Geely Starray EM-i – Chińczycy dogonili Europę? – test redakcyjny

Chińskie samochody przestały być egzotyczną ciekawostką. Dziś coraz częściej mają po prostu przekonać europejskiego kierowcę, że nie musi już wybierać między rozsądkiem a przyjemnością z jazdy. Problem w tym, że wielu producentów wciąż rozumie Europę bardziej z prezentacji PowerPoint niż z autostrady A4. Geely najwyraźniej odrobiło pracę domową. I to zaskakująco dobrze.

Autor: Michał Garbaczuk

Efekt? Po kilkunasu dniach spędzonych za kierownicą Starray EM-i w wersji PRO złapałem się na tym, że przestałem myśleć o kraju pochodzenia tego samochodu. Zacząłem oceniać go dokładnie tak samo, jak Volkswagena, Peugeota, Kię czy Skodę. I właśnie to jest największy komplement, jaki mogę mu wystawić.

Napęd plug-in hybrid o łącznej mocy 262 KM, oparty na benzynowej jednostce 1.5 oraz silniku elektrycznym, zapewnia nie tylko bardzo dobre osiągi, ale przede wszystkim wyjątkową kulturę pracy. Producent deklaruje łączny zasięg do 943 km oraz bogate wyposażenie już w wersji PRO, której ceny rozpoczynają się od 119 900 zł.

Największym zaskoczeniem nie jest jednak ani moc, ani wyposażenie, a sposób, w jaki Starray jeździ. To bez wątpienia najlepiej prowadząca się hybryda plug-in, jaką miałem okazję testować w ciągu ostatniego roku. I mówię to w kategorii open, a nie wyłącznie wśród samochodów chińskich. Już po pierwszych kilometrach czuć, że inżynierowie nie gonili za spektakularnym efektem „wow”. Zamiast tego postawili na coś znacznie trudniejszego – naturalność.

Dodajesz gazu, a samochód nie wyrywa do przodu. Nie szarpie. Nie próbuje udowodnić światu, że ma ponad 260 KM. Po prostu aksamitnie wysuwa się przed siebie. Moc oddawana jest niezwykle delikatnie, płynnie i z wyczuciem. Im dłużej jedziesz, tym bardziej doceniasz ten charakter. To samochód, który nie zachęca do ścigania się spod świateł. On zachęca do pokonywania kolejnych kilometrów. I właśnie za to polubiłem ten samochód. Dzisiaj niemal każdy producent chce udowodnić, że jego hybryda jest sportowa, a Geely po prostu jedzie.

I robi to w ciszy.

Naprawdę spektakularnej ciszy. Przy prędkościach autostradowych do kabiny dociera właściwie wyłącznie szum opon. Nie słychać świstów przy lusterkach, uszczelki nie prowadzą własnej rozmowy z pędem powietrza, a całe nadwozie sprawia wrażenie zwartego, bardzo solidnie zbudowanego. Dawno nie siedziałem w samochodzie z tego przedziału cenowego, który byłby tak dobrze wyciszony.

To samo można powiedzieć o jakości wykonania wnętrza. Po zamknięciu drzwi nie słychać żadnych trzasków czy skrzypienia. Poszczególne elementy spasowano z dużą precyzją, a tam, gdzie kierowca najczęściej dotyka kokpitu, zastosowano miękkie i przyjemne w odbiorze materiały. Nie ma tu wrażenia oszczędzania na każdym centymetrze tworzywa. Wręcz przeciwnie – kabina sprawia wrażenie dopracowanej i przemyślanej.

Na pochwałę zasługuje również ergonomia obsługi. W czasach, kiedy producenci potrafią ukryć podstawowe funkcje samochodu w czwartym podmenu piątej zakładki, Geely postawiło na logikę. Menu jest przejrzyste, ekran reaguje błyskawicznie na dotyk, a cały system działa szybko i stabilnie.

Bardzo spodobał mi się programowalny przycisk „Ulubione” umieszczony na kierownicy. Można przypisać do niego kilka najczęściej używanych funkcji, ale w praktyce najlepiej sprawdza się jako szybki dostęp do ustawień systemów wspomagających kierowcę. Jednym naciśnięciem można ograniczyć lub wyłączyć najbardziej nadgorliwego asystenta rozpoznawania znaków, system utrzymania pasa ruchu czy monitorowanie uwagi kierowcy. Niby drobiazg, ale po kilku dniach trudno wyobrazić sobie życie bez takiego rozwiązania.

Nie oznacza to jednak, że Starray jest samochodem pozbawionym wad.

Chętniej zobaczyłbym centralny podłokietnik otwierany na boki, a nie unoszony do góry jak klasyczna pokrywa schowka. W codziennym użytkowaniu byłby po prostu wygodniejszy i nie wymagałby odsuwania łokcia podczas jazdy.

Mam też jedną uwagę dotyczącą wyposażenia. Wersja PRO jest bardzo bogata, ale szkoda, że producent zostawił tylny podłokietnik wyłącznie dla odmiany MAX. To niewielki element, jednak zintegrowane uchwyty na kubki znacząco zwiększają funkcjonalność tylnej kanapy. Wielu klientów chętniej wybrałoby właśnie taki dodatek niż otwierany dach panoramiczny czy bardziej rozbudowany zestaw audio.

 

A skoro już o kanapie mowa…

Z przodu fotele należą do najwygodniejszych w tej klasie. Bardzo dobre wyprofilowanie, odpowiednie podparcie ud i ergonomia sprawiają, że nawet długa podróż nie męczy. Z kolei tylna kanapa oferuje tyle miejsca i tak komfortową pozycję, że bez przesady można powiedzieć, iż nie powstydziłby się jej prezes dużej firmy jadący na spotkanie biznesowe.

Równie praktyczny okazuje się bagażnik. Ma regularne kształty, jest ustawny i bez problemu pomieści wakacyjny bagaż czteroosobowej rodziny.

Geely deklaruje łączny zasięg do 943 km. Podczas naszej podróży autostradami i drogami ekspresowymi na Dolny Śląsk komputer pokazał możliwość przejechania 876 km bez tankowania. To wynik osiągnięty podczas normalnej jazdy, a nie rekordowej próby oszczędzania paliwa. Jestem przekonany, że w ruchu miejskim, gdzie układ znacznie częściej korzysta z napędu elektrycznego, przekroczenie granicy 1000 kilometrów będzie jak najbardziej realne.

Duże wrażenie zrobiło na mnie również zawieszenie. Na autostradzie Starray prowadzi się niezwykle stabilnie. Ma w sobie odrobinę francuskiej szkoły komfortu, choć nie popada w przesadną miękkość. Samochód dosłownie płynie po drodze, nie tracąc przy tym pewności prowadzenia.

Jeszcze ciekawiej zrobiło się na drogach w okolicach Kudowy-Zdroju, Polanicy, Zieleńca i Kłodzka. Górskie podjazdy pokazały, że pod spokojnym charakterem kryje się bardzo sprawny układ napędowy. Mimo komfortowego nastawienia zawieszenia Geely nie sprawia wrażenia ociężałego SUV-a i z dużą swobodą radzi sobie z krętymi odcinkami.

Dogonił Europę?

Największym sukcesem Geely nie jest jednak bogate wyposażenie, długa lista systemów bezpieczeństwa ani atrakcyjna cena. Największym sukcesem jest to, że Starray EM-i nie próbuje nikogo udawać. Po prostu okazuje się bardzo dobrym samochodem. Takim, do którego po kilku dniach naprawdę trudno się nie przywiązać. A jeśli ktoś zapyta mnie dziś, czy Chińczycy potrafią już budować samochody na poziomie europejskich producentów, odpowiem krótko: „Nie tylko potrafią. W przypadku Geely Starray EM-i zrobili to zaskakująco dobrze”.

Przyznam szczerze – oddając kluczyki, nie spodziewałem się, że będę za tym samochodem tęsknił. A jednak, prawie 2 tygodnie testu pozostawiło ślad w umyśle dziennikarza. Geely Starray EM-i nie próbuje nikomu niczego udowodnić. Nie krzyczy, że jest rewolucją. Nie epatuje futurystycznymi gadżetami. Po prostu okazuje się bardzo dopracowanym samochodem, który świetnie sprawdza się w codziennym życiu. I chyba właśnie dlatego zrobił na mnie tak duże wrażenie.