy samochodzie kosztującym około 1,7 mln zł wypada zachować się odpowiednio. Czyli: docenić perfekcję, a potem pozwolić sobie na narzekanie, bo przecież po coś ten luksus jest. I tak, w trakcie testu pojawiła się pierwsza rysa na marmurze.

Autor: Michał Garbaczuk

Walizka kontra barek

Okazało się bowiem, że do bagażnika nie da się zapakować dużej walizki. Powód? Tylna część lodówki, tej pięknej, chłodzącej szampana, wystaje dokładnie na środku przestrzeni bagażowej i skutecznie blokuje sensowne pakowanie. Rada konsumencka? Bierzcie mniejsze walizki, albo zostawcie to concierge’owi, a na trasę dom – lotnisko – prywatny jet wystarczy kabinówka. Bo przecież nikt rozsądny nie zrezygnuje z barku dla jakiejś „pierdoły” w postaci logistyki bagażu.

Wspinaczka alpinistyczna klasy premium

Druga niedogodność to wysoka pozycja foteli. Owszem, Range Rover jest królem szos, monumentalnym, ostentacyjnym, grubo ponad pięciometrowym klocem dominacji, ale jednak wsiadanie i wysiadanie wymaga opracowania pewnej techniki, bowiem nogawka ubrudzona o próg boli bardziej, gdy masz na sobie coś droższego niż komplet dresowy od Balenciagi. Według mnie ten samochód powinien po prostu jeszcze bardziej się obniżać, do poziomu, w którym nie muszę się zsuwać z fotela, żeby zeskoczyć na ziemię. Dosłownie. W konfiguratorze znalazłem opcję wysuwającego się z podłogi podestu, ale nie wiedzieć czemu ktoś zapomniał jej kliknąć, choć zapewniano mnie, że podświetlono okienko z napisem „zaznacz wszystko”.

Manewry? Proszę bardzo

I teraz paradoks: ten ponad pięciometrowy i prawie 3-tonowy kolos skręca genialnie. Tylna oś skrętna sprawia, że Range Rover zawija niemal w miejscu, manewrując na parkingach z gracją auta o dwa segmenty mniejszego. A że zajmuje dwa miejsca parkingowe? No cóż. Kto bogatemu zabroni? A potem widzisz swoje numery rejestracyjne na fanpage-u, gdzie udostępniane są zdjęcia samochodów zaparkowanych mówiąc delikatnie – nonszalancko. Drodzy internauci, zwracam się do Was tymi słowami: kochani, wierzcie mi, nie da się inaczej. Po prostu się nie da. Kierowcy dużych samochodów wybierają mniejsze zło, bo albo będą wystawać na pół pasa blokując przejazd, albo na chodnik utrudniając życie pieszym. Nie zna życia ten, kto nigdy nie zmierzył się z zaparkowaniem Pick-upa, kampera czy luksusowej limuzyny.

Reszta? Czysty luksus bez przypisów

Poza powyższymi niedogodnościami Range Rover SV to luksus pełną gębą. Wszystko, co znajduje się na pokładzie, jest najlepszej jakości, perfekcyjnie spasowane i wykonane tak, że konsolę środkową spokojnie postawiłbym w salonie. W zimny dzień grzeją się wszystkie fotele, kierownica, podłokietniki, a masaż… masaż robi rzeczy, których nie da się opisać bez popadania w poezję. Program „gorące kamienie” to przeniesienie do innego wymiaru wypoczynku. Wszystko dzieje się szeptem, Ty czujesz tylko ciepło, rytm i satynową miękkość masujących dłoni. Zaczynasz lewito… chociaż nie, zaczynasz unosić się nad rzeczywistością.

A Rzeczywistość? Też da się ogarnąć

W tym świecie wszystko mogłoby się wydarzyć naprawdę. Nawet sytuacja, w której nagle zabrakłoby płynu do spryskiwaczy. Wyobrażam to sobie tak: dzwonisz do concierge’a, po chwili nad Tobą pojawia się transportowy samolot, który uzupełnia płyn w locie, a Ty nawet nie musisz się zatrzymywać. To urodziło się w głowie. Ale nie widzę powodu, dla którego nie mogłoby się wydarzyć.

Zastanawiam się tylko nad jedną kwestią: Czy ten samochód powinno się prowadzić samemu? Bo skoro jest salonka i barek, i elektrycznie wysuwany stolik, i ekrany, a nawet tapicerka w różnym kolorze z przodu i z tyłu, która już po otwarciu drzwi mówi: Hej, wsiadłeś nie tymi drzwiami… to czy sąsiedzi powinni mnie oglądać wystającego zza kierownicy? Odpowiedź brzmi: czemu nie? W końcu pod prawą stopą mam potencjometr wyzwalający 615 koni mechanicznych, będących w stanie katapultować to wielkie cielsko od 0 do 100 km/h w 4,5 sekundy i rozpędzić się do ponad 260 km/h! Czysty obłęd w kolorowych skarpetkach! Ja wiem, że to jak zejść z komnaty do kuchni służby, żeby otworzyć lodówkę i wgryźć się w pęto podwawelskiej maczanej w musztardzie, ale jak smakuje!

Konkluzja (bez fałszywej skromności)

Range Rover SV Intrepid LWB P615 to samochód, w którym: narzekasz tylko dlatego, że możesz, problemy są luksusowe, a każda niedogodność brzmi jak anegdota do kolacji. To już nie jest auto, a stan umysłu okraszony satynowym lakierem za 66 460 zł. I tak – absolutnie nie zrezygnowałbym z barku. Nigdy.

Integracja a nie asymilacja

Prof. Agnieszka Chłoń-Domińczak, prorektorka ds. nauki Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie oraz dyrektorka Instytutu Statystyki i Demografii przypomina, że nie ma powrotu do dawnych norm społecznych. Musimy szukać nowych – takich, które pozwolą łączyć nowoczesność z odpowiedzialnością za przyszłość. Co więcej, musimy przestać bać się imigrantów i lepiej wykorzystywać tzw. silversów

Zacznijmy proszę od pani ścieżki zawodowej.

Jest ona dosyć nietypowa. Studiowałam w Szkole Głównej Handlowej na kierunku Metody Ilościowe i Systemy Informacyjne. Kontynuowałam naukę na studiach doktoranckich, jednocześnie podejmując pracę zawodową. Mój promotor, profesor Marek Góra, współtworzył wówczas Biuro Pełnomocnika Rządu ds. Reformy Systemu Zabezpieczenia Społecznego – czyli agendę rządową zajmującą się reformą emerytalną. Zaczęłam tam pracować i to zaangażowanie w administrację publiczną przedłużyło się aż do 2009 roku.

Od 2002 r. kierowałam Departamentem Analiz Ekonomicznych i Prognoz w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej, współpracując z profesorem Jerzym Hausnerem, pracując nad tzw. Planem Hausnera. Później byłam dwukrotnie wiceministrem pracy – w rządzie Marka Belki i w pierwszym rządzie Donalda Tuska. Odpowiadałam między innymi za systemy emerytalne, politykę rodzinną, koordynację systemów zabezpieczenia społecznego i równe traktowanie. W 2009 roku wróciłam na uczelnię.

Po powrocie zrobiła pani habilitację?

Tak. Doktorat obroniłam w 2004 roku – jeszcze w czasie pracy w ministerstwie. Habilitację uzyskałam już po powrocie na uczelnię.

Czy w SGH nie powstał kiedyś pomysł, by stworzyć klub byłych premierów i ministrów? Macie ich przecież wyjątkowo dużo.

Nie liczyłam, ile jest takich osób, ale mam wrażenie, że rektor Piotr Wachowiak zna tę liczbę. Podejrzewam, że jest nas wielu – z różnych obszarów. W moim przypadku, czyli Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, chyba jestem wyjątkiem, bo większość naszych absolwentów działała raczej w ministerstwach gospodarczych czy w Ministerstwie Finansów. Ale rzeczywiście – to godna grupa. Myślę, że SGH jest wyjątkowa pod względem budowania etosu służby publicznej. To uczelnia, w której uczono nas odpowiedzialności – świadomości, że nasze decyzje mogą wpływać na polityki publiczne i że mamy wobec państwa pewną misję. Moje pokolenie jest wychowane na reformach związanych z planem Balcerowicza, którego asystentami byli moi koledzy z roku. Nasza uczelnia kształtuje liderów, również w sferze publicznej, i to kierowało moimi wyborami po studiach. Bardzo się natomiast cieszę, że po latach w administracji publicznej wróciłam do SGH.

Moi znajomi, którzy trafiali do administracji, podkreślali: niższa pensja, większa odpowiedzialność i gorszy samochód służbowy.

Trochę tak jest – zwłaszcza jeśli ktoś przechodzi z sektora prywatnego. Ja po studiach zaczynałam w sektorze publicznym, więc może nie miałam porównania, ale miałam poczucie misji. Byłam mianowanym urzędnikiem służby cywilnej i znaczek to potwierdzający nadal mam – choć raczej nie sądzę, bym do administracji wróciła. To było dla mnie ważne – poczucie, że robi się coś dla państwa. Inspirowali mnie tacy mentorzy, jak profesorowie Balcerowicz, Hübner czy Rosati. To osoby, które kształtowały nasze przekonanie, że służba publiczna ma znaczenie i powinna być apolityczna. Niestety, w Polsce ten ideał się nie udał – i zapewne już się nie uda – ale wciąż staramy się wspierać państwo naszą wiedzą i doświadczeniem.

W jaki sposób?

Obecnie jestem przewodniczącą Rządowej Rady Ludnościowej. Kontynuuję tradycję prof. Strzeleckiego z SGH, który przez wiele lat kierował Radą. Przewodniczę również Radzie ds. Polityki Rodzinnej i Demograficznej, którą wspiera minister rodziny, pracy i polityki społecznej. Tam, gdzie możemy wnieść głos badaczy – głos rozsądku, oparty na wiedzy i faktach – staramy się to robić, choć nie jest to dziś łatwe.

Od kiedy pełni pani funkcję prorektorki?

Od 2020 roku. Warto w tym miejscu przypomnieć, że kolejni rektorzy SGH są wybierani. Przedstawiają społeczności akademickiej swój zespół – prorektorów i dziekanów. Tak jest zapisane w naszym statucie, by społeczność wiedziała, z kim rektor zamierza współpracować.

Pełni pani wiele funkcji. Jak dużym zespołem pani kieruje?

To zależy od obszaru. Jako prorektorka ds. nauki nadzoruję pracę Działu Nauki, Działu Obsługi Projektów, Biblioteki, Wydawnictwa – czyli koordynuję kilka struktur administracyjnych. Współpracuję z Dziekanami Kolegiów i Radami dyscyplin. Kieruję też Instytutem Statystyki i Demografii, w którym pracuje około trzydziestu kilku osób, a także zespołami projektowymi, również w ramach projektów międzynarodowych. To wymaga łączenia wielu wątków, monitorowania efektów naukowych, zarządzania i pracy badawczej.

Zajmuje się pani demografią. Widzimy, że Polaków jest coraz mniej, a jednocześnie władze coraz bardziej obawiają się wpuszczania do kraju ludzi z zewnątrz – nawet tych kulturowo nam bliskich, jak Ukraińcy.

Rzeczywiście, sytuacja demograficzna Polski nie wygląda łatwo, choć demografowie powtarzają od dawna, że ludność Polski będzie się starzeć i Polaków będzie ubywać. Już w 1997 roku, gdy przygotowywaliśmy reformę emerytalną, zwracaliśmy uwagę – we współpracy z badaczami, m.in. prof. Ireną Elżbietą Kotowską – że starzenie się populacji jest procesem nieuniknionym. Dane z końca lat 90. wyraźnie wskazywały skutki spadku dzietności, który rozpoczął się na początku lat 90., a także wydłużania się życia i procesów emigracyjnych.

Polska jeszcze do niedawna była krajem emigracyjnym, co nasiliło się po akcesji do UE. Od lat zwracaliśmy uwagę na te wyzwania. Teraz widzimy, że kwestia demografii coraz mocniej przenika do dyskursu publicznego. W tym roku na Forum Ekonomicznym w Karpaczu temat ten wyraźnie był widoczny. W trakcie forum uczestniczyłam w czterech panelach poświęconych demografii – a było jeszcze kilka innych. To pokazuje, że świadomość problemu rośnie. Pracodawcy coraz wyraźniej widzą, że liczba osób w wieku produkcyjnym się kurczy, a rąk do pracy ubywa.

Bez wątpienia migracje – szczególnie z Ukrainy – bardzo pomogły polskiemu rynkowi pracy. Bez cudzoziemców nasz system ubezpieczeń społecznych funkcjonowałby gorzej – już niemal 8 proc. osób, które płacą składki do ZUS to cudzoziemcy. Gdyby nie migranci, liczba osób ubezpieczonych w ZUS zaczęłaby spadać. A to oznacza, że możliwości finansowania emerytur i rent byłyby jeszcze bardziej ograniczone. A przecież nawet teraz FUS potrzebuje wsparcia z budżetu państwa, by zbilansować swoje wydatki.

Czyli obecność cudzoziemców to czynnik stabilizujący?

Tak, zdecydowanie. I to nie jest zjawisko nowe. Już po aneksji Krymu, długo przed pełnoskalową inwazją Rosji, obserwowaliśmy wzrost liczby cudzoziemców w Polsce, także tych płacących składki.

Czy Polska mogłaby stać się miejscem pracy dla ludzi z innych regionów świata – np. z Afryki? Coraz więcej młodych Europejczyków też emigruje w poszukiwaniu pracy.

To możliwe. Coraz częściej mówi się o tym, że Polska staje się atrakcyjna także dla obywateli krajów południowej Europy – Włochów, Hiszpanów, Portugalczyków. Widzimy wyrównywanie poziomów wynagrodzeń w Europie. Jednocześnie wciąż walczymy ze stereotypami. Polska bywa nadal postrzegana jako kraj o niższym poziomie rozwoju. Zdarzało mi się słyszeć pytania, czy mamy w Polsce kaloryfery, czy chodzą po ulicach białe niedźwiedzie. W świadomości wielu ludzi z południa Europy wciąż nie do końca uświadomiony jest poziom życia, jaki osiągnęliśmy. Zmieniamy to m.in. poprzez programy wymiany, takie jak Erasmus. Moja córka wróciła niedawno z wymiany we Włoszech i stwierdziła, że w Polsce żyje się lepiej – jest więcej zieleni, lepsze warunki mieszkaniowe, czy lepszej jakości woda w kranach.

Cóż, w krajach południowych kaloryfery nie są czymś oczywistym.

To prawda – tam ludzie w zimniejszych miesiącach często muszą dogrzewać się drogimi elektrycznymi piecykami. Więc z ich perspektywy pytanie o ogrzewanie ma sens.

Jakie rozwiązania w zakresie polityki demograficznej należałoby dziś proponować? Postawić na model prorodzinny czy raczej na imigrację?

Nie ma jednego rozwiązania. Polityka ludnościowa i demograficzna jest wielowątkowa i powinna być zintegrowana z innymi politykami publicznymi. Z jednej strony, mamy kwestie dzietności. Dziś barierą nie jest brak przedszkoli, lecz raczej niepewność młodych ludzi, ich lęki i obawy – ekonomiczne, społeczne, egzystencjalne. To także kwestie zdrowia prokreacyjnego, dostępu do mieszkań, stabilności zatrudnienia. Z drugiej strony, potrzebna jest rozsądna polityka migracyjna, która uzupełni niedobory na rynku pracy. Ale równie ważna jest refleksja o wydłużaniu aktywności zawodowej. Dyskusja o wyższym i równym wieku emerytalnym jest trudna, ale konieczna. Bez niej kobiety będą miały coraz niższe emerytury – w większości minimalne – i stracimy potencjał wykształconych kobiet w wieku 60+ na rynku pracy. Musimy też rozwijać system opieki długoterminowej i dostosowywać przestrzeń publiczną do rosnącej liczby osób starszych. To ogromne wyzwania.

Czy w Polsce istnieje spójna koncepcja polityki migracyjnej?

Trudno powiedzieć, że istnieje w pełni. I to nie tylko problem Polski. Widzimy w Europie przykłady zarówno udanych, jak i nieudanych polityk migracyjnych. Niemcy zdołali skutecznie zintegrować Turków czy Syryjczyków, podczas gdy Szwecja ma dziś ogromne problemy z przestępczością wśród imigrantów. Kluczem jest integracja, a nie asymilacja. Integracja oznacza włączenie migrantów w życie społeczne – zapewnienie dostępu do rynku pracy, edukacji, lokalnych wspólnot. Asymilacja natomiast wymagałaby przyjęcia tożsamości narodowej Polaków, co jest nierealne i niepotrzebne. Polska powinna tworzyć rozwiązania, które unikną błędów innych – i działać systemowo. Bo jeśli migranci będą pozostawieni sami sobie, to konflikty społeczne staną się nieuniknione.

Warszawa już dziś jest miastem wielokulturowym.

Tak, i to widać. Spotykamy ludzi z Indii, Afryki, Azji. Przedstawiciele tzw. czarnej Afryki to często jedni z najlepiej wykształconych i najbardziej pracowitych migrantów. Przyjeżdżają do pracy, często na określony czas, przesyłają pieniądze rodzinie, a potem wracają do siebie. Nie marzą o życiu u nas, tylko chcą godnie zarabiać. Dlatego powinniśmy ich wspierać, nie budować strachu. Lęk i nieufność tylko pogłębiają problemy.

Ilu imigrantów Polska potrzebowałaby, żeby gospodarka działała sprawnie?

To bardzo trudne pytanie, bo wszystko zależy od tego, jak wykorzystamy potencjał, który już mamy – także osób w wieku okołoemerytalnym. Dziś mamy około 1,7 mln cudzoziemców płacących składki w ZUS. Myślę, że w dłuższej perspektywie liczba 4–5 milionów imigrantów jest realna i możliwa do społecznego zaakceptowania. Oczywiście nie z dnia na dzień, ale stopniowo.

Czy rekrutacja imigrantów mogłaby się odbywać poprzez oficjalne programy – np. placówki rekrutacyjne w krajach afrykańskich?

Nie jestem specjalistką od polityki migracyjnej, ale taki kierunek ma sens – pod warunkiem, że rekrutacja dotyczyłaby osób o konkretnych kwalifikacjach, znajomości języka, chęci pracy. To mogłoby wspierać gospodarkę i jednocześnie ułatwiać kontrolowany napływ pracowników. Warto też pamiętać o studentach. Uczelnie mogą odgrywać dużą rolę, zapraszając młodych ludzi na studia w Polsce, dając im kompetencje i zachęcając, by po ukończeniu nauki zostali tu i pracowali.

Zajmuje się pani problematyką silver generation. Jakie są szanse na aktywizację zawodową osób starszych?

Ogromne. Stereotypy o tym, że osoby starsze są mniej produktywne, schorowane czy nie nadążają za zmianami technologicznymi, są niesprawiedliwe. Żyjemy dłużej, jesteśmy zdrowsi. Ludzie 50–60-letni to często osoby, które większość życia przeżyły w gospodarce rynkowej, dostosowując się do zmian i wykazując dużą elastyczność. To pokolenie z silnym etosem pracy. Młodzi mają dziś inne podejście – większe poczucie work-life balance – co też ma swoje zalety. Ale starsi pracownicy często nie mają już obowiązków rodzicielskich, są dyspozycyjni i doświadczeni. Ich kompetencje i wiedza są ogromnym potencjałem dla pracodawców. Starsi pracownicy potrafią radzić sobie w trudnych sytuacjach, pamiętają transformację ustrojową, inflację lat 90., mają świadomość, że dobra praca nie jest dana raz na zawsze. I potrafią ją docenić. Oczywiście pojawia się kwestia opieki nad starzejącymi się rodzicami – to też wyzwanie społeczne, które wymaga odpowiednich rozwiązań w polityce publicznej.

Jest to postawa godna wsparcia.

Dlatego musimy nauczyć się wykorzystywać ten potencjał – z korzyścią dla całego rynku pracy. Nie zwalniajmy ludzi, którzy jeszcze chcą pracować.

Wracając do silversów – ilu polskich seniorów mogłoby jeszcze aktywnie uczestniczyć w rynku pracy?

Jest to grupa sięgająca co najmniej miliona osób – a może nawet więcej. Wystarczy spojrzeć na demografię: w latach osiemdziesiątych rodziło się ponad 700 tysięcy dzieci rocznie, więc dziś to właśnie te roczniki wchodzą w wiek okołoemerytalny. To ogromny potencjał.

 

Czy te osoby wymagają jakichś specjalnych kursów aktywizacyjnych?

Nie. Przede wszystkim wymagają tego, żeby ich… nie zwalniać. To nie są ludzie, którzy nie chcą pracować – przeciwnie, bardzo często zostają odsunięci od pracy tylko dlatego, że zbliża się okres ochronny. Kobieta po sześćdziesiątce, wciąż pełna energii i doświadczenia, słyszy, że może czas już na emeryturę. To ogromna strata kapitału, zarówno dla gospodarki, jak i dla firm. W sobotę byłam na Kongresie Kobiet, gdzie właśnie dyskutowałyśmy o możliwościach wydłużania aktywności zawodowej. Patrzyłam na dyrektorkę w wieku 60 lat – pełną energii, pomysłów, doświadczenia – która została przez swoją firmę poproszona o przejście na emeryturę. Trudno nawet opisać, jak wielką stratą jest taka decyzja. Ponadto część firm zwalnia pracowników tuż przed okresem ochronnym, żeby nie brać na siebie dodatkowych obowiązków. Znam przypadki dużych, międzynarodowych firm, w których ludzie byli zwalniani dwa–trzy miesiące przed wejściem w ochronę. To po prostu marnowanie zasobów. Oczywiście trzeba inwestować w kompetencje – zmieniają się technologie, dziś wszechobecna jest sztuczna inteligencja. Uczenie się przez całe życie powinno być standardem dla wszystkich.

To prawda – wielu pracodawców nie zdaje sobie sprawy, jak trudne jest dziś znalezienie młodych pracowników.

Wydaje się, że starszy pracownik jest droższy, ale to nieprawda. Bo jeśli na miejsce jednej doświadczonej osoby przyjmiemy dwóch młodych, może się okazać, że nie tylko nie zaoszczędzimy, ale też stracimy na jakości pracy i efektywności. Oczywiście wszyscy musimy się uczyć nowych technologii. Sztuczna inteligencja to wyzwanie dla każdego, bez względu na wiek. Ale gdy już się przełamiemy i zaczniemy z niej korzystać, okazuje się, że to fantastyczne narzędzie. Na SGH prowadzimy wspólnie z Google już drugą edycję programu „AI – Umiejętności Jutra”, w ramach której osoby w każdym wieku – także 50+ – pracujące w sektorze MŚP mogą uczyć się korzystania z rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji. Zgłaszają się tysiące ludzi. To dowód, że wiek nie jest barierą, jeśli tylko damy ludziom szansę na zdobycie nowych kompetencji.

Czyli z jednej strony potrzebujemy mądrej polityki migracyjnej, z drugiej – wykorzystania potencjału silversów.

Do tego dochodzą jeszcze kobiety, które często wycofują się z rynku pracy z powodu obowiązków opiekuńczych – nad dziećmi lub starszymi rodzicami. To ogromna grupa, którą można lepiej wspierać poprzez rozwiązania umożliwiające godzenie pracy z życiem rodzinnym. Ponadto obserwujemy też rozpad więzi rodzinnych. Coraz więcej jest singli i związków nieformalnych. Rośnie także liczba osób, które nie mają dzieci To także element zmiany społecznej, który trzeba brać pod uwagę.

Związki nieformalne też stają się coraz powszechniejsze.

Tak i coraz więcej dzieci rodzi się właśnie w takich związkach. To wymaga stworzenia rozwiązań prawnych, które zapewnią tym rodzinom stabilność i bezpieczeństwo. W tym kontekście ustawa o związkach partnerskich jest bardzo potrzebna – nie tylko dla par jednopłciowych, ale także dla heteroseksualnych, które żyją razem, mają dzieci, ale nie zawarły formalnego małżeństwa.

To kwestia nie tylko równości, lecz także bezpieczeństwa socjalnego.

Musimy też pamiętać, że bariery dzietności nie wynikają z braku świadczeń czy infrastruktury, ale często z przemian kulturowych – z różnic w oczekiwaniach kobiet i mężczyzn, z niepewności, z lęków. Badania pokazują, że młodzi ludzie bardzo różnie postrzegają rolę rodziny, pracy i szczęścia. Dlatego nie zwiększymy dzietności, wyłączając prąd i zabierając kobietom dostęp do edukacji. Nie wrócimy do dawnych norm społecznych. Musimy szukać nowych – takich, które pozwolą łączyć nowoczesność z odpowiedzialnością za przyszłość.

rozmawiał Piotr Cegłowski

Ankieta Managera

Jakie wartości są dla pani najważniejsze?

Uczciwość i szacunek – to dwie kluczowe. Jeśli jesteśmy uczciwi i mamy szacunek do innych, potrafimy współpracować, to daje ogromny potencjał i satysfakcję.

 

A pani pasje, zainteresowania?

Lubię jogę, naturę, książki, rośliny – zarówno te w domu w ogrodzie zimowym, jak i w ogródku na zewnątrz. Kiedyś szydełkowałam i robiłam na drutach, ale teraz brakuje mi czasu. Chętnie też spaceruję z mężem i naszym psem – seterem irlandzkim – szczególnie poranne spacery dają dużo energii na cały dzień.

 

O czym najchętniej rozmawia pani ze znajomymi – poza pracą?

Często o polityce, choć to rzadko optymistyczne rozmowy. Ale też o codzienności – dzieciach, rodzinie, książkach. I o psach.

 

Którą z ostatnio przeczytanych książek mogłaby Pani polecić?

Ostatnio czytałam książkę profesora Marka Kowalkiewicza The Economy of Algorithms. AI and the Rise of the Digital Minions – bardzo ciekawą pozycję o tym, jak algorytmy mogą nam pomagać, jeśli tylko nad nimi panujemy. W październiku promujemy polskie tłumaczenie tej książki na SGH. Z lżejszej literatury polecam powieści Sławomira Gortycha – ostatnio czytałam jego najnowszą Schronisko, które zostało zapomniane. To już czwarta część cyklu, z elementami kryminału i pięknym tłem karkonoskich schronisk.

 

Gdyby nie istniały żadne ograniczenia – z kim chciałaby pani spotkać się?

Chętnie jeszcze raz spotkałabym się z profesor Janiną Jóźwiak – pierwszą kobietą rektorką naszej uczelni, która również kierowała Instytutem Statystyki i Demografii. Zmarła niemal dziesięć lat temu, bardzo mi jej brakuje.

 

Najważniejsze chwile w pani życiu?

Z pewnością narodziny trójki dzieci, a także obserwowanie, jak mądrymi i empatycznymi dorosłymi się stają. A zawodowo – telefon od mojego promotora, profesora Marka Góry, który zaproponował mi pracę przy reformie emerytalnej. To było jak początek filmu Hitchcocka – od razu w sam środek akcji. To były fascynujące czasy, pełne rozmów i rozwijania kontaktów i często przyjaźni międzynarodowych. Chwila, która na pewno zaważyła w moim życiu, chociaż nie wiedziałam, że tak będzie, to wieczór w 2008 roku, podczas debaty w Sejmie o wcześniejszych emeryturach, kiedy minister Andrzej Duda – wówczas w Kancelarii Prezydenta – powiedział, że „premier Tusk chowa się za ciężarną wiceminister”. Byłam wtedy tydzień przed porodem mojego najmłodszego syna. Odpowiedziałam: „Ciąża to nie choroba – swoje muszę zrobić.” Wiele osób zapamiętało tę chwilę i często wraca do niej w rozmowach, w bardzo pozytywny sposób.

 

Bucket list

Zawodowo – mieć więcej czasu na badania naukowe – szczególnie dotyczące starzenia się społeczeństwa. Chciałabym móc je rozwijać bez ciągłego szukania finansowania, a także dokończyć kilka rozgrzebanych artykułów i wreszcie złożyć wniosek profesorski. Prywatnie – więcej czasu dla rodziny. W lecie udało mi się z mężem zwiedzić Szkocję, odznaczone na bucket list. Kolejny kierunek – mam nadzieję w przyszłe wakacje – to kraje bałtyckie, śladami moich dziadków z Wilna i Rygi.

Jak Watykan zarządza pieniędzmi?

    Watykan nie opodatkowuje swoich mieszkańców ani nie emituje obligacji. Finansowanie stolicy Kościoła katolickiego odbywa się głównie za pośrednictwem darowizn, które pochodzą ze sprzedaży biletów do Muzeów Watykańskich, a także dochodów z inwestycji i słabo prosperującego portfela nieruchomości

    W zeszłym roku Stolica Apostolska opublikowała skonsolidowany budżet, z którego wynikało, że Watykan przewidywał wydatki na poziomie 770 milionów euro (878 milionów dolarów), z czego większość przeznaczono na ambasady na całym świecie i działalność mediów watykańskich. W ostatnich latach nie była w stanie pokryć kosztów.

    Papież Leon XIV staje więc przed wyzwaniem zebrania funduszy niezbędnych do wyciągnięcia swojego miasta-państwa z długów.

    Niknące darowizny

    Każdy może przekazać pieniądze na rzecz Watykanu, jednak regularne źródła darowizn występują w dwóch głównych formach, chyba już zanikających.

    Prawo kanoniczne wymaga, aby biskupi na całym świecie płacili roczną składkę, której wysokość jest zmienna i ustalana według uznania biskupów „według zasobów ich diecezji”. Według danych Watykanu, biskupi amerykańscy wnieśli ponad jedną trzecią z 22 milionów dolarów (19,3 miliona euro) zbieranych corocznie na mocy tego przepisu w latach 2021–2023.

    Drugim głównym źródłem corocznych darowizn jest bardziej znany przeciętnym katolikom jako: Peters Pence, specjalna zbiórka zwykle przeprowadzana w ostatnią niedzielę czerwca. W latach 2021-2023 poszczególni katolicy w USA przekazali średnio 27 milionów dolarów (23,7 miliona euro) na Peters Pence, co stanowi ponad połowę globalnej sumy.

    Amerykańska hojność nie zapobiegła załamaniu się ogólnych wpłat Peters Pence. Po osiągnięciu szczytu w wysokości 101 milionów dolarów (88,6 miliona euro) w 2006 r., wpłaty oscylowały wokół 75 milionów dolarów (66,8 miliona euro) w drugiej dekadzie XXI wieku, a następnie spadły do ​​47 milionów dolarów (41,2 miliona euro) w pierwszym roku pandemii COVID-19, kiedy zamknięto wiele kościołów.

    Darowizny pozostały niskie w kolejnych latach, pośród rewelacji o nieudanej inwestycji Watykanu w londyńską nieruchomość, dawny magazyn Harrods, który miał zostać przekształcony w luksusowe apartamenty. Skandal i następujący po nim proces potwierdziły, że zdecydowana większość wpłat Peters Pence została przeznaczona na pokrycie deficytów budżetowych Stolicy Apostolskiej, a nie na papieskie inicjatywy charytatywne, jak wielu parafian zostało przekonanych.

    Darowizny na rzecz Świętego Piotra nieznacznie wzrosły w 2023 r., a przedstawiciele władz watykańskich spodziewają się dalszego wzrostu w przyszłości, częściowo z uwagi na fakt, że bezpośrednio po wyborach papieskich tradycyjnie następuje wzrost.

    Nowi darczyńcy

    Bank watykański i gubernatorstwo miasta-państwa, które kontroluje muzea, również co roku przekazują papieżowi datki. Jeszcze dziesięć lat temu bank dawał papieżowi około 55 milionów euro (62,7 miliona dolarów) rocznie, aby pomóc w budżecie. Jednak kwoty te zmalały; bank nie dał papieżowi nic konkretnego w 2023 r., pomimo odnotowania zysku netto w wysokości 30 milionów euro (34,2 miliona dolarów), zgodnie ze sprawozdaniami finansowymi. Darowizny gubernatorstwa również spadły.

    Niektórzy urzędnicy watykańscy pytają, w jaki sposób Stolica Apostolska może wiarygodnie prosić darczyńców o większą hojność, skoro jej własne instytucje powstrzymują się od dawania pieniędzy.

    – Papież Leon XIV będzie musiał przyciągnąć darowizny spoza USA, co nie jest łatwym zadaniem, biorąc pod uwagę odmienną kulturę filantropii – powiedział pastor Robert Gahl, dyrektor Church Management Program w szkole biznesu Catholic University of America. Zauważył, że w Europie tradycja (i korzyści podatkowe) indywidualnej filantropii jest znacznie mniejsza, a korporacje i podmioty rządowe wykonują większość darowizn lub przydzielają wyznaczone podatki.

    Jeszcze ważniejsze jest porzucenie „mentalności żebraka” polegającej na zbieraniu funduszy na rozwiązanie konkretnego problemu i zamiast tego zachęcanie katolików do inwestowania w kościół jako w projekt – powiedział.

    Tuż po ceremonii inauguracji pontyfikatu Leona XIV na placu Świętego Piotra, w której uczestniczyło 200 000 osób, Gahl zapytał: „Czy nie sądzisz, że było tam wielu ludzi, którzy chcieliby przyczynić się do tego i do pontyfikatu (finansowo)?”. W USA kosze na datki są rozdawane podczas każdej niedzielnej mszy. W Watykanie jest inaczej.

    Nieruchomości niezagospodarowane

    Watykan ma 4249 nieruchomości we Włoszech i 1200 w Londynie, Paryżu, Genewie i Lozannie w Szwajcarii. Tylko około jednej piątej jest wynajmowane zgodnie z uczciwą wartością rynkową, według rocznego raportu biura majątkowego APSA, które nimi zarządza. Około 70 proc. nie generuje dochodu, ponieważ mieszczą się w nich urzędy Watykanu lub innych kościołów, a 10 proc. jest wynajmowane po obniżonych czynszach pracownikom Watykanu.

    W 2023 r. nieruchomości te wygenerowały jedynie 35 mln euro (39,9 mln USD) zysku. Analitycy finansowi od dawna identyfikują takie niedowartościowane nieruchomości jako źródło potencjalnych przychodów.

    Ward Fitzgerald, prezes amerykańskiej Papal Foundation, która finansuje papieskie organizacje charytatywne, powiedział, że Watykan powinien być również skłonny sprzedawać nieruchomości, zwłaszcza te, których utrzymanie jest zbyt drogie. Wielu biskupów zmaga się z podobnymi pytaniami o zmniejszenie powierzchni, ponieważ liczba wiernych w kościołach w niektórych częściach USA i Europy maleje, a niegdyś pełne kościoły stoją puste.

    W tym celu Watykan niedawno sprzedał nieruchomość, w której mieści się jego ambasada, znajdującą się w ekskluzywnej dzielnicy Sanbancho w Tokio, w pobliżu Pałacu Cesarskiego, deweloperowi budującemu 13-piętrowy kompleks apartamentowy, jak podaje branżowy dziennik Kensetsu News.

    Jednak od dawna istnieje instytucjonalna niechęć do rozstania się nawet z nieruchomościami przynoszącymi straty. Świadczy o tym ogłoszenie Watykanu z 2021 r., że szpital katolicki Fatebenefratelli w Rzymie, który boryka się z niedoborami gotówki i jest prowadzony przez zakon, nie zostanie sprzedany. Papież Franciszek jednocześnie utworzył fundację watykańską zbierającą fundusze, aby utrzymać ten i inne szpitale katolickie na powierzchni.

    – Muszą pogodzić się z faktem, że posiadają tak wiele nieruchomości, które nie służą misji Kościoła – powiedział Fitzgerald, który zbudował własną karierę w branży kapitału prywatnego zajmującej się nieruchomościami.

    Andrzej Mroziński

    Ważne Informacje

    Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

    Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

    Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

    Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

    Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

    Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

    Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

    Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

    Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

    XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

    XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...