.
Strona główna Blog Strona 11

Najwyższa klasa

Hermitage Boutique to 240 metrów kwadratowych luksusu na ulicy Mysiej w Warszawie. Królestwo najlepszej jakości biżuterii z naturalnymi kamieniami w oprawie złota wysokiej próby

W Hermitage Boutique rządzą brylanty. Nie tylko te białe, najbardziej popularne, ale i fantazyjne,  kolorowe. Są też szmaragdy, rubiny, szafiry, w pierścionkach, bransoletach, naszyjnikach. To miejsce, które fascynuje kunsztem i precyzją starannie wykonanych klejnotów.

Znajdziemy tu luksusowe wyroby francuskiej marki Messika czy opatentowaną biżuterię włoskiej marki Serafino Consoli.

Hermitage Boutique  to jeden z dwóch salonów biżuteryjnych w Polsce, który oferuje klejnoty marki Messika. To biżuteria delikatna, bardzo prosta, w której drobne brylanty błyszczą w 18-karatowym złocie. Lekkość połączona z nowoczesnym minimalizmem stanowi siłę i renomę tej marki, która w biżuteryjnym świecie zdążyła stać się legendą zaledwie w dwie dekady. Brylanty marki Maison Messika lśnią na hollywoodzkich czerwonych dywanach, podczas słynnych gali oskarowych, Golden Globe czy z okazji wręczenia nagród Grammys. Biżuteria tej marki sprzedawana jest w najbardziej luksusowych salonach jubilerskich na całym świecie. Sekret powodzenia tych niepowtarzalnych wyrobów tkwi w niezwykłej wyobraźni założycielki marki Valerii, dbałości o najdrobniejsze szczegóły i miłości do kamieni szlachetnych odziedziczonej po ojcu, Andre Messice.

Jako jedyny salon w Polsce Hermitage Boutique sprzedaje również unikalną, opatentowaną biżuterię włoskiej marki Serafino Consoli. Pierścionki tej marki dopasowują się do każdego palca, a dzięki opatentowanemu mechanizmowi z bransoletki powstaje pierścionek albo odwrotnie. To jest klucz do jakości i wyjątkowości marki, która wymyśla, projektuje i produkuje prawdziwie pomysłową biżuterię. Nie ma więc obaw, że zmarnuje się zaręczynowy pierścionek odrzucony przez niedoszłą narzeczoną…

Trzy czwarte biżuterii sprzedawanej w salonie stanowią luksusowe wyroby marki własnej – Hermitage. To biżuteria tworzona z naturalnych kamieni najlepszej jakości i wysokiej próby złota. Przeważają brylanty, wciąż najchętniej kupowane przez klientów.

Pierścionki, bransoletki, naszyjniki z brylantami, by cieszyły oko swym niezwykłym blaskiem, wykorzystują brylanty. One z kolei, by stać się ulubioną biżuterią kobiety, muszą dostać się w ręce wykwalifikowanego złotnika. Ich niezwykły blask i kształt wydobywa odpowiedni szlif podkreślający urodę i elegancję naturalnego kamienia. Pierścionek z diamentem o pięknym szlifie to tradycyjny wybór na zaręczyny, wymarzony prezent i ponadczasowe akcesorium, które pasuje do każdego stroju i niemal każdych okoliczności.

– Diamentowa biżuteria to nie tylko ponadczasowy styl i prestiż, lecz również lokata kapitału w niepewnych czasach. Polski rynek diamentów należy do grupy emerging, dlatego popyt na surowiec i biżuterię systematycznie rośnie. Analizy potwierdzają duże zainteresowanie diamentami wśród polskich klientów – podkreśla Paula Miszczuk, dyrektor zarządzająca Hermitage Boutique. Dodaje, że od początku 2022 r. obserwujemy wyraźny wzrost ruchu klientów, a nabywcy traktują biżuterię z brylantami również jako formę lokaty kapitału.

W Polsce dominuje klasyka. Typowy pierścionek zaręczynowy to jeden kamień w sześciu łapkach. Manewruje się wielkością kamienia. Dziś na Mysiej największy dostępny brylant ma około 5 karatów i osiąga cenę około miliona złotych. Choć przeważają zakupy mieszczące się w granicach kilku tysięcy złotych, zdarzają się też transakcję sięgające kilkuset tysięcy.

W Hermitage Boutique realizowane są też projekty indywidualne – klient może sam zaprojektować swoją biżuterię, która powstanie dzięki umiejętnościom złotników od lat współpracujących z salonem Hermitage. Dożywotnia gwarancja zapewni niezmąconą radość szczęśliwym posiadaczom tych niepowtarzalnych, najwyższej jakości klejnotów.

Nie bój się Terminatora tylko bałaganu w danych

Jeszcze rok temu managerowie bali się głównie inflacji i konkurencji. Dziś na listę obaw trafiło nowe zmartwienie: co, jeśli nie zrozumiem AI? Albo, co gorsza, jeśli zrozumie ją moja konkurencja?

Media uwielbiają skrajności, co jest oczywiste. Z jednej strony czytamy o ludziach z Doliny Krzemowej budujących „bioschrony” przed morderczą superinteligencją. Z drugiej – mamy entuzjastów wieszczacych raj na ziemi.

Pozwólcie, że sprowadzę nas na ziemię. Prawdziwe wyzwanie, jakie AI stawia przed Twoją firmą, jest dużo bardziej prozaiczne i wcale nie wymaga łopaty.

AI nie jest mordercą tylko bronią

Ten strach przed „świadomą AI” to strata czasu. To nie algorytm z zimną krwią odbierze Ci klientów. Zrobi to konkurent, który użył algorytmu, by szybciej analizować rynek, taniej obsługiwać zgłoszenia i w dwie godziny wygenerować kampanię marketingową, nad którą twój zespół siedziałby dwa tygodnie.

Najważniejsze zagrożenie jest dosyć proste: to nie jest walka „AI kontra człowiek”. To walka „firma sprawnie używająca AI” kontra „firma, która jeszcze analizuje i czeka”.

Cykl innowacji skrócił się z lat do miesięcy. Firmy, które nie znajdą na to odpowiedzi, obudzą się w świecie, w którym ich usługi są po prostu za drogie, a produkty przerażająco przestarzałe.

Kolejny ważny problem to pułapka tzw. „SISO”, czyli śmietnik na wejściu

Wszyscy chcą wdrażać „strategie AI”. Ale nikt nie mówi o fundamencie, na którym 90 proc. tych strategii polegnie. Nazywa się to SISO: Shit In, Shit Out (śmietnik na wejściu, śmietnik na wyjściu). Narzędzia AI nie działają „same”. One potrzebują profesjonalnego nadzoru osoby, która zna portfolia tychże, jak również umie ich używać i co najważniejsze „karmić” danymi. Dlatego większość firm nie rozbije się o brak strategii AI, ale o prozaiczny bałagan we własnych bazach danych, Excelach trzymanych na pulpitach i starych systemach, które ze sobą nie rozmawiają. Zanim zaczniesz więc snuć plany o agentach AI przejmujących obsługę klienta, zapytaj: czy mamy czyste, uporządkowane dane, na których ten agent ma się uczyć? Bo jeśli nie, to żaden automatyczny agent nie zoptymalizuje Ci procesów, tylko szybciej i na większą skalę pogłębi dotychczasowy chaos.

Pułapka „lenistwa” i halucynacji

AI potrafi kłamać z imponującą pewnością siebie. Te słynne „halucynacje” to nie są drobne błędy ortograficzne. To tworzenie wiarygodnie brzmiących, ale kompletnie fałszywych analiz, danych rynkowych czy fragmentów kodu.Media opisywały ostatnio przegrany kilkunastomiolionowy przetarg, a przyczyną było wymyślenie nieistniejących przepisów VAT w uzasadnieniu ceny, uzasadnieniu pisanym oczywiście przez AI. Jeden z sędziów w Portugalii „wydał” wyrok, a właściwie wydał go ChatGPT po przeczytaniu akt, których czytać się rzeczonemu sędziemu nie chciało. Znów system powołał się na paragrafy przez siebie wymyślone, sprawa zakończyła się skandalem i poważnymi problemami prawnymi.

Jak widać największym ryzykiem nie jest więc to, że AI zastąpi pracowników. Największym ryzykiem są tacy pracownicy, którzy bezkrytycznie kopiują to, co podsunie im algorytm. Więc gdy zespół wpada w pułapkę lenistwa i przestaje weryfikować fakty, firma traci nie tylko wiarygodność i zdolność do samodzielnego myślenia, ale na końcu traci klientów i zyski, zamiast których przychodzą kłopoty prawne. Pamiatejmy, że AI ma być narzędziem, a nie zastępstwem dla mózgu.

Strategia? Zacznij od jednego, irytującego problemu

Hype na AI prowokuje do dwóch skrajności: „poczekajmy, to moda” albo „wdrażamy wszędzie!”. Obie drogi są złe.

Prawda jest taka, że nie potrzebujesz 200-stronicowej strategii AI. Wystarczy znaleźć jeden, realny, irytujący problem w firmie – np. tworzenie miesięcznych raportów albo odpowiadanie na 100 tych samych pytań klientów – i spróbować rozwiązać go za pomocą dostępnych narzędzi. Mierz efekty, zbieraj wnioski i dopiero potem idź do kolejnego problemu. To ma być eksperyment, nie rewolucja.

Powstaje taka nowa ludzka przewaga: sędzia, a nie wytwórca. Jeśli AI przejmie dużą część pracy analitycznej i twórczej (pisanie, kodowanie, projektowanie), to co nam zostaje? Słyszymy ciągle o „kreatywności” i „relacjach”.Ja widzę to inaczej. W erze AI naszą największą wartością nie jest „tworzenie”. Naszą wartością staje się wybór odpowiednich narzędzi, umiejętność zarządzania nimi i korzystania z nich, a także zdolność krytycznej oceny tego, co AI stworzyło. Nową supermocą człowieka jest umiejętność stawiania właściwych pytań (prompting) często za pomocą AI, wiedza, które aplikacje do czego służą i weryfikowania odpowiedzi (bullshit detection). To jest kompetencja, w którą firmy muszą inwestować – w ludzi, którzy potrafią wyszukać i użyć AI oraz być sędziami, a nie tylko bezrefleksyjnymi operatorami maszyny. A pamietajmy, że już dziś wszelakich opartych na silnikach AI narzędzi jest grubo ponad czterdzieści tysięcy!

Podsumowanie

Nie potrzebujemy bunkrów przed Terminatorami. Potrzebujemy wyjść z bunkrów własnej ignorancji i firmowego bałaganu.

Prawdziwym zagrożeniem nie jest sztuczna inteligencja, ale ludzka inercja. AI nie zabije waszego biznesu, ale bardzo szybko zrobi to firma, która przestała się bać i po prostu zaczęła jej mądrze używać.

Dariusz Chlastawa

Biznes w rytmie slow. Jak morze zmienia sposób budowania relacji biznesowych

W świecie, w którym spotkania trwają coraz krócej, a networking często kończy się na wymianie wizytówek, Rafał Wiśniewski proponuje zupełnie inne podejście. Zabiera przedsiębiorców na morze — dosłownie. O idei slow networkingu, budowaniu relacji opartych na zaufaniu i biznesie, który płynie głębiej, opowiada twórca Klubu Biznesu na Morzu i prezes Roseti Polska.

Od lat obserwuje Pan świat przedsiębiorczości. Co Pana najbardziej niepokoi w tym, jak dziś buduje się relacje biznesowe?

Rafał Wiśniewski: Tempo. Wszystko dzieje się za szybko. Spotkania są krótkie, rozmowy powierzchowne, a relacje często sprowadzają się do szybkiej wymiany kontaktów. Brakuje czasu na prawdziwe poznanie człowieka — jego historii, wartości, wizji. A bez tego trudno o trwałą współpracę. Właśnie z tej potrzeby powstał Klub Biznesu na Morzu.

 

Networking na morzu brzmi nietypowo. Skąd taki pomysł?

Rafał Wiśniewski: Wierzę, że najlepsze decyzje biznesowe zapadają w spokoju, nie w pośpiechu. Morze naturalnie zwalnia rytm. Luksusowe statki, zamknięta przestrzeń, brak codziennych rozpraszaczy — to wszystko sprzyja rozmowom, które naprawdę mają znaczenie. Nie chodzi o ilość kontaktów, tylko o ich jakość.

Czy takie warunki rzeczywiście przekładają się na realny biznes?

Rafał Wiśniewski: Zdecydowanie tak. Dobrym przykładem jest rejs po Australii i Nowej Zelandii. Rozpoczęliśmy go od wizyty w Polskim Konsulacie Generalnym w Sydney. Dzięki wsparciu konsulatu oraz Polish Australian Business Forum nasi uczestnicy nawiązali pierwsze kontakty z lokalnymi przedsiębiorcami. Bardzo szybko przerodziły się one w konkretne plany — od eksportu produktów po wspólne projekty inwestycyjne.

Czyli rejs to coś więcej niż podróż?

Rafał Wiśniewski: Zdecydowanie. Każdy rejs jest też podróżą mentalną. Dni spędzone na morzu dają przestrzeń do refleksji, wymiany doświadczeń i spojrzenia na własny biznes z nowej perspektywy. Organizujemy moderowane sesje, warsztaty, panele dyskusyjne. Uczestnicy prezentują swoje firmy, mówią o wyzwaniach, inspirują się nawzajem. To nie jest konferencja — to żywa społeczność.

Jak wyglądają takie rozmowy w praktyce?

Rafał Wiśniewski: Często w bardzo nieformalnych okolicznościach. W Nowej Zelandii, podczas zwiedzania fiordów i degustacji lokalnych win, rozmawialiśmy o strategiach ekspansji, zarządzaniu zespołami czy innowacjach. W takich warunkach rodzą się pomysły, które później realnie zmieniają firmy.

Klub Biznesu na Morzu nie jest otwarty dla wszystkich. Dlaczego?

Rafał Wiśniewski: Bo zaufanie jest fundamentem. Dołączają do nas przedsiębiorcy z rekomendacji — ludzie, którzy udowodnili, że działają etycznie, skutecznie i z pasją. Dzięki temu uczestnicy czują się bezpiecznie i mogą swobodnie dzielić się pomysłami. Każda rozmowa ma potencjał, by przerodzić się w realne partnerstwo.

Gdzie do tej pory odbywały się rejsy?

Rafał Wiśniewski: Byliśmy m.in. na Karaibach, w Emiratach, Tajlandii, Malezji, USA, na Bahamach, w Meksyku i w Europie. W planach mamy ponownie Brazylię na Sylwestra z pobytem w Rio de Janeiro oraz majówkę w Kanadzie, na Alasce i w USA. Każda destynacja to nowa okazja do poznania lokalnych rynków, spotkań z Polonią i budowania mostów między kulturami i gospodarkami.

Wspomina Pan także o szkoleniach. Jaką rolę odgrywają w projekcie?

Rafał Wiśniewski: Są ważnym uzupełnieniem networkingu. Oferujemy m.in. szkolenia z pozyskiwania i rozliczania funduszy unijnych, prowadzone przez certyfikowanych trenerów z doświadczeniem w administracji publicznej i biznesie. Łączymy teorię z praktyką — a wszystko w wyjątkowych miejscach na świecie. To nauka, która inspiruje.

Niedawno Roseti Polska otrzymała nagrodę „Champion Biznesu 2025”. Co ona dla Pana oznacza?

Rafał Wiśniewski: To potwierdzenie, że nasza filozofia działa. Że można budować biznes w sposób etyczny, zrównoważony i oparty na szacunku do człowieka. Klub Biznesu na Morzu to nie tylko projekt — to styl życia i społeczność, w której relacje naprawdę mają znaczenie.

Co powiedziałby Pan przedsiębiorcom, którzy czują, że ich biznes utknął w miejscu?

Rafał Wiśniewski: Że czasem wystarczy zmienić perspektywę. Wyjść z codziennego schematu. Zwolnić. Jeśli ktoś czuje, że potrzebuje nowego impulsu — zapraszam. Dołącz do nas. Wypłyń na szerokie wody i pozwól sobie na spotkania, które naprawdę coś zmieniają.

Rafał Wiśniewski jest prezesem firmy Roseti Polska Sp. z o.o., specjalizującej się w pozyskiwaniu dotacji oraz funduszy na rozwój działalności firm z różnych branż. Od lat zajmuje się profesjonalnym prowadzeniem i rozliczaniem dotacji unijnych, dbając, aby proces ten przebiegał bezproblemowo dla beneficjentów. Od 2017 roku Rafał Wiśniewski organizuje również rejsy dla przedsiębiorców w ramach Klubu Biznesu na Morzu. Klub ten stanowi dynamicznie rozwijającą się społeczność, gdzie przedsiębiorcy mogą nawiązywać zarówno relacje towarzyskie, jak i biznesowe podczas rejsów.

III Akademickie Mistrzostwa Europy w Programowaniu Zespołowym ICPC EUC 2026

Najlepsi studenci informatyki z całej Europy zmierzą się w Warszawie podczas III Akademickich Mistrzostw Europy w Programowaniu Zespołowym – najważniejszego konkursu algorytmiczno-programistycznego w Europie, eliminacji do 50. Finałów Akademickich Mistrzostw Świata w Programowaniu Zespołowym. Organizatorem zawodów, które odbędą się w dniach 6-8 lutego 2026,  jest Uniwersytet Warszawski. 

W konkursie weźmie udział 159 studentów informatyki z 53 uczelni z całej Europy. Będą oni rywalizować nie tylko o tytuł mistrza Europy, ale także o awans do 50. Finałów Akademickich Mistrzostw świata w Programowaniu Zespołowym (ICPC World Finals 2026), które odbędą się w listopadzie br. w Dubaju. W zawodach w Warszawie wystąpią reprezentacje uczelni, które najlepiej spisały się w czterech europejskich konkursach regionalnych. Po dwa najlepsze zespoły z tych konkursów już zapewniły sobie występ w Dubaju. Pozostało jednak 8 miejsc w zawodach finałowych, o które rozegra się w Warszawie zacięty bój.

Uniwersytet Warszawski, gospodarz Mistrzostw, jest niekwestionowaną potęgą. Studenci z Wydziału Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego dwukrotnie zdobyli mistrzostwo świata, jak też zwyciężyli w I Akademickich Mistrzostwach Europy w Programowaniu Zespołowym w 2024 r. Warto wspomnieć, że w przeszłości sukcesy w zawodach ICPC odnosili m.in. Jakub Pachocki (Chief Scientist w OpenAI), Tomasz Czajka (lider zespołu tworzącego system sterowania statku kosmicznego Crew Dragon w SpaceX), Andrzej Gąsienica‑Samek (współtwórca polskiej firmy ATINEA oraz pomysłodawca cieszącego się ogromnym powodzeniem konkursu programistycznego dla dzieci InstaLogik), czy też Marek Cygan (współzałożyciel i Chief Technology Officer startupu Nomagic, który tworzy inteligentne systemy oprogramowania dla robotów wykorzystywane w automatyce magazynowej i intralogistyce, laureat grantu ERC).

Prof. Krzysztof Diks z Uniwersytetu Warszawskiego, dyrektor ICPC EUC 2026 powiedział: „W roku 2012 Uniwersytet Warszawski był gospodarzem Finałów Akademickich Mistrzostw Świata w Programowaniu Zespołowym, w których zespół z UW zdobył wicemistrzostwo. Tamte zawody to był nie tylko wielki sukces sportowy, ale  i organizacyjny. Jestem przekonany, że tak też będzie w tym roku. Polskę reprezentuje pięć zespołów z uniwersytetów Jagiellońskiego, Mikołaja Kopernika w Toruniu, Warszawskiego i Wrocławskiego oraz Politechniki Wrocławskiej, a organizacją zajmują się prawdziwi zawodowcy z wydziałów Matematyki, Informatyki i Mechaniki oraz Zarządzania i Fundacji Rozwoju Informatyki. Trzymam kciuki za jak najlepsze wyniki polskich drużyn i sukces organizacyjny.”

„ICPC EUC 2026 to nie tylko konkurs – to miejsce, gdzie młode umysły tworzą przyszłość informatyki. Na zawodach w Warszawie zobaczymy nie tylko zawodników, lecz przede wszystkim architektów przyszłość cyfrowego świata. Fakt, że tak ważne zawody organizowane są w Warszawie pokazuje, że Polska wciąż jest jednym z jego głównych laboratoriów innowacji. To rodzą się mistrzowie, którzy zmieniają cyfrowy świat – i Polska od lat pokazuje, że potrafi ich wychować” – dodał Rafał Sikorski, wicedyrektor ICPC EUC 2026, prezes zarządu Fundacji Rozwoju Informatyki.

O zawodach

ICPC EUC to część międzynarodowego konkursu programistycznego International Collegiate Programming Contest (ICPC) przeznaczonego dla studentów informatyki z całego świata. Każda drużyna składa się z trzech studentów tej samej uczelni. Rozwiązują oni ambitne zadania algorytmiczno-programistyczne, uczą się pracy zespołowej, kreatywności oraz działania pod presją i przy ograniczonych zasobach.

ICPC to najstarszy, największy i najbardziej znany konkurs programistyczny na świecie. Od 50 lat najlepsze zespoły z całego świata co roku rywalizują w finałach ICPC. Eliminacjami do finałów są konkursy regionalne.

Kwalifikacje europejskie do Finałów ICPC odbywają się w czterech regionach:

  • Europa Południowo-Wschodnia (SEERC),
  • Europa Środkowa (CERC),
  • Europa Południowo-Zachodnia (SWERC),
  • Europa Północno-Zachodnia (NWERC).

Dwie najlepsze drużyny z każdego regionu Europy z zawodów rozegranych w 2025 r. awansowały już bezpośrednio do Finałów Akademickich Mistrzostw Świata w Programowaniu Zespołowym ICPC, które odbędą się w dniach 15-20 listopada 2026 r. w Dubaju a ich gospodarzem będzie Dubai Chamber of Digital Economy. Są to drużyny:

  • The Open University of Israel z SWERC,
  • ETH Zürich z SWERC,
  • Eötvös Loránd University z CERC,
  • Uniwersytet Warszawski z CERC,
  • Kharkiv National University of Radio Electronics z SEERC,
  • Alexandru Ioan Cuza University of Iași z SEERC,
  • University of Cambridge z NWERC,
  • University of Oxford z NWERC.

Od trzech lat do Akademickich Mistrzostw Europy w Programowaniu Zespołowym (ICPC EUC) kwalifikuje się 13 najlepszych drużyn z każdego regionu Europy, przy czym z jednej uczelni może pochodzić maksymalnie jeden zespół.

Akademickie Mistrzostwa Europy w Programowaniu Zespołowym (ICPC EUC) w 2026 roku odbędą się w Polsce w Warszawie a gospodarzem wydarzenia jest Uniwersytet Warszawski oraz Fundacja Rozwoju Informatyki.

Podczas ICPC EUC 2026 drużyny rywalizować będą przede wszystkim o tytuł Akademickich Mistrzów Europy, ale także o miejsce w Finale Akademickich Mistrzostw Świata w Programowaniu Zespołowym ICPC, które odbędą się w dniach 15-20 listopada 2026 r. w Dubaju. Tym samym 8 najlepszych drużyn z różnych uczelni, które nie zakwalifikowały się wcześniej, awansuje na ICPC EUC 2026 do zawodów w Dubaju.

Formuła rywalizacji

Każdą uczelnię reprezentuje jeden trzyosobowy zespół studencki. Podczas pięciogodzinnych zawodów zespoły rozwiązują 10–14 zadań algorytmiczno-programistycznych (rozwiązaniem jest program komputerowy), korzystając z jednego komputera, bez dostępu do Internetu.

Zawody odbywają się w środowisku Debian Linux. Przygotowaniem zadań i oceną rozwiązań zawodników zajmuje się międzynarodowa komisja sędziowska złożona z doświadczonych ekspertów akademickich, którzy w przeszłości sami odnosili światowe sukcesy w tego typu zawodach. Kryterium końcowej klasyfikacji jest liczba poprawnie rozwiązanych zadań oraz łączny czas poświęcony na ich rozwiązanie. Najlepsze zespoły otrzymają złote, srebrne i brązowe medale, a także nagrody od sponsorów.

Transmisja

Zawody ICPC EUC 2026 będą transmitowane na online. Szczegóły transmisji zostaną podane na oficjalnej stronie wydarzenia: https://euc.icpc.global/.

Organizatorzy

Gospodarzami Akademickich Mistrzostw Europy w Programowaniu Zespołowym 2026 są: Uniwersytet Warszawski (Wydział Matematyki, Informatyki i Mechaniki i Wydział Zarządzania) oraz Fundacja Rozwoju Informatyki.

Dyrektorami zawodów są: prof. dr hab. Krzysztof Diks (Uniwersytet Warszawski), prof. dr hab. Jan Madey (Uniwersytet Warszawski) oraz Rafał Sikorski (Fundacja Rozwoju Informatyki).

Nad prawidłowym przebiegiem zawodów czuwa Komitet Sterujący w składzie:

  • Boba Mannova, Czech Technical University
  • Fernando Silva, University of Porto
  • Christoph Dürr, CNRS, Sorbonne University, LIP6
  • Michael Zündorf, Karlsruhe Institute of Technology
  • Paweł Gawrychowski, Uniwersytet Wrocławski

Organizację zawodów ICPC EUC 2026 wspierają:

  • JetBrains – ICPC Global Sponsor Programming Tools
  • Huawei – ICPC Diamond Multi-Regional Sponsor
  • Jane Street – ICPC Titanium Multi-Regional Sponsor
  • Jump Trading, Revolut – ICPC Platinum Sponsors
  • Citadel, Google i HRT – ICPC Gold Sponsors
  • Pinely – ICPC Sponsor

Najważniejsze punkty programu ICPC EUC 2026

  • 6 lutego 2026 (piątek), godz. 18:00 – uroczysta ceremonia otwarcia III Akademickich Mistrzostw Europy w Programowaniu Zespołowym ICPC EUC 2026;
  • 7 lutego 2026 (sobota), godz. 14:00-16:00 – otwarta dla publiczności, gości i mediów próba generalna przed finałową rywalizacją;
  • 8 lutego 2026 (niedziela), godz. 9:30-14:30 – pięciogodzinny finał konkursu ICPC EUC 2026 z udziałem najlepszych zespołów akademickich Europy, przebieg zawodów możliwy do śledzenia na widowni hali sportowej Wydziału Zarządzania UW, jak również za pośrednictwem transmisji na żywo;
  • 8 lutego 2026 (niedziela), godz. 17.00 – ceremonia wręczenia medali oraz ogłoszenie drużyn, które awansują do Finałów Akademickich Mistrzostw Świata ICPC 2026 w Dubaju.

Uroczystość uświetnią: Piotr Pawlak – pianista, półfinalista ostatniej edycji Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina, matematyk i laureat dwóch Olimpiad Informatycznych, a także artyści Teatru Tańca Uniwersytetu Warszawskiego „Warszawianka”.

Miejsce: Uniwersytet Warszawski, Wydział Zarządzania, ul. Szturmowa 1/3, Warszawa.

Strona zawodów (program mistrzostw, transmisja internetowa, ranking): https://euc.icpc.global/

Wojciech Gryciuk

Więcej o sukcesach polskich informatykach na skalę międzynarodową na stronie https://hub.landofitmasters.pl/pl/glowna/

 

Bestune T77 – Chińszczyzna po europejsku – test redakcyjny

To kolejny dowód na to, że chińska motoryzacja coraz rzadziej puka do drzwi, a coraz częściej wchodzi do salonu bez zdejmowania butów. To średniej wielkości SUV, który od pierwszego spojrzenia robi dokładnie to, co powinien: wygląda nowocześnie, proporcjonalnie i po prostu… dobrze. Bez dizajnerskich krzyków, bez przesady. Tak, żeby po roku nadal się podobał.

Autor: Michał Garbaczuk

Za marką stoi FAW, a to oznacza jedno: zaplecze technologiczne większe niż mogłoby się wydawać. I nie są to tylko deklaracje. Pod maską T77 pracuje znana i sprawdzona jednostka 1.5 TSI od Volkswagena o mocy 160 KM i 258 Nm momentu obrotowego. Liczby nie wywołują dreszczy, ale w codziennym użytkowaniu okazują się w zupełności wystarczające, a auto subiektywnie bardzo dynamiczne. Na uwagę zasługuje też dobra kultura pracy czterocylindrowej jednostki.

SUV, który zna swoje miejsce

Bestune T77 nie próbuje udawać terenówki ani sportowca. To crossover miejski z ambicjami rodzinnego auta i dokładnie tak się zachowuje. Pozycja za kierownicą jest wygodna, fotele szerokie, z ładnymi przeszyciami, a zakres regulacji pozwala szybko znaleźć „to swoje” ustawienie. Przestrzeni jest pod dostatkiem zarówno z przodu jak i z tyłu i nikt nie ma poczucia, że siedzi tu tylko warunkowo.

Prowadzenie? Spokojne, przewidywalne, neutralne. T77 jedzie tak, jak oczekujesz od współczesnego SUV-a: bez nerwowości, bez nagłych reakcji, z poczuciem kontroli. Silnik 1.5 TSI dobrze radzi sobie z masą auta, a moment obrotowy dostępny na niskich obrotach sprawia, że w mieście nie trzeba go kręcić ani namawiać do współpracy. Podobnie, automatyczna skrzynia biegów pracuje płynnie, niemal niezauważalnie.

Wnętrze, które nie rozprasza

Materiały wykończeniowe są solidne, dobrze spasowane i przyjemne w dotyku. Nie ma tu wrażenia taniości ani skrzypienia, nawet na gorszych nawierzchniach. Wszystko jest logicznie rozmieszczone, a wnętrze sprawia wrażenie dobrze przemyślanego, z fizycznymi przyciskami na desce rozdzielczej, bardziej „użytkowego” niż efektownego, co w dłuższej perspektywie działa na jego korzyść.

Na plus trzeba zapisać system audio. Owszem, multimedia znów mają swój grzech główny, jakim jest brak RDS w radiu. To coś, co wciąż trudno zrozumieć, ale przynajmniej głośniki grają dynamicznie i wyraziście. Muzyka brzmi dobrze, dźwięk nie ginie, a bas nie udaje subwoofera z marketu.

LPG, czyli argument nie do zignorowania

Tak jak w przypadku B70, ogromnym atutem T77 jest instalacja LPG. Dobrze zintegrowana, bezproblemowa w codziennym użytkowaniu i realnie zwiększająca zasięg auta do ponad 1000 km. Przełączanie między benzyną a gazem odbywa się płynnie, bez szarpnięć czy zmian charakteru pracy silnika. To rozwiązanie, które dziś znów zaczyna mieć sens zwłaszcza dla tych, którzy naprawdę jeżdżą.

Technologia w tle

Na szczęście T77 nie próbuje być elektronicznym mentorem kierowcy. Systemy wsparcia są obecne, ale nie nachalne. Auto nie poucza, nie straszy komunikatami i nie karze za chwilę nieuwagi. Jedziesz i masz wrażenie, że samochód jest po twojej stronie. Dla mnie to synonim poczucia bezpieczeństwa i pewność, że auto nie wywinie jakiegoś numeru na drodze, bo któryś z czujników czy radarów zauważy nagle coś, czego w rzeczywistości nie ma, albo podejmie decyzję za kierowcę wbrew jego woli.

Podsumowanie

Bestune T77 to bardzo rozsądnie zaprojektowany SUV dla ludzi, którzy szukają nowoczesnego auta, ale bez technologicznego przesytu. Jest ładny, przestronny, dobrze wykonany i zwyczajnie przyjemny w codziennym użytkowaniu. Nie próbuje nikogo zaskakiwać na siłę, zamiast tego buduje zaufanie. I to właśnie może być jego największy atut. Bo czasem najlepszy samochód to ten, który po prostu pasuje do życia, zamiast próbować je definiować.

II Gala Klubu Biznesu na Morzu

w imieniu Klubu Biznesu na Morzu pragniemy serdecznie podziękować za obecność oraz współtworzenie II Gali Klubu Biznesu na Morzu, która odbyła się w dniach 23–25 stycznia 2026 r. w Hotelu Renaissance Warsaw Airport. Państwa udział – jako Gości, Sponsorów, Partnerów oraz Prelegentów sprawił, że wydarzenie zgromadziło blisko 200 przedsiębiorców i stało się przestrzenią realnych rozmów biznesowych, inspiracji oraz nawiązywania wartościowych relacji.

Minione trzy dni były wyjątkowe również dzięki intensywnemu programowi: spotkaniom biznesowym 1:1, networkingowi oraz panelom i wystąpieniom, które poruszały aktualne tematy związane z rozwojem firm, inwestycjami, ekspansją i budowaniem marki. Zwieńczeniem wydarzenia była uroczysta Gala z wręczeniem nagród, a gwiazdą wieczoru był Michał Milowicz. Dziękujemy również za wspólne zaangażowanie w część charytatywną – licytacje były ważnym elementem wieczoru i pokazały siłę naszej społeczności.

Dziękujemy Sponsorom i Partnerom za zaufanie, wsparcie organizacyjne oraz wkład w jakość wydarzenia. Dziękujemy Prelegentom za merytoryczne wystąpienia i inspiracje, a wszystkim Gościom – za energię, otwartość i kulturę rozmów, które są znakiem rozpoznawczym Klubu Biznesu na Morzu.

Poniżej przesyłamy materiały podsumowujące:
•⁠ ⁠Galeria zdjęć: Zdjęcia z II Gali Klubu Biznesu na Morzu fot. Monika Dratwa
•⁠ ⁠Relacja / artykuł: Express Biznesu – II Gala KBM

Jeżeli po Gali chcieliby Państwo skontaktować się z konkretnymi firmami lub osobami, prosimy o wiadomość – z przyjemnością pomożemy w połączeniu i ustaleniu dalszych rozmów.

Raz jeszcze dziękujemy za Państwa obecność i zaufanie !

Na balu w Panoramie wręczono statuetki Stowarzyszenia „Amicus Hominis”

    Uczestnicy kilku ośrodków dla osób z niepełnosprawnościami z województwa małopolskiego wzięli udział w balu zorganizowanym w restauracji „Panorama”. Wydarzenie przygotowały Stowarzyszenie na Rzecz Osób Specjalnej Troski „Amicus Hominis” oraz Warsztat Terapii Zajęciowej w Proszówkach. Sponsorem balu, jak co roku, byli Edyta i Krzysztof Kołodziejczykowie – właściciele kompleksu „Panorama”.

                W balu wzięli udział Starosta Bocheński Adam Korta. Członek Zarządu Powiatu Róża Gawłowicz, Burmistrz Nowego Wiśnicz Małgorzata Więckowska, Dyr. PCPR w Bochni Lidia Piekarz, Członek Rady Fundacji Ochrony Zdrowia Inwalidów z Warszawy Henryk Zdębski. Przybyłych gości powitali wspólnie Gospodarze Panoramy państwo Edyta i Krzysztof Kołodziejczyk oraz Kierownik WTZ Edward Firek, który następnie poinformował zebranych gości o osobach wyróżnionych statuetkami Stowarzyszenia „Amicus Hominis”.

                W tym roku Kapituła Statuetki postanowiła uhonorować i wyróżnić trzy osoby: panią Magdalenę Radzięta z Trzciany, państwa Annę i Pawła Kozik z Proszówek i panią Lilianę Pindor Przewodnicząca Rady Fundacji Ochrony Zdrowia Inwalidów z Warszawy. Następnie Starosta Bocheński Adam Korta i Prezes Stowarzyszenia „Amicus Hominis” Adam Wyszkowski wręczali laureatom wyróżnienia i statuetki.

                Zabierając głos Starosta Bocheński podkreślił, jak ważną rolę do spełnienia mają wszyscy współpracujący ze środowiskiem osób z niepełnosprawnościami i ze swej strony wyrażał słowa uznania i podziękowania dla laureatów statuetki.

                Spośród wyróżnionych laureatów głos zabrali p. Magdalena Radzięta, p..Anna Kozik, oraz w imieniu p. Liliany Pindor p.Henryk Zdębski. Dziękując za przyznane wyróżnienia laureaci podkreślali szczególną, pozytywną wartość pomocy drugiemu człowiekowi oraz szczególną misję dla osób z niepełnosprawnościami, jaką realizują takie placówki jak WTZ w Proszówkach.

                Tegoroczny bal uświetnił swoim występem muzyk, kompozytor i wokalista, p. Krzysztof Koniarek, który na żywo śpiewał swoje piosenki. Na balu bawiło się ponad 240 osób. To przedstawiciele ośrodków ze Stróż, Siołkowej, Zawady Uszewskiej, Łyszkowic, Łapanowa, Proszówek, ŚDS z Muchówki, DPS z Bochni, Domu Dziecka i SOSW z Bochni.

                „Profesjonalna i życzliwa obsługa oraz przyjacielska atmosfera sprawiły, że udział w balu był dla uczestników niezapomnianym przeżyciem, a samo wydarzenie stało się także doskonałą okazją do nawiązania nowych znajomości” – podkreśla Edward Firek, kierownik WTZ w Proszówkach.

    Stowarzyszenie „Amicus Hominis” i WTZ Proszówki składają podziękowania wszystkim laureatom statuetki za wieloletnią współpracę, życzliwość i pomoc, a w sposób szczególny państwu Edycie i Krzysztofowi Kołodziejczykom, którzy z własnych środków w całości sfinansowali ten bal.

    Od butelki z Pilzna do światowego systemu kaucji

      Po wielu latach zapowiedzi i przygotowań nabiera rozpędu ogólnopolski system kaucyjny. Jest to ogromne przedsięwzięcie. Dotyczy bowiem rocznie 12 miliardów opakowań, takich jak butelki PET, puszki oraz szkło zwrotne w co zaangażowanych zostanie ponad 200 tysięcy punktów handlowych obsługujących około 35 mln konsumentów

      Według analiz Ministerstwa Klimatu oraz branży napojowej, łączny koszt uruchomienia systemu uwzględniający automaty, infrastrukturę, informatykę, logistykę i raportowanie wyniesie w pierwszych latach 3,5–4 miliardy złotych. Sam zakup i instalacja automatów kaucyjnych (RVM – reverse vending machines) pochłonie ok. 1,5 miliarda złotych, a utrzymanie i obsługa logistyczna kolejnych 700–900 milionów rocznie.

      – To ogromna inwestycja, ale nie państwowa – mówi Andrzej Jaśkiewicz, prezes Organizacji Odzysku Opakowań Erbis SA. – Finansują ją producenci napojów i sieci handlowe, które zgodnie z ustawą muszą stworzyć lub przystąpić do operatorów systemu kaucyjnego (OSK). Operatorzy będą odpowiedzialni za całość procesów: od ewidencji i rozliczeń kaucji, przez transport opakowań, aż po ich recykling.

      Wszystko zaczęło się od Pilsnera

      W 1842 roku w Pilźnie, w sercu ówczesnych Czech należących do monarchii austro-węgierskiej, powstał Browar Miejski – dziś znany jako Pilsner Urquell – nikt nie przypuszczał, że w jego rozlewni narodzi się coś, co zrewolucjonizuje gospodarkę opakowaniami na całym świecie. Szklana butelka, ciężka, droga i trwała, była wtedy towarem zbyt cennym, by ją wyrzucać. Browarnicy skwapliwie pilnowali, by do browaru wracała każda z nich. Już w księgach z lat 60. XIX wieku pojawia się zapis o „Pfandflaschen” – butelkach objętych zastawem. Klient dopłacał drobną sumę, a gdy przynosił puste naczynie, pieniądze wracały do jego kieszeni. Tak narodził się pierwszy czeski system kaucyjny, prosty i genialny w swej logice: nic nie ginie, wszystko krąży.

      Z Pilzna idea szybko rozlała się po całym kraju. Velké Popovice, České Budějovice, Pardubice, Praga – w drugiej połowie XIX wieku niemal każdy większy browar prowadził ewidencję butelek i skrzynek, pobierał zastaw i rozliczał zwroty. W prasie tamtych lat pojawiały się ogłoszenia: „Za vrácené lahve od piva Prazdroj vyplácí se záloha” – „Za zwrócone butelki po piwie Prazdroj wypłacana jest kaucja”.

      Równolegle mleczarnie w Pradze i Brnie stosowały depozyt 10 halerzy za butelkę mleka, a winiarnie morawskie pobierały kaucję za karafki. W 1903 roku Związek Browarów w czeskich krajach przyjął oficjalny regulamin opakowań zwrotnych, standaryzując pojemność butelek i ustalając wysokość zastawu – 20 halerzy za butelkę, koronę za skrzynkę dwudziestu. Tak powstał pierwszy branżowy system kaucyjny Europy Środkowej, obejmujący cały region.

      Tuż przed I wojną światową czeskie browary działały już w pełnym obiegu zamkniętym. Butelki krążyły między browarem, gospodą i sklepem w cyklu, który mógł trwać latami. Wtedy nikt nie mówił jeszcze o ekologii ani zrównoważonym rozwoju, ale czescy piwowarzy praktykowali obydwa – z czystego rozsądku i rachunku ekonomicznego. Ich „Pfandflasche” – butelka pod zastaw – stała się symbolem gospodarności, który sto lat później powrócił do Europy w nowoczesnej, cyfrowej odsłonie.

      Upadek i odrodzenie idei

      W pierwszej połowie stulecia czeski i niemiecki model opakowania zwrotnego rozprzestrzenił się po całej Europie. Butelka stała się obiegiem samym w sobie – wracała do browaru, była myta, ponownie napełniana i znów trafiała w ręce klientów. W latach 30. i 40. Budvar, Pilsner Urquell, Staropramen, Heineken i Carlsberg miały niemal stuprocentowy system zwrotu. W Stanach Zjednoczonych mleczarze odbierali puste butelki spod drzwi domów, a kaucja była oczywistością – częścią codziennego rytuału zakupów.

      Ale potem przyszły lata 60. i 70. – czas plastiku, jednorazowości i marketingu, który przekonał ludzi, że wygoda jest ważniejsza niż trwałość. Wynalazek butelki PET, opatentowany w 1973 roku przez inżyniera koncernu DuPont, Nathaniela Wyetha, rozpoczął erę opakowania jednorazowego. Plastik był lekki, tani i błyszczący. Nie trzeba go było myć ani odbierać – wystarczyło wyrzucić. W ciągu dwóch dekad zniknęły punkty skupu, a w sklepach przestano pytać o puste butelki. Kaucja – niegdyś symbol gospodarności – stała się anachronizmem.

      To właśnie wtedy, gdy plastik zalał świat, idea kaucji odżyła tam, gdzie narodziła się kultura porządku: w Skandynawii i Niemczech. W 1972 roku Szwecja wprowadziła ustawowy system kaucji na butelki szklane, a Norwegowie stworzyli w 1992 roku pierwszy zautomatyzowany system depozytowy, obsługiwany przez nową firmę TOMRA Systems producenta automatów kaucyjnych, które do dziś stoją w tysiącach europejskich sklepów. W 2003 roku Niemcy poszli jeszcze dalej: powołali Deutsche Pfandsystem GmbH (DPG), cyfrowy system obejmujący całą gospodarkę napojową. Każda butelka i puszka otrzymała kod, każda kaucja była zarejestrowana i rozliczana w systemie centralnym. W efekcie zwroty osiągnęły poziom 97 proc. – najwyższy na świecie.

      Powrót do źródeł

      Dziś ten model wraca tam, skąd wyszedł. Czechy i Polska, które przez dziesięciolecia opierały się na pojemnikowej segregacji odpadów, wprowadzają własne systemy kaucyjne: nowoczesne, zautomatyzowane, cyfrowe. W Czechach system ruszy w 2026 roku, w Polsce – już w 2025. Kaucja znów stanie się czymś oczywistym: 50 groszy w Polsce, cztery korony w Czechach. Butelka, którą w XIX wieku browarnicy z Pilzna uznali za zbyt cenną, by ją wyrzucać, po 180 latach wraca do obiegu – nie jako wspomnienie dawnych czasów, lecz jako symbol nowej gospodarki, w której nic nie jest odpadem, dopóki krąży.

      Warto dodać, że w 1900 roku w USA zaczęły funkcjonować systemy kaucyjne na butelki po mleku – dostarczane rano pod drzwi domów i odbierane po opróżnieniu. Szklana butelka stawała się trwałym elementem codzienności – w obiegu mogła krążyć nawet przez 20–30 cykli. Dla producentów był to czysty zysk: koszt butelki zwrotnej był o wiele niższy niż produkcja nowej.

      U podstaw systemu nie leżała troska o środowisko – ekologia jeszcze nie istniała jako pojęcie. Chodziło o czystą ekonomię i rozsądek: butelka to surowiec, który można wykorzystać ponownie.

      W pierwszej połowie XX wieku system kaucyjny stał się powszechnym standardem. W miarę jak rozwijał się handel detaliczny i sieci dystrybucji, butelki i skrzynki transportowe krążyły w zamkniętym obiegu między producentami, sklepami i konsumentami.

      W Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji i Skandynawii funkcjonowały lokalne modele oparte na depozytach pieniężnych. W USA browary i mleczarnie wymagały zwrotu butelek jako części umowy sprzedaży. Pojawiały się też pierwsze standaryzowane butelki (np. typu „steinie”), co ułatwiało logistykę i wielokrotne wykorzystanie.

      W tym okresie zaczęto też dostrzegać, że zwrotny system działa tylko wtedy, gdy wszyscy uczestnicy rynku – producenci, sklepy i klienci – mają z niego korzyści. W wielu krajach wprowadzono nawet przepisy nakazujące odbiór pustych opakowań w sklepach.

      Polska międzywojenna i PRL

      W Polsce przedwojennej również istniał obieg zwrotnych butelek, głównie w branży piwnej i mleczarskiej. Po II wojnie światowej, w realiach gospodarki centralnie planowanej, system kaucyjny został upowszechniony i usystematyzowany.

      W czasach PRL-u kaucja była elementem codzienności. Butelki po oranżadzie, piwie, mleku czy wódce miały charakterystyczne kształty i oznaczenia producenta. W każdym sklepie można było oddać puste butelki i odzyskać kilka złotych – kwota niewielka, ale odczuwalna. Często dzieci zbierały butelki po osiedlach i sprzedawały je w sklepach, kioskach czy specjalnych punktach skupu, zyskując swoje pierwsze kieszonkowe.

      System działał, bo był prosty – producent wprowadzał butelki w obieg i doliczał do ceny kaucję. Sklepy odbierały opakowania i przekazywały je z powrotem do rozlewni. Butelki były myte, dezynfekowane i ponownie napełniane.

      W latach 70. i 80. nawet opakowania po szklanych słoikach po dżemach, konserwach czy musztardzie miały wartość. Niektóre sklepy prowadziły specjalne punkty skupu opakowań szklanych, a plakaty edukacyjne zachęcały do „oddawania szkła do obiegu”.

      Lata 70.90. – triumf plastiku

      Wraz z wynalezieniem i upowszechnieniem plastiku (szczególnie PET) w latach 70. XX wieku, system kaucyjny zaczął tracić na znaczeniu.

      Producenci zauważyli, że plastikowe butelki są: tańsze w produkcji, lżejsze i łatwiejsze w transporcie i co najważniejsze – nie wymagają zwrotu ani logistyki obiegu.

      W latach 80. i 90. rozpoczęła się globalna rewolucja opakowań jednorazowych. Dla konsumentów była to wygoda, dla handlu – prostota, ale dla środowiska – katastrofa. Odpady zaczęły rosnąć lawinowo.

      W Polsce po transformacji ustrojowej system kaucji de facto się rozpadł. Zniknęła centralna regulacja i jednolite opakowania. W sklepach przestano przyjmować butelki, których nie dało się powiązać z konkretnym producentem. Rozdrobniony rynek hurtowy i napływ nowych marek z Zachodu oparły się na modelu jednorazowości. W efekcie butelka przestała być przedmiotem użytkowym, a stała się odpadem.

      Skala biznesu

      Kaucja w wysokości 0,50 zł za każde opakowanie oznacza, że w systemie będzie krążyć nawet 6 miliardów złotych rocznie. To środki, które konsumenci w pewnym sensie pożyczają systemowi, odzyskując je przy zwrocie opakowań.

      Ten mechanizm wymaga precyzyjnego nadzoru finansowego – każda butelka ma swój kod EAN, który pozwala rozliczyć: pobranie kaucji, zwrot kaucji i ostateczny los opakowania (recykling, ponowne użycie, zniszczenie).

      Według założeń Ministerstwa, co najmniej 85–90 proc. kaucji będzie zwracane konsumentom, a 10–15 proc. pozostanie w systemie jako tzw. nieodebrana kaucja. Te środki (ok. 500–600 mln zł rocznie) mają zasilać fundusz rozwoju systemu – finansować logistykę, edukację i inwestycje w recykling.

      Ryzyka systemu kaucyjnego

      System kaucyjny w Polsce będzie miał charakter branżowo-prywatny z nadzorem publicznym. Minister Klimatu nadaje zgodę na działalność operatora, ale to branża napojowa – zrzeszona w stowarzyszeniach, takich jak Związek Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego, Polska Federacja Producentów Żywności, Związek Pracodawców EKO-PAK, czy KUPS (Klub Producentów Napojów) – tworzy realne zaplecze operacyjne.

      Organizacje odzysku, które przez 20 lat działały w ramach ROP (Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta), teraz przejmują rolę ekspertów i zaplecza kontrolnego.

      To one mają zapewnić zgodność danych, raportowanie do BDO i GIOŚ oraz kontrolę jakości recyklingu. Bez ich doświadczenia żaden operator nie zbuduje wiarygodnego systemu rozliczeń.

      Z punktu widzenia ekologii i gospodarki kluczowy jest los zebranych surowców, zwłaszcza plastiku PET. Według szacunków branży, w Polsce produkuje się rocznie ponad 200 tys. ton butelek PET, z czego dotychczas odzyskiwano ok. 30–35 proc. System kaucyjny ma ten wskaźnik podnieść do 90 proc., czyli ponad 180 tys. ton czystego PET rocznie.

      Problem polega na tym, że globalny rynek granulatu rPET (recyklat PET) znajduje się obecnie w kryzysie. W 2024 roku jego cena spadła do poziomu 3–3,5 tys. zł za tonę, podczas gdy koszt zbiórki i przetworzenia przekracza 5 tys. Dla recyklerów oznacza to ujemną marżę, a dla operatorów – ryzyko finansowe: system kaucyjny generuje czysty surowiec, ale nie ma kto i za co go przerabiać.

      To efekt nadpodaży rPET w Europie i taniego, świeżego plastiku z Azji. Jeśli sytuacja się utrzyma, system może być ekologicznie skuteczny, ale ekonomicznie deficytowy – jego finansowanie będzie musiało być utrzymywane z opłat producentów, a nie z wartości recyklatu.

      Wpływ na handel i konsumentów

      Dla konsumenta kaucja to prosta sprawa: dopłata 50 groszy, zwrot przy oddaniu butelki. Ale dla handlu to ogromna operacja logistyczna.

      W Polsce działa ponad 100 tys. małych sklepów osiedlowych, ok. 10 tys. supermarketów i dyskontów oraz kilka tysięcy punktów gastronomicznych.

      Ustawa wymaga, by punkty sprzedaży o powierzchni powyżej 200 m2 przyjmowały opakowania obowiązkowo. Sklepy mniejsze mogą to robić dobrowolnie, ale branża prognozuje, że przystąpi do systemu około 60 proc. z nich, zwłaszcza jeśli konsumenci zaczną oczekiwać możliwości oddania butelek w każdym miejscu.

      Dla sieci handlowych to również biznes: sklepy będą pobierać opłatę serwisową od operatora systemu – szacowaną na 5–8 groszy za każde przyjęte opakowanie. W największych sklepach (Lidl, Biedronka, Kaufland, Żabka) pojawią się setki nowych automatów kaucyjnych, głównie od producentów TOMRA, Envipco i Sielaff. Cały rynek automatów RVM w Polsce w 2025 roku może być wart ponad 1 miliard złotych.

      Rola państwa i kontrola systemu

      Ministerstwo Klimatu i Środowiska pełni funkcję nadzorczą, ale nie operacyjną. Kontrola obejmie: certyfikację operatorów, nadzór nad raportowaniem danych (GIOŚ, BDO) i monitorowanie osiąganych poziomów zbiórki.

      Polska, jako państwo członkowskie UE, musi osiągnąć: 77 proc. zbiórki butelek PET do końca 2025 roku, 90 proc. do 2029 roku i 25 proc. udziału rPET w każdej nowej butelce (dyrektywa SUP). Jeżeli to się nie powiedzie, grożą kary finansowe z Brukseli – szacowane nawet na kilkadziesiąt milionów euro rocznie. Dlatego system kaucyjny jest nie tylko ekologicznym projektem, ale też instrumentem ochrony przed sankcjami unijnymi.

      Korzyści makroekonomiczne i społeczne

      Choć koszty startowe są wysokie, system kaucyjny może przynieść realne korzyści: ograniczenie zaśmiecania środowiska o 70–80 proc., redukcję emisji CO2 o ok. 300 tys. ton rocznie, powstanie 5–7 tys. nowych miejsc pracy w logistyce, recyklingu i serwisie automatów, oszczędność energii (recykling PET wymaga o 60 proc. mniej energii niż produkcja pierwotna).

      Długofalowo system kaucyjny stanie się również elementem zielonej transformacji przemysłu opakowaniowego – wymusi na producentach projektowanie butelek zgodnych z zasadami recyklingu, a na konsumentach – zmianę nawyków.

      Trzy scenariusze działania systemu

      System kaucyjny to początek wielkiej zmiany strukturalnej w sposobie, w jaki Polska traktuje opakowania, odpady i surowce. To, jak ta zmiana przebiegnie, zależy od kilku czynników: od współpracy branży napojowej i handlu, od cen recyklatów, od tempa automatyzacji, ale też od postaw konsumentów. W ciągu pierwszych pięciu lat działania systemu można przewidzieć trzy realistyczne scenariusze – optymistyczny, realistyczny i kryzysowy.

      SCENARIUSZ OPTYMISTYCZNY

      Założenia: Pełna współpraca branży, sieci handlowych i organizacji odzysku. Skuteczna edukacja społeczna i szeroka sieć punktów zwrotu (również w małych sklepach). Stabilizacja cen rPET (ok. 4500–5000 zł/t) i rozwój krajowych instalacji recyklingowych.

      Przebieg: Już po dwóch latach poziom zwrotu przekracza 85 proc., a w 2028 roku osiąga 93–95 proc.. Większość butelek PET wraca do polskiego obiegu – część przetwarzana jest w zakładach Plast-Al, PRT Radomsko, czy Greiner Packaging, a część w nowych liniach tworzonych przez branżę napojową (np. Coca-Cola, PepsiCo, Żywiec Zdrój).

      Powstaje krajowa sieć obiegu zamkniętego „butelka-w-butelkę”, która ogranicza import plastiku pierwotnego nawet o 40 proc.

      Operatorzy łączą dane w zintegrowanym systemie raportowym, a Polska osiąga unijne cele recyklingowe z zapasem. Koszt funkcjonowania systemu stabilizuje się na poziomie 0,05–0,06 zł na opakowanie, co czyni go ekonomicznie zrównoważonym.

      Efekty: Polska zostaje wskazana przez Komisję Europejską jako modelowy przykład wdrożenia. W 2029 roku system rozszerza się o opakowania po produktach mlecznych i chemii gospodarczej. Poziom zaśmiecenia przestrzeni publicznej spada o 80 proc. Polska eksportuje know-how w regionie (np. do Ukrainy i Rumunii).

      SCENARIUSZ REALISTYCZNY

      Założenia: system startuje z opóźnieniem organizacyjnym i logistycznym. Początkowo działa 60–70 proc. punktów zbiórki. Ceny rPET wahają się między 3000 a 4000 zł/t, co powoduje presję na koszty.

      Przebieg: pierwszy rok (2025) przynosi poziom zbiórki ok. 65–70 proc., głównie dzięki sieciom handlowym i dużym miastom. W małych miejscowościach system rozwija się wolniej – problemem jest brak miejsca i koszt automatów kaucyjnych. Niektóre sklepy przyjmują opakowania ręcznie, inne – tylko z własnych paragonów. W 2026–2027 roku system się stabilizuje, poziom zbiórki rośnie do 85–87 proc., ale koszty utrzymania pozostają wysokie. Operatorzy kompensują je z nieodebranych kaucji (10–15 proc.) i z opłat produktowych od wprowadzających napoje. Recyklerzy zmagają się z niskimi cenami surowców, ale krajowy popyt utrzymuje system przy życiu.

      SCENARIUSZ KRYZYSOWY

      Założenia: Niestabilność rynku rPET (spadek cen do 2500 zł/t). Brak wystarczającej liczby punktów zbiórki w małych miejscowościach. Problemy z integracją systemów IT operatorów. Niedostateczna edukacja konsumentów.

      Przebieg: W 2025 roku start przebiega chaotycznie: część sklepów nie ma gotowych urządzeń, a konsumenci gubią się w zasadach. Brak kompatybilności systemów powoduje zatory w rozliczeniach – część kaucji wraca z opóźnieniem. Zbiórka osiąga zaledwie 55–60 proc., a duża część butelek trafia nadal do pojemników komunalnych.

      W 2026 roku pojawiają się pierwsze audyty GIOŚ i sankcje za zaniżone raporty. Nieodebrana kaucja nie wystarcza, by pokryć koszty logistyki, więc operatorzy podnoszą opłaty dla producentów. Część mniejszych wytwórców napojów rezygnuje z działalności, a konsumenci – z powodu frustracji – przestają systematycznie zwracać opakowania.

      Wnioski i prognoza

      Polska stoi dziś przed rzadką szansą: może stać się liderem gospodarki obiegu zamkniętego w Europie Środkowej albo – jeśli zabraknie koordynacji – powtórzyć błędy innych krajów, które zbyt późno wdrożyły spójny model. System kaucyjny to nie tylko technologia i logistyka. To umowa społeczna, oparta na zaufaniu i współodpowiedzialności.

      Jeśli uda się zbudować synergię między państwem, biznesem i obywatelami, Polska w 2030 roku będzie krajem, w którym butelka po napoju nie jest odpadem, lecz walutą w obiegu zamkniętym – cennym zasobem, który zawsze wraca do obiegu. Jeśli nie – pozostanie po nas tylko góra taniego plastiku, którego nikt nie będzie chciał.pasted-image.pdf

      Piotr Cegłowski

      pasted-image.pdf

      pasted-image.pdf

      RAMKA

      Jak dowartościować tworzywa sztuczne

      Ciągle powtarzamy, że musimy dbać o nasze środowisko. Mówimy o zmianach klimatycznych i o tym, że trzeba dbać o surowce. Często słyszy się o ekologach przykuwających się do drzew, by w ten sposób walczyć o naszą planetę, o środowisko.

      Prawda jest jednak taka, że ochrona środowiska to w znacznej mierze ochrona własnych surowców. To być albo nie być dla przemysłu, który bez surowców nie jest w stanie niczego nam zaoferować.

      Kluczowe więc jest znalezienie takich mechanizmów, które połączą wszystkich i wspólnie zadbamy o surowce i naszą przyszłość. Dzisiejszy przemysł nie jest w stanie funkcjonować bez surowców, a te naturalne wyczerpują się bardzo szybko. Nasz statek kosmiczny Ziemia musi radzić sobie tym, co ma na pokładzie. Kluczowe jest więc zrównoważone zużywanie zasobów i zapasów na pokładzie.

      W dzisiejszym świecie opartym na pieniądzu niezbędne jest wprowadzenie zachęty finansowej, a co za tym idzie sztuczne podbicie wartości istotnych zasobów i dofinansowanie dróg ich przepływu. Wiele surowców, takich jak choćby złom stalowy, broni się samodzielnie i nie potrzeba sztucznego podbijania ich wartości oraz dodatkowego finansowania ich przepływów. Złomowiska mają się świetnie w każdej społeczności i gromadzone są tam ogromne ilości cennego z punktu widzenia przemysłu surowca. Ze względu na duże zapotrzebowanie przemysłu cena złomu kształtuje się na wolnym rynku, a producenci stali chętnie go kupują.

      W przypadku tworzyw sztucznych wygląda to zupełnie inaczej. Są one trudno rozpoznawalne, opakowania są cienkie, a ilość cennego surowca jest znikoma. Bardzo szybko stają się więc bezwartościowe i nie trafiają do ponownego przetworzenia. Takim sposobem na ich dowartościowanie jest wprowadzenie kaucji, by te nawet najmniejsze plastikowe butelki i puszki opłacało się nam oddać.

      Jednak genialne pomysły i szczytne idee często rozbijają się na skałach biurokracji i idą na dno z powodu dziur budżetowych. Za system kaucyjny zapłacimy wszyscy, bo przedsiębiorcy wprowadzający napoje w opakowaniach podlegających kaucji sięgną po finansowanie do naszych kieszeni. Powołani przez nich operatorzy systemów kaucyjnych będą musieli finansować centra i systemy logistyczne, by zebrane opakowania trafiły do przetwarzających je podmiotów – recyklerów. Miejmy jednak nadzieję, że nowe regulacje nie spowodują tego, że operatorzy zasypią recyklerów górami nikomu nieprzydatnych surowców… Albo recyklerzy zamkną zakłady z powodu zbyt wysokich cen prądu i nasz cały wysiłek pójdzie w gwizdek.

      Z pewnością dla firm czerpiących zyski z surowców wtórnych będzie to spory cios. W pojemnikach na śmieci trudno będzie znaleźć opakowania z tworzyw sztucznych podlegające pod system kaucyjny, w większości te wykonane z tworzywa PET. Cóż pozostaje nam przyzwyczaić się do nowego systemu i zaprzestać zgniatania opakowań podlegających kaucji, bo w takim przypadku automat ich nie przyjmie. Podobnie jak opakowania, które nie zostało opróżnione.

      Wojciech Kamiński

      ekspert rynku surowców wtórnych, szef EcoKam

      Ważne Informacje

      Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

      Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

      Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

      Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

      Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

      Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

      Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

      Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

      Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

      XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

      XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...