.
Strona główna Blog Strona 290

Dimension Data: łańcuch dostaw staje się celem cyberprzestępców wykorzystujących ransomware

W roku 2017 można było obserwować coraz więcej cyberataków wykorzystujących ransomware i innego rodzaju złośliwe oprogramowanie, których celem stał się łańcuch dostaw. Sektor usług biznesowych i profesjonalnych zmagał się z rosnącym zagrożeniem szczególnie w regionie EMEA (Europa, Bliski Wschód, Afryka), w którym udział takich ataków osiągnął aż 20 proc. Takie są wnioski Dimension Data zawarte w opracowaniu Executive Guide opublikowanym właśnie przez firmę Dimension Data do Raportu NTT Security 2018 Global Threat Intelligence.

Sektor usług biznesowych i profesjonalnych stał się celem 10 proc. globalnych ataków ransomware, będąc trzecią z kolei najbardziej atakowaną branżą, za branżą finansową i technologiczną (w 2016 r. był szóstą). Trzecie miejsce ten sektor zajął także w obu Amerykach (9 proc.), a w regionie EMEA stał się najbardziej narażonym sektorem, będąc celem w 20 proc. wszystkich ataków.

O ile zmalała skala działań związanych z ransomware i zlecanych w ramach outsourcingu obejmujących reagowanie na incydenty wymierzone w instytucje finansowe (spadek z 22 proc. w 2016 r. do 5 proc. w roku ubiegłym), o tyle łańcuch dostaw usług biznesowych i profesjonalnych ewidentnie stał się głównym celem kradzieży tajemnic handlowych i własności intelektualnej, stanowiąc potencjalne zagrożenie dla bezpieczeństwa danych klientów i partnerów biznesowych.

Pomimo spadku w zewnętrznych zleceniach dotyczących reagowania na incydenty w sektorze finansowym branża ta pozostaje pierwszym celem dla cyberprzestępców, przeprowadzających regularny rekonesans w poszukiwaniu potencjalnych luk w infrastrukturze i w aplikacjach.

„W łańcuchu dostaw i zewnętrznych usługach dla firm jest wiele ruchomych elementów, które często działają w oparciu o niejednorodne i przestarzałe infrastruktury sieciowe, co czyni je łatwym celem dla cyberprzestępców. Dostawcy usług i outsourcingu także stają się głównym celem z uwagi na posiadane tajemnice handlowe i własność intelektualną. Dlatego firmy muszą mieć świadomość bardzo realnych zagrożeń i postarać się, by ich operacje były solidnie chronione we wszystkich możliwych aspektach” – twierdzi Mark Thomas, CTO odpowiedzialny za cyberbezpieczeństwo w Dimension Data Group,

Branża technologiczna była drugą najbardziej atakowaną w 2017 r. (19 proc. wszystkich ataków). Co ciekawe udział ataków na sektor publiczny spadł z 9 proc. w 2016 r. do 5 proc. w roku ubiegłym.

W 2017 roku można było zaobserwować, jak bardzo (bo o 350 proc.) zwiększyła się liczby ataków wykorzystujących ransomware. Stanowiły one 7 proc. wszystkich ataków dokonywanych przy użyciu malware (wzrost o 1 proc. w stosunku do 2016 r.), a można się spodziewać, że ten udział będzie rósł, z uwagi na powszechne wykorzystywanie tego narzędzia przez cyberprzestępców.

Inne najważniejsze wnioski z raportu NTT Security 2018 Global Threat Intelligence to: 

  • Branże technologiczna i finansowa były celem 70 proc. wszystkich ataków w obu Amerykach. Stany Zjednoczone pozostają bowiem liderem w zakresie innowacji technologicznych, a tamtejszy sektor finansowy gromadzi i przechowuje olbrzymią ilość danych osobowych, które cyberprzestępcy mogą monetyzować.
  • Szkolnictwo było drugim najbardziej atakowanym sektorem w Australii (26 proc.) Jest ono wrażliwym celem z uwagi na otwarty model sieci i środowisko współpracy, które umożliwia prowadzenie badań i komunikację pomiędzy studentami, kampusami i uczelniami.
  • Udział ataków na sektor przemysłowy w regionie APAC (Azji i Pacyfiku) spadł do zaledwie 7 proc. (z 32 proc. w 2016 r.) wraz z postępem w zarządzaniu bezpieczeństwem i wzrostem działań proaktywnych w obronie przed cyberprzestępstwami.

W regionie EMEA złośliwe oprogramowanie ransomware odpowiadało za blisko 30 proc. wszystkich cyberataków (w porównaniu z średnio 7 proc. globalnie). EMEA był także jedynym regionem, w którym ransomware był najpowszechniej wykorzystywanym malware w rozmaitych kampaniach cyberprzestępców, w tym głośnych atakach o dużym zasięgu, takich jak WannaCry i NotPetya.

opr. wogr

Praktyka zamiast teorii, czyli czego brakuje w polskim systemie edukacji

Absolwenci polskich uczelni to osoby z szeroką wiedzą specjalistyczną, która imponuje swoim rozmachem, lecz w żaden sposób nie odpowiada na oczekiwania i potrzeby rynku. Z licznych badań wynika, że mimo iż poziom nauczania w Polsce jest wysoki, to uczniom i studentom brakuje umiejętności miękkich, przygotowujących do prawdziwego życia w nowoczesnym społeczeństwie.

Ilość nie znaczy jakość

Parę lat temu Instytut Badań Edukacyjnych przedstawił Raport o stanie edukacji. Społeczeństwo w drodze do wiedzy, czyli kompleksowe zestawienie wyników polskiej edukacji. Wynika z niego, że po 1989 r. dynamicznie zaczęliśmy skracać dystans między polskim poziomem edukacji a poziomem w krajach wysokorozwiniętych. Na polskiej scenie zaczęło się pojawiać coraz więcej magistrów i inżynierów, aby w roku 2009 osiągnąć poziom 21,2%, tym samym przewyższając Wielką Brytanię, gdzie dyplom uzyskało 11% obywateli. Okazuje się jednak, że same studia nie wystarczają. Wśród największych problemów polskiej edukacji wyższej są brak praktycznego zastosowania zdobytej wiedzy i brak umiejętności miękkich. Skutkuje to tym, że mimo odpowiedniego wykształcenia wielu Polaków pracuje na stanowisku nieadekwatnym do ich profesji.

Praktyka zamiast teorii

Już od samego początku w polskich szkołach uczymy dzieci wkuwania na pamięć, nie oczekując zrozumienia tematu. Uczymy teorii, która nie jest zakotwiczona w praktyce. Czytania, ale nie ze zrozumieniem. Z wyników badań PISA wynika, że nauczyciele w Polsce bardzo rzadko stosują odwołania do prawdziwego życia, przez co nasi uczniowie mają szeroki zakres wiedzy, jednak nie znają mechanizmów rządzącym światem. Zupełnie inaczej jest w skandynawskim systemie nauczania, w którym mamy do czynienia z edukacją holistyczną – nauczyciele wspólnie omawiają program, dostosowując go tak, aby był on dla uczniów inspirujący, wciągający i intrygujący. Na przykład ucząc historii, można wprowadzić elementy fizyki i omówić działanie łodzi podwodnych. Dostęp do laboratoriów i możliwość wykonywania eksperymentów sprawdzających poznaną teorię w praktycznym zastosowaniu skutkują tym, że dzieci przyswajają określoną wiedzę ze zrozumieniem. Ze wspomnianego raportu jasno wynika, że polska szkoła ma ogromne zaległości w kształtowaniu umiejętności miękkich wśród uczniów.

Umiejętności miękkie na wagę złota

Nauka zestawu kompetencji z zakresu relacji, marketingu, sprzedaży oraz inteligencji emocjonalnej okazuje się niezbędna, aby wykształcić osobę, która potrafi elastycznie dostosować się do dynamicznie zmieniających się warunków pracy. Badania wykazują, że EQ, czyli inteligencja emocjonalna, jest trzy razy częściej poszukiwana na amerykańskim rynku pracy niż IQ. Podobnie jest w Europie ze względu na to, że coraz popularniejsze są zawody, w których niezbędne są umiejętności miękkie, np. manager. Jego zadaniem jest motywowanie zespołu, zarządzanie relacjami i efektywne delegowanie obowiązków, czego na pewno taki pracownik nie nauczył się w szkole. Jeśli chce się zapewnić dzieciom lepszy start w przyszłość, należy od samego początku uczyć je, czym jest inteligencja emocjonalna, która pozwala zarządzać emocjami, budować relacje z rówieśnikami oraz być sobą, co w dalszej perspektywie skutkuje nabyciem umiejętności niezbędnych do osiągania celów w życiu zawodowym i osobistym.

Relacje z innymi kluczem do sukcesu

Taka forma nauczania powinna być kontynuowana przez całą ścieżkę edukacyjną, od podstawówki aż po uczelnie wyższe. Szkoły powinny być miejscem, gdzie odbywa się próba generalna przed prawdziwym życiem, zapewniając warunki do prawidłowego rozwoju ucznia. W tym kontekście bardzo dużą rolę odgrywają relacje na linii nauczyciel – uczeń. Okazuje się, że w polskich szkołach świetnie się ma model autorytarny, co ma ogromny wpływ na sposób nauczania oparty na bezrefleksyjnym powtarzaniu faktów, podczas gdy w USA dominuje model równości, pozwalający na otwartą dyskusję. Uczniowie w Stanach już od najmłodszych lat uczą się krytycznego myślenia i argumentowania swoich racji bez strachu, że zostaną ocenieni. Dzięki temu w dorosłym życiu świetnie sobie radzą z wystąpieniami publicznymi, łatwo nawiązują kontakty z innymi i nie boją się przedstawiać swoich pomysłów. Dobrze obrazuje to także relacja pomiędzy częstą pracą w grupach w szkole a umiejętnością używania odpowiednich argumentów. Badania pokazują, że im częściej uczniowie współpracują z innymi na zajęciach, tym większą łatwość mają w przytaczaniu logicznej argumentacji w codziennym życiu.

Polska edukacja stoi przed wieloma wyzwaniami, które musi podjąć, aby nadążyć za zmianami w dzisiejszym świecie. Główną rolę powinna odgrywać nowoczesna edukacja, w której istnieje prawdziwa synergia wiedzy i umiejętności, dzięki czemu przygotuje ona absolwentów do osiągania wyznaczonych celów w życiu osobistym i zawodowym. Na przestrzeni lat rola nauczyciela również diametralnie się zmieniła. Już nie jest on wszechwiedzącą wyrocznią, lecz prawdziwym partnerem w dyskusji, który inspiruje do nauki i ciągłego rozwoju. Taki model relacji pozwala na bardziej świadome korzystanie z wiedzy i zasobów ucznia, który przestaje uczyć się dla ocen – zaczyna to robić z własnej ciekawości i chęci poszerzania swoich horyzontów. Nowoczesna edukacja to przyszłość, w której kształtujemy inteligentnych młodych ludzi, potrafiących wykorzystać cały arsenał umiejętności miękkich w celu osiągania określonych celów.

Praca Polaków za granicą w labiryncie przepisów

Korzystniejsze warunki zatrudnienia, czy więcej niewiadomych? Większa kontrola nad rynkiem pracy, czy więcej utrudnień i wzrost szarej strefy? Co w praktyce oznacza dla polskich pracowników i agencji pośrednictwa pracy przyjęcie przez UE nowej dyrektywy o delegowaniu?

29 maja w Parlamencie Europejskim odbyło się głosowanie nad przyjęciem Dyrektywy o delegowaniu pracowników. O tym, że porozumienie jest niekorzystne m.in. dla Polski wiemy już od dawna. Pozostaje pytanie – jak bardzo nowe przepisy skomplikują życie zwykłych pracowników, którzy do tej pory byli delegowani do krajów Europy Zachodniej i jak te komplikacje wpłyną na decyzje firm, które zajmują się delegowaniem.

Dyrektywa przeciwko małym firmom

Podczas debaty podkreślano, że pracownicy delegowani stali się narzędziem w rękach bogatych protekcjonistycznych państw. Pod pretekstem równej płacy za tę samą pracę ogranicza się najważniejszy czynnik rozwoju gospodarki, czyli m.in cenę i swobodę świadczenia usług, zakłóca się naturalny rozwój gospodarek i wtrąca się w indywidualne ustalenia pomiędzy pracodawcą a pracownikiem. Wreszcie, że Dyrektywa zamiast wzmocnić rynek pracy zabije go, uśmiercając głównie małe i micro przedsiębiorstwa doprowadzając do większego bezrobocia tam, gdzie zaczęto z niego wreszcie wychodzić. Mimo to aktualizacja przepisów, przyjęta została 456 głosami do 147, przy 49 wstrzymujących się od głosu.

Co przyjęto:

  • Pracownik delegowany otrzymuje wynagrodzenie (w którego skład wchodzą dodatki i ekstra świadczenia) do tej pory obowiązywała płaca minimalna.
  • Delegowanie może trwać 12 miesięcy z możliwością przedłużenia o 6 miesięcy.
  • Pracownicy otrzymują wynagrodzenie nie tylko zgodne z prawem pracy kraju przyjmującego, ale należy wziąć pod uwagę regionalne lub sektorowe układy zbiorowe.
  • Pracodawcy muszą pokryć koszty zakwaterowania i wyżywienia pracowników.
  • Po 12 miesiącach pracy, pracownika obowiązuje system prawa pracy państwa przyjmującego.

Choć mogłoby się wydawać, że regulacje są korzystne dla pracowników, przyjęcie przepisów może oznaczać, że wiele firm będzie musiało zamknąć działalność lub przenieść się do kraju, do którego dotychczas delegowało pracowników. Wszystkie pozapłacowe koszty związane z nowymi przepisami spowodują bowiem, że zatrudnienie pracownika delegowanego przestanie się opłacać.

Bez prawnika ani rusz?

Zdaniem Marty Bitner, koordynatorki Sekcji Agencji Opieki (SAO) działającej w ramach Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ), największej tego typu organizacji w Polsce zrzeszającej 65 agencji, najwięcej znaków zapytania dotyczy bezpośrednio pracowników delegowanych przez agencje.

– Trudniej niż dziś będzie pracownikowi delegowanemu odpowiedzieć sobie na podstawowe pytania i być świadomym swoich praw. Na przykład: Jakie świadczenia mu przysługują? Czy podlega już pod system prawa kraju przyjmującego? – wylicza Marta Bitner.  Pracownik może nie wiedzieć pod jaki system prawa pracy podlega, nie będzie pewny, czy może dochodzić swoich praw w Polsce, czy w kraju, w którym pracuje. Czy lepiej szukać polskiego prawnika obeznanego z zagranicznym prawem, czy lokalnego, który z pewnością będzie droższy?

Niejednokrotnie może się okazać, że koszty prawne (adwokat, tłumaczenie dokumentów itp.) staną się powodem, dla którego pracownicy z Polski nie będą mieli odwagi walczyć o swoje przed sądem. Mniej pewna stanie się także kwestia stabilności zatrudnienia. Pracodawca niekoniecznie będzie chciał przedłużyć umowę na nowych zasadach po upływie 12 miesięcy, po których pracownik powinien podlegać już pod system prawa pracy kraju przyjmującego.

Adw. Joanna Torbé z kancelarii adwokackiej Joanna Torbé & Partnerzy specjalizująca się w prawie pracy podkreśla, że zagrożeniem są nie tylko zmiany w dyrektywie, ale dalej idące propozycje dotyczące kwestii ubezpieczenia pracowników delegowanych. Choć w tym zakresie prace jeszcze trwają, wpisują się w niekorzystne propozycje KE, a jednym z zagrożeń po zmianie przepisów jest rozproszenie okresów emerytalnych (ubezpieczenie na krótkie okresy w różnych państwach).

– Przepisy w tych kwestiach już wcześniej były dość nieprecyzyjne. W ciągu lat wypracowywaliśmy jednak w znacznej mierze ich interpretację. Cały ten dorobek zostanie odesłany do lamusa, przy czym w zamian dostaniemy przepisy jeszcze bardziej niedoprecyzowane. Im większa uznaniowość jest pozostawiona w przepisach organom kontroli, tym większe jest ryzyko przedsiębiorcy – mówi adw. Joanna Torbé.

Miało być biało, będzie szaro?

Joanna Torbé dodaje, że odnalezienie się w nowej rzeczywistości legislacyjnej będzie ogromnym wyzwaniem przede wszystkim dla firm zajmujących się delegowaniem. Będą one musiały się nie tylko w większym stopniu niż dotychczas odnaleźć w prawie krajów, do których delegują pracowników, ale też wypełnić dodatkowe, nowe obowiązki, np. zapewnić pokrycie kosztów zakwaterowania i podróży swoich pracowników, a także zapewniać inne świadczenia które mogą pojawić się w krajach UE.

Krzysztof Jakubowski, wiceprezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia i spółki InterKadra, która od ośmiu lat deleguje polskich pracowników na Zachód (obecnie ponad tysiąc osób), głównie do Francji i Niemiec, przyznaje, że firma już zarejestrowała działalność we Francji choć oznacza to znaczne podwyższenie kosztów (wyższe składki emerytalne, podatki, ubezpieczenia).

– Naszym zdaniem to jedyne sensowne wyjście – mówi Krzysztof Jakubowski. – Nowa dyrektywa była promowana pod hasłem walki z czarnym rynkiem, ale my od początku nie mieliśmy złudzeń, że chodzi o coś innego. Zbyt dobrze znamy codzienność prowadzenia biznesu w krajach „Starej Unii”. Podczas uporczywych kontroli, często kilkunastu w ciągu miesiąca, francuscy urzędnicy nie raz sugerowali nam żebyśmy zarejestrowali firmę w tym kraju, a kontrole się skończą – dodaje.

Jego zdaniem głównym celem zmian jest przekierowanie wpływów z podatków z krajów delegujących do budżetów krajów zatrudniających. Tezę tę potwierdzać może fakt, że w dyrektywie nie poświęcono praktycznie żadnej uwagi kwestii prowadzenia inspekcji w firmach delegujących.

– Firmy nie wiedzą jakie mają prawa podczas takich kontroli. Obiektywność urzędów, które je przeprowadzają stoi więc pod dużym znakiem zapytania – mówi mec. Joanna Torbe.

Krzysztof Jakubowski dodaje, że choć według szacunków w Niemczech pracuje dziś na czarno około 250 tysięcy opiekunek, to nikt do tej pory nie próbował nawet walczyć z tym zjawiskiem.

– Moim zdaniem teraz problem ten tylko się powiększy, bo firmy korzystające z delegowania ludzi po upływie 12 miesięcy niekoniecznie będą ich zatrudniać. Część z tych osób z pewnością wyląduje w szarej strefie – uważa Jakubowski. – Całkowita liczba prawników delegowanych to około 0,8% wszystkich pracowników w UE. Urzędnicy unijni już drugą kadencję, zajmują się właśnie tymi 0,8% pracowników. Dlaczego? Bo firmy ich zatrudniające działają legalnie i są zarejestrowane, w związku z tym łatwiej je namierzyć i ukarać. Nikt z kontrolujących nie szuka pracowników z szarej strefy… Zmiany w dyrektywie mają na celu po pierwsze ściągnięcie dodatkowych pieniędzy do budżetów krajów przyjmujących, ale po drugie są odpowiedzią populistycznych polityków na oczekiwania ich wyborców. Przecież każdy zawodowy polityk chce wygrać kolejne wybory (bo nic innego nie potrafi) a przez to musi się przypodobać wyborcom, którzy boją się mitycznych „obcych” zabierających im pracę – komentuje wiceprezes SAZ.

Państwa członkowskie mają 2 lata na implementacje przepisów do porządków krajowych i wprowadzenie ich w życie.

Chaos i biurokracja!
KOMENTARZ Danuty Jazłowieckiej, Posłanki do Parlamentu Europejskiego

Nie ma gorszych rozwiązań psujących rynek wewnętrzny niż rewizja dyrektywy o delegowaniu pracowników. W całej Europie, szczególnie dziś, brakuje rąk do pracy. Pracownicy są delegowani do krajów, gdzie na lokalnym rynku nie ma wykwalifikowanych pracowników bądź lokalni nie są zainteresowani danym rodzajem pracy. Skracając delegowanie do 12 miesięcy, obciążając firmy wszystkimi formami układów zbiorowych niszczymy rynek wewnętrzny. Rewizja miała służyć wyeliminowaniu nieuczciwych firm, stosujących tzw. dumping socjalny, a w dokumencie nie ma tych rozwiązań. W rewizji mamy chaos, multum biurokracji, którą obciążymy wszystkie firmy delegujące z Niemiec, Francji, Polski, Holandii, Belgii czy też Bułgarii. To małe i średnie firmy z tych właśnie krajów będą upadać przez nałożoną na nie biurokrację, a działalność firm-skrzynek pocztowych będzie kwitła. Rynek potrzebuje jasnego i przejrzystego prawa a rewizja dyrektywy tego nie gwarantuje.

Jarek Orzeł

Vanessa Van Edwards. Złam szyfr ludzkich zachowań

Vanessa Van Edwards udowadnia, że proces zdobywania przyjaciół i zjednywania ludzi można opisać naukowo i jednocześnie niezwykle wciągająco. Złamanie kodu ludzkich zachowań pozwala w odpowiedni sposób kształtować nie tylko własne czyny, ale również interakcje i relacje. Książka zawiera proste, ale zdumiewająco skuteczne narzędzia, wzory i schematy, dzięki którym można się dogadać właściwie z każdym. Ich zastosowanie spowoduje, że interakcje w domu, w pracy i w innych sytuacjach społecznych w końcu przestaną być wyzwaniem.

Czy zdarza ci się czuć nieswojo podczas spotkań networkingowych? Czy zastanawiasz się czasem, co tak naprawdę myśli o tobie ktoś, z kim się umówiłeś na randkę? Chciałbyś umieć odczytywać emocje innych? Jeśli tak, to pora zacząć zgłębiać naukę o relacjach. Ludzie bardzo różnią się od siebie pod względem wyglądu zewnętrznego, ale w środku wszyscy działamy mniej więcej tak samo – i jesteśmy wręcz upiornie przewidywalni. Utrzymując kontakty z innymi, warto posiłkować się pewnym określonym schematem, tak samo jak przy rozwiązywaniu skomplikowanych zadań matematycznych warto stosować równania. W przeciwnym razie tylko niepotrzebnie utrudniamy sobie życie i sprowadzamy na siebie niepotrzebne kłopoty.

Vanessa Van Edwards stworzyła laboratorium badawcze, w którym zajmuje się ukrytymi czynnikami kształtującymi nasze postępowanie. A wyniki z wielu lat badań i analiz zawarła w książce „Złam szyfr ludzkich zachowań”. Ta książka wyjaśnia, jak działają ludzie – pisze we wstępie. Autorka przedstawia różne systemy i skróty, dzięki którym interakcje w domu, w pracy i w innych sytuacjach społecznych przestaną być jakimkolwiek wyzwaniem. Nie chodzi tu o umiejętności społeczne z gatunku tych, które się nabywa w szkole. Ta książka to pierwszy kompleksowy podręcznik wpływania na innych oparty na badaniach naukowych – a zarazem prezentujący zupełnie nowe podejście do budowania relacji międzyludzkich. W naszym laboratorium każde przedsięwzięcie rozpoczyna się od wyników najnowszych badań naukowych, na podstawie których opracowujemy praktyczne eksperymenty i taktyki działania. Następnie przedstawiamy te nasze pomysły czytelnikom i studentom, którzy przystępują do prowadzenia testów. Za sprawą kursów internetowych oraz warsztatów z osobistym udziałem uczestników z naszą metodą zapoznały się już miliony ludzi. Pracowałam z zespołami z firm z listy Fortune 500, wspierając je w procesie rozwijania inteligencji interpersonalnej. Wspierałam też przedsiębiorców, którzy chcieli wykorzystać zdobycze nauk społecznych podczas konkursów na najlepszą prezentację – pisze Van Edwards.

Inteligencja interpersonalna to prawdziwy katalizator sukcesu. Z badań przeprowadzonych przez Van Edwards wynika, że:

  • Ludzie o wysokiej inteligencji interpersonalnej zarabiają rocznie średnio 29 tysięcy dolarów więcej niż ludzie o niskim poziomie tych kompetencji.
  • Dziewięćdziesiąt procent najskuteczniejszych pracowników ma wysoki wskaźnik inteligencji interpersonalnej.
  • Ludzie sprawnie nawiązujący relacje interpersonalne są o 42 procent bardziej szczęśliwi i zadowoleni ze swojego życia.

Każdy z rozdziałów jej książki pozwala opanować jeden z czternastu trików łamacza szyfrów zachowań. To proste, ale niezwykle skuteczne narzędzia, dzięki którym nauczysz się przeprowadzać z każdym człowiekiem taką rozmowę, która zapadnie mu w pamięć. Będziesz potrafił wywrzeć odpowiednie pierwsze wrażenie na klientach, współpracownikach i znajomych. Zyskasz pewność siebie, kontrolę nad sytuacją i charyzmę, dzięki czemu łatwiej ci będzie nawiązywać kontakty. Gdyż – jak udowadnia Vanessa Van Edwards w książce „Złam szyfr ludzkich zachowań” – proces zdobywania przyjaciół i zjednywania ludzi można opisać naukowo, lecz niezwykle przystępnie, a zdobycie wiedzy w tym zakresie pozwoli ci diametralnie zmienić charakter twoich interakcji.

Wybrane opinie o książce:

Jeśli kiedykolwiek zdarzyło ci się pomyśleć: „Miejmy nadzieję, że na tym przyjęciu będzie jakiś pies. Wtedy nie będę musiał z nikim rozmawiać”, koniecznie powinieneś przeczytać tę książkę. Żegnajcie, dziwne sytuacje. Witaj, łamaczu szyfru zachowań.

Jon Acuff, autor książki Zawodowo od nowa

Zupełnie czym innym jest budowanie relacji na pozorach, czym innym zaś dogłębna wiedza na temat ludzkich zachowań, dzięki której mogą w naturalny sposób powstawać efektywne więzi. Książka Vanessy pokazuje, że tę wiedzę można bez problemu zdobyć, dobrze się przy tym bawiąc, a potem skutecznie stosować na co dzień do rozwijania sieci kontaktów, poszerzania wpływów oraz zwiększania siły własnego oddziaływania na innych.

Pamela Slim, autorka książki Body of Work

Złam szyfr ludzkich zachowań to zbiór wielu przydatnych informacji, które zainteresują każdego, kto chce rozwijać swoje kompetencje społeczne. To lektura obowiązkowa.

Joe Navarro, były agent FBI i specjalista w dziedzinie mowy ciała, autor książki Mowa ciała

Vanessa Van Edwards to czyste złoto, a ta książka wprowadza czytelnika w świat naukowych rozważań o motywacji człowieka. To lektura obowiązkowa dla każdego, kto chce wykorzystywać tę wiedzę w interesie swojej firmy, w celach zawodowych lub do realizacji szczytnych celów.

Chase Jarvis, dyrektor generalny firmy CreativeLive

O autorce:

Vanessa Van Edwards jest badaczką, prelegentką i autorką książek dotyczących kompetencji społecznych oraz inteligencji interpersonalnej. O jej laboratorium The Science of People, zajmującym się badaniem zachowań ludzi, pisały „Fast Company”, „Inc.”, „Men’s Health” i „Forbes”, poświęcono mu również materiał w Fox News. Vanessa Van Edwards jest felietonistką w miesięczniku „Entrepreneur”, a także prowadzi zajęcia w zakresie umiejętności społecznych w Udemy oraz CreativeLive. Prowadziła też szkolenia dla wielu firm z listy Fortune 500 z całego świata. Mieszka wraz z mężem w Portland w stanie Oregon.

Olga Błachnio

Logistyka na blogu 360

FM Logistic uruchamia blog: 360° Logistic – nowy wymiar łańcucha dostaw. W ten sposób firma zamierza prezentować opinie, komentarze oraz publikacje dotyczące tzw. logistyki przyszłości. Uruchomiony blog jest uzupełnieniem papierowego wydania magazynu korporacyjnego o tej samej nazwie, dystrybuowanego do tej pory tylko wśród klientów firmy.

Blog będzie prowadzony w j. angielskim i jest dostępny pod adresem: https://360.fmlogistic.com.

Treści zostały podzielone na 4 wiodące grupy o tematyce:

– Supply Chain 4.0  – gdzie autorzy zastanawiać się będą nad tym jakie innowacje pomogą w budowaniu łańcucha dostaw jutra i jak wpłyną one na realizowane operacje i ludzi,

– C-Connection – to z kolei grupa tematyczna, w której znajdą się publikacje o zmianach w zachowaniach konsumenckich i ich wpływie na łańcuch dostaw, o tym jakie są nowe oczekiwania i jak przygotować się do działań mających na celu poprawienie doświadczeń konsumentów,

– Retail Revolution – czyli o tym jakie koncepcje i technologie zrewolucjonizują sprzedaż detaliczną i jak wpłyną na łańcuch dostaw,

– Smart Logistics – Jakie  są klucze do budowy inteligentniejszego łańcucha dostaw? Czystsze, przyjazne dla środowiska, bardziej współpracujące, bardziej niezawodne …

Publikacje na blogu skierowane są do szerokiego grona odbiorców z branży logistycznej i zainteresowanych tą tematyką: przedstawicieli mediów, ekspertów, a także przedstawicieli biznesu – menedżerów łańcucha dostaw, menedżerów ds. Logistyki, menedżerów ds. Zakupów, niezależnych konsultantów oraz konsultantów pracujących w firmach międzynarodowych.

Na początek przygotowanych zostało 11 artykułów. Czytelnicy zyskają także dostęp do archiwalnych i bieżących wydań „papierowego” magazynu 360° w formie plików .pdf do pobrania. W najbliższych tygodniach zapowiadane są kolejne publikacje.

 

Informacje dodatkowe:

O FM Logistic w Polsce

FM Logistic Polska to oddział międzynarodowego organizatora rozwiązań logistycznych. Swoją działalność w Polsce firma rozpoczęła w 1995 roku. FM Logistic Polska posiada obecnie 12 platform logistycznych, 17 magazynów przeładunkowych i zatrudnia ponad 3 tysiące pracowników. Dysponuje łącznie ponad 750 tys. m2 powierzchni magazynowej oraz flotą ok. 2,5 tysięca pojazdów. Roczny obrót firmy w 2017 roku wyniósł ponad 227 mln Euro.

O FM Logistic na świecie

W ciągu 50 lat, firma FM Logistic stała się jednym z międzynarodowych liderów w dziedzinie magazynowania, transportu i pakowania. Jako niezależna i rodzinna grupa, jest uznawana za eksperta w obsłudze logistycznej klientów z sektora dóbr konsumpcyjnych, środków czystości i kosmetyków, artykułów przemysłowych oraz produktów ochrony zdrowia.

FM Logistic jest obecne w 13 krajach na 3 kontynentach, i w 5 strefach biznesowych (Europa Zachodnia, Europa Środkowa, Europa Wschodnia, Azja i Ameryka Łacińska). Obecnie operator zatrudnia ponad 23 000 pracowników i osiąga przekraczające miliard euro przychody (z czego 63% jest realizowane w skali międzynarodowej). Dysponuje 3 491 600 metrów kwadratowych powierzchni magazynowych. Grupa jest pionierem w zakresie przyszłościowych, skutecznych rozwiązań optymalizujących łańcuchy dostaw, autorem koncepcji, takich jak pooling (wspólne zarządzanie zasobami transportowymi i logistycznymi) i Collaborative Routing Centre (łączenie przepływu towarów wielu klientów i dostawców). We współpracy z producentami firma opracowała również innowacyjne rozwiązania wykorzystywane w magazynach jutra, takie jak: AGV, drony, roboty, wykorzystanie Big Data etc. FM Logistic także aktywnie wspiera także start-upy, powstałe w duchu tzw. gospodarki współdzielenia, które mogą mieć wkład w rozwój  dziedzin takich jak magazynowanie i transport. Mając na względzie nowe wzorce konsumpcyjne, firma FM Logistic stworzyła i wdrożyła projekt  CityLogin, przyjazne dla środowiska rozwiązanie  dla tzw. ostatniej mili dla dostaw w Rzymie, Madrycie i Paryżu, Moskwie i Warszawie.

Bogdan Markiewicz

Mastercard otrzymał zgodę NBP

MasterCard | Image Library

Mastercard poinformował o otrzymaniu od Narodowego Banku Polskiego zgody na podwyższenie do 100 zł limitu płatności zbliżeniowych bez podawania kodu PIN. Organizacja przewiduje, że zmiana ta nastąpi nie wcześniej, niż w II kwartale 2019 r. Dzięki niej posiadacze wydanych w Polsce kart z logo Mastercard lub Maestro otrzymają możliwość płacenia szybko, wygodnie i bezpiecznie, bez konieczności podawania kodu PIN do kwoty 100 zł włącznie.

Planowane podwyższenie limitu płatności zbliżeniowych bez PIN do 100 zł odpowiada na potrzeby i oczekiwania polskich konsumentów, którzy bardzo chętnie korzystają z tej technologii. W 2017 r. po raz pierwszy średnia wartość transakcji zbliżeniowej przekroczyła 50 zł[1], a tym samym była ponad 3-krotnie wyższa niż w 2010 r. To potwierdza, że Polacy coraz częściej płacą bezstykowo również za zakupy na większe kwoty, przekraczające wartość aktualnego limitu transakcji bez PIN. Jednocześnie zdecydowana większość (66%) transakcji kartowych na kwoty powyżej 50 zł jest realizowana w technologii zbliżeniowej, z kodem PIN wpisywanym na terminalu[2]. Podniesienie limitu pozwoli więc zwiększyć szybkość i wygodę znacznej części tych transakcji (na kwoty do 100 zł), przy wykorzystaniu technologii, którą już dziś konsumenci wybierają najchętniej.

Prawdopodobnie właśnie z powodu szybkości i wygody płatności zbliżeniowych większość polskich konsumentów, którzy płacą w ten sposób, jest zainteresowana korzystaniem z wyższej kwoty maksymalnej niż dotychczasowa. Zapytani o to, czy chcieliby płacić bez PIN do 100 zł, 67% z nich odpowiada twierdząco[3].

Aktualnie obowiązujący limit płatności zbliżeniowych bez PIN, w wysokości 50 zł, został ustalony w 2007 r. Od tamtej pory zmieniły się realia gospodarcze, co wpłynęło na zwiększenie wartości codziennych zakupów. Na przestrzeni 10 lat (2007-2017) skumulowany wzrost PKB w przeliczeniu na jednego Polaka wyniósł 49%.[4] Oprócz rosnącej zamożności Polaków, warto pamiętać również o inflacji, która sprawiła, że w ciągu dekady realna wartość nabywcza pieniądza spadła o łącznie 21,6%[5]. Innymi słowy, zestaw produktów, który 10 lat temu był wart 100 zł, dziś kosztuje ponad 120 zł. W efekcie, maksymalna kwota 50 zł ustalona w 2007 r. przestała być adekwatna do dzisiejszych warunków.

Co więcej, w porównaniu z innymi krajami europejskimi, aktualny limit transakcji bez PIN obowiązujący w Polsce należy do najniższych. Wyższe kwoty funkcjonują nie tylko w krajach Europy Zachodniej (np. w Wlk. Brytanii 30 funtów, czyli ok. 145 zł; we Francji i Irlandii 30 euro, czyli ok. 130 zł), ale też w tych z Europy Środkowo-Wschodniej (np. na Litwie 25 euro, czyli ok. 105 zł; w Rumunii 100 lejów, czyli ok. 90 zł; na Słowacji 20 euro, czyli ok. 85 zł).

Płatności zbliżeniowe rozwijają się w Polsce bardzo szybko, co stawia nasz kraj w gronie liderów tej technologii. Zgodnie z danymi NBP[6], na koniec 2017 r. już niemal 80% wszystkich kart płatniczych w Polsce miało funkcję zbliżeniową, a prawie 95% terminali płatniczych umożliwiało transakcje w tej technologii. W efekcie, już niemal 80%[7] wszystkich transakcji kartami w Polsce to płatności zbliżeniowe, a, zgodnie z wynikami badań Mastercard[8], Polacy płacą w ten sposób 20 razy częściej niż Niemcy.

„Popularność technologii zbliżeniowej to nie tylko dowód na otwartość polskich konsumentów na innowacje. To także nasza przepustka do świata płatności w pełni cyfrowych. Zgodnie z raportami branżowymi zbliżeniowo smartfonem płaci już ponad milion Polaków. Technologia zbliżeniowa staje się też standardem wygodnych i bezpiecznych transakcji urządzeniami elektronicznymi, takimi jak na przykład inteligentne zegarki czy inne wearables. Podniesienie limitu płatności bez PIN do 100 zł sprawi, że technologia zbliżeniowa stanie się jeszcze wygodniejsza i powszechniejsza, przyspieszając tę ewolucję w kierunku cyfrowości. Sądzimy, że polski rynek jest wystarczająco dojrzały i gotowy na tę zmianę” – mówi Bartosz Ciołkowski, dyrektor generalny polskiego oddziału Mastercard Europe.

Polacy polubili płatności zbliżeniowe za ich szybkość i wygodę. Postrzegają je też jako sposób na skrócenie kolejek do sklepowych kas[9]. Co więcej, konsumenci zdążyli się już przekonać o wysokim poziomie bezpieczeństwa technologii bezstykowej, wykorzystującej m.in. szyfrowanie danych w ramach standardu EMV. Bezpieczeństwo to potwierdzają najnowsze dane NBP dotyczące transakcji oszukańczych[10]. Według danych przekazywanych NBP przez banki, takie operacje stanowiły w drugim półroczu 2017 r. jedynie 0,002% wszystkich transakcji kartowych, co oznacza, że w Polsce zdarzają się one 10 razy rzadziej, niż w innych badanych krajach europejskich.

Anna Marciniak

 

[1] Badanie POLASIK Research przeprowadzone na reprezentatywnej grupie Polaków korzystających z płatności zbliżeniowych, maj 2018
[2] j.w.
[3] j.w.
[4] Główny Urząd Statystyczny, 2018
[5] Kalkulator inflacji, Ministerstwo Finansów RP, https://www.finanse.mf.gov.pl/budzet-panstwa/kalkulator-inflacji
[6] NBP, „Informacja o kartach płatniczych IV kwartał 2017 r.”, kwiecień 2018
[7] j.w.
[8] Badanie „Masterindex – ogólnoeuropejskie trendy w handlu elektronicznym i nowych metodach płatności”, marzec 2017
[9] Badanie Mastercard „Czy Polacy są gotowi na sklepy bez kas?”, maj 2017
[10] NBP, “Ocena funkcjonowania polskiego systemu płatniczego w II półroczu 2017 r.”, maj 2018

Polscy konsumenci kochają małych sprzedawców

Różnorodność rynkowa w Polsce – jest źle, ale dzięki zmianie postaw konsumentów istnieje szansa na lepszą przyszłość.

Polski rynek handlu detalicznego jest coraz mniej różnorodny. Ekspansja dyskontów i wielkich sieci handlowych zwiększa się z roku na rok, dyktując ceny, które zabijają małych detalistów i sklepy wyspecjalizowane oraz obniżają jakość dostępnych na rynku produktów. Ta przykra rzeczywistość znacznie odbiega od potrzeb współczesnego konsumenta, tzw. Transaction Rexa. Jak wynika z raportu „Różnorodność rynkowa w czasach nowego konsumenta”, opartego na wynikach badań przeprowadzonych przez platformę do opłacania i obniżania rachunków MAM, aż 50% Polaków uważa, że monopol wielkich sieci handlowych negatywnie wpływa na jakość oferty producentów. Co więcej, dla 82% badanych właśnie jakość jest drugim najważniejszym kryterium wyboru sklepu stacjonarnego i decyzji zakupowej, a 69 % preferuje małe sklepy ze względu na zaufanie, jakim darzy pracujących w nich sprzedawców.

Czego oczekuje nowy konsument?

Wbrew obiegowym opiniom Polacy posiadają silny sentyment do tzw. mikroprzedsiębiorstw handlowych i opowiadają się za ich ochroną. Dlaczego? Jak wynika z badań przeprowadzonych przez platformę MAM, Polacy cenią w małych sklepach wyższą jakość oferowanych produktów, bliską lokalizację oraz fachową wiedzę sprzedawcy. Małe sklepy są preferowane przez Polaków, głównie ze względu na budowanie zaufania opartego na osobistej relacji ze sprzedawcą (wskazania 69% respondentów), dogodną lokalizację (63%) oraz znajomość przez sprzedawcę personalnych potrzeb klienta (61%). Oczywiście nie bez znaczenia pozostają czynniki takie jak: jakość obsługi klienta (58%) czy fachowa wiedza sprzedawcy (55%) – podstawowe cechy poszukiwane przez Transaction Rexa –  nowoczesnego konsumenta, który oczekuje od rynku zaspokojenia swoich potrzeb.

Co więcej, badania trendów i zwyczajów zakupowych Polaków pokazują, że w podejmowaniu decyzji coraz bardziej istotne stają się tzw. czynniki pozacenowe. Z analizy odpowiedzi respondentów na pytanie, o ile cena może wzrosnąć, jeśli sklep zaoferuje poszukiwaną przez klienta wartość dodaną, wynika, że najczęściej wskazywana (dominanta) odpowiedź na to pytanie to aż 25%!
W ekstremalnych przypadkach, głównie związanych z oferowaniem wyższej jakości produktów, cena produktu u detalisty może być wyższa niż u konkurencji nawet o 47%. Ponad 51% badanych otwarcie zadeklarowała, że jest w stanie zapłacić więcej, jeśli będzie miała do dyspozycji wyjątkowy, niedostępny nigdzie indziej asortyment.

Dane te powinny być zatem wskazówką głównie dla małych detalistów, którzy zgodnie z oczekiwaniami współczesnych konsumentów powinni stawiać na specjalizację i jakość.

Mikroprzedsiębiorcy mogą też pokusić się o połączenie sił. Według badania MAM konsolidacja małych księgarni, sklepów sportowych lub drogerii, podobna do „miękkich franczyz” w branży spożywczej, może być sposobem na zdobycie rozpoznawalności i zaufania konsumentów. Wyspecjalizowany sklep sieciowy to z punktu widzenia klienta często również sklep lokalny, funkcjonujący na zasadzie franczyzy ze znajomym sprzedawcą. Nie bez znaczenia jest również etyka. I to mali sprzedawcy powinni w takiej sytuacji wykorzystać swoją olbrzymią przewagę nad sieciami handlowymi.

Społeczna odpowiedzialność lokalnych sklepów może zatem nie tylko wywołać pozytywne zmiany społeczne w otoczeniu detalisty, ale także posłużyć za potężne narzędzie marketingowe i budowanie przewagi.

Niestety działania, które w ostatnim czasie są podejmowane na polskim rynku handlowym, nie pokrywają się z jasno określonymi potrzebami polskich konsumentów.

Dzisiejszy świat handlu to świat ceny. To samonapędzający się mechanizm, który doprowadził do tego, że praktycznie w każdej branży podstawowym czynnikiem gwarantującym sprzedaż jest najniższa cena. Powstanie gigantów, którzy bez pardonu zajmują każdą dostępną połać rynku, eliminuje mniejszą konkurencję, która dzięki różnorodności dawała rynkowi równowagę i satysfakcję klientom. Nadzieją na przywrócenie zdrowej różnorodności są oczekiwania nowego konsumenta – świadomego, wymagającego, stawiającego na odpowiednią jakość oferty oraz poziom obsługi. A to są w stanie zaoferować nie rynkowi dominatorzy, a mali, elastyczni sprzedawcy, którzy dają konsumentom znacznie więcej niż giganci – specjalizację, profesjonalizm i relacje – mówi Marcin Walaszczyk, dyrektor zarządzający platformy do obniżania i opłacania rachunków za media MAM.

Czy era wielkich sieci handlowych i dyskontów niebawem się zakończy?

Oczywiście, że nie. Warto jednak zastanowić się, jaką strategię rozwoju powinni przyjąć rynkowi giganci w obliczu nowych potrzeb polskich konsumentów. Wprowadzanie kolejnych kategorii produktowych do niewyspecjalizowanych sklepów wielkopowierzchniowych nie jest oczekiwaniem Polaków. Sprzedaż książek, sprzętu RTV/AGD, odzieży czy sprzętu sportowego powinna pozostać w rękach wyspecjalizowanych sprzedawców. W przeciwnym razie istnieje niebezpieczeństwo, że niewyspecjalizowane sieci handlowe mogą negatywnie wpłynąć na producentów / dostawców w różnych segmentach dóbr i usług, a w efekcie na jakość i różnorodność dostępnej oferty.

Dlaczego różnorodność jest tak ważna?

Z biznesem jest jak z biologią – im większe zróżnicowanie, tym więcej korzyści. To kluczowe dla zdrowej gospodarki. Niektóre duże przedsiębiorstwa handlowe, w pogoni za szybkim zyskiem, zaburzają równowagę tego ekosystemu. Jeśli działania sieci handlowych będą dalej zmierzać w dotychczasowym kierunku, rola handlu małoformatowego osłabnie. Efektem tego będzie zmniejszenie udziałów rynkowych i zwiększenie koncentracji sprzedaży w sieciach wielkoformatowych reprezentowanych przez kilku głównych graczy. Stracą na tym przede wszystkim konsumenci. Ponadto taka polityka będzie niezgodna z przyjętą w Polsce tradycją konsumencką i obowiązującym trendami.

Diana Stachera

Inwestowanie w mieszkaniowy luksus

Najlepsze adresy są świetną lokatą kapitału. Na luksusowe nieruchomości inwestorzy wykładają coraz wyższe kwoty 

Rynek mieszkaniowy w Polsce rozwija się w niezwykłym tempie. Coraz lepiej ma się też segment nieruchomości luksusowych, który jak podaje Poland Sotheby’s International Realty, od 2012 roku urósł o około 40 proc. Jego wartość sięga 3,45 mld zł. Tyle w minionym roku na zakup 1,7 tys. luksusowych apartamentów i rezydencji o wartości minimum 1 miliona złotych wydali zamożni Polacy. Z raportu Luxury Realty Map wynika, że za nieruchomości nabywane w 2017 roku płacono średnio o ponad 210 tys. zł więcej niż rok wcześniej. Wyższy próg inwestycji jest wyraźnym potwierdzeniem dobrej koniunktury w segmencie premium w naszym kraju. 

Luksusowe mieszkania dobrze się sprzedają, bo nie tylko zaspokajają potrzebę podkreślenia statusu nabywców, ale przede wszystkim stanowią dobrą i bezpieczną lokatę kapitału. Ich ceny idą w górę i nawet w gorszych czasach trzymają swoją wartość. Oferta krajowego rynku, jeśli chodzi o tego typu nieruchomości, nie jest jednak ciągle zbyt duża. Obejmuje zaledwie ułamek całych zasobów mieszkaniowych w Polsce. Powodem jest między innymi wstrzymanie tego rodzaju inwestycji po ostatnim spowolnieniu rynkowym. Dzięki znacznej liczbie apartamentów, które będą oddawane do użytku w najbliższym czasie, nowa podaż w segmencie premium ma jednak szansę zrównoważyć stale rosnący popyt.

Warszawskie wieże liderami sprzedaży

Największym, krajowym rynkiem luksusowych apartamentów jest Warszawa. Przypada na nią ponad 40 proc. transakcji dokonywanych w tym segmencie. Trójmiasto, Wrocław, Kraków i Poznań łącznie odpowiadają za kolejne 25 proc. transakcji. Poza stolicą najwięcej ekskluzywnych nieruchomości znaleźć można w Trójmieście, przede wszystkim w Sopocie oraz w unikatowych inwestycjach w największych miastach w kraju i atrakcyjnych miejscach turystycznych w całej Polsce.

Do najsłynniejszych, warszawskich adresów należy Twarda 4 i Złota 44. Wieże mieszkalne Cosmopolitan i Złota 44 to niewątpliwie najbardziej rozpoznawalne luksusowe projekty w Warszawie. To w nich, podobnie jak na przykład w apartamentowcu przy ulicy Parkowej 19, zawierane są transakcje opiewające na najwyższe kwoty. W 52 metrowym Żaglu przy Złotej, zaprojektowanym przez Daniela Libeskinda, na początku tego roku jeden z apartamentów o powierzchni 240 metrów sprzedany został za 11 mln zł. Kilka dolnych pięter w 192 metrowym wysokościowcu kupił zaś wcześniej niemiecki fundusz inwestycyjny, planujący wynajem nieruchomości.

Apartamenty w Warszawie kilkanaście razy tańsze niż w Nowym Jorku

Choć wielomilionowe transakcje nie są już na naszym rynku rzadkością, w segmencie luksusowych nieruchomości w Polsce obowiązują nadal relatywnie niskie ceny w porównaniu ze stawkami w Europie Zachodniej, czy USA. Jak donosi portal Mansion Global, w 2016 roku tylko na Manhattanie znalazło nabywców 1,1 tys. prestiżowych nieruchomości w cenie minimum 4 mln dolarów, a wartość obrotu wyniosła prawie 9 mld dolarów.

Mimo niewygórowanych cen nieruchomości z najwyższej półki nad Wisłą i wyższej stopy zwrotu, jaką można osiągnąć z ich wynajmu w Polsce w porównaniu z rozwiniętymi rynkami europejskimi, zagraniczni inwestorzy stanowią zaledwie około 5-10 proc. ich nabywców w naszym kraju. Kupują głównie Polacy. Inwestorzy powinni być jednak zadowoleni ze swoich decyzji, ponieważ analitycy rynkowi uważają, że prawdopodobieństwo szybkiego wzrostu cen w tym segmencie rynku w Warszawie jest znacznie większe niż w krajach Europy Zachodniej.

Oferta w segmencie premium rośnie

W Warszawie ceny nieruchomości z wyższej półki zaczynają się od 15 tys. zł/mkw. Takie stawki obowiązują w zrewitalizowanych kamienicach i nowych apartamentowcach usytuowanych w Śródmieściu, na Górnym Mokotowie, Starej Ochocie i Żoliborzu, na Saskiej Kępie, czy Wschodniej Woli. Za unikatowe, stołeczne lokalizacje trzeba natomiast zapłacić dużo więcej, nawet 40- 60 tys. zł/mkw. We Wrocławiu, Krakowie i Trójmieście dobry adres kosztuje około 12 tys. zł/mkw., a w Poznaniu 10 tys. zł/mkw.

Luksusowe mieszkania to produkt niszowy, ale jak uważają eksperci, ten segment ma duży potencjał wzrostu. Nowych projektów będzie przybywać, ale rynek rozwijał się będzie raczej w kierunku bardziej kameralnych przedsięwzięć. W centrum Warszawy stanąć ma jeszcze 170 metrowa Roma Tower o funkcji mieszanej, biurowo-hotelowo-mieszkalnej. Poza biurami, w wieży mieścić się ma luksusowy hotel i 70 apartamentów. Pozostałe, warszawskie inwestycje z tego segmentu mają mieć już jednak dużo mniejszą skalę. Znajduje się wśród nich na przykład siedemnastopiętrowy apartamentowiec, który ma powstać przy ulicy Grzybowskiej.

Im bliżej centrum, tym wyższy standard nowych inwestycji

Prognozy dla rozwoju rynku nieruchomości premium w Polsce są optymistyczne. Do sprzedaży wchodzi teraz więcej mieszkań o wyższym standardzie, bo jest na nie coraz większe zapotrzebowanie. Tego typu inwestycje powstają głównie na gruntach położonych w centralnych obszarach miast. – Im bliżej ścisłego centrum usytuowana jest działka, tym projekt realizowany jest w wyższym standardzie. W najlepszych lokalizacyjnie inwestycjach kupują głównie inwestorzy. Często, jak w przypadku naszego warszawskiego projektu, który prowadzimy przy Dzielnej 64, przeważająca liczba nabywców to osoby, dla których zakup nieruchomości stanowi lokatę kapitału – przyznaje Tomasz Sadłocha z Ochnik Development.

– Mimo, że ceny nieruchomości osiągnęły aktualnie najwyższy poziom od siedmiu lat, chętnych nawet na najdroższe nieruchomości nie brakuje. Na rynku deweloperskim sprzedaje się teraz więcej mieszkań niż w szczycie hossy 2007 roku – dodaje ekspert.

Głównie zakupy gotówkowe

Nieruchomości są dziś w Polsce najbardziej popularną formą inwestycji, która zdecydowanie wyprzedza kupno walut i metali szlachetnych oraz funduszy inwestycyjnych i akcji. W segmencie upper middle i high-end większość nieruchomości kupowanych jest za gotówkę. W niektórych inwestycjach, jak na przykład w warszawskim projekcie Mennica Residence, gdzie średnia cena metra wynosiła 14 tys. zł, niemal wszystkie.

Szacuje się, że udział gotówki w transakcjach dokonywanych w tym segmencie może sięgać obecnie ponad 80 proc. Nieduża część nabywców ekskluzywnych mieszkań pożycza też na nie pieniądze. W 2017 roku około 6 proc. kredytów stanowiły zobowiązania o wartości przekraczającej 500 tys. zł, a 0,4 proc. hipoteki na ponad milion złotych.

Autor: Ochnik Development

Ważne Informacje

Solidne wyniki finansowe Dassault Systèmes za drugi kwartał 2026

Firma Dassault Systèmes ogłosiła szacunkowe wyniki finansowe wg IFRS za drugi kwartał 2026 roku i pierwszą połowę roku, zakończoną 30 czerwca 2026 roku. Całkowite...

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...