.
Strona główna Blog Strona 330

Rodzinny ekspres

W latach 70. ubiegłego wieku symbolem RS Škoda oznaczała swoje wyczynowe modele wyścigowe. Od roku 2000 wyróżnik RS trafia na karoserie seryjnych egzemplarzy, a od niedawna kupić można najmocniejszą Octavię o oznaczeniu RS 245

Jaka jest z zewnątrz, wie każdy, dlatego nie będę się rozwodził nad tymi znajomymi kształtami. Muszę jednak przypomnieć, że linia nadwozia rodzinnego liftbacka i kombi została niedawno odświeżona. Nowy przód wraz z przeprojektowanymi światłami stał się teraz bardziej dojrzały. Dodatkowo w wersji RS 245 szeroki grill otrzymał specjalne czarne wykończenie. Agresywny zderzak ma ogromne wloty powietrza wykończone maskownicami o strukturze plastra miodu, a wielkie sportowe 19-calowe felgi szczelnie wypełniają nadkola.

Wewnątrz czarna podsufitka i aluminiowe pedały  nadają Octavii sportowego sznytu. Kierownica pokryta perforowaną skórą w wersji ze skrzynią DSG może mieć łopatki zmiany biegów. Kubełkowe fotele świetnie trzymają w zakrętach, zapewniając również wygodę podczas jazdy autostradą. Duża przestrzeń z tyłu i ogromny bagażnik niezależnie od wersji nadwozia pozwolą bez stresu przewieźć rodzinę.

Jednak najważniejszego nie widać z zewnątrz. Dwulitrowa jednostka napędowa osiąga teraz 245 KM, które zawsze gotowe są do dzikiego galopu. Sprint do setki trwa 6,6 sekundy (6,7 s w kombi), a prędkość maksymalna to 250 km/h. Moment 370 Nm dostępny jest w zakresie 1600–4300 obrotów na minutę. Przyspieszenie od 60 do 100 km/h trwa zaledwie 6,4 s i to na piątym biegu. Za sportowe wrażenia z jazdy odpowiadają również zwiększony o 38 mm rozstaw tylnych kół oraz adaptacyjne zawieszenie Dynamic Chassis Control, które zapewnia kontrolę w ciasnych zakrętach. Unikatową cechą wersji RS 245 jest mechanizm różnicowy o zwiększonym tarciu VAQ, który przy utracie przyczepności przez jedno z kół przedniej osi przenosi siłę napędową na to, które aktualnie ma najlepszą trakcję.

System wyboru trybu jazdy Performance Mode Select umożliwia indywidualne ustawienie pracy układu napędowego, zawieszenia oraz urządzeń pokładowych. Całości dopełnia sportowy układ wydechowy, który choć dyskretny, podczas wciśnięcia pedału gazu nie pozwala zapomnieć, że jedziemy najmocniejszą wersją kompaktowej Škody.

Opowiedz swoją historię

Plaster face mask between pieces of broken matt

Jak często odpowiadasz innym na pytania: Kim jesteś? Czym się zajmujesz? Jakie usługi lub produkty oferujesz? W czym możesz być przydatny dla klienta? Co cię odróżnia od innych osób na rynku?

To podstawowe pytania, na które musisz udzielić odpowiedzi, by opowiedzieć swoją historię. Żeby jednak historia trafiała do ludzi, sam najpierw powinieneś odpowiedzieć sobie na te pytania i stworzyć spójny z misją i celami przekaz o sobie. Przekaz jest tym, co inni usłyszą na nasz temat. Warto więc zadbać, by to, co się o nas mówi, było zgodne z tym, co sami chcemy przekazać. Tworząc przekaz, tak jak w innych obszarach związanych z budowaniem własnej marki, trzeba podchodzić do tego w sposób strategiczny. W pierwszej kolejności odpowiedz sobie na pytania: Kim są twoi odbiorcy? Co chcesz im przekazać na swój temat (jakiego rodzaju informacje)? Jaki poprzez to chcesz osiągnąć cel? Dopiero gdy to określisz, przejdź do właściwego formułowania przekazu. Istnieje kilka sposobów konstruowania przekazu na swój temat. Najbardziej znanym i najczęściej wykorzystywanym jest sposób opisowy. Mówiąc wprost – należy opisać (opowiedzieć) siebie, swoje wykształcenie, doświadczenie i sukcesy, używając określeń zrozumiałych dla odbiorców.

dr. Sergiusz Trzeciak ekspert personal brandingu, wizerunku publicznego, public relations i marketingu politycznego.

Mów językiem korzyści
Jednak dużo lepszą metodą na stworzenie przekazu na swój temat jest opisanie korzyści, jakie odbiorca osiągnie, dzięki poznaniu/współpracy ze mną. To metoda, która wymaga od nas więcej, ponieważ musimy poznać potrzeby lub preferencje odbiorcy. Dzięki temu jest jednak dużo skuteczniejsza, ponieważ opiera się na indywidualnym podejściu. Jaki przekaz na swój temat powinien zbudować na przykład manager? Zwykle w podejściu opisowym przekaz ten wygląda następująco: Jestem managerem z X-letnim doświadczeniem. Ukończyłem studia Y na uczelni Z. Zarządzam zespołem analityków/ konsultantów/specjalistów w dziedzinie Y. Takie suche fakty można oczywiście mnożyć, a opis może zajmować nawet kilka stron. Jednak czy taka prezentacja wyróżni nas spośród innych? Ten sam manager, zastępując metodę opisową wskazaniem korzyści, może o sobie powiedzieć w następujący sposób: Moje X-letnie doświadczenie gwarantuje sprawne zarządzanie zespołem. Potrafię motywować współpracowników, dzięki czemu osiągają oni doskonałe wyniki. Wspólnie z moim zespołem wdrożyliśmy projekt, który został doceniony przez branżę. Także wskazując cechy, które nas wyróżniają spośród innych warto pomyśleć, jakie korzyści osiągnie dzięki temu nasz klient.

LinkedIn – nowoczesne CV
Jeśli wiemy już, co chcemy o sobie powiedzieć, to kolejnym krokiem jest wybór formy, a więc narzędzi, przy których użyciu przekaz na nasz temat pójdzie w świat. Pierwszą niezbędną formą naszego przekazu w zawodowym życiu jest CV. Na temat przygotowania zawodowego życiorysu powstało wiele książek i jeszcze więcej artykułów. Nie będę skupiać się na tradycyjnym CV, ale na życiorysie budowanym w mediach społecznościowych. Najlepszy do tego celu jest oczywiście LinkedIn, który służy prezentowaniu zawodowych aspektów naszego życia.

Uzupełniając swój profil na LinkedIn, warto odpowiedzieć sobie na pytania: Jaki jest jego cel (czy aktualizuję go, by pochwalić się swoimi sukcesami zawodowymi, czy myślę o rychłej zmianie pracy)? Kto jest odbiorcą mojego profilu (czy ustawienia pozwalają na oglądanie mojego profilu wszystkim, czy tylko określonej przeze mnie grupie)? I na koniec: Jak chcę być przez innych postrzegany (czy skupię się przede wszystkim na prezentacji swojego doświadczenia praktycznego, czy raczej na doskonałym wykształceniu)? To są podstawowe kwestie, o których powinniśmy pamiętać, zakładając profil. Drugim ważnym aspektem są rekomendacje i polecenia, które odgrywają bardzo ważną rolę zwłaszcza w mediach społecznościowych. Warto zatem zadbać, by umiejętności na naszym profilu były potwierdzone przez jak największą liczbę osób, które mogą także rekomendować współpracę z nami. To element, który uwiarygadnia w przypadku zarówno kontaktów biznesowych, jak i poszukiwania pracy poprzez media społecznościowe.

Co powiesz o sobie w 30 sekund?
Ćwiczeniem, jakie często realizuję na swoich szkoleniach lub indywidualnych warsztatach, a które doskonale pomaga przygotować przekaz na swój temat, jest Elevator Pitch, czyli przekaz w windzie. Wyobraź sobie, że nagle w windzie spotykasz klienta, do którego bardzo długo starałeś się uzyskać dostęp. Co mu wtedy powiesz o sobie, zanim wysiądzie z windy? W jaki sposób opiszesz siebie, swój projekt albo produkt, który oferujesz? Pamiętaj, że masz tylko 30–60 sekund. Winda nie zwolni szybkości swojej jazdy, to ty musisz wybrać, jakie informacje mogą być najważniejsze dla odbiorcy i kluczowe, by wzbudzić jego zainteresowanie. Opowiesz historię o konkretnych umiejętnościach i osiągniętych dzięki temu efektach?

Przygotowanie takiego przekazu to podstawa niezbędna na wszelkiego rodzaju imprezach networkingowych, gdzie czas na zainteresowanie potencjalnego klienta jest podobny do czasu podróży windą. Najważniejszą umiejętnością, jaką kształtuje to ćwiczenie, jest przystosowanie się do szybkiego, ale planowego działania. Sprawny mówca musi także potrafić przełamywać lody i zainteresować swojego rozmówcę. Powinien także pamiętać o tym, by cały jego przekaz opierał się na słowach kluczach, które pozwolą go zapamiętać, a także zakończyć swój przekaz w taki sposób, by otwierać, a nie zamykać drogę do dalszego kontaktu (swego rodzaju Call to Action). Warto zatem pomyśleć o tym, jakie informacje o nas mogą być swego rodzaju „haczykami”, które nie pozwolą naszemu odbiorcy o nas zapomnieć.

Dopasuj przekaz do odbiorców
Jeśli często zdarza ci się występować na wydarzeniach branżowych i konferencjach, to warto także zadbać o przygotowanie swojego biogramu (dossier), który będzie informacją dla uczestników nie tylko o tym, kim jesteś, lecz także jakie są twoje doświadczenia i sukcesy. W tym przypadku także należy zacząć od pytania: Jaki jest cel mojego wystąpienia (jaki charakter ma wydarzenie) – czy jest to konferencja naukowa, na której chcę zaprezentować swoje najnowsze badania, czy wydarzenie branżowe, a moim celem jest pozyskanie nowych klientów? Następnie trzeba określić grupę docelową (co dla nich jest istotne) oraz swój podstawowy przekaz (tzw. key message). Warto także zadbać o przygotowanie swojego biogramu w zależności od obszarów, w jakich działamy.

Na przykład moje dossier to opisy mojego doświadczenia w następujących kategoriach: PR-owiec, trener i coach, mentor liderów, autor książek, manager organizacji pozarządowych, prawnik, politolog, wykładowca akademicki, konsultant polityczny, komentator polityczny. I na koniec zadanie, które zwykle jest najbardziej zaskakujące – pomyśl, jaką spuściznę chcesz zostawić i co chciałbyś, by powiedziano o tobie w trakcie twojego pogrzebu. To bardzo pomaga w rozpoznaniu celów życiowych i ocenie, czy we właściwy sposób je realizujesz. Przekaz, jaki stworzymy na swój temat, nie będzie stały. Będzie ewoluował i się rozwijał, tak jak i my się rozwijamy. Ważne jest, by zawsze pamiętać, jaki cel chcemy osiągnąć, prezentując siebie w taki, a nie inny sposób, i do kogo chcemy z nim trafić. Tylko dobrze przygotowana strategia i właściwie dobrane do realizacji celu narzędzia są gwarantem sukcesu i powodzenia w jej wdrażaniu.

fot.: Fotolia / archiwum

Przyszłość transportu i logistyki

    Logistyka i transport to niezwykle szybko rozwijające się sektory gospodarki, które coraz częściej sięgają po nowoczesne technologie

    Autor artykułu – Bogdan Markiewicz

    Na co dzień tego nie zauważamy, ale przyszłość tej branży rozgrywa się już dzisiaj. Jeszcze wczoraj drony służyły nam do zabawy, podobnie zdalnie sterowane ciężarówki. Dzisiaj takie narzędzia testuje się pod kątem wykorzystania ich w transporcie towarów. Nie potrzeba wiele, by otworzyć umysł. I już dzisiaj przewidzieć przyszłość oraz kierunki rozwoju. Temu właśnie służyła „2017 Open Minds’ Debate”, zorganizowana przez FM Logistic w Centrum Nauki Kopernik w Warszawie 8 czerwca 2017 r. Ten międzynarodowy lider w dziedzinie logistyki kontraktowej zaprosił swoich klientów na spotkanie – dyskusję o tym, jakie możliwości dają nam już dzisiaj nowoczesne technologie i wdrażane innowacje.


    Do dyskusji zaproszono praktyków na co dzień wdrażających innowacyjne technologie i badaczy. Jak się okazuje, konwój samochodów ciężarowych może być w pełni zintegrowany. Świadczą o tym pierwsze wyniki testów prowadzonych od stycznia br. w Singapurze. Polegają one na tym, że na ulicach testowane są w pełni autonomiczne ciężarówki, poruszające się w konwojach. Jak przekonywał Łukasz Bąk, Product Manager Mercedes- Benz Trucks z firmy przeprowadzającej te testy, ciężarówki prowadzone są przez specjalnie zaprojektowany system, który uwzględnia m.in. takie zdarzenia jak rozłączenie konwoju pojazdów przez np. samochody osobowe. W takiej sytuacji system pozwala na przejęcie kontroli nad pojazdami przez kierowców do czasu, gdy konwój znów nie będzie jednolity.

    Autonomiczne ciężarówki będą testowane przez trzy lata. Korzyści, jakie już są znane, to: do 5 proc. mniejsze spalanie pojazdu czołowego, do 10 proc. każdego kolejnego; poprawienie płynności ruchu i mniejsze zakorkowanie tras transportu; poprawienie bezpieczeństwa: autonomiczny pojazd ciężarowy reaguje 25 razy szybciej od człowieka w przypadku hamowania pojazdu przed nim; rozwiązanie problemu braku kierowców samochodów ciężarowych, przede wszystkim w Europie. Nad autonomicznym transportem pojazdów ciężarowych, oprócz Mercedesa, pracują: Scania, Toyota, Volvo, DAF, Iveco i MAN. W 2016 r. powstała w Europie pierwsza transgraniczna inicjatywa truckplatooningowa na świecie.

    Drony wykorzystywane do transportu towarów, podniebne taksówki, transport żywności na wynos, a nawet latające defibrylatory. Antoine Level, CEO w Squadrone, firmie produkującej drony, zwracał uwagę na rozwój tych maszyn, głównie pod kątem nośności i dystansu, jaki będą mogły już niedługo pokonywać. Podczas dyskusji zastanawiano się także nad tym, w jakim kierunku mogą pójść uregulowania prawne dotyczące użytkowania dronów. Najlepszym przykładem futurystyki, z jaką mamy do czynienia już dziś, jest Hyperloop, czyli połączenie pociągu z samolotem. Technologia ta ma umożliwiać przemieszczanie osób lub ładunków z bardzo dużą prędkością z wykorzystaniem magnetycznej lewitacji oraz łożysk powietrznych, co pozwoli na poruszanie się z prędkością bliską prędkości dźwięku. Kapsuła porusza się w rurze, w której ciśnienie jest tak niskie jak na wysokości 10 km. Dzięki temu zredukowany jest opór powietrza. Pojazd porusza się bez kontaktu z podłożem. Hyperloop to nie science fiction. Szybki transport towarów i ludzi jest obecnie koniecznością, przez co modele podróżowania osób i towarów stają się coraz bardziej zindywidualizowane. Dzięki Hyperloopowi możemy zyskać w ciągu dekady najbardziej pożądany w dzisiejszych czasach towar – czas.


    Taka rewolucja transportowa może mieć początek w Polsce. I to dzięki m.in. Łukaszowi Mielczarkowskiemu i Pawłowi Radziszewskiemu, członkom Hyper Poland University Team, którzy prezentowali swój projekt uczestnikom debaty. Szybkie przemieszczanie się towarów i usług będzie możliwe na większe odległości. Z kolei w miastach ważniejsze jest tworzenie systemów automatycznego transportu zbiorowego osób, i to takich systemów, które wykazują cechy zarówno transportu indywidualnego, jak i transportu publicznego. Pojazdy PRT (personal rapid transit) zabierają na pokład od trzech do pięciu osób i poruszają się po wyznaczonych estakadach, umieszczonych zazwyczaj nad ziemią na wysokości od 5 do 7 m. Charakterystyczną cechą tego transportu jest funkcja „point to point” lub „door to door”, która oznacza, że przejazd odbywa się do przystanku docelowego bez zatrzymywania na przystankach pośrednich. Realizacja zadania transportowego przewozu osób odbywa się całkowicie automatycznie. Po wybraniu przez pasażera przystanku docelowego pojazd sam wyznacza optymalną trasę przejazdu, unika kolizji z innymi pojazdami oraz reaguje na sytuacje awaryjne. Transport przyszłości pojawi się w Polsce już w ciągu najbliższych pięciu lat, co więcej, będzie to transport nie tylko publiczny, lecz także towarów – przekonywał prof. Włodzimierz Choromański, kierownik projektu rzeszowskiego PRT.

    Podczas „2017 Open Minds’ Debate” nie mogło zabraknąć prezentacji prof. Piotra Płoszajskiego z warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej na temat ciekawych przykładów zastosowania Big Data, data miningu do przewidywania przyszłych zdarzeń lub zarządzania. Przeanalizowane dane, czyli informacje, pozwalają na wnioskowanie na temat różnych obszarów działalności organizacji – w tym logistyki – od działań operacyjnych aż do strategicznych. Nigdy wcześniej w historii nie było tak dużych możliwości, by analitycznie w szybki i stosunkowo prosty sposób opisać rzeczywistość, bazując na dużych zbiorach danych w większej skali niż przedsiębiorstwa czy regionu.

     To, że przyszłość dzieje się już dzisiaj, najlepiej pokazują konkretne przykłady i wdrożone technologie. Już dzisiaj bowiem po wielu europejskich miastach poruszają się w pełni ekologiczne ciężarówki. Projekt Citylogin, bo o nim mowa, to odpowiedź na coraz częściej pojawiające się ograniczenia w poruszaniu się pojazdów po ścisłych centrach miast. FM Logistic z powodzeniem wdrożył w Rzymie, Paryżu, Mediolanie, Madrycie, Moskwie, a ostatnio także w Warszawie system dostarczania towarów z wykorzystaniem ekologicznej floty pojazdów.

    Ograniczenia emisji szkodliwych substancji, a także hałasu udało się osiągnąć nie tylko dzięki pojazdom hybrydowym i elektrycznym, lecz także dzięki zastosowaniu systemów planowania i realizacji tras dostaw towarów do poszczególnych punktów sprzedaży w centrach miast. Dzięki temu największymi beneficjentami projektu stali się zarówno mieszkańcy, jak i turyści odwiedzający ww. metropolie. Piotr Sukiennik, prezes zarządu FM Logistic, wskazywał także na wiele zalet automatycznych systemów wdrażanych na terenie centrów logistycznych. Pozwalają one nie tylko na ograniczenie strat towarowych, lecz także na odciążenie pracowników od najtrudniejszych i najbardziej uciążliwych prac. Innowacje, poszukiwanie nowoczesnych, futurystycznych technologii zdaniem szefa polskiego oddziału FM Logistic to dzisiaj naturalna droga do rozwoju firm transportowych i logistycznych.

    fot.: Materiały prasowe

    Radisson Blu Resort ***** zostanie otwarty w Świnoujściu

    Radisson Blu, uznana na świecie marka z branży hotelarskiej, ma przyjemność ogłosić otwarcie nowego hotelu Radisson Blu Resort w Świnoujściu. Wyjątkowy obiekt, położony zaledwie kilkadziesiąt metrów od jednej z najpiękniejszych plaż nad Morzem Bałtyckim, będzie pierwszym i jedynym tak ekskluzywnym hotelem w Świnoujściu.

     

    Posiadający certyfikację LEED (Leadership in Energy and Environmental Design), Radisson Blu Resort w Świnoujściu będzie pierwszym pięciogwiazdkowym hotelem w Polsce zaprojektowanym i budowanym by oferować najwyższe standardy i spełnić oczekiwania wymagających klientów przy jednoczesnym poszanowaniu środowiska naturalnego.

    Obiekt w Świnoujściu będzie świetnym dodatkiem do naszego istniejącego już portfolio. Pokazuje ono jak duże ambicje ma Carlson Rezidor co do ekspansji w Polsce. Jesteśmy zachwyceni tym, że możemy sprowadzić naszą kluczową markę do Świnoujścia i otworzyć nowe możliwości wypoczynku przed turystami z całego świata” – powiedział Yimal Yidirmlac, Dyrektor Zagospodarowania Przestrzennego The Rezidor Hotel Group C&CE.

    Grupa Carlson Rezidor Hotel Group posiada w Polsce 14 hoteli Radisson Blu. Radisson Blu Resort Świnoujście będzie posiadał 317 stylowych pokoi, inspirowanych morskim ekosystemem, 22 eleganckie apartamenty oraz apartament prezydencki o powierzchni 100 m2, znajdujący się na 12. piętrze. Goście zza okien swoich pokoi będą mogli oglądać przepiękny widok na Morze Bałtyckie. W obiekcie będzie można także skorzystać z SPA&Wellness, aquaparku, klubu fitness, ścianki wspinaczkowej, klubu nocnego, torów kręglarskich oraz baru w lobby. Będzie można również delektować się wyśmienitą kawą w kawiarni na 13. piętrze z widokiem całe wybrzeże. Budynek będzie najwyższym w Świnoujściu, a na jego dachu znajdzie się basen z widokiem na linię horyzontu. Hotel zaoferuje gościom również dostęp do piaszczystej plaży na Morzem Bałtyckim w odległości zaledwie 50 m oraz  parking. Jest to największy hotel nad polskim morzem, a koszt inwestycji to 250 mln PLN

    Strefa konferencyjna o powierzchni 1000 m2 będzie wyposażona w najnowocześniejszy sprzęt konferencyjny. Przylegające foyer – dodatkowe 500 m2 – jest idealnym miejscem do aranżacji przerw kawowych oraz może służyć jako przestrzeń wystawiennicza. Niezależnym operatorem obiektu jest Zdrojowa Hotels Central Pomerania.

    Globalna marka legendarnego hotelu Radisson Blu, znana jest ze swojego dużego doświadczenia w tworzeniu najwyższej jakości przestrzeni SPA&Wellness. Jesteśmy przekonani, że Radisson Blu Resort, świetnie pasuje do Świnoujścia. Nasi goście z pewnością będą zachwyceni i zapragną wracać do tego wyjątkowego miejsca nad polskim morzem – powiedział Jan Wróblewski, właściciel hotelu.

    Świnoujście powszechnie znane jest z przepięknego środowiska naturalnego oraz z organizowanych wydarzeń sportowych i kulturalnych. Koncerty, wystawy, festiwale odbywają się tu przez cały rok. Do miasta można dotrzeć pociągiem, promem lub samolotem (lądują na lotnisku Heringsdorf Regional Airport). W trakcie budowy jest również tunel łączący wyspę z lądem, którego ukończenie planowane jest na 2020 rok.

     

    Radisson Blu®, z prawie 300 obiektami w 69 krajach, należy do najważniejszych marek hotelowych na całym świecie. Żywa, nowoczesna i zaangażowana obsługa kieruje się unikalną filozofią Yes I Can!SM, pragnąc sprostać wyzwaniom towarzyszącym współczesnym podróżom. Radisson Blu działa zgodnie z zasadą „Satysfakcja gwarantowana w 100%”. Jako hotele wyróżnione Hotels Designed to Say YES!SM, obiekty Radisson Blu odznaczają się żywym stylem i dbałością o szczegóły. Hotele Radisson Blu są położone w doskonałych lokalizacjach największych miast, przy lotniskach i w ośrodkach wypoczynkowych na całym świecie.

    Radisson Blu jest częścią Carlson Rezidor Hotel Group, do której również należą Quorvus Collection, Radisson®, Radisson RED, Park Plaza®, Park Inn® by Radisson oraz Country Inns & Suites By CarlsonSM. Rezerwacje i pozostałe informacje dostępne na stronie www.radissonblu.com. Połącz się z nami na mediach społecznościowych: @RadissonBlu:Twitter i Instagram i Facebook.com/RadissonBlu.

    Rezidor Hotel Group jest jedną z najbardziej dynamicznych firm hotelowych na świecie i członkiem Carlson Rezidor Hotel Group. Grupa ma w portfolio ponad 475 hoteli oraz zarządza ponad 104 tysiącami pokoi w 80 krajach.

    Rezidor zarządza głównymi markami: Radisson Blu oraz Park Inn by Radisson w Europie, na Bliskim Wschodzie oraz w Afryce (EMEA) oraz programem lojalnościowym Club Carlson dla gości hoteli. W pierwszej połowie 2014 roku razem z Carlson, Rezidor otworzył nową markę Radisson RED (sekcję lifestyle) i Quoryus Collection (sekcję luksusową). Od 2016 roku Rezidor jest właścicielem 49% hoteli niskobudżetowych. Rezidor porowadzi program Odpowiedzialnego Biznesu i został wyróżniony nagrodą Światowego Lidera Etycznych Przedsiębiorstw, rozdawane przez amerykańską organizację Ethisphere.

    W listopadzie 2006 Rezidor zadebiutował na sztokholmskim indeksie giełdowym Nasdaq. Od grudnia 2016 roku jego głównym udziałowcem jest HNA Tourist Group Co., Ltd. – firma znajdująca się na liście Fortune Global 500. Jej głównymi obszarami działań biznesowych są: lotnictwo, turystyka, hotelarstwo, finanse i usługi internetowe.

    Pasja i fascynacja

    Beata Fido o swojej karierze aktorskiej, spotkaniach z Sigourney Weaver, Gwyneth Paltrow, Paulem Newmanem i Arthurem Millerem

    Rozmawiał Jarek Dotka

    Karierę zawodową związała pani z aktorstwem, ale niewiele brakowało, a zostałaby pani prawniczką.
    Po ukończeniu liceum przygotowywałam się równolegle do egzaminów na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego i Wydziale Aktorskim Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie.

    Dostała się pani na prawo?
    Zdałam egzaminy i zostałam przyjęta. Zamiast togi, kodeksów i doktryn wybrałam jednak trykot, szermierkę i śpiew na Wydziale Aktorskim PWST. Teatr zawsze mnie fascynował, a aktorstwo stało się moją pasją. Czasy studenckie wspominam fantastycznie. Na roku było nas dwadzieścioro z przewagą chłopaków. Miałam świetnych kolegów i znakomitych pedagogów, takich jak Jerzy Trela i Krzysztof Globisz. Szkoła aktorska nauczyła nas wrażliwości, wszechstronności, warsztatu i świadomości zawodu, na którego uprawianie się zdecydowaliśmy. Jednak weryfikacją zdobytej wiedzy i entuzjazmu jest oczywiście praca w teatrze lub filmie. To doświadczenie bardzo uczy pokory zwłaszcza świeżo upieczonych adeptów aktorstwa.

    Czy w trakcie studiów wybiera się miejsce? Teatr, w którym chciałoby się pracować po ich ukończeniu?
    Niestety, dyplom o niczym nie przesądza. Do tego stopnia, że nie daje nawet gwarancji znalezienia pracy w zawodzie. Konkurencja jest ogromna, trzeba pamiętać, że w produkcjach filmowych czy teatralnych grają teraz również amatorzy. Oczywiście dyrektorzy teatrów oglądają spektakle dyplomowe, w naszym przypadku były to „Ubu Król” w reżyserii Jerzego Stuhra i „Tango” Mrożka w reżyserii Waldemara Śmigasiewicza. Marzeniem każdego absolwenta jest praca w uznanym teatrze. To się zdarza, ale często dostaje się angaż w mniejszych teatrach, czasami w małych miejscowościach. Nie znaczy to jednak, że mniejszy to gorszy. Wielu znanych reżyserów przygotowuje spektakle cieszące się popularnością poza stolicą. Jak zwykle w tym zawodzie wszystko zależy od ludzi, talent i ciężka praca zawsze się obronią, niezależnie od miejsca. Widownie są pełne, więc widać, że Polacy są głodni teatru, potrafią wydać relatywnie sporo pieniędzy, żeby obejrzeć sztukę i zobaczyć dobrego aktora, co w dzisiejszym świecie nastawionym na celebryckość i pełnym powierzchownych emocji jest bardzo budujące.

    Czy już w trakcie studiów myślała pani o rozpoczęciu kariery aktorskiej w Stanach Zjednoczonych?
    Na czwartym roku pod opieką rektora Jerzego Treli pojechaliśmy z „Tangiem” na Międzynarodowy Festiwal Szkół Teatralnych do Milwaukee w stanie Wisconsin. Był to mój pierwszy pobyt w Stanach, które zrobiły na mnie duże wrażenie. Spotkaliśmy się z adeptami aktorstwa ze Szwecji, z Australii, USA, mieliśmy wspólne warsztaty i zajęcia, gdzie pracowaliśmy w języku angielskim. Festiwal trwał kilka tygodni i było to kapitalne doświadczenie.

    Po obronie, z gorącym jeszcze dyplomem wróciła pani do Stanów. Dla dwudziestoparolatki było to chyba ogromne wyzwanie?
    Dużym komfortem było to, że miałam w USA przyjaciół, którym mogłam zaufać. Nie bałam się, bo lubię wyzwania, nie miałam kompleksów. Pracowałam w USA osiem lat, grając na scenach profesjonalnych teatrów, i doskonale to wspominam. Stany okazały się cenną szkołą artystyczną i szkołą życia, ukształtowały mnie zawodowo i usamodzielniły. Dzięki przyjaciołom poznałam zasady i specyfikę funkcjonowania amerykańskich teatrów. Szybko udało mi się odnaleźć w tym środowisku i dostosować do panujących w nim norm.

    Czyli?
    Niemal każdego dnia uczestniczy się w przesłuchaniach. W Polsce to słowo nie najlepiej się kojarzy, więc przyjęło się mówić „casting”. Trzeba mieć profesjonalne zdjęcie, CV oraz kilka przygotowanych monologów własnego wyboru, zarówno klasycznych, jak i współczesnych.

    Rozumiem, że w przygotowaniach i organizacji przesłuchań pomaga manager.
    Na rynku amerykańskim, ze względu na jego skalę, manager czy agent jest niezbędny każdemu aktorowi. Rynek pod tym względem jest wymagający i skomplikowany. Aktor ma grać, a resztą powinien zająć się agent; to on, wykonując setki telefonów, pomaga w logistyce i organizacji przesłuchań, zajmuje się stroną biznesową. To jednak aktor zdobywa rolę, dostaje angaż lub nie. Stąd powszechnie przyjętą formą poszukiwania pracy jest konkurs, czyli wygrywa najlepszy.

    Pamięta pani swoją pierwszą rolę?
    Oczywiście, była to Anastazja w sztuce Best Western w Baltimore, Maryland. Debiutowałam wśród przyjaciół. Stworzyli świetną atmosferę teatru letniego, tzw. summer stock, gdzie czułam się wspaniale. Pamiętam siebie na scenie, pierwsze słowa po angielsku, dreszcz emocji i to jedyne w swoim rodzaju uczucie kontaktu z widownią. Znakomicie pracowało mi się w języku angielskim, zwłaszcza później grając Szekspira. Przecież dzisiaj takim językiem już nikt nie mówi na co dzień, więc nawet osoby anglojęzyczne muszą się go uczyć od nowa. Przygotowując się do roli Oberona w „Śnie nocy letniej”, w żeńskiej obsadzie, zachwycałam się kunsztem poezji, to była czysta magia.

    Zaczęła pani w Baltimore; potem były Milwaukee i Chicago, w którym spędziła pani pięć lat.
    Dom był w Chicago, ale w poszukiwaniu interesujących ról podróżowałam po całych Stanach. Grałam w wielu teatrach regional, czyli regionalnych, między innymi w Center Stage w Baltimore, prowadzonym przez znaną i cenioną Irene Levis, reżysera i dyrektora artystycznego. Po długich staraniach udało mi się dostać na przesłuchanie do Irene, a swoją prezentacją przekonałam ją do siebie i dostałam rolę w sztuce „Happy End” Bertolta Brechta. Miałam w obsadzie pierwszą ligę najlepszych aktorów musicalowych z Broadwayu i było to dla mnie znakomite doświadczenie warsztatowe. W jednym z teatrów w Chicago, Court Theatre, spotkałam Krzysztofa Pieczyńskiego, którego pamiętałam z Polski jako gwiazdę. Cieszyłam się bardzo, że w USA mogę występować na jednej scenie z tym utalentowanym i cenionym aktorem.Potem przyszła kolej na teatr The Purple Rose Theatre Company Jeffa Danielsa w Michigan, sztukę „Beast on the moon” i nagrodę dla najlepszej aktorki…

    Nazwę teatru Jeff wziął z filmu, w którym grał, „Purpurowa Róża z Kairu” Woody’ego Allena. Zjawiłam się na przesłuchaniu w teatrze, spodobałam się i dyrektor artystyczny Guy Sanville zaprosił mnie na spotkanie z Jeffem i zespołem. Dostałam główną rolę w kameralnym spektaklu, zbudowanym na bardzo wysokim poziomie emocji. Premiera była bardzo udana, recenzje znakomite, a za rolę Sety Tomasian otrzymałam Theater Excellence Award w kategorii Best Actress in a Lead Role, przyznaną przez Detroit Free Press w Michigan. Przyznam, że sama nominacja była dla mnie wyróżnieniem w gronie rodowitych Amerykanek. Cennym doświadczeniem zawodowym były dwa sezony w Williamstown Theatre Festival w Massachusetts, gdzie miałam okazję poznać z bliska Sigourney Weaver, Kate Burton, Marisę Tomei, Gwyneth Paltrow i niezapomnianego Supermana Christophera Reeve’a. Lista osobowości jest długa, ale wymienię jeszcze Paula Newmana i Arthura Millera. Pisałam pracę magisterską na temat Marilyn Monroe i spotkanie z dramaturgiem Arthurem Millerem miało dla mnie ten dodatkowy niezwykły aspekt. Paula Newmana i jego żonę Joanne Woodward spotykałam później w ich nowojorskim apartamencie. Wspaniali artyści, czarujący i ujmujący prywatnie.

    Po ośmiu latach wróciła pani do Polski. Było warto?
    Oczywiście, chociaż zastana rzeczywistość była nieco inna, niż sobie wyobrażałam. Myślałam, że jeżeli udało mi się spełnić swoje marzenie aktorskie w USA, to tym bardziej uda mi się w Polsce. Staram się nie wartościować i unikam takich ocen. Etyka pracy i doświadczenie z USA nauczyły mnie pokory. Wierzę, że zaangażowanie i solidna praca zawsze się obronią. „American dream” oznacza, że każdy ma szansę na sukces, jeśli wystarczy mu siły do realizacji swoich marzeń. Polski rynek jest dużo mniejszy, nie da się porównać ani produkcji teatralnych, ani filmowych, fabularnych czy serialowych.

    Po powrocie pracowała pani między innymi w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej.
    Tak, to było bardzo ciekawe doświadczenie, choć nie miało nic wspólnego z zawodem aktora. Poznałam, jak funkcjonuje przemysł filmowy od drugiej strony. Żeby uporządkować wiedzę i podnieść kwalifikacje w tym zakresie, skończyłam studia podyplomowe na kierunku zarządzanie w mediach.

    Czyli można powiedzieć, że w ten sposób została pani managerem?
    W pewnym sensie można tak powiedzieć. Oczywiście jako uzupełnienie aktorstwa, które pozostaje moją pasją i pracą. Staram się rozwijać, również prowadząc działalność szkoleniową. Okazuje się, że jest wielu managerów, którym pewne umiejętności aktorskie mogą się przydać w prowadzeniu biznesu.

    Na przykład jakie?
    To kwestia indywidualna. Ważne są prezencja, wygląd, aby ukryć wady i podkreślić zalety, być postrzeganym jako człowiek sukcesu. Jak przygotować się do występu przed kamerą lub kilkusetosobowym audytorium, mieć świadomość swojego ciała, panować nad gestami czy mimiką.

    Można więc powiedzieć, że każdy manager prowadzący biznes związany z zarządzaniem ludźmi, negocjacjami itp. powinien przejść takie szkolenie.
    Aktor może pomóc, podpowiedzieć, jak opanować tremę, ciało, głos. 70 proc. przekazu to komunikacja niewerbalna. Aktorzy poddani są ciągłej krytyce, podobnie manager i polityk, zatem jest wiele wspólnych tematów. Jedna zasada jest dla mnie święta – życia prywatnego będę bronić. Z szacunku dla widza moje prywatne poglądy nie powinny wysuwać się na pierwszy plan.

    Czy polscy managerowie różnią się w kwestii budowy wizerunku i dbania o niego od amerykańskich?
    To się dynamicznie zmienia na korzyść, ale jeszcze sporo pracy przed nimi, a właściwie nami. Każdy z nas gra w życiu wiele ról i żeby osiągnąć sukces, trzeba umiejętności i samodyscypliny. Zacytuję klasyka: „Cały świat to scena, A ludzie na nim to tylko aktorzy. Każdy z nich wchodzi na scenę i znika, A kiedy na niej jest, gra różne role”.

    Co lubi Beata Fido?

    Wypoczynek z rodziną i na rowerze
    Kuchnia polska
    Restauracja Maska (Saska Kępa)
    Hobby opera, balet. Ulubiony malarz – Hundertwasser. Ulubione style w sztuce – empire, klasycyzm

    fot.: Krzysztof Wawrzyniak

    Debata: na topie

    Problem ataków w Internecie zwiększa swój priorytet wykładniczo. Uczestnicy Debaty „Managera” rozmawiali o tym, jak skuteczniej pomóc biznesowi stawić czoło rosnącym zagrożeniom

    Konrad Kobylecki, DOT Systems: Czy przy rosnącej dynamice rozwoju środowiska Internetu Rzeczy (IoT) biznes jest rzeczywiście zmuszony do zmiany metod zabezpieczeń systemów IT?
    Grzegorz Bojar, PSE: Tak, bo te dotychczasowe sprawdzone metody po prostu sobie nie poradzą i to nie tylko z powodu IoT, lecz także Smart Grid, Smart City czy Smart Home. W naszym przekonaniu, a PSE jest firmą inżynierską, wymaga to zmiany sposobu myślenia o technologii, sterowaniu, zarządzaniu i informatyzacji. Kluczem do sukcesu jest jednak odpowiednio dobrana architektura systemów i sieci, która minimalizuje konieczność łączenia ze sobą różnego rodzaju środowisk IT. Jednocześnie trzeba sobie zdawać sprawę, że wraz z rozwojem IoT i generalnie wszędzie tam, gdzie w rachubę wchodzi sterowanie, np. w branży motoryzacyjnej, powinniśmy mówić nie tylko o bezpieczeństwie danych, lecz także o zagrożeniach fizycznych wynikających z IT, takich jak zablokowanie przez hakera hamulców w samochodzie. Skala tego problemu rośnie bowiem z dnia na dzień.

    Jakub Jagielak, Atende: Warto przy tym pamiętać, że komplikacja architektury systemu zabezpieczeń nie zawsze przekłada się na uzyskanie wyższego poziomu bezpieczeństwa organizacji. Im bardziej będziemy komplikować system, dodając do niego kolejne elementy, tym mniejszy będzie ich wpływ na efekt finalny. Dlatego dodałbym do wypowiedzi mojego poprzednika konieczność opracowania procedur i metod działania w odniesieniu do ludzi w organizacji. To oni tak naprawdę są często najsłabszym ogniwem i mogą generować najwięcej zagrożeń. Nie możemy polegać w 100 proc. na technologii. Jako Atende oferujemy kompleksowe audyty bezpieczeństwa dla największych polskich firm, m.in. z sektora telekomunikacji. Opracowaliśmy także autorski system do zabezpieczania infrastruktury krytycznej dla Ministerstwa Obrony Narodowej. Obecnie rozwijamy to rozwiązanie w celu wdrożenia np. w branży energetycznej, finansowej i telekomunikacyjnej.

    Tomasz Matuła, Orange Polska: W przypadku operatorów telekomunikacyjnych największy wpływ na zmianę podejścia do bezpieczeństwa ma nie IoT, ale fakt, że to, co wcześniej było realizowane przez rozwiązania telekomunikacyjne, obecnie tworzą rozwiązania IT. Po zastąpieniu pewnych sprzętowych elementów sieci telko rozwiązaniami software’owymi mamy więcej elementów aktywnych, które komunikują się ze sobą. W efekcie wzrasta ilość przesyłanych danych. Dodatkowym źródłem zagrożeń jest to, że coraz więcej urządzeń jest autonomicznych. Powoduje to wzrost skomplikowania całego ekosystemu. Czy jednak nowe zagrożenia wiążą się z koniecznością korzystania z nowych metod? Moim zdaniem – nie. Można stosować dotychczasowe metody, ale w bardziej kompleksowy sposób.

    Radosław Semkło, Asseco Poland: Moim zdaniem, ze względu na coraz większą ilość danych generowanych przez miliardy sensorów, stare metody zabezpieczeń raczej się nie sprawdzą, przede wszystkim w kontekście architektury rozwiązań. Dodatkowym wyzwaniem są rozszerzenia funkcjonalne, w które są wyposażone coraz bardziej autonomiczne sensory. Weźmy dla przykładu inteligentne liczniki energii elektrycznej, nad którymi Asseco prowadzi obecnie prace badawcze w ramach projektu Asseco Demand Side Management, które będą implementacją IoT, a będą mogły włączać się i wyłączać w zależności od warunków zarówno u odbiorcy, jak i dystrybutora. Przy starych licznikach wystarczyło zamontować na nich plomby, żeby nikt do nich nie miał dostępu. Do tych można się dostać za pomocą protokołu IP i nimi sterować, a to z pewnością wymaga zastosowania innych, nowocześniejszych metod zabezpieczenia, tak aby takie działania były utrudnione lub niemożliwe.

    W kontekście cyberbezpieczeństwa dużo mówi się również o Big Data, czyli o przetwarzaniu dużych ilości danych nieustrukturyzowanych. Obecnie stosowane w ich przypadku metody zabezpieczeń w Polsce tylko jeden z operatorów komórkowych wdrożył tzw. mechanizmy kerberyzacji, które umożliwiają zarządzanie poziomem udostępniania danych wybranym grupom odbiorców. Dzięki temu wgląd w dane dostępne dla jednego działu firmy są niewidoczne dla innego. Zapewne można by uniemożliwić taki dostęp do danych w inny sposób, ale w przypadku Big Data, gdzie nie mamy relacyjnej bazy danych, nie wystarczy cykliczne zmienianie haseł ani zastosowanie firewalla. A to oznacza, że nie tylko funkcjonalności, lecz także dane, wyniki oraz algorytmy otrzymane w wyniku ich przetwarzania mogą mieć określoną wartość, którą firmy będą chciały kiedyś monetyzować. W związku z tym należy je chronić przed niepożądanym dostępem zupełnie innymi metodami niż dotychczas.

    Podsumowując, moim zdaniem klasyczne systemy przetwarzania danych nie są obecnie gotowe na stawienie czoła wyzwaniom rewolucji cyfrowej chociażby w kontekście zabezpieczania sensorów, które będą generować coraz więcej danych. Dlatego w Asseco pracujemy obecnie nie tylko nad nowymi mechanizmami zabezpieczeń oraz nowymi architekturami, lecz także nad rozwojem algorytmów zabezpieczających już nie urządzenia, ale poszczególne warstwy ekosystemu czy całego środowiska zintegrowanego.

    Grzegorz Bojar: Z tego wynikałoby, że IT poradzi sobie ze wszelkiego rodzaju zagrożeniami, a taka teza nie bardzo mi się podoba. Cyberbezpieczeństwo, w moim przekonaniu, nie może polegać wyłącznie na opracowywaniu kolejnych produktów zabezpieczających i nie tylko trzeba stosować metodę Security by Design, lecz także zmodyfikować sam Design. Wielu dostawców technologii IT w dalszym ciągu chce wygrywać konkurencję, łącząc wszystko ze wszystkim i powiększając obszary sterowania. W branży energetycznej w trosce o cyberbezpieczeństwo trzeba rozważać, czy nie wprowadza się nadmiaru centralnego sterowania, które w efekcie wprowadza nowe podatności i zwiększa obszar ryzyka.

    Piotr Skibiński, Polkomtel: Generalnie koncepcja Security by Design
    sprawdziła się w świecie IT. Jednak gdy w sieci operatora komórkowego czy w sieci energetycznej pojawią się urządzenia, np. samochody lub sprzęt medyczny, w których koncepcja Security by Design nie została zastosowana, wtedy dla przestępców stworzy to nowe możliwości przeprowadzania ataków. Użytkownicy takich urządzeń najczęściej są klientami dużych podmiotów, od których kupują łączność, prąd czy usługi finansowe lub chociażby chcą załatwić coś w instytucjach rządowych. Ta kumulacja użytkowników we wcześniej wymienionych obszarach może powodować narastające problemy i rosnącą podatność użytkownika na skuteczny atak. Użytkownik będzie potrzebował pomocy, a od nas oczekiwał ochrony. Stosując uznane metodyki zarządzania bezpieczeństwem, staramy się już teraz przewidywać zagrożenia dla klienta i planować, co możemy zrobić, aby mu pomóc. Operatorzy telko ani inne podmioty nie mogą znać się na wszystkich urządzeniach, z których korzystają ich klienci, mają jednak dużą wiedzę o tym, co się dzieje w sieci.

    I tu widzę miejsce na wykorzystanie systemów uczących się, analizę anomalii oraz sztuczną inteligencję, która mogłaby pomóc wykryć zagrożenie nieznane. Trzeba zdawać sobie sprawę, że przynajmniej część takich działań jest niemożliwa ze względu na obowiązujące regulacje, które zabraniają np. profilowania klientów.

    POTOP DANYCH

    Konrad Kobylecki: Wyzwaniem ze strony Big Data jest więc nie tylko ilość, lecz także różnorodność, którą trudno ogarnąć bez wykorzystania sztucznej inteligencji, np. do rozpoznawania anomaliii podnoszenia alarmów?
    Grzegorz Bojar: Owszem, ale jeśli uwzględnić to, że niedługo w Polsce będzie 15 mln inteligentnych liczników energii, potem miliony inteligentnych pojazdów, nie mówiąc o podłączonych do Internetu ekspresach do kawy czy lodówkach, to nie wierzę, by jeden, nawet bardzo inteligentny, system w sieci telko mógł je wszystkie skutecznie monitorować i zabezpieczać. System taki trzeba konsekwentnie uczyć nowego, zmieniającego się środowiska, natury i funkcjonalności wszystkich urządzeń, których rodzajów, modeli i wersji jest olbrzymia liczba i ona stale rośnie.

    My to właśnie robimy w naszym Security Operation Center (SOC), „rozpruwając” stosowane przez urządzenia protokoły komunikacyjne, definiując i klasyfikując ich wzorce działania oraz agregując i korelując zarejestrowane zdarzenia.  A miejsce na sztuczną inteligencję będzie zapewne na kolejnym etapie rozwoju tego typu technologii. Otwarte pozostaje także pytanie, kto ma być właścicielem procesu bezpieczeństwa w przypadku tych wszystkich urządzeń podpiętych do Internetu, np. pomp insulinowych: producent, operator sieci czy jakiś specjalny podmiot, bo to obecnie nie jest rozstrzygnięte.

    Jakub Jagielak: I dlatego potrzebna jest w tym zakresie ścisła współpraca pomiędzy producentami a firmami IT, żeby uzyskać oczekiwany efekt finalny. Przypomnijmy sobie jeden z największych ataków DDoS w historii, kiedy to jednego z dużych dostawców usług DNS zaatakowały kamery przemysłowe czy właśnie ekspresy do kawy wyposażone w sensory. Jakie wnioski z tego wyciągnięto? Chyba żadnych, bo nadal dowolny system IT można zhakować, wykorzystując nieinformatyczne technologie, chociażby monitoring telewizyjny. Żeby to zmienić, za bezpieczeństwo fizyczne musi zacząć odpowiadać informatyka, a to jest już ewidentna zmiana w metodyce jej działania. To, co kiedyś było przypisane bezpieczeństwu fizycznemu, musi stać się domeną IT. Atende Software z naszej Grupy Kapitałowej oferuje autorski system anty-DDoS –redGuardian. Jest on przygotowany do odpierania ataków znacząco większych niż te obecnie obserwowane – nawet do kilkuset Gbps. Z naszego systemu korzystają m.in. Kancelaria Sejmu RP oraz lider polskiego rynku Data Center – firma Atman.

    Tomasz Matuła: Sztuczna inteligencja może w tym pomóc, a najlepszym przykładem jest CERT Orange Polska, gdzie dzięki zautomatyzowanym rozwiązaniom monitorującym i korelującym ze sobą miesięcznie miliardy zdarzeń w ruchu sieciowym pod kątem występowania anomalii jesteśmy w stanie wyizolować tysiące faktycznych incydentów do dalszej obsługi przez operatorów.

    Radosław Semkło: Przyznaję, że skuteczność algorytmów do analizowania odczytów z sensorów poprawiła się na tyle znacząco, że można je stosować powszechnie w biznesie, i to w obszarach krytycznych, takich jak zabezpieczenie przychodów. Jako przykład mogę podać jednego z operatorów alternatywnych, który wykorzystuje rozwiązanie Pionu Telekomunikacji i Mediów Asseco do wykrywania anomalii w przepływie danych w sieci telekomunikacyjnej, które mogłyby być źródłem nadużyć. To mimo wszystko wciąż jednak prosty system, który na miano sztucznej inteligencji chyba jeszcze nie zasługuje, ale wykorzystuje tylko niektóre jej zdobycze, takie jak wnioskowanie heurystyczne czy sieci neuronowe.

    GDPR/RODO

    Konrad Kobylecki: Mówiąc o cyberbezpieczeństwie, nie możemy pominąć nowej regulacji unijnej GDPR/RODO, która dotyczy ochrony danych osobowych, a która może odcisnąć na niej swoje piętno. Kto na tym straci, a kto skorzysta i czy przeprowadzanie audytów przez firmy komercyjne stanie się wymogiem regulacyjnym, tak jak w księgowości?
    Piotr Skibiński: Na działalność firm, które korzystają z Security by Design, RODO nie będzie miała istotnego wpływu, bo analizą ryzyka zajmują się one na bieżąco. Trzeba będzie tylko dostosować do niej procesy biznesowe, np. dodać obowiązki związane z raportowaniem incydentów naruszenia danych osobowych, chociaż akurat w przypadku operatorów nie jest to problem, ponieważ już od pewnego czasu muszą to robić. Audyty bezpieczeństwa będą oczywiście potrzebne, ale z naszego punktu widzenia nie ma znaczenia, czy przeprowadzi je GIODO, czy jakaś firma zewnętrzna.

    Grzegorz Bojar: Tylko że przewidziane kary są bardzo wysokie i przypominają czasy, kiedy KNF wprowadziła nowe rekomendacje dla sektora finansowego. Ukaranych było niedużo, ale banki szybko dostosowały się do obowiązujących wymogów. Dyrektywa RODO ma bardzo podobny charakter i dlatego jest oczywiste, że przełoży się to na powstanie usług certyfikacyjnych, które pozwoliłyby się uchronić przed ewentualnym ryzykiem poniesienia kary.

    Radosław Semkło: Rozmawiamy tu jednak na poziomie przedstawicieli dojrzałych biznesów, które z tą problematyką borykają się od dawna i w rozwiązywaniu problemów z tym związanych mają już spore doświadczenie. Dla nich RODO to formalizacja całego procesu bądź adaptacja regulacji do specyfiki danej firmy. W przypadku sektora telekomunikacyjnego stosunkowo niewiele pozostało do zrobienia w kontekście zabezpieczania danych produkcyjnych, za to dużo więcej w obszarze procesu wytwórczego, czyli dostarczania nowych rozwiązań w modelu time-to-market. Większość dużych operatorów sobie z tym poradzi, bo ekspertyzy i plan działania przygotowują dla nich ich działy prawne w porozumieniu z dostawcami IT, jednak mniejsze firmy mogą nie zdążyć na czas w dostosowaniu się do rygorystycznych wymagań. Dla tych ostatnich mamy specjalizowaną ofertę, poczynając od analizy zagrożeń, metodyki, jak zorganizować sobie proces wytwórczy, a kończąc na wytycznych, jak sobie poradzić z takimi wymaganiami regulacyjnymi w środowisku produkcyjnym.

    Nie oferujemy jednak tego rozwiązania jako pakietu standardowego, tylko dostosowujemy je do potrzeb poszczególnych sektorów, bo dojrzałość każdego z nich jest po prostu różna. Przykładowo w przypadku sektora telekomunikacyjnego nasza oferta ogranicza się do realizacji wymagań RODO w procesie wytwórczym i z pewnością nie obejmuje całości wyzwań, bo z tym firmy muszą poradzić sobie wewnętrznie.

    Tomasz Matuła: Dla nas RODO jest istotną regulacją, ale nie postrzegamy jej jako rewolucji, bo już mieliśmy z takimi wyzwaniami do czynienia wcześniej. Za najważniejszą w tym obszarze uważamy analizę ryzyka, która jest kluczowym elementem wdrażania bądź budowania niekompletnych rozwiązań w procesach biznesowych. Proponowane kary są wysokie, ale dopóki nie pojawi się ustawa określająca, jak te regulacje zostaną wdrożone w Polsce, dopóty analiza ryzyka jest trudna do przeprowadzenia.

    Radosław Semkło: Dlatego my w tym obszarze dotychczas ograniczamy się do weryfikacji zgodności środowisk testowych i wdrożeniowych. Tomasz Matuła: I to jest właściwe podejście. W zeszłym tygodniu byłem na konferencji, na której prezentowano rozwiązania technologiczne będące jakoby receptą na RODO. To marketingowe nadużycie, bo takie rozwiązania po prostu jeszcze nie istnieją.

    Jakub Jagielak: I tu pojawia się pytanie, czy taki oferent zgodziłby się wpisać do umowy warunek należytego wykonania kontraktu. Przecież jeśli potem audyt uznałby, że jego klient nie zabezpieczył się prawidłowo przed kradzieżą danych, to odpowiedzialność finansową musiałby ponieść dostawca technologii. A przy obecnej wysokości kar, zależnych od obrotu globalnego, to tak duże ryzyko, że chyba najwięksi integratorzy IT nie będą chcieli go ponosić. Tak czy inaczej dojrzały biznes na tym nie ucierpi, natomiast sektor MŚP powinien poważnie rozważyć pójście w outsourcing, np. korzystając z rozwiązań Security as a Service (SaaS).

    EPICENTRUM ATAKÓW

    Konrad Kobylecki: Według IBM X-Force najbardziej zagrożone atakiem są finanse, a potem ICT, przemysł, handel detaliczny i służba zdrowia. Nie widzę tu energetyki. Czy dlatego, że odpowiednio wysoki poziom technologiczny IT jeszcze tam nie dotarł i po prostu nie ma jak się do niego włamać?
    Grzegorz Bojar: Nie zgadzam się z taką opinią. Zresztą energetyka to jest przemysł. Branża elektroenergetyczna jest bardzo dobrze zinformatyzowana i proces ten trwa od dawna. Gdy na Ukrainie doszło do pierwszego na świecie wyłączenia prądu z powodu ataku hakerskiego w grudniu 2015 r., a potem w grudniu 2016 r., przeraziło to całą branżę energetyczną w Europie i na świecie. Ataki te, a konkretnie wyłączenie prądu na sześć godzin na zachodzie Ukrainy w 2015 r. i w jednej piątej Kijowa w 2016 r., byłyby jeszcze dużo większym problemem, gdyby Ukraina miała wyższy poziom informatyzacji i automatyzacji, jaki występuje w innych krajach. Części skutków ataków na Ukrainie w zakresie sterowania i rozwiązań technicznych nie usunięto do dziś, ale m.in. dlatego, że wymienia się tam teraz niemal całą. A fakt, że systemy energetyczne udało się uruchomić po sześciu godzinach, to efekt tego, że można to było zrobić ręcznie, bez wykorzystania automatyki. W USA, gdzie zdecydowana większość stacji energetycznych jest sterowana automatycznie, byłoby to niemożliwe. W Europie i Polsce – jeszcze tak.

    Jakub Jagielak: A skala zagrożeń rośnie z każdym kolejnym węzłem, który zwiększa liczbę punktów, w których i z których może nastąpić atak.

    Tomasz Matuła: Tylko w 2016 r. CERT Orange Polska rejestrował średnio 9 mld zdarzeń systemowych miesięcznie. Dzięki uruchomionej przez Orange unikalnej platformie przeciwdziałającej zagrożeniom CyberTarcza ochroniliśmy przed kradzieżą danych lub zaszyfrowaniem dysku 1,2 mln klientów. Z kolei przed atakami DDoS chronimy instytucje finansowe, a także firmy z sektora e-commerce. W sektorze ICT dzieje się zbyt wiele i gra idzie o zbyt wielkie pieniądze, by był on wolny od ryzyka cyberprzestępczości. Całkiem niedawno przestępcy, wykorzystując pewną podatność, wyłączyli w Deutsche Telekom ponad 1 mln klientów. W Polsce służba zdrowia jeszcze nie była atakowana, ale na świecie ten obszar padł już ofiarą cyberprzestępców. Uważam, że z czasem może być z tym duży problem – w Europie coraz częściej spotykamy się z atakami ransomware, których celem są właśnie szpitale! To cynizm na poziomie ekstremalnym, wiadomo przecież, że w przypadkach systemów krytycznych dla zdrowia okup po prostu trzeba zapłacić.

    Piotr Skibiński: Biuro Bezpieczeństwa Teleinformatycznego odpowiada za bezpieczeństwo obszaru sieci telekomunikacyjnej, IT i usług dla klientów. Bierzemy udział zarówno w tworzeniu nowych usług, jak i projektowaniu nowych systemów oraz monitorowaniu bezpieczeństwa. Nawiązując do zmian w świecie IT i telekomunikacji, kiedy Polkomtel operował tylko siecią GSM, 15 lat temu miał około 25 central. Teraz w zasadzie wystarczają trzy, które obsługują wszystkie technologie mobilne i zapewniają znacznie większą niezawodność. W zasadzie wszystkie usługi są realizowane na podstawie oprogramowania i nowoczesnych rozwiązań. Zmieniając nieco temat – do możliwych punktów ataku dodałbym jeszcze końcowego użytkownika, czyli przeciętnego obywatela. Kiedy będzie miał dostęp do mDokumentów, przez ePUAP będzie mógł zrobić prawie wszystko w kontaktach z administracją, a bankowość internetowa będzie standardem, wówczas stanie się łakomym kąskiem i to nie dla hakera-amatora, ale dla zorganizowanych grup przestępczych. Okraść go będzie bowiem dużo łatwiej niż jakiegoś rekina biznesu.

    Radosław Semkło: Grupa Asseco w zakresie cyberbezpieczeństwa w swojej działalności rozróżnia kilka obszarów. Po pierwsze, koncentrujemy się na systemach państwowych: tych cywilnych, dla centralnych instytucji publicznych oraz służb mundurowych. Po drugie, na kluczowych sektorach gospodarki, m.in. telekomunikacji, bankowości, energetyce, przedsiębiorstwach oraz samorządach. I wreszcie na zabezpieczeniu obywatela. Dodatkowo nasze główne centra zabezpieczeń przed atakami znajdują się w Polsce, Izraelu, Turcji, na Słowacji i w Chorwacji. Co więcej, nasze Centrum Certyfikacji Certum jest liderem sprzedaży certyfikatów SSL w Polsce i obsługuje większość rodzimego rynku usług kwalifikowanych. Certyfikowane rozwiązania bezpieczeństwa mamy też wszędzie tam, gdzie występują zagrożenia i wchodzą w rachubę przepisy.

    Jakub Jagielak: Wracając do ataku na obywatela: to już się dzieje coraz   częściej, a ataki są coraz bardziej wyrafinowane i z coraz większej liczby kierunków. Są one realizowane nie tylko poprzez przejęcie infrastruktury IT, lecz także poprzez różnego rodzaju socjotechniki. A w jakich obszarach należy się spodziewać zmasowanych ataków? We wszystkich, bo firmy dzielą się na te, które zostały zaatakowane i o tym wiedzą, i na te, które zostały zaatakowane, ale o tym nie wiedzą. Każda branża ma jakieś swoje podatności i jest atrakcyjna dla hakerów, szczególnie jeśli się automatyzuje. Dziś mówimy o zagrożeniach struktury krytycznej, ale jutro może się zacznie mówić o zagrożeniach w służbie zdrowia. Tak czy inaczej przeważająca liczba ataków jest skierowana na klienta końcowego i ma oczywiście charakter komercyjny.

    JAK SIĘ ZABEZPIECZYĆ

    Grzegorz Bojar: Coraz więcej rodzajów ryzyka cyber niosących skutki finansowe można ubezpieczyć. Problem pojawia się wtedy, gdy potencjalne straty w sferze gospodarczej i ekonomicznej mogą być ekstremalnie duże. Wtedy niezbędne są dobre planowanie oraz konsekwentne i skuteczne działanie. Najpierw trzeba wiedzieć, jaki jest stan bezpieczeństwa informatycznego oraz jaki powinien być. Trzeba opracować strategię, inicjatywy, przygotować roadmapy projektów. My tak zrobiliśmy. Cały czas za pomocą projektów trzeba „utwardzać” cyberbezpieczeństwo. W firmach powinny powstać odpowiednie dedykowane organy wspomagające działania organizacji w tym obszarze. U nas w tym celu powstał Komitet Bezpieczeństwa, w którego skład wchodzą przedstawiciele zarządu oraz szefowie Departamentu Bezpieczeństwa, Biura Ryzyka oraz Departamentu Teleinformatyki. Trzeba pamiętać, że cyberbezpieczeństwo jest drogie albo bardzo drogie.

    Piotr Skibiński: Polkomtel też ma polityki bezpieczeństwa, plany rozwoju ochrony, bieżące monitorowanie bezpieczeństwa, przy czym w te tematy zaangażowanych jest wiele działów. Wspólna wizja działań całej organizacji i dobre wytłumaczenie zagrożeń oraz sposobu ochrony przed nimi daje komfort psychiczny kadrze zarządzającej, że podejmowane działania są właściwe. Fundusze na inwestycje w bezpieczeństwo mogą się pojawić dopiero wtedy, gdy to wszystko zostanie zrealizowane i właściwie wytłumaczone.

    Jakub Jagielak: Podsumowując, mamy już jedną regulację, która będzie wymuszała raportowanie incydentów. Pytanie, kiedy powstaną kolejne, które zmuszą firmy do ich upubliczniania, nawet jeśli nie będzie to wyglądało dobrze wizerunkowo. To przyczyni się bowiem do znacznej poprawy wyedukowania w tym zakresie.

    Tomasz Matuła: Kluczowe wydaje się przekonanie decydentów o krytycznej roli bezpieczeństwa i uświadomienie, że musi być ono obecne na każdym szczeblu w organizacji. Im więcej ćwiczeń,  tym mniej problemów: dbając o bezpieczeństwo od powstania projektu, pracując nad świadomością zagrożeń u pracowników, znacznie ograniczamy ryzyko i w efekcie poprawiamy swoje szanse w nieprzerwanej rywalizacji z przestępcami.

    fot.: Karolina Walawender

    Wielka trójka OMEGI

    W roku 1957 wszystko wydawało się możliwe. Ostatnie badania na jednym z brytyjskich uniwersytetów dowiodły, że był to rok postrzegany jako najszczęśliwszy w XX stuleciu. Z pewnością dotyczyło to również marki Omega

    Właśnie w 1957 r. firma zaprezentowała trzy modele stworzone z myślą o profesjonalistach. Wszystkie trzy stały się absolutnymi klasykami zegarmistrzostwa: niezbędny towarzysz głębokich nurkowań Seamaster 300, czasomierz każdego technika Railmaster oraz chronograf dla miłośnika rywalizacji Speedmaster.

    Zastosowana przez firmę tomografia – unikalna technologia skanowania rentgenowskiego – dostarczyła jej precyzyjnych danych na podstawie 3 tys. zdjęć próbki. Po zakończeniu skanowania program komputerowy złączył zwielokrotnione obrazy w jeden model 3D, który umożliwia dokładne pomiary z zewnątrz, od wewnątrz i to pod każdym kątem. Te bezcenne krzyżowe dane posłużyły jako wzorzec do  projektów nowych zegarków, które, choć odświeżone według standardów XXI w., zachowały prawdziwego ducha rocznika ’57.

    Wszystkie trzy zegarki zamknięto w kopertach ze stali szlachetnej o polerowanej i szczotkowanej powierzchni z czarną tarczą „tropical”, z indeksami w stylu vintage wypełnionymi substancją Super-LumiNova. Bransoleta ze stali szlachetnej ma wzmocnioną konstrukcję i poprawioną estetykę. Zapięcie zdobi logo Omega w stylu retro. Ukłon w stronę bogatej przeszłości stanowią także pozostałe logotypy i oznaczenia na zegarkach – każdy w subtelnie innym stylu. To nawiązanie do lat 50., gdy różni dostawcy na swój sposób interpretowali logo marki Omega. Każdy zegarek powstał w edycji limitowanej 1957 egzemplarzy i został umieszczony w czerwonym pudełku z materiałową wyściółką, z dwoma wymiennymi paskami, ze skóry i w stylu NATO, oraz z narzędziem do ich wymiany. Dla miłośników marki, którzy nie będą potrafili wybrać tylko jednej z reedycji klasyków z 1957 r., Omega przygotowała możliwość zakupu wszystkich trzech modeli. W pudełku wykonanym z dębu zasadzonego w szwajcarskich górach w 1898 r. (dokładnie tym samym, w którym Omega przeniosła się do Biel/Bienne) kryje się kolekcja Trilogy. Po otwarciu pokrywki ozdobionej grawerunkiem konika morskiego można zobaczyć wszystkie trzy modele na materiałowej wyściółce. W pudełku znajduje się także rulon, w którym umieszczono trzy paski skórzane i trzy NATO oraz narzędzie do ich wymiany. Specjalne pudełko z kolekcją Trilogy jest dostępne tylko w 557 egzemplarzach.

    Roman Pałac w PZU Życie

    Roman Pałac stanął na czele zarządu spółki PZU Życie, zastępując Pawła Surówkę powołanego na prezesa grupy PZU. Absolwent Szkoły Głównej Handlowej z MBA uzyskanym w London Business School i przy okazji z nagrodą rektora dla najlepszych absolwentów zarządza jedną z ważnych spółek grupy polskiego ubezpieczyciela. Doświadczenie zdobywał w instytucjach finansowych w kraju i za granicą. Pracował jako Project Manager w Banku Światowym, gdzie odpowiadał za przygotowanie i koordynację wdrożenia programów pożyczkowych mających na celu wdrożenie polityk poprawiających efektywność energetyczną w krajach CEE. Koordynował także prace nad reformą sektora węgla kamiennego w Polsce.

    Później związał się z The Boston Consulting Group. Udzielał się też jako ekspert w kilku projektach fuzji bankowych. Nowy prezes przyznał, że dla spółki PZU Życie pierwszy kwartał był bardzo trudny, a firma zanotowała wzrost szkodowości ze względu na większą liczbę zgonów. Jednakże spółka zwiększyła udział w segmencie ubezpieczeń grupowych i – według Romana Pałaca – osiągnęła wyniki marżowe trzykrotnie wyższe od średniej rynkowej. Kolejne kwartały mają przynieść niższy poziom świadczeń wypłacanych z tytułu zgonów. Prezes stawia na rentowny wzrost i dobrą jakość biznesu, bez „szaleństwa ze sprzedażą”. Roman Pałac został też członkiem rady nadzorczej Alior Banku przejętego przez grupę PZU.

    fot. Archiwum

    Ważne Informacje

    Pierwszy raport wpływu Dassault Systèmes

    Dassault Systèmes publikuje pierwszy raport wpływu, podkreślając rolę wirtualnych bliźniaków w działaniach na rzecz zrównoważonego rozwoju Firma Dassault Systèmes opublikowała pierwszy raport wpływu, przedstawiający...

    AURA, LEO i MARIE, wirtualni towarzysze Dassault Systèmes, już dostępni na 3DEXPERIENCE

    Dassault Systèmes rozszerza natywną dla AI platformę agentową 3DEXPERIENCE o nowe umiejętności wirtualnych towarzyszy, wspierając ludzi we wspólnym projektowaniu Dassault Systèmes ogłosił udostępnienie na...

    Dassault Systèmes przejmie ArisGlobal, tworząc zintegrowaną platformę analityki AI dla branży life sciences, która...

    Dassault Systèmes ogłosił podpisanie wiążącej umowy przejęcia ArisGlobal - wiodącego dostawcy platformy AI-native, wspierającej zarządzanie zgodnością z regulacjami przedsiębiorstw z branży life sciences. Zgodnie...

    Solidne wyniki finansowe Dassault Systèmes za drugi kwartał 2026

    Firma Dassault Systèmes ogłosiła szacunkowe wyniki finansowe wg IFRS za drugi kwartał 2026 roku i pierwszą połowę roku, zakończoną 30 czerwca 2026 roku. Całkowite...

    Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

    Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

    Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...