Rynek robotyki chirurgicznej mocno przyspiesza

W Polsce działa już 19 autoryzowanych robotów chirurgicznych da Vinci, pojawiały się również instalacje kolejnych systemów chirurgicznych: CorPath GRX w obszarze kardiologii, Versius w chirurgii, Cori w ortopedii, czy ExcelsiusGPS w neurochirurgii. Wzrost wartości rynku robotyki chirurgicznej w Polsce w 2022 r. w stosunku do 2021 r. to, aż 48%. Do 2027 r. rynek ten osiągnie wartość blisko 1 mld złotych – wynika z raportu „Rynek robotyki chirurgicznej w Polsce 2022. Prognoza na lata 2022-2027” opublikowanego przez Upper Finance i Polską Federację Szpitali.

Ostatni rok przyniósł niezwykły postęp w rozwoju polskiego rynku robotyki chirurgicznej. Rosnące zapotrzebowanie i akceptacja robotyki chirurgicznej wynika z korzyści dla pacjentów, kadry medycznej oraz szpitali. Kluczowymi czynnikami zwiększającymi wielkość rynku robotów chirurgicznych są: rosnące zapotrzebowanie na automatyzację w branży opieki zdrowotnej oraz trendy związane ze skalą wyzwań zdrowotnych wynikających ze starzenia się populacji, rosnącej liczby chorób przewlekłych oraz długu zdrowotnego powstałego w wyniku pandemii Covid – 19. Pozytywną rolę odgrywa poprawa polityki refundacyjnej oraz inicjatywy publiczne w zakresie finansowania zabiegów z wykorzystaniem robotów.

Operacje i procedury, które kiedyś wymagały dużych nacięć i tygodni rekonwalescencji, są dzięki rozwojowi robotyki chirurgicznej minimalnie inwazyjne, bardziej precyzyjne
i pozwalają pacjentom na powrót do normalnej aktywności życiowej w znacznie krótszym czasie.

Z naszych analiz wynika, że w Polsce do 2027 roku powinno być ok. 70 robotów chirurgicznych o różnych profilach zastosowania. Szacujemy, że rynek robotyki chirurgicznej w Polsce wzrośnie w latach 2022-2027 z 310 mln zł do 948 mln, co oznacza, że średnioroczny wzrost wartości (CAGR) tego segmentu wyniesie, aż 25%. Wysoka dynamika wynika nie tylko z trendu zakupu robotów przez kolejne szpitale, ale również ze wzrostu efektywności wykorzystania poszczególnych systemów. Szacowana w 2022 roku średnia liczba zabiegów na aparat w Polsce to ok. 180, przy czym najlepsze ośrodki wykonują ok. 400 zabiegów na jednym aparacie – wyjaśnia Joanna Szyman, członkini Rady Naczelnej i przewodnicząca Koalicji Robotyki Medycznej Polskiej Federacji Szpitali, prezeska zarządu Grupa NEO Hospital, wiceprezeska zarządu Grupy Upper Finance.

Obecnie najbardziej rozpowszechnionym na świecie, jak również w Polsce systemem jest robota da Vinci. W 2021 r. na całym świecie wykonano około 1,5 mln zabiegów z wykorzystaniem robota da Vinci, co oznacza 28% wzrost w porównaniu do 2020 r. W Polsce liczba zabiegów chirurgicznych w Polsce wykonanych w asyście da Vinci rośnie jeszcze bardziej intensywnie. Szacowane tempo wzrostu liczby zabiegów w 2022 r. w stosunku do 2021 r. wynosi 48%. Największą dynamikę wykazuje chirurgia ogólna – 54%, następnie ginekologia – 49% i urologia – 46%.

W USA na jeden system przypada na około 81 tys. mieszkańców. W Polsce, w chwili sporządzenia raportu, na jeden aparat da Vinci przypada 1,99 mln mieszkańców, oznacza to 26% wzrost dostępności do systemów w stosunku do 2021 r., w którym wartość ta wynosiła 2,5 mln mieszkańców.

– Dynamicznie rośnie liczba ośrodków publicznych wykorzystujących system da Vinci, ich udział w rynku na koniec 2022 r. wyniesie 78% v. 75% w 2021 r. Systematycznie zwiększa się również liczba zabiegów wykonywanych w placówkach publicznych. Jednostki publiczne odpowiadają obecnie za większość zabiegów w asyście da Vinci w Polsce. Pozytywny aspektem wspierającym dynamikę rynku jest pojawienie się finansowania NFZ dla radykalnej prostatektomii wykonywanej z wykorzystaniem robota. Niemniej jest to jedyna procedura, dla której wprowadzono dedykowaną wycenę, co nie zaspokaja potrzeb związanych z dostępem do procedur robotycznych dla innych specjalizacji, w tym ginekologii, chirurgii czy kardiologii.  –  prof. Jarosław J. Fedorowski, Prezes Polskiej Federacji Szpitali, członek prezydium Europejskiej Federacji Szpitali oraz zarządu Światowej Federacji Szpitali

Wyzwaniem, z którym mierzą się szpitale są ograniczenia w dostępie do kadry medycznej. Robotyka chirurgiczna stanowi szansę na złagodzenie skutków tych braków w dziedzinach chirurgicznych. Liczba chirurgów wykorzystujących system da Vinci w USA przekraczała w 2021 r. 35 tys., a poza USA powyżej 25 tys. W Polce mamy 55 chirurgów i 3 chirurżki z certyfikatem Intuitive Surgical producenta robota da Vinci.

To jakość wykonania zabiegu i bezpieczeństwo pacjenta jest ostatecznym wyznacznikiem sukcesu chirurgii robotycznej. Chirurdzy korzystający z zaawansowanych technologii, doskonale zdają sobie sprawę z tego, że ilość wykonanych zabiegów niekoniecznie określa umiejętności operacyjne i należy szybko dążyć do wskaźników efektywności, które oznaczają wykwalifikowaną umiejętność. Przykładem może być program progresji opartej na biegłości (PBP), który został oceniony i poddany licznym badaniom. W porównaniu do szkolenia tradycyjnego, uczestnicy szkolenia PBP uzyskiwali znacząco lepsze wyniki. Trening PBP zmniejszył liczbę błędów wykonawczych o 60% i skrócił czas zabiegu o 15%. Dlatego podstawowym warunkiem dalszego dynamicznego wzrostu robotyki chirurgicznej w Polsce jest odpowiedni system kształcenia kadr. – podkreśla dr n. med. Paweł Wisz, urolog, członek zarządu w Europejskim Robotycznym Towarzystwie Urologicznym (ERUS).

Na rynku robotyki chirurgicznej pojawiają się nowi gracze rynkowi dysponujący modelami biznesowymi mającymi na celu obniżenie kosztów. Przechodzą w kierunku bardziej elastycznych modeli cenowych, takich jak leasing, wynajem lub pay-per-use. Bieżąca analiza rozwoju produktów wskazuje na duże zainteresowanie robotami specyficznymi dla danej procedury, które są bardziej przystępne cenowo i kompaktowe bez obniżania wydajności. Umożliwiłoby to również mniejszym ośrodkom, dostęp do tej technologii przy jednoczesnym pokonywaniu bariery kosztowej.

Oczekuje się, że poza zmniejszeniem kosztów, dodatkowo wdrożenie sztucznej inteligencji (AI), rzeczywistości rozszerzonej, miniaturyzacja systemów i rozwój telechirurgii jeszcze bardziej ułatwi adaptację zrobotyzowanych systemów chirurgicznych w przyszłości.

Treść raportu dostępna poniżej:

https://upperfinance.pl/wp-content/uploads/2022/09/Raport_2022_2109.pdf

Niniejszy raport stanowi kontynuację raportów „Rynek robotyki chirurgicznej w Polsce” tworzonych we współpracy z PMR Ltd. Sp. z o.o.

Brand care 2.0 – czyli jak efektywnie zbudować markę.

    Rozmowa z Katarzyną Jarczewską, współzałożycielką i współwłaścicielką agencji reklamowej Media Forum o najnowszych trendach w branży public relations. 

     

    Media Forum obsługuje renomowanych klientów od ponad 25 lat. Co w tym czasie się zmieniło na rynku?

    Już od dłuższego czasu działamy na zasadzie „digital first”. Jednak zmiana mediów z analogowych na cyfrowe, sama w sobie, nie jest żadną rewolucją w komunikacji z odbiorcą. Bardziej chodzi o to, że mamy do czynienia ze skokowym wzrostem mierzalności i efektywności działań marketingowych. Klienci cały czas są tym zachwyceni, jednak proszę zauważyć, że ta zmiana miała miejsce już dość dawno temu. Dziś jest po prostu nowym standardem, a to oznacza że przestaje być źródłem przewagi. Rynek staje się coraz bardziej wymagający jeśli chodzi o kampanie płatne. Reklamodawcy muszą przygotować większe budżety, ale również muszą być gotowi na to, że nie osiągną celów bez angażującego i interesującego przekazu. Media społecznościowe ograniczają organiczne zasięgi postów, co oznacza, że za pozyskanie subskrybentów trzeba płacić. Tylko czy ma to sens, skoro sieci nawet subskrybentom nie chcą wyświetlać treści za darmo?

    Efektywność powoli przestaje wystarczać. Trzeba wymyślić coś nowego. Klienci zaczęli więc wymagać, aby kampanie przyczyniały się wprost do poprawy pozycji konkurencyjnej. To oznacza, że agencje muszą oferować wiedzę o strategii zarządzania marką, obsługę narzędzi statystycznych i analitycznych czy analizę trendów rynkowych przy użyciu profesjonalnych metod. W Media Forum stawiamy przede wszystkim na brand care. Analiza trendów w czasie rzeczywistym to doskonały sposób na budowę wartości marki. Pod warunkiem, że przyjmiemy odpowiedni horyzont czasowy. Żadnej marki nie zbudowano w ciągu kilku tygodni lub miesięcy.

    Czy reklamodawcy zrozumieją to podejście? Oni chcą natychmiastowych efektów sprzedażowych, nawet w przypadku kampanii wizerunkowych.

    No właśnie. Tylko, tak jak powiedziałam wcześniej, zwykłe kampanie efektywnościowe, są dzisiaj coraz trudniejsze do przeprowadzenia. Muszą one być wpisane w długoterminową strategię uzyskania przewagi nad konkurentami. A więc najpierw reklamodawca musi zrozumieć źródło swojej przewagi, zakładając, że ona w ogóle istnieje. Przewagą może być niski koszt wytworzenia produktu, dostęp do unikalnej technologii czy wiedza i doświadczenie. Dopiero potem, wokół tej przewagi należy koncentrować działania prowadzone za pomocą narzędzi efektywnościowych.

    Tymczasem, cały czas wielu reklamodawców popełnia najprostszy błąd z możliwych i próbuje budować społeczności wokół swoich kont, zamiast wokół swojej strategii. Wtedy bardzo trudno zwiększyć zaangażowanie i lojalność konsumentów.

    Za wszelką cenę należy dążyć do tworzenia entuzjastycznie nastawionych społeczności. Nie tylko promują one sprzedaż produktów, ale przejmują też inne funkcje komunikacyjne, na przykład odpowiadają na forach na pytania innych klientów, dzięki czemu można ograniczyć koszty związane ze wsparciem klienta.

    Jednak wtedy firma przestaje kontrolować przekaz. To niebezpieczne.

    I tak go nie kontroluje, bo klienci piszą na forach internetowych to, co chcą, a istnienie zaangażowanej społeczności jest w stanie sprawić, że ktoś szybciej zareaguje na niechciane treści.

    Bardzo istotnym trendem staje się to, że dialog z rynkiem staje się dwustronny. Wywiady, sesje Q&A, tutoriale, czy inne wirtualne eventy przestają być transmisjami, a zaczynają się opierać na interakcjach z odbiorcami. Efekty są naprawdę ciekawe. Nie tylko klienci firmy uzyskują odpowiedzi na pytania, które ich najbardziej interesują, ale również firma zaczyna coraz lepiej poznawać problemy i preferencje klientów. Jeżeli dialog z klientem staje się dwustronny, otrzymujemy to, co chcemy, czyli uczestnictwo i zaangażowanie. Poprawa wizerunku jest tutaj tylko jednym z efektów.

    Efektem dwustronnej komunikacji staje się też to, że coraz lepiej wykrywamy trendy rynkowe.

    Dokładnie. I moim zdaniem to właśnie jest najważniejszy trend we współczesnym PR. Nowoczesna agencja PR wymusza na swoich klientach innowacyjność i dostosowywanie się do trendów rynkowych. Tradycyjne metody badania rynku to drogie i złożone procedury, na które mogą sobie pozwolić klienci o dużych możliwościach kapitałowych. Tymczasem mniejsze przedsiębiorstwa, czy startupy technologiczne mają ograniczone budżety, a są zmuszone funkcjonować w warunkach ogromnej niepewności. Aby przetrwać, muszą uzyskać odpowiedzi na bardzo wiele pytań. Te odpowiedzi najłatwiej uzyskać dzięki społeczności zbudowanej przez innowacyjną agencję PR.

    Startupy mogą w ten sposób testować produkty przed wprowadzeniem ich na rynek. Co więcej, mogą również dokonać w ten sposób oceny całego modelu biznesowego, co z reguły jest niezbędne przy staraniach o uzyskanie zewnętrznego finansowania. Takie metody współpracy z zaangażowaną społecznością są z reguły bardzo skuteczne, ale mają jeszcze jedną ważną zaletę, są za darmo.

    Podsumowując, w najbliższym czasie możemy spodziewać się fundamentalnych zmian w filozofii działania całej branży PR. Aby utrzymać się na rynku agencja będzie musiała rozpoznawać trendy, błyskawicznie na nie reagować oraz skutecznie inspirować klientów. Największe zmiany będą dotyczyć procesu kreacji. Proces kreatywny będzie musiał być oparty o narzędzia analityczne i statystyczne.

    BMW prezentuje model XM

    W pięćdziesiątą rocznicę swojego istnienia BMW M GmbH prezentuje model BMW XM, który jest punktem kulminacyjnym ofensywy modelowej w jubileuszowym roku marki, a także pierwszym oryginalnym samochodem BMW M od czasu BMW M1. Model produkowany będzie w amerykańskich zakładach BMW Group w Spartanburgu, a do sprzedaży trafi wiosną 2023 roku.

    Napęd M HYBRID w BMW XM generuje moc systemową 480 kW (653 KM) wytwarzaną wspólnie przez silnik spalinowy V8 z technologią MTwinPower o mocy do 360 kW (489 KM) i napęd elektryczny o mocy do 145 kW (197 KM). Bazuje on na nowym silniku V8 z najnowocześniejszą technologią M TwinPower Turbo i klasyczną wysokoobrotową koncepcją.

    Dwa silniki, trzy tryby pracy, napęd na cztery koła.

    Ośmiocylindrowy silnik jest wspomagany przez silnik elektryczny zintegrowany z 8-stopniową skrzynią M Steptronic, która zapewnia natychmiastową reakcję na każde naciśnięcie pedału przyspieszenia już w momencie ruszania z miejsca. Systemowy moment obrotowy napędu M HYBRID wynosi 800 Nm (generowany wspólnie przez silnik spalinowy o wartości do 650 Nm i silnik elektryczny o wartości do 280 Nm). Innowacyjne przełożenie wstępne zwiększa efektywny moment obrotowy silnika elektrycznego na wejściu skrzyni biegów do nawet 450 Nm.

    Inteligentnie sterowana interakcja obu silników zapewnia spójne i typowe dla M wrażenia z jazdy w każdej sytuacji. Charakteryzuje się potężnym, spontanicznym oddawaniem mocy i we wszystkich zakresach obrotów. BMW XM przyspiesza od 0 do 100 km/h w 4,3 s, a towarzyszy temu energiczne niezwykłe dla ośmiocylindrowego silnika brzmienie sportowego układu wydechowego. Ma on elektryczne, płynnie sterowane klapy oraz – po raz pierwszy w modelu BMW M – sześciokątne, ułożone jedna nad drugą podwójne końcówki rur wydechowych.

    Przycisk M Hybrid na konsoli środkowej aktywuje trzy tryby pracy, w tym ELECTRIC umożliwiający jazdę bez lokalnej emisji spalin z prędkością do 140 km/h i zasięgiem od 82 do 88 km*. Wysokonapięciowy akumulator litowo-jonowy umieszczony w podłodze pojazdu zapewnia pojemność użytkową 25,7 kWh. Jednostka Combined Charging Unit w BMW XM umożliwia szybkie ładowanie prądem stałym o mocy do 7,4 kW.

    Moc obu silników jest przenoszona na drogę za pośrednictwem napędu na wszystkie koła M xDrive, który w trybie ma wyraźnie odczuwalną większą transmisję na tylną oś. Dodatkowo dostępny jest tryb 4WD Sand stworzony specjalnie do jazdy po wydmach i temu podobnym terenie. W pełni adaptacyjnie działa również sportowy mechanizm różnicowy M na tylnej osi.

    BMW XM LABEL RED: najmocniejszy produkowany dotąd model BMW M.

    Jesienią 2023 roku do gamy modelowej dołączy BMW XM LABEL RED. Najmocniejszy seryjny samochód w historii BMW M GmbH z homologacją drogową dysponuje mocą systemową 550 kW (748 KM) generowaną wspólnie przez silnik spalinowy o mocy 430 kW (585 KM) i napęd elektryczny o mocy 145 kW (197 KM) oraz maksymalnym momentem obrotowym systemu wynoszącym ponad 1000 Nm (750 Nm z silnika spalinowego i 280 Nm z silnika elektrycznego; wartości tymczasowe na podstawie dotychczasowego stanu rozwoju pojazdu).

    Oryginalna stylistyka jako wyraz prezencji i osiągów.

    Stylistyka zewnętrzna BMW XM wyraża ekskluzywność, prezencję i osiągi. Proporcje nowoczesnego SAV-a, mocne kontury, dynamicznie wydłużona sylwetka, a także typowe elementy stylistyczne M, oryginalny widok z przodu stworzony dla modeli BMW z segmentu luksusowego oraz liczne indywidualne akcenty tworzą niezwykle ekstrawertyczną aurę.

    Przód pojazdu ma dwuczęściowe reflektory, atrapę chłodnicy BMW ze złotym obramowaniem i oświetleniem konturowym dookoła, a także duże wloty powietrza. W widoku bocznym złoty pasek akcentowy nawiązuje do czarnych listew karoserii BMW M1. Kolejne historyczne zapożyczenia to dwa logo BMW wygrawerowane w mocno pochylonej tylnej szybie i efektowna struktura trójwymiarowych lamp tylnych. Również obręcze kół M ze stopów lekkich charakteryzują się ekskluzywnym wyglądem i mierzą standardowo 21 cali, a opcjonalnie do 23 cali.

    Wnętrze: kokpit zorientowany na kierowcę, luksusowa tylna kanapa M Lounge.

    Ekspresyjna stylistyka widoczna jest również we wnętrzu BMW XM. Kokpit i przednie fotele zostały w całości zaprojektowane z myślą o aktywnej jeździe. Fotele wielofunkcyjne M, podparcia kolan, charakterystyczna dla tego modelu kierownica skórzana M oraz wskazania M, w tym wskaźnik zmiany biegu na zakrzywionym wyświetlaczu BMW i wyświetlaczu BMW Head-Up, stanowią wyposażenie standardowe.

    Duża ilość miejsca, wysokiej jakości materiały i ekstrawagancki wygląd sprawiają, że tylna część kabiny BMW XM prezentuje się niczym ekskluzywna salonka M. Luksusowy komfort jazdy zapewniają podgrzewane oparcia sięgające daleko na boczne strefy i charakterystyczne dla tego modelu poduszki. Wyjątkowo niezwykle prezentuje się podsufitka z trójwymiarową pryzmatyczną strukturą, obramowanie przypominające passe-partout i oświetlenie ze 100 diodami. Cztery warianty wyposażenia i nowa skóra Vintage na górnej części deski rozdzielczej i boczkach drzwi umożliwiają indywidualizację wnętrza. Standardowe wyposażenie obejmuje także oświetlenie ambientowe, 4-strefową klimatyzację automatyczną, system nagłośnienia Surround marki Harman Kardon oraz system Travel & Comfort. Opcjonalnie oferowany jest system nagłośnienia Diamond Surround marki Bowers & Wilkins ze wzmacniaczem o mocy 1500 W i czterema dodatkowymi głośnikami w podsufitce.

    Forum na każde czasy

      Zygmunt Berdychowski, przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego, mówi o tym, jak pandemia wpłynęła na rynek eventowy, a także o wyzwaniach związanych z wojną w Ukrainie. 

      Instytut Studiów Wschodnich, jako organizator największej polskiej konferencji, nieźle poradził sobie w warunkach pandemii, o czym świadczą dwie ostatnie edycje Forum Ekonomicznego.

      Nie było to łatwe. Pandemia spowodowała ogromne niekorzystne zmiany w naszej branży. Wiele firm eventowych musiało zwalniać pracowników, zmniejszać wynagrodzenia czy nawet zawieszać działalność, bo obowiązywał zakaz organizowania tego rodzaju wydarzeń. Co gorsza, z branży odpłynęło wielu kompetentnych, doświadczonych ludzi, którzy wcześniej ją kształtowali. Niepewność pandemiczna, jaka towarzyszy powrotowi branży do normalnego funkcjonowania, powoduje, że po tych dwóch latach trudno wrócić do wyników z 2019 r. Gdyby nie pomoc administracji rządowej, oprócz nas przetrwałoby może 10 proc. uczestników tego rynku. Dopłaty spowodowały, że tych, którzy przetrzymali, było jednak więcej. Mam nadzieję, że rynek w takim kształcie, w jakim był w 2019 r., uda się odtworzyć w 2023 r. Ale i to wcale nie jest pewne, bo dziś kolejne zagrożenie stanowi wojna w Ukrainie. Z krajobrazu życia społeczno-gospodarczego zniknęło wiele konferencji. Proces powrotu do normalności będzie więc rozciągnięty w czasie i uzależniony od tego, czy warunki zewnętrzne będą sprzyjające.

      Jak wpłynęło to na waszą sytuację?

      Żeby zobrazować skalę tego, co się wydarzyło, warto spojrzeć w nasze sprawozdania. W 2019 r. nasz budżet był na poziomie ponad 24 mln zł. Rok później zamknął się kwotą niespełna 11 mln zł. Gdyby nie subwencja, którą otrzymaliśmy, byłoby to dużo poniżej 10 mln zł. Obrazuje to skalę zmian, z którymi musieliśmy sobie poradzić. Od strony merytorycznej wyglądało to jeszcze gorzej. Jeżeli traci się wyspecjalizowanych pracowników, którzy na przykład zajmują się Niemcami lub Grupą Wyszehradzką, to naprawdę trudno ich szybko zastąpić. Gdy przyjrzymy się problemom, jakie dzisiaj ma komunikacja lotnicza w Europie, to widać, jak trudno na nowo zyskać prawdziwych specjalistów. Ci, którzy odeszli, znaleźli pracę poza branżą. Szkolenie tych, którzy przychodzą, trwa bardzo długo. Ewidentne braki w zatrudnieniu powodują, że trudno wypracować poziom usług taki jak przed pandemią.

      Czy oznacza to trwałe zmiany?

      W moim najgłębszym przekonaniu – nie, ponieważ istotą przemysłu spotkań są właśnie spotkania. I albo do nich dochodzi, albo nie.

      W jaki sposób lockdown wpłynął na sytuację kadrową ISW?

      W naszej organizacji przyjęliśmy jak najbardziej propracownicze postawy. Nie chcieliśmy zwalniać ludzi, staraliśmy się przedstawiać im propozycje, które chroniłyby ich zatrudnienie, były do udźwignięcia przez instytut, a sytuacja była wyjątkowo niepewna i nieprzewidywalna. Żałuję, że część kadry postanowiła mimo wszystko odejść. Na początku epidemii mieliśmy 52 pracowników. Kiedy jesienią 2020 r. zaczęliśmy z powrotem zatrudniać, stan osobowy wynosił 32 osoby. A to ogromna różnica. Musieliśmy zrezygnować z Forum Europa–Ukraina i Forum Przemysłowego. Ograniczyliśmy też aktywność związaną z budową Forum Ochrony Zdrowia. Udało nam się utrzymać Forum Ekonomiczne, ale trzeba pamiętać, że w 2019 r. zgromadziło ono 4,5 tys. uczestników, podczas gdy w 2020 r. – tylko 1,5 tys. Warto przypomnieć, że piąta fala pandemii przypadła na początek lutego 2022 r., a my zaczęliśmy wychodzić z upadku spowodowanego lockdownem późną jesienią 2020 r.

      W tym jakże trudnym okresie podjęliście niełatwą decyzję o zmianie lokalizacji forum z Krynicy na Karpacz.

      Jesienią 2020 r. zdecydowaliśmy się na Karpacz, ponieważ w Krynicy obowiązywała w tamtym okresie pandemiczna czerwona strefa i nie wolno było organizować żadnych dużych wydarzeń. Rok później przygotowaliśmy, po raz pierwszy na nowych zasadach, Forum Ekonomiczne w Karpaczu, co poprzedziło zawarcie oficjalnych wieloletnich porozumień z województwem dolnośląskim, Wrocławiem i Karpaczem. A to daje szansę na dalszy rozwój konferencji. W 2021 r. przyjęliśmy ponad 4000 uczestników. Udało nam się wykorzystać pauzę między jedną a drugą falą epidemii, osiągając lepsze efekty, niż początkowo zakładaliśmy. Było to możliwe, ponieważ szybciej niż inni w branży odbudowaliśmy zatrudnienie. W zespole pojawili się specjaliści, którzy przygotowywali program forum. Niektórzy z nich wrócili do firmy, ale większość z nich musieliśmy zatrudnić od nowa. A to oznacza proces kształtowania zespołu, przekazywania specjalistycznej wiedzy, co może zająć dużo czasu. Sporo zadań wiąże się ze współpracą z zagranicznymi partnerami, choć nadal jest to utrudnione, ponieważ pojawiają się nowe obostrzenia i ograniczenia. A to przekłada się na mniejszy udział zagranicznych gości w forum.

      Biorąc pod uwagę sukces zeszłorocznej konferencji, w tym roku powinno być lepiej…

      Staram się unikać takich założeń. Jeżeli jednak nic niespodziewanego się nie wydarzy, powinniśmy zrealizować taki właśnie cel. A jest to możliwe, co ilustruje przykład tegorocznego Europejskiego Kongresu Samorządowego w Mikołajkach. Na początku kwietnia byliśmy przekonani, że większość problemów związanych z ograniczeniami mamy już za sobą, ale wojna za naszą wschodnią granicą spowodowała, że sporo zagranicznych uczestników nie dotarło. Tłumaczyli to tak: musimy się przyjrzeć, musimy się zastanowić, musimy trochę zaczekać, bo nie wypada spotykać się w trakcie wojny. Ale i tak udało nam się wykreować bardzo duże wydarzenie. I co ciekawe, mieliśmy wielu gości z Ukrainy.

      Sprawa Ukrainy wszędzie wysuwa się na pierwszy plan.

      Trzeba mówić o niej jak najwięcej. Lokuje się ona w głównym nurcie problemów europejskich. Istnieje potrzeba budowy sojuszy, które dałyby szanse na to, aby skutecznie pomagać Ukraińcom, wspierając ich zabiegi o wejście do Unii Europejskiej. Zanim to jednak nastąpi, muszą otrzymać konkretne wsparcie, które umożliwi im zwycięstwo nad agresorem.

      Instytut Studiów Wschodnich angażuje się w pomoc dla Ukrainy.

      W pierwszej fazie wojny udzieliliśmy wsparcia finansowego naszym stypendystom z Karpackiego Uniwersytetu Ludowego w Iwano-Frankowsku. Przygotowaliśmy kilkadziesiąt analiz pokazujących, jakie mogą być konsekwencje konfliktu. Autorami tych dokumentów są nasi partnerzy z Ukrainy. Do wątków tych na pewno nawiążemy podczas tegorocznego forum. Organizujemy też inne formy pomocy dla naszych wschodnich sąsiadów, wykorzystując kontakty z naszymi partnerami w Europie Zachodniej.

      Forum Ekonomicznemu tradycyjnie towarzyszy, organizowany przez was, Festiwal Biegowy.

      Po raz kolejny odbędzie się on w Piwnicznej-Zdroju. Podobnie jak w przypadku forum, także on silnie odczuł skutki pandemii COVID. W2019 r. wzięło w nim udział prawie 11 tys. osób. W ubiegłym roku przyjechało tylko 3,2 tys. biegaczy. Jestem przekonany, że i to wydarzenie jesteśmy w stanie odbudować. Zamierzamy ścigać się na tych samych trasach, co rok lub dwa lata temu. Mamy wiele różnych propozycji: od biegów dla najbardziej zaawansowanych typu Iron Run przez biegi długodystansowe, takie jak maraton półmaraton, do biegów dziecięcych na dystansie 200, 400 lub 600 m. Staramy się, żeby każdy, kto tylko chce biegać, znalazł dystans i poziom trudności dostosowany do swoich możliwości. Na czas festiwalu budujemy miasteczko biegowe, które jest usytuowane nad brzegami Popradu. Tak jak w ubiegłym roku zmaganiom sportowym towarzyszy Festiwal Lachów i Górali, wydarzenie podobne do Tatrzańskiej Jesieni, choć prezentujące lokalny folklor.

      Zygmunt Berdychowski

      › Wróciłem do biegania, które nieco zaniedbałem podczas pandemii. Próbowałem też jazdy na rowerze i pływania, co pozwoliło mi uświadomić sobie, że moim przeznaczeniem są biegi. Myślę, że na Festiwalu Biegowym mam szansę zaprezentować formę podobną do tej z poprzednich lat. W ubiegłym roku biegłem na dystansie 20 km i 30 km. W tym roku szykuję się na Iron Run, składający się z 9 różnych biegów, po trzy w piątek, sobotę i niedzielę. Razem to prawie 150 km, rozłożone w taki sposób, że pierwszy dzień rozpoczyna bieg krótki na 1600 m, później średnio długi, czyli 15 km, a potem kolejne 7 km. Następnego dnia wstajemy o godzinie 5 rano, biegniemy 64 km, a następnie 3 km oraz 5 km. W niedzielę przebiegamy maraton, a po nim wbiegamy na górę Kicarz – jest to bieg cały czas pod górę. No i kończymy wszystko biegiem na 1 km.

      › COVID pokrzyżował moje plany wspinaczkowe. Zdobyłem Koronę Ziemi i cztery ośmiotysięczniki. Mam nadzieję, że wreszcie uda mi się wrócić w Himalaje. Nie chcę brać udziału w wyprawach komercyjnych, tylko od początku do końca partnerskich, a na takie propozycje trzeba cierpliwie czekać. W 2019 r. planowałem wejść na Makalu, rok później przygotowałem się do wejścia na Lotse. Chociaż przygotowania były już bardzo zaawansowane, nic z tego nie wyszło… Czekam więc, aż na nowo pojawią się oferty wypraw partnerskich. Zapewne w przyszłym roku, a może już jesienią?

      rozmawiał Piotr Cegłowski

      Sukces dzięki dywersyfikacji

        W kwietniowym numerze naszego magazynu zamieściliśmy materiał stanowiący ewenement na łamach polskiej prasy: rozmowę dwóch prezesów GPW – obecnego Marka Dietla i byłego Adama Maciejewskiego. Tym razem obaj wybitni managerowie mówią o wyzwaniach stojących przed warszawską Giełdą i jej planach odegrania poważniejszej roli międzynarodowej.

        Na wstępie gratulacje z okazji wyboru na kolejną kadencję na stanowisku prezesa Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

        Dziękuję. To dla mnie duży zaszczyt kierować tą instytucją. Ale przede wszystkim duże zobowiązanie wobec jej akcjonariuszy i interesariuszy.

        Ostatnio rozmawialiśmy głównie o geopolityce. Tym razem porozmawiajmy o warszawskiej giełdzie. I zacznijmy od tego, co zwykle najbardziej interesuje akcjonariuszy, czyli od kursu giełdowego. Akcje GPW były oferowane przez Skarb Państwa w roku 2010 po 43 zł i 46 zł. Zadebiutowały po cenie powyżej 50 zł. Kiedy obejmował pan stanowisko w poprzedniej kadencji 27 września 2017 r., wyceniane były na ok. 44 zł. Dzisiaj jest to ok. 36 zł. Co pan na to?

        To fakt, a z faktami się nie dyskutuje. Należy jednak pamiętać, że dla akcjonariuszy równie ważna jest dywidenda. W sumie od roku 2010 wypłaciliśmy akcjonariuszom niemal 1 mld 115 mln zł, co przy kapitalizacji 1,5–2 mld zł nie jest złym wynikiem. W ostatnich kilku latach stopa dywidendy z akcji GPW oscylowała zwykle wokół 5–7 proc. GPW przez ostatnie lata przyciągała głównie inwestorów typu value, którzy cenią sobie wysoką dywidendę, a traciła tych typu growth, nastawionych na wzrost wartości akcji. Giełda tkwiła w przekonaniu, że sprawa inwestorów jest załatwiona, bo dostali dywidendę. Niestety, zmienność koniunktury na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat dość istotnie wpływała na zmienność poziomu dywidendy. Dla przykładu, w latach 2011–2013 stopa dywidendy nie przekroczyła 4 proc. Dlatego od pewnego czasu nasza strategia zmierza do zmniejszenia stopnia zależności wyników finansowych giełdy od koniunktury. Dzieje się to przede wszystkim przez uruchamianie nowych segmentów biznesowych, choć trzeba przyznać, że udało się to w umiarkowanym stopniu. Nie dlatego jednak, że źle zidentyfikowaliśmy kierunki rozwoju, ale ponieważ za wolno wdrażaliśmy poszczególne inicjatywy. W odpowiedzi na oczekiwania naszych akcjonariuszy zdecydowaliśmy też o corocznym zwiększaniu poziomu dywidendy o 10 gr na akcję. Ponadto będziemy wypłacać wszystko, co ekstra zarobimy na projektach dodatkowych. Dotychczas zdarzyło się to raz – sprzedaż pakietu akcji Aquis Exchange za kilkadziesiąt milionów złotych, na której to inwestycji zarobiliśmy bardzo dobrze, bo średnia roczna stopa zwrotu wyniosła ok. 20 proc. Nie przypisuję tego sukcesu sobie, ta inwestycja była bowiem pana inicjatywą. Ogólnie średni zysk Grupy Kapitałowej GPW w ostatnich pięciu latach był o 38 proc. wyższy niż w poprzedniej pięciolatce. I to jest taki paradoks, że cały czas poprawiamy nasze wyniki finansowe, a kurs tego nie odzwierciedla. Mnożnikowo jesteśmy o połowę gorzej wyceniani niż Euronext czy Deutsche Börse. Inwestorzy nie są przekonani do naszej historii wzrostu. Chcielibyśmy to zmienić i zacząć przyciągać również inwestorów typu growth. Zwrot dla naszych inwestorów powinien być trwale wyższy od wzrostu PKB w Polsce. Innymi słowy, chcemy być lepszą spółką w sensie tworzenia wartości dla akcjonariuszy niż średnia spółka w Polsce. Droga do tego jest nie tylko przez wyższe dywidendy, bo dużo ciekawszy jest wzrost. Dlatego nie wypłacamy wszystkich środków, jakie mamy, bo widzimy szereg projektów inwestycyjnych w zakresie wzrostu organicznego i nieorganicznego, które byśmy chętnie podejmowali. Na razie te efekty są dość skromne, ale przyjdzie czas na coś spektakularnego, bo cały czas nad tym pracujemy, także nad projektami w zakresie M&A. Inwestorzy teraz nie chcą kupić zapowiedzi naszych nowych projektów, ale chcą zobaczyć
        pierwsze efekty biznesowe. Chciałbym ich dostarczyć.

        Możliwości rozwojowe giełdy w dużym stopniu zdeterminowane są jej strukturą własnościową i statusem spółki publicznej. Zawsze miałem dość krytyczny stosunek do modelu prywatyzacji GPW. Czy pana zdaniem przyjęty model prywatyzacji giełdy był optymalny? Co dał spółce?

        Prywatyzacja, a konkretnie wprowadzenie GPW na parkiet dało nam bardzo dobre zrozumienie potrzeb naszego klienta, czyli spółki publicznej. Dzięki temu doskonale rozumiemy nie tylko plusy, lecz także i minusy tego statusu. Bycie spółką giełdową uczy pokory. Nie jesteśmy tylko teoretykami, ale spółką giełdową ze wszystkimi tego zaletami i uciążliwościami. Kwartalne spotkania z analitykami to dla nas bardzo cenny consulting. Status spółki publicznej pozwolił nam też na uruchomienie dodatkowego systemu wynagradzania i motywowania pracowników za pomocą akcji fantomowych. Nie jest to materialnie istotny element wynagradzania, ale mimo wszystko zwiększa przywiązanie pracowników do instytucji. Mamy też, choć niewykorzystaną, możliwość stworzenia lepszego systemu motywowania zarządu przez powiązanie wynagrodzenia z kursem giełdowym. Przyjęty model prywatyzacji giełdy faktycznie nie był jednak optymalny. Nie udało się wprowadzenie większego, długoterminowego inwestora finansowego, który pomógłby uwiarygodnić corporate governance giełdy. W trakcie procesu prywatyzacji nie wykorzystano tej szansy. Szkoda też, że przed prywatyzacją nie sformułowano jakiegoś aliansu strategicznego pozwalającego osiągnąć większą skalę. Teraz jesteśmy spółką niewielką, plasującą się w środku mWIG40. W porównaniu z takimi giełdami, jak Deutsche Börse, nasza kapitalizacja jest naprawdę niewielka. Ponadto zabrakło mechanizmu zwiększenia partycypacji pracowników w rozwoju giełdy, który pozwoliłby na wbicie w DNA pracowników faktu bycia spółką giełdową.

        Co jest obecnie celem zawodowym prezesa GPW jako prezesa spółki posiadającej swoich akcjonariuszy i jako prezesa instytucji infrastrukturalnej?

        Tu są trzy wymiary. Pierwszy to element państwotwórczy, w którym giełda wspiera różne elementy polityki gospodarczej państwa, chociażby zielone certy(katy na Giełdzie Energii. Państwo wie, że jeśli nam coś powierzy, to to zrealizujemy, a inwestorzy wiedzą, że zrealizujemy to w sposób zyskowny dla nich. Tu jest pełna synergia między byciem w orbicie Skarbu Państwa a zyskami dla inwestorów. Innym przykładem tych synergii jest projekt Polskiego Cyfrowego Operatora Logistycznego (PCOL), w ramach którego spółki Skarbu Państwa podpisały listy intencyjne na korzystanie z tego rozwiązania, gwarantując minimalną skalę prowadzenia biznesu. PCOL może w perspektywie kilku lat zdobyć pozycję jednego z dominujących podmiotów wśród operatorów logistycznych w Polsce. To nie tylko podniesie poziom bezpieczeństwa transportowego Polski, lecz także pozwoli zatrzymać marżę z tego segmentu w kraju. Przy dzisiejszym poziomie tych marż mówimy tu o miliardach złotych rocznie. Te synergie z „holdingu” spółek Skarbu Państwa są bardzo istotne i potrafimy z tego korzystać. Prywatna giełda jest zależna od państwa, a jeśli jest tam skarbowy komponent własnościowy, to jest większa szansa na pomoc i współpracę z państwem. Tak jest w naszym przypadku i niektóre giełdy prywatne nam tego zazdroszczą. Moją ambicją zawodową jest być wiarygodnym partnerem państwa we wspieraniu pewnych elementów polityki gospodarczej, ale oczywiście w sposób zyskowny dla naszych inwestorów. Co do giełdy jako spółki infrastrukturalnej i jednocześnie nastawionej na zysk – widzimy, że w kontekście kosztów dla naszych klientów jesteśmy w środku stawki europejskiej. Rynki zintegrowane pionowo (giełda i instytucja rozliczeniowa w jednej grupie kapitałowej) są tańsze na poziomie tradingu (bo tam jest konkurencja) i znacząco droższe wpost-tradingu (gdzie konkurencja jest niższa lub nie ma jej wcale). Nasz rynek nie jest pionowo zintegrowany, a dodatkowo post-trade, w odróżnieniu od giełdy, nie jest nastawiony na zysk. Dzięki temu post-trade (bez konkurencji) jest u nas relatywnie tani, a trading droższy (choć wystawiony na konkurencję), a powinno być odwrotnie. Sumarycznie koszt dla inwestora generowany jest jednak głównie na poziomie domów maklerskich. Ich udział w koszcie transakcyjnym to ok. 90 proc. Obecnie musimy koncentrować się przede wszystkim na biznesie podstawowym, bo on jest głównym źródłem przychodów, ale w mojej ocenie w perspektywie 5, 10, 15 lat ten biznes będzie mocno zagrożony i dlatego musimy wchodzić w nowe obszary, by się biznesowo zabezpieczyć.

        Jak teraz wygląda rynek obrotu instrumentami finansowymi z punktu widzenia poziomu konkurencji dla oferty GPW?

        Od 2018 r. bardzo widoczna jest rosnąca aktywność podmiotów systematycznie internalizujących transakcje, które zupełnie skonsumowały rynek OTC. W okresie od 2018 r. w pewnym momencie mieliśmy spadek udziału w obrocie polskimi akcjami poniżej 70 proc. Dzisiaj jest to 92–94 proc., bo nikt poza nami nie jest w stanie dostarczyć takiej pewności zawarcia transakcji jak my. Natomiast niektóre giełdy europejskie realizują już tylko ok. 40 proc. obrotów akcjami na swoich rynkach macierzystych. Spadek poniżej 30 proc. oznaczałby już zachwianie podstawowej funkcji dostarczania wiarygodnej informacji o cenie papierów wartościowych. Jeśli popełnimy jakiś nierozważny ruch, zwłaszcza w odniesieniu do najbardziej płynnych papierów, to może dojść do poważnej erozji naszych udziałów w rynku i zachwiania naszej pozycji.

        Strategia GPW2022 – co się udało, a co nie i dlaczego? Z czego jest pan najbardziej dumny? Czy w kontekście dywersyfikacji przychodów i zagrożeń spowodowanych pojawianiem się alternatywnych wobec giełd platform obrotu sprzedaż dużego pakietu akcji brytyjskiej platformy Aquis Exchange była najlepszym rozwiązaniem? Nabycie tego pakietu za mojej kadencji nie było prostym projektem.

        Zacznę od końca. Kiedy decydowaliśmy się na sprzedaż pakietu akcji Aquis, platforma przynosiła jeszcze straty i potrzebowała dodatkowego kapitału. My byliśmy go w stanie dostarczyć i współpracować z zespołem Aquis, ale z punktu widzenia interesów tamtej platformy, w tym interesu pozostałych akcjonariuszy, lepszy był kapitał czysto rynkowy. Zarząd Aquis był też rozczarowany brakiem planowanej współpracy z GPW w przeszłości. Pana następcy, a moi poprzednicy nie wykorzystali potencjału tej współpracy. My, jako największy akcjonariusz, mieliśmy szczególne uprawnienia, w tym możliwość wykluczenia handlu akcjami spółek z naszego regionu na platformie Aquis. To mogło blokować rozwój platformy, a przynajmniej tak uważali potencjalni klienci i pozostali akcjonariusze tej spółki. Jeśli nie mogliśmy doinwestować spółki, to obawialiśmy się rozwodnienia i utraty szczególnych uprawnień korporacyjnych. Planowane IPO z nami na pokładzie mogło się nie powieść. W tej sytuacji to sama spółka poprosiła nas o wyjście. Warunki wyjścia w ramach IPO były jednak dla nas atrakcyjne finansowo – gwarantowały ponadprzeciętny zysk na zainwestowanym kapitale, więc postanowiliśmy skorzystać z okazji i jednocześnie pójść na rękę spółce. Gdybym był inwestorem prywatnym, to pewnie bym tam został. Ale przy tych uwarunkowaniach, jakie były, to była decyzja optymalna. Wtedy też byliśmy blisko kupienia giełdy w Tel Awiwie i to był dla nas wyższy priorytet. Sprzedaż udziałów w Aquis dodatkowo uwiarygadniała nas finansowo w obliczu potencjalnej, dużej transakcji nabycia giełdy izraelskiej. A z czego jestem najbardziej dumny? Z tego, że udało się doprowadzić do ukształtowania się wewnątrz Giełdy profesjonalnego i entuzjastycznego zespołu potrafiącego i gotowego realizować nowe projekty rozwojowe, a przez to wspierać strategię dywersyfikacji naszego biznesu. Wcześniej organizacja była nastawiona bardzo mocno na operational excellence, co swoją drogą jest piękne i bardzo to cenię. Fantastyczna jest jednak ta zmiana mindsetu ludzi wyrwanych z działalności operacyjnej. Udało się do tej grupy wprowadzić z sukcesem również osoby z zewnątrz. Chciałbym, by ta zmiana kultury organizacyjnej miała charakter trwały. Priorytetem powinno być szukanie nowych tematów przy zachowaniu wysokiej sprawności operacyjnej.

        Zarówno cieszę się z tego pańskiego podejścia do dywersyfikacji biznesu, jak i gratuluję zmiany kultury organizacyjnej. To były również moje cele i dobrze wiem, jak trudno przekonać pracowników i otoczenie do takiej strategii, a pracowników dodatkowo do akceptacji innej kultury pracy. Pan szczęśliwie ma wsparcie głównego akcjonariusza, który za moich czasów kompletnie nie interesował się działalnością rozwojową, a nawet ją torpedował przez swoją bezczynność i brak zdolności do podejmowania kluczowych decyzji. Gierki personalne były ważniejsze niż spółka i cały rynek. Wracając jednak do pana sukcesów w poprzedniej kadencji – może coś bardziej materialnego?

        Na pewno dużą satysfakcją była pierwsza sprzedaż technologii TCA (Transaction Cost Analysis) dla giełdy w Kuwejcie. Po pierwsze, było to potwierdzenie, że zrobiliśmy coś fajnego, a po drugie, otworzyła się szansa na powtarzalne przychody. To biznesowo daje wiarę w siebie. Biznesowym osiągnięciem jest też sukces komercyjny GPW Benchmark z klientami od Kalifornii do Tokio. Analizując rozwój biznesu Grupy Kapitałowej GPW, należy jasno wskazać, że rozwój biznesu w ostatnich latach to zasługa niemal wyłącznie strategii dywersyfikacji. Patrząc po przychodach skorygowanych o inflację, niemal cały wzrost naszego biznesu wynika z przejęcia TGE i trochę z projektu GPW Benchmark, a nie z naszego core biznesu. To pokazuje, że dywersyfikacja nie tylko ma sens, lecz także jest konieczna dla rozwoju giełdy jako spółki. Położył pan kiedyś mocne fundamenty pod tę drugą nogę biznesową GPW, czyli rynek towarowy. Trzecia noga, czyli handel danymi, zaczyna dołączać, a w przyszłości pojawi się noga czwarta, czyli technologia.

        Strategia GPW2022 przechodzi do historii. Faktycznie jej realizacja udała się tylko częściowo. Stabilność zarządzania – mam na myśli pana drugą kadencję – powinna jednak pozwolić na wprowadzenie niezbędnych korekt i przyjęcie planu rozwoju na kolejne lata. Kiedy możemy na to liczyć?

        Zakładam, że aktualizację strategii na kolejny okres zaprezentujemy na przełomie stycznia i lutego 2023 r. i wtedy chętnie o niej opowiem bardziej szczegółowo. Nie zakładam jednak, że będzie to rewolucja, ale raczej dalsza ewolucja odzwierciedlająca zmiany warunków zewnętrznych.

        Czy GPW ma ambicje odegrania poważniejszej roli międzynarodowej? A jeśli tak, to w jakim zakresie?

        Podstawą naszego umiędzynarodowienia jest i będzie technologia, a konkretnie jej sprzedaż w modelu white label. Będzie ona wykorzystywana i oferowana na lokalnych rynkach przez współpracujące z nami lokalne giełdy. My nie jesteśmy dużą giełdą i nadal szukamy własnej drogi. Rozwój organiczny wymaga bardzo wiele czasu, natomiast historia dużych giełd to historia fuzji i przejęć. My też w tym obszarze podejmujemy działania – analizujemy wszelkie ciekawe propozycje i jeśli uznajemy je za właściwe dla nas, to składamy oferty. Na razie niestety bez większego sukcesu, bo jesteśmy albo zbyt ostrożni w wydawaniu pieniędzy, albo w grę wchodzą inne czynniki. Obecnie wyszukujemy biznesy o skali przychodów 20–30 mln euro sprzedawane przez duże giełdy. Uczymy się tego, ale mam nadzieję, że prędzej czy później kupimy coś interesującego za sensowne pieniądze.

        Niedawno kupiliście giełdę w niewielkiej Armenii. Po co?

        Kupiliśmy zdrowy, choć mały biznes o rentowności EBITDA ok. 30 proc. Sam  biznes rośnie w tempie ok. 24 proc. rocznie (CAGR w latach 2018–2021), głównie w obszarze post transakcyjnym. Armeńska giełda posiada też bardzo dobre rozwiązania wspomagające corporate governance. Ormianie to naród bardzo dobrze wykształcony.

        Kształcą się w Moskwie? Przepraszam za ironię, ale to przecież kraj w orbicie wpływów Rosji.

        Kształcą się głównie w Paryżu i Londynie. Starają się równoważyć różne wpływy zewnętrzne. Spisana historia tego narodu to 3 tys. lat, a archeologiczna – ok. 5 tys. lat. Co ciekawe, Armenia była w pełni niezależnym państwem tylko przez 254 lata. Teraz panuje tam olbrzymia wolność gospodarcza, a sam kraj jest niezwykle instytucjonalnie rozwinięty. Oczywiście, będąc w otoczeniu wielkich krajów, takich jak Rosja, Turcja czy Iran, trzeba się układać z kimś, kto daje największe korzyści.

        Ale nadal nie rozumiem, po co ta transakcja.

        To jest dobry dodatek do naszego biznesu, daje nam większe przychody i zyski. Widzimy też spory potencjał w ormiańskiej diasporze. To ponad 8 mln ludzi, często bardzo zamożnych. Chcemy pomóc podłączyć ormiańską giełdę do ekosystemu światowego. Chcemy ją przeskalować, by nie była ograniczona rozmiarem tamtejszej gospodarki. Chcemy, by było podobnie jak z giełdą szwajcarską – gospodarka nie jest wielka, a giełda szwajcarska odgrywa istotną rolę w Europie. Ormianie też mają dużą szansę zostać regionalnym hubem.

        Kupiliście tę spółkę w chwili bardzo istotnego wzrostu ryzyka związanego z polityką Rosji. Czy wkalkulowaliście to ryzyko?

        Mamy opcję put naszego pakietu do armeńskiego banku centralnego, co pozwala nam na odsprzedaż wszystkich posiadanych akcji w AMX po cenie odpowiadającej kwocie inwestycji GPW w AMX.

        Życzę powodzenia z tym projektem, choć trochę się dziwię, że sprzedaliście sporą platformę paneuropejskiego obrotu akcjami Aquis, a kupiliście mikroskopijną organizację w maleńkiej prorosyjskiej Armenii. Bardziej mnie jednak ciekawi pomysł na wykorzystanie potencjału rozwoju na rynku ukraińskim. Widzi pan szansę na jakieś wspólne projekty? Przy założeniu, że Ukraina wyjdzie obronną ręką z konfliktu z Rosją, wydaje się, że te szanse są całkiem realne.

        Jeszcze przed wojną prowadziliśmy rozmowy na temat rynku towarowego, który jest produktem absolutnie pierwszej potrzeby dla Ukrainy. Mam nadzieję, że po wojnie do tej współpracy wrócimy, zwłaszcza w kontekście rozliczeń. Jeśli chodzi o rynek kapitałowy, to tam musi się zmienić legislacja i powtórnie zostać przeprowadzony proces licencyjny dla giełd. Powinna tam zostać wybrana jedna giełda w miejsce obecnych czterech. Nie wiem, która to będzie giełda i jaki będziemy mieli w tym udział, ale od początku wojny współpracujemy z ukraińskim odpowiednikiem naszego KNF-u, dostarczając odpowiednie wsparcie. Trudno przewidywać, kiedy wojna się skończy i jaki będzie dokładny jej wynik, ale nie zasypiamy gruszek w popiele i byłoby historyczną głupotą nie spróbować wejść na ten rynek w momencie, kiedy jest tam tak duży reset. W ogóle Polska powinna pójść w eksport instytucji polskiego modelu kapitalizmu, który sprawdził się w transformacji. Możemy też przestrzec Ukrainę przed rzeczami, które u nas nie zadziałały. W porównaniu z ekspertami z USA, Wielkiej Brytanii czy Niemiec mamy za sobą unikalne doświadczenie transformacji.

        A co z projektami skierowanymi do inwestorów? Czy będą mieli łatwy i tani dostęp do handlu największymi spółkami zagranicznymi i największymi ETF-ami za pośrednictwem GPW? Mam na myśli projekt GlobalConnect.

        GlobalConnect to miejsce, gdzie inwestorzy będą mogli handlować akcjami najbardziej znanych blue chipów z Europy (w pierwszej fazie), a w niedalekiej przyszłości także amerykańskich spółek. Funkcjonowanie rynku z punktu widzenia inwestora jest relatywnie proste: handel akcjami będzie się odbywał podczas sesji giełdowej na GPW, a notowania będą w polskich złotych. Co ważne, prowizje będą takie, jak w przypadku handlu na Głównym Rynku GPW, a wynika to z tego, że nie będziemy pobierać prowizji od animatorów GlobalConnect. To duże ułatwienie i uatrakcyjnienie handlu na GPW. Animator będzie odpowiadał za dobór spółek i wprowadzenie ich akcji do obrotu, a kluczem będzie płynność i zainteresowanie inwestorów danym walorem. Uruchomienie GlobalConnect wyrównuje nas z innymi rynkami w Europie. To jest swoisty must have, który da naszym inwestorom ekspozycję na spółki zależne od globalnej koniunktury. Będzie on dla nich swego rodzaju dodatkowym narzędziem pasywnego inwestowania na globalnych rynkach. Możliwe, że w przyszłości rozbudujemy GlobalConnect także o zagraniczne ETF-y.

        Innym ciekawym projektem, który teraz rozwijacie na GPW, jest Private Market. Czego dokładnie dotyczy i jaki jest stan jego realizacji?

        GPW Private Market jest jedną z naszych technologicznych inicjatyw, wpisującą się w strategię dywersyfikacji przychodów GK GPW m.in. przez łączenie naszego know-how z nowymi technologiami, w tym przypadku blockchain. Na początek chcemy eksplorować możliwości tokenizacji aktywów niefinansowych. Zaczynamy od dzieł sztuki, których wartość zostałaby podzielona na wiele małych części i odzwierciedlona w tokenach, analogicznie jak to jest z akcjami spółek. Drugim (larem GPW Private Market mają być stokenizowane aktywa finansowe: akcje i obligacje. Powodzenie drugiego filaru jest ściśle zależne od kwestii regulacyjnych. Projekt ma też ułatwić pozyskiwanie środków w ramach finansowania społecznościowego przez małe przedsiębiorstwa oraz start-upy. Możemy się pochwalić, że jest to pierwszy tego typu projekt realizowany przez jakąkolwiek giełdę na świecie. Naszym celem jest umożliwienie mniej zamożnym kolekcjonerom dostępu do elitarnego rynku sztuki. Chcemy również zwiększyć transparentność i bezpieczeństwo tego rynku przez zastosowanie standardów z rynku kapitałowego. Private Market jest dobrą propozycją dla każdego, kto nie dysponuje dużymi środkami finansowymi, a w pierwszej fazie zwłaszcza dla tych, którzy są wrażliwi na sztukę.

        Ambitne plany. A jakie jest pana największe marzenie dotyczące przyszłości giełdy?

        Chciałbym, by akcje GPW były włączone do MSCI Europe Large Cap Index. Musimy jeszcze trochę urosnąć…

        Dziękuję za rozmowę.

        Gdzie niebo styka się z ziemią czyli tête-à-tête z Jackiem Pałkiewiczem

          Dotychczas prezentowałem na łamach „Managera” relacje z moich podróży. W tym jednak roku przypada 50. rocznica działalności eksploracyjnej legendarnego podróżnika, Jacka Pałkiewicza. W tych okolicznościach nie mogłem sobie i wam odmówić spotkania z tym niezwykłym człowiekiem. Mam nadzieję, że to małe tête-à-tête z Jackiem będzie wstępem do prezentacji jego najbardziej fascynujących wypraw na łamach naszego pisma.

          „Chciał dotrzeć do miejsca, gdzie niebo styka się z ziemią, lecz horyzont odsuwał się, uciekał za przyczyną jakichś czarów…”. Drogi Jacku, marzycielu, zdobywco, przyjacielu! Czy ten chłopczyk podążający za horyzontem już jako dorosły mężczyzna tam dotarł, czy jest on z natury nieosiągalny? A może nie powinien być osiągalny dla nikogo?

          Ostatnio zdarzyło mi się wspomnieć „Małego Księcia”, bajkowe science fiction z enigmatyczną i wzruszającą opowieścią o chłopczyku przybyłym z odległej planety. Kiedy przeczytałem ją w dojrzałym okresie, pojąłem, że dzięki swej ponadczasowej uniwersalności ta zachwycająca baśniowym światem powiastka filozoficzna Antoine’a de Saint- Exupéry’ego jest adresowana nie tylko do dzieci, lecz także do dorosłych, którzy mają możliwość powrócić do krainy swego dzieciństwa. Dziś, kiedy nieoczekiwanie uświadomiłem sobie tymczasowość i bezbronność mojej egzystencji i ze zgrozą odkryłem, że moja barwna podróż dobiega końca, często wracam myślami do dzieciństwa. Śniłem wtedy o niezwykłych, tajemniczych i niedostępnych miejscach, i wszystko to osiągnąłem.

          Ci, którzy nie zdołali zrealizować swoich marzeń, usprawiedliwiają to faktem, że to i lepiej, bo w chwilach, kiedy zawodzi codzienność, człowiek chętnie ucieka w świat fantazji, snując marzenia o jakiejś „wyspie skarbów”, która nęci i rozpala wyobraźnię. Pozbawieni tego snu poczuliby się zawiedzeni w swojej podświadomości.

          „I’ve seen things you people wouldn’t believe… Attack ships on fire o, the shoulder of Orion… I watched C-beams glitter in the dark near the Tannhäuser Gate”. Te słowa w jednej z końcowych sekwencji filmu „Blade Runner” wypowiada grany przez Rutgera Hauera Roy Batty. Ty w jednym z wywiadów powiedziałeś: „Żyłem bez granic, byłem naocznym świadkiem niezwykłych wydarzeń, spenetrowałem świat, którego już nie ma, poznałem ludzi, których nie sposób zapomnieć”. Brzmi podobnie, z tą różnicą, że Roy Batty to postać)kcyjna, android o niezwykłej wytrzymałości i woli przetrwania, a Jacek Pałkiewicz to prawdziwy twardziel z krwi i kości.

          Tu muszę uciec się do próżnej ilustracji. Swego czasu w Padwie byłem gościem żeńskiego Rotary Club, gdzie jedna z eleganckich pań wpierwszym rzędzie szepnęła do swojej przyjaciółki: „Ależ ten jegomość ma fantazję”. Nie ukrywam, że to mnie trochę ukłuło i od tamtej pory opowiadam tylko część mojego podróżniczego dorobku, tak jak to czynił prekursor epoki odkryć geograficznych Marco Polo, mój mentor. Wielu podejrzewało, że nigdy nie dotarł do Chin, i kiedy na łożu śmierci rodzina i przyjaciele błagali go o sprostowanie opowieści, „aby stał się bardziej wiarygodny”, odparł, że to zaledwie połowa tego, co widział na własne oczy w swojej długiej peregrynacji.

          Jesteś bez wątpienia człowiekiem silnym, który docierał do granic możliwości, ale miał na tyle rozsądku, by tych granic nie przekroczyć. Czy warto tak żyć? Jak wykrzesać z siebie tę chęć poznawania i jednocześnie jak ustrzec się przed tym krokiem, który może być ostatnim?

          Andrzej Stasiuk napisał, że podróżować znaczy żyć. A ja dodaję: żyć podwójnie, potrójnie, wielokrotnie. Dla mnie sens wojażowania polega na ożywieniu wyobraźni, umiejętności zdumienia i zachwytu, czyli na nieustannej zachłanności i fascynacji światem. Dodajmy do tego szczyptę niebezpieczeństwa związanego z przekraczaniem granic możliwości, a otrzymamy esencję mojego globtroterstwa. Taki koktajl uczuć przemienia zwykłe na pozór wydarzenie w prawdziwą przygodę. Przygodę życia. Fizyka kwantowa podpowiada, że jeśli poruszamy się powoli, kosmos wokół nas też będzie wędrować na zwolnionych obrotach; jeśli będziemy pędzić, czas się skurczy. W moim wieku chciałbym egzystować tak, jakby to był ostatni dzień mojego życia. Z pasją takiego stylu życia można się urodzić, ale można taki bakcyl połknąć też w dojrzałym wieku. Nie radzę jednak rzucać się na głębokie wody bez wcześniejszego doświadczenia. Rzemiosła podróżowania uczyłem się na własnych błędach, bo kiedyś nie było pomocnych publikacji. Nie improwizowałem, niczego nie pozostawiałem przypadkowi, sumiennie przygotowywałem się do wyjazdu. Bywało, że stawiając czoło zagrożeniom, musiałem balansować na wąskiej granicy między racjonalnym ryzykiem a realnym zagrożeniem, między odwagą a chłodną analizą. Wspomagał mnie przy tym bogaty bagaż doświadczeń zdobytych wśród piasków pustyni, tropikalnego lasu czy syberyjskiej tundry. Nie bez znaczenia były też intuicja i… instynkt.

          Mówisz o strachu jak o czymś naturalnym i w pełni się z tobą zgadzam. Ten strach potrafi jednak nas sparaliżować wtedy, kiedy powinniśmy działać, kiedy zmierzamy się nie tylko z naturą, lecz przede wszystkim z niegodziwością drugiego człowieka. Czy doświadczyłeś takich sytuacji? Czy wtedy należy przełamywać swoją niemoc, czy szukać innych rozwiązań?

          Spróbuję podzielić się skrótowym instruktażem. Na wstępie: wzbudź w sobie czujność na różne zagrożenia, nie kuś losu ani nie podkładaj się frajersko, nie bądź łatwym celem, nie sprzedaj łatwo skóry, demonstruj czujne spojrzenie i pewny siebie wyraz twarzy, nie ujawniaj lęku i bezradności, unieś wysoko głowę, wyprostuj sylwetkę i poruszaj się sprężystym krokiem. Zawsze głosiłem zasadę, że w chwili, gdy sytuacja staje się napięta, trzeba bezzwłocznie wycofać się lub uciekać ile sił w nogach. To nie jest tchórzostwo, małe, bezbronne zwierzę zawsze unika konfrontacji, ale pozbawione możliwości ucieczki walczy z pełną desperacją. My także. Lęk wyostrza zmysły i podnosi się ciśnienie krwi, organizm aplikuje wtedy sobie swoisty środek dopingujący – adrenalinę, która dodaje sił. Zatem walczymy w sposób maksymalnie zdeterminowany i destrukcyjny, aby wyrządzić jak największą krzywdę. Nieoczekiwana wściekła obrona połączona z kopaniem, drapaniem i gryzieniem będzie kompletnym zaskoczeniem dla nieprzygotowanego na opór napastnika. Często zrezygnuje on i oddali się albo moment jego rozproszonej uwagi stworzy ci szansę ucieczki. Niezwykle mocną broń stanowi wyćwiczony wcześniej gdzieś na osobności, rozdzierający, wydarty z piersi paraliżujący zmysły krzyk. Pozwala on uwolnić się od napięcia i odblokować obezwładnienie, a jednocześnie wzmóc agresję i spotęgować skuteczność walki. Taki mrożący krew w żyłach wrzask zwraca uwagę otoczenia i jest w stanie pokrzyżować zamysły złoczyńcy. Mówi się, że ma on na tyle piorunujący efekt, że „potrafi bez strachu przeprowadzić przez ciemne ulice”. Takie rzeczy ćwiczą studenci akademii teatralnych i pseudokibice piłkarscy. Bojowe, siejące postrach eksklamacje na musztrach wojskowych znamy z filmu „Full Metal Jacket”.

          Patrząc na twoją życiową drogę, można odnieść wrażenie, że jesteś prawdziwym twardzielem. Niedawno przeczytałem, że twoim zdaniem „feminizacja życia odebrała mężczyznom nie tylko spodnie, ale i poczucie pewności siebie, godność i siłę”. Jaki powinien być współczesny mężczyzna?

          Na nocnej szafce obok mojego łóżka często znajdują się podniszczone, dawno zapomniane lektury młodości. Wśród nich na Olimpie stawiam Jacka Londona. Z jego książek przyswoiłem determinację i hart ducha. Niektóre czytałem po kilka razy. Człowiek współczesnego świata, przywykły do wygód i dobrostanu, wydelikatniał, stracił pazury, gubi się przy pierwszej przeciwności losu. London stworzył ponadczasowy portret prawdziwego mężczyzny zmagającego się z przeciwnościami losu. W powieści o cechach autobiograficznych „Martin Eden” niezłomność i wytrwałość protagonisty w dążeniu do celu ma coś z gladiatora pośród stada eunuchów. Tę broń Edena, klucz dostępu do pokonywania własnych ograniczeń, posiada każdy przymuszony do ciężkiej próby człowiek. Wystarczą motywacja i nieugięta wiara w pokonanie przeszkody.

          Spojrzałem na twoje zdjęcie z jednego z ostatnich wywiadów i widzę twarz szczęśliwego i radosnego człowieka. Tę samą twarz widzę tu i teraz. Trudno uwierzyć, że obchodziłeś niedawno osiemdziesiąte urodziny. Jak w sobie zachować tę radość życia?

          Myślę, że to owoc mojego nieprzejednanego optymizmu, pasji życia i… wsparcia niebios.

          Twoje życiowe credo to „Życie daje każdemu tyle, ile sam ma odwagę sobie wziąć, a ja nie zamierzam zrezygnować z niczego, co mi się należy”. Zrezygnowałeś z czegoś czy wziąłeś z życia tyle, ile chciałeś? Na co masz jeszcze życiowy apetyt?

          Czuję się nad wyraz spełniony i niepomiernie uprzywilejowany, bo byłem reżyserem swojego życia. To wszystko, co przyjdzie mi jeszcze posiąść, to będzie już optional.

          Zwykle jesteś kojarzony z niesamowitymi podróżami. Mam nadzieję, że przy okazji kolejnych rozmów opowiesz o tych najbardziej niezwykłych. Dzisiaj wskaż tylko tę jedną podróż, która okazała się dla ciebie najtrudniejsza. Wymiar trudności pozostawiam twojemu wyborowi, bo nie musi to być trudność czysto fizyczna.

          To nie jest proste, bo wypraw ekstremalnych było sporo i każda miała inny charakter. Najbardziej karkołomna była prawdopodobnie „Trans Borneo”, od brzegu do brzegu przez wyspę Dajaków, łowców głów, w skrajnie surowym i niegościnnym środowisku lasu tropikalnego.

          A Jacek Pałkiewicz jako odkrywca? Z czego jesteś najbardziej dumny?

          Bez wątpienia z odkrycia źródła Amazonki, które od dawna było przedmiotem niekończących się spekulacji i sporów o charakterze akademickim. W dzieciństwie było mi trochę żal, że nie urodziłem się w epoce epickich odkryć geograficznych i nie miałem szans doświadczyć tego, co przeżywali David Livingstone, Alexander von Humboldt czy im podobni. Okazało się, że stanowiące przedmiot kultu mapy geograficzne z napisem: „Relief Data Incomplete” jeszcze istniały. Że było jeszcze miejsce na poszukiwania, co jest poza horyzontem. Nasza naukowa ekspedycja rozwiązała tę zagadkę. Dziś na Górze Quehuisha, w Andach na południu Peru stoi obelisk z tablicą upamiętniającą to odkrycie.

          Cieszę się, że to wspomniałeś, jak bowiem pamiętasz i ja odegrałem swoją rolę w ufundowaniu tego obelisku… Jesteś też uznanym dziennikarzem. Pracowałeś dla prestiżowego „Corriere della Sera” w czasach, kiedy było to marzenie chyba wszystkich włoskich dziennikarzy. Jak oceniasz współczesne polskie dziennikarstwo? Czy nie uważasz, że jesteśmy zalewani masą bezsensownych informacji i nierzetelnych opinii, a odpowiedzialność za słowo jest często na poziomie bruku? Masz jakieś rady dla współczesnych dziennikarzy?

          Minęło już wiele lat, kiedy żurnalistyka, która niegdyś mnie oczarowała, zaczęła wzbudzać niesmak. Wtedy zrozumiałem, że się starzeję. Poczułem się jak wiekowy wikariusz, który podejrzewa, że stracił wiarę, ale nie wyjawi tego swoim parafianom. Wziąłem się za dziennikarstwo równo pół wieku temu, jeszcze w heroicznych dla niego czasach, dopóki nie zostało okaleczone przez telewizję. Profesja, autentyczna misja, przynosiła powszechny szacunek. Wszystko wydawało się magicznie krystaliczne, dopóki 30 lat temu nie zauroczyła nas rewolucja cyfrowa i zrodzona z niej era Internetu z witrynami informacyjnymi, sieciami społecznościowymi i newsletterami. Tradycyjne pismactwo zostało wtedy dogłębnie wstrząśnięte. Dziś dzięki nowym, o ogromnym potencjale środkom masowego przekazu wszyscy mogą rozpowszechniać – i to w czasie realnym – doniesienia, nieraz wartościowe, innym razem wynoszące na ołtarz rynsztokowe śmieci. Zwłaszcza w sieciach społecznościowych, gdzie trudno odróżnić fałsz od prawdy, gdzie obiektywność często staje się opcjonalna. Dla młodych dziennikarzy mam tylko jedną radę: weryfikujcie trzy razy źródło, dbajcie o wnikliwe spostrzeżenia i przekazujcie rzetelne wiadomości.

          Podróżnik, odkrywca, dziennikarz, ale też uważny obserwator i myśliciel. Z jakimi głównymi wyzwaniami przyjdzie zmierzyć się ludzkości w najbliższych dziesięcioleciach?

          Po szalonych globalnych przemianach, które zmieniły oblicze Ziemi, dotknęła nas deprymująca niestabilność. Stary Kontynent, swego czasu uważany za pępek świata, przestał wierzyć w swoje wartości i tradycje. Jeszcze do przedwczoraj byłem przekonany, że głównym zadaniem ludzkości jest i będzie walka o uratowanie Ziemi, naszego domu. Wczoraj spadła na nas pandemia i nikt nie wie, jak długo będzie mutować i zbierać tragiczne żniwo. Nie zdążyliśmy wyjść z niej, a dotknęła nas niebywała skala zbrodni Putinowskiej machiny wojennej. Co będzie jutro? To wielka niewiadoma.

          Czy współczesny świat ma liderów, którzy potrafią stawić czoło tym wyzwaniom?

          Niestety, nie ma dzisiaj przywódców, którzy daliby taką nadzieję. Jestem rozczarowany i zaniepokojony ich niezdolnością do podjęcia znaczących kroków w obliczu poważnego kryzysu cywilizacyjnego, kiedy życie na Ziemi jest zagrożone. Rządy europejskie, zdominowane przez łatwe populizmy i kryzysy gospodarcze, też przestały myśleć o wspólnym rozwiązaniu problemów i skupiły się wyłącznie na swoich interesach wyborczych. Światowi przywódcy zajmują się tylko swoimi problemami i rywalizacją o prymat. Jesteśmy świadkami największej bitwy o panowanie nad światowym nieładem.

          Czy demokracja i tzw. wolny świat mają szansę na przetrwanie, a może nawet na poszerzenie wpływów w świecie, w którym jest tak wielu tyranów i obłąkanych żądzą władzy i bogactwa władców?

          Przykład Putina pokazuje wyraźnie, że wolny świat staje się bezsilny wobec przemocy barbarzyńskich terrorystów.

          Są jeszcze setki ważnych pytań, które chciałbym ci zadać. Na dzisiaj jeszcze jedno, ostatnie. Jaką poradę dałbyś młodym ludziom, którzy poszukują swojej drogi i niebawem zaczną wkraczać w czas, kiedy będą musieli wziąć odpowiedzialność nie tylko za siebie, lecz także za innych, za planetę i za to, co zostawią kolejnym pokoleniom?

          Młodzi trzeciego tysiąclecia są elastyczni, dynamiczni, otwarci na różnorodność i zmiany. Nie mają jednak zaufania do polityki, żyją w ekonomicznej niepewności, zepchnięci w kąt przez gerontokrację. To zniechęca i nie ułatwia zaangażowania w cokolwiek. Co do rady, to nawiążę do Grand Tour, kiedy Włochy, konsekrowana świątynia cywilizacji zachodniej, stały się niemal obowiązkowym etapem edukacji latorośli z zamożnych rodzin. Nieliczni uprzywilejowani zyskiwali tam światowe obycie, poszerzali horyzonty myślowe i zdobywali formację intelektualną dla przyszłej działalności publicznej. Dzisiaj podróże są dostępne dla wszystkich. Moi synowie zaczęli latać samolotem, zanim siusiali do nocnika. Jestem z nich dumny. Nawet ich nie skarciłem, kiedy w Polsce przewrotnie wykrzykiwali „kulwa”, doskonale wiedząc, że to nie zakręt, ale córa Koryntu. Należą do wyrosłego z globalizacji otwartego społeczeństwa, posiadają dwa obywatelstwa, mówią w kilku językach. Dziś mieszkają w Szanghaju i czują się jak w domu zarówno w rodzinnym Bassano del Grappa, jak i w Warszawie czy w dalekiej Azji. Nie noszą w sobie wirusa nacjonalizmu, zostali zaszczepieni przeciwko wszelkim szowinistycznym postawom. Właśnie do ich pokolenia będzie należeć świat.

          Pytanie ostatnie: co w planach?

          Wkrótce ukaże się poradnik „Wojna u progu”. Armia Władimira Putina dopuszcza się zbrodni i różnych prowokacji. Nic dziwnego, że rośnie strach przed pożogą wojenną o wymiarze totalnym. Nie wiemy co się może wydarzyć jutro, pojutrze. Lepiej być przygotowanym i nie dać się zaskoczyć.

           

          Jacek Pałkiewicz
          Pisarz, eksplorator, twórca survivalu w Europie. Zlokalizował źródło Amazonki, przepłynął samotnie Atlantyk łodzią ratunkową. Obywatel świata i jego odkrywca. Autor bestsellerowych książek, m.in. „Dubaj” i „Palkiewicz.com”. Inspiruje dwa pokolenia polskich podróżników. Jego reportaże były publikowane w licznych prestiżowych magazynach europejskich (www.palkiewicz.com).


          Z Jackiem Pałkiewiczem rozmawiał Adam Dariusz Maciejewski

          fot.: Archiwum Adama Dariusza Maciejewskiego

          Pałac na szynach

            Kolej przeżywa renesans, bo pociąg można łatwo eksploatować z wykorzystaniem energii odnawialnej. Projektant Thierry Gaugain przedstawił swoją wizję luksusowego prywatnego pociągu.

            W Azji, Japonii, Korei Południowej i Chinach zespoły pracują nad swoją wizją pociągów, które są szybsze niż samoloty komercyjne, podczas gdy w Europie sieć pociągów nocnych jest rozważana jako alternatywa dla podróży lotniczych. Francuski projektant Thierry Gaugain przedstawił teraz swoją wizję prywatnego luksusowego pociągu – G-Train – który ma podróżować po świecie jako pałac na szynach.

            Prywatne pociągi były kiedyś popularne wśród monarchów, polityków i innych potentatów. Teraz pociąg może stać się kontynentalną alternatywą dla superjachtów. Gaugain jest znany między innymi z projektu 80-metrowego jachtu „Venus” opracowanego z Philippe’em Starckiem, współzałożycielem Apple Steve’a Jobsa. – Ten pociąg jest przeznaczony dla jednego właściciela – powiedział Thierry Gaugain. – Chodzi nie tylko o transport, lecz także o podróż. Nieważne, jak szybko można dostać się z punktu A do punktu B. To pociąg jest celem podróży. Chodzi o mądre wykorzystanie czasu, ponieważ czas jest jedynym skarbem, jaki mamy.

            Więcej niż renderowanie

            Pociąg o długości 400 metrów składa się z 14 wagonów. Zewnętrzna powłoka wykonana jest ze szkła, które może zmieniać się od nieprzejrzystego do całkowicie przezroczystego. Cały skład może pomieścić tylko około 18 gości i podróżować z umiarkowaną prędkością 100 mil na godzinę po szynach w Ameryce i Europie. Eksperci, tacy jak szwajcarski konstruktor pociągów Stadler, producent szkła Saint-Gobain i brytyjska firma inżynierska Eckersley O’Callaghan, zapewniają, że ta koncepcja jest realna.

            Technologia pociągu jest złożona, ponieważ nie ma określonego kraju użytkowania, a technologia musi być w stanie poradzić sobie z wieloma systemami torów i sterowania. W razie potrzeby pociąg może podzielić się w środku i obie części mogą jechać niezależnie od siebie. Pośrodku pociągu znajduje się swoista sień prowadząca do jego głównej części mieszkalnej z kwaterą właściciela. Dalej znajduje się strefa rozrywki i część dla gości, pokój socjalny i wreszcie wspaniały Wielki Salon, specjalnie zaprojektowany na przyjęcia. W pozycji stojącej część ścian bocznych można złożyć, następnie przedziały powiększane są o zewnętrzne tarasy.

            Thierry Gaugain uważa, że pociągi nie są przedmiotami z przeszłości. „Spotykają się z teraźniejszością. Nie ma nic bardziej zrównoważonego niż pociągi, jeśli chodzi o podróżowanie”. Projektant szacuje koszt takiego cacka na około 350 mln dol. – czas budowy powinien wynosić dwa i pół roku.

            Luksusowy pociąg na bocznicy?

            Na ile realistyczny jest ten projekt? W czasach, gdy celebruje się turystykę kosmiczną, ogromne koszty nie powinny odstraszać. Jednak trudno sobie wyobrazić rzeczywiste zastosowanie. Jacht związany jest z morzami, wybrzeżami i wielkimi rzekami. Z kolei sieć kolejowa łączy wszystkie większe miasta. Jednak część idyllicznych tras kolejowych jest bardzo ograniczona. Sieć kolejowa po prostu nie jest przystosowana do tego, aby prywatne pociągi mogły zaparkować na kilka dni w najpiękniejszym miejscu. A kto chce poznawać świat z bocznicy?

            Multipotencjalność w świecie polityki i biznesu

              Multipotencjalność jako pojęcie towarzyszy nam niemal od 50 lat i pojawia się w najróżniejszych kontekstach. Od prac badawczych na temat rozwoju młodzieży (Ronald H. Frederickson i John Watson Murray Rothney, „Rozpoznawanie i wspomaganie młodzieży multipotencjalnej”, 1972 r.) do wystąpień na konferencjach TED (Emily Wapnick, 2015 r.). Co tak naprawdę oznacza to pojęcie i jak odnosi się do pozornie wąskiej sfery zawodowej, jaką jest public affairs czy lobbing?

              Multipotencjalność to zdolność do szybkiej adaptacji w nowych dziedzinach zawodowych, swoista wszechstronność działania i umiejętność syntezy wiedzy z różnych obszarów. Rewolucja cyfrowa, która rozpoczęła się w połowie XX w., nie zwalnia tempa i odsłania przed nami coraz to nowsze zdobycze ludzkiego intelektu – od sieci społecznościowych, które agregują interesy wielkich grup społecznych, przez automatyzację przemysłu do wykorzystywania big data do optymalizacji procesów biznesowych czy rozwoju algorytmów AI, które definiują odbierane przez nas treści. Prędkość, z którą wytwarzana jest nowa wiedza, jak również ilość otaczających nas zewsząd informacji nieuchronnie prowadzą do wniosku, że niektóre zawody będą miały wpisane w swoje DNA właśnie multipotencjalność. Jedną z tych dziedzin jest public affairs (PA).

              Public affairs

              Jest to branża nierzadko owiana mgłą tajemnicy. Wszak wszędzie, gdzie stykają się światy polityki oraz biznesu , rodzą się skojarzenia o negatywnym zabarwieniu. Lata 90. i proces formowania się państwa prawa w Polsce jest tu nie bez znaczenia w kontekście wizerunku branży. Tymczasem public a0airs sprowadza się w swojej istocie do reprezentowania interesów danego podmiotu czy danej grupy i ich obrony w najróżniejszych wymiarach. Transparentna komunikacja interesów firmy wobec otoczenia interesariuszy jest jednym z podstawowych założeń strategicznej komunikacji korporacyjnej. Na przykład prawo w demokratycznym procesie tworzone jest z udziałem zainteresowanych stron, których dotyka, przez konsultacje społeczne organizowane w trakcie procesu legislacyjnego. Rozumienie procesów legislacyjnych, umiejętność analizy złożonej sytuacji politycznej, odpowiednia interpretacja przekazów medialnych, synteza wiedzy i przekładanie nierzadko specjalistycznego języka na czytelne przekazy to tylko niektóre z całego spektrum umiejętności współczesnych specjalistów ds. public affairs. Są one spójne z wyróżnikami multipotencjalności, takimi jak umiejętność szybkiego uczenia się, myślenie syntetyczne, adaptacja, myślenie kontekstowe, entuzjazm, otwartość na nowość i różnorodność.

              Na dwóch biegunach

              Rola specjalistów public affairs w organizacji jest niezwykle ważna i dwukierunkowa. Po pierwsze, interpretują otaczające firmę procesy polityczne i ich potencjalny wpływ na biznes, a po drugie, komunikują na zewnątrz postulaty firmy, zarówno bezpośrednio w kontaktach z przedstawicielami administracji publicznej, jak i pośrednio przez organizacje, takie jak np. izby gospodarcze. Można w pewien sposób porównać rolę ekspertów PA do tłumaczy, którzy tłumaczą i interpretują język polityki dla biznesu i odwrotnie. Już tak generalne tło zawodu może dać poczucie, że profesja ta wymaga wielu umiejętności, które ciągle ewoluują i się zmieniają. Tak faktycznie jest, choć na przeciwnym biegunie istniej koncepcja divera (nurka). Amerykańska pisarka i terapeutka Barbara Sher wskazuje, że jest to przeciwieństwo osobowości multipotencjalnej. Nurek (diver) zainteresowany jest jedną dziedziną, w której nierzadko osiąga poziom mistrzowski. W sferze public a0airs i lobbingu oba te modele funkcjonują bardzo dobrze w kontekście rozwoju umiejętności. Spotkać możemy wysoce wyspecjalizowanych ekspertów, którzy działają wyłącznie w jednej dziedzinie i osiągają w niej najwyższy poziom wtajemniczenia, np. logistyka, FMCG, przemysł, gospodarka cyfrowa, sektor (nansowy. Jednakże multipotencjaliści to stratedzy o szerszym spektrum działania, którzy doskonale odnajdują się na wielu odcinkach zawodowych public affairs. Umiejętnie zmieniają swoje role, dopasowując się do wymogów sytuacji.

              Nowa rzeczywistość

              Ostatnie dwa lata są okresem niezwykłych turbulencji na całym świecie. Wydarzenia związane z pandemią, a następnie wojną w Ukrainie przeformułowały naszą rzeczywistość w wielu wymiarach. Specjaliści od każdego rodzaju komunikacji (w tym korporacyjnej) musieli działać w warunkach permanentnego kryzysu i nauczyć się adaptować do zmieniającej się sytuacji. Każdy z nas świadomie kształtując swoją ścieżkę rozwoju i kariery, podejmuje decyzje również na poziomie makro – czy kierujemy się w stronę specjalizacji, czy właśnie multipotencjalności. Nierzadko wybory te są wynikiem naszych nieświadomych działań i decyzji. Warto wtedy jednak na moment zatrzymać się i spróbować zastanowić, którą ścieżką podążamy. Kultywując ducha rozwoju, w 2021 r. na terenie klubu biznesowego Trend House uruchomiono akademię lobbingu International Public Affairs Academy, której trzecia edycja rusza we wrześniu 2022 r. Jej celem jest kształcenie i systematyzowanie wiedzy z zakresu public affairs oraz integracja społeczności
              specjalistów PA. Pomysł akademii spotkał się z dużym pozytywnym odbiorem społeczności public affairs, co pozwoliło na realizację tego pomysłu również w Czechach, a pod koniec 2022 r. do projektu dołączą kolejne kraje. Organizatorom przyświeca idea wszechstronnego wykształcenia. Wierzą, że wiedza z obszaru polityki, mediów, psychologii społecznej czy procesu legislacyjnego i mediów społecznościowych jest tak samo istotna dla ekspertów PA, profesji równie niezwykłej, co wszechstronnej.

               

              MICHAŁ LEKSIŃSKI
              Zawodowo związany z firmą CEC Group, gdzie jako Partner zajmuje się doradztwem strategicznym, public affairs i komunikacją kryzysową. Z wykształcenia politolog, absolwent czterech kierunków studiów podyplomowych: psychologii społecznej (SWPS), psychologii motywacji (SWPS), Szkoły Mistrzów Pióra (Collegium Civitas), Strategicznego Wywiadu Biznesowego (Akademia Koźmińskiego) oraz London School of PR (ZFRP). Twórca International Public Affairs Academy – unikatowej akademii lobbingu działającej w Polsce i Czechach.

              Ważne Informacje

              Huawei wdraża system Nature Guardian w polskiej części Puszczy Białowieskiej, aby chronić bioróżnorodność

              Rozwiązanie zainstalowane na terenie Puszczy Białowieskiej, obszarze znajdującym się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO, składa się z 70 urządzeń offline o nazwie AudioMoth Edge...

              Weź udział w AWS Pop up Hub w Warszawie

              AWS ogłosił, że do 2025 roku przeszkoli bezpłatnie 29 milionów ludzi na całym świecie w zakresie technologii cloud computing. Z kursów będzie można korzystać...

              40 lat Dassault Systèmes: od projektowania 3D do wirtualnego bliźniaka ludzkiego ciała

              W jakim zakresie wasze technologie zmieniły sposób projektowania i produkowania, umożliwiając wprowadzanie innowacji przemysłowych XXI wieku przez firmy takie jak Boeing i Toyota oraz...

              Cyberbezpieczeństwo według Oracle

              Dlaczego cyberprzestępczość rośnie w tak ogromnym tempie? Proszę przypomnieć sobie film „Gang Olsena”. Chociaż przestępcy bardzo długo planowali napad na bank, to i tak...

              Prawdziwa przedsiębiorczość w praktyce

              Nazwa - Wizja Rozwoju - budzi pozytywnie skojarzenia z planami, jakie udało się zrealizować inicjatorom pomorskiego Forum. Stworzyli ważną konferencję gospodarczą na północy kraju,...

              Najnowsze piekarniki parowe i płyty kuchenne firmy Samsung

              Tym, co wyróżnia nowe piekarniki parowe firmy Samsung jest technologia Dual Cook Steam™, która pozwala na jednoczesne przygotowanie zdrowych dań na parze i potraw...