
Od trzydziestu lat Warsztat Terapii Zajęciowej w Proszówkach tworzy przestrzeń, w której osoby z niepełnosprawnościami mogą rozwijać się, pracować i budować relacje społeczne. O sensie tej pracy, o potrzebie stabilnego systemu oraz o wizji przyszłości opowiada kierownik warsztatu, Edward Firek.
Panie Edwardzie, przygotowują Państwo Wielki Bal Osób Niepełnosprawnych, który odbędzie się 28 stycznia 2026 roku w Wiśniczu. Odbędzie się on już po raz 15 . Gratuluję rozmachu i odwagi. Proszę opowiedzieć o wizji, którą Pan realizuje od 30 lat.
Dziękuję za te słowa. Takie wydarzenie to efekt pracy wielu ludzi, terapeutów, wolontariuszy, rodzin uczestników i osób, które wspierają nas od lat. Niewiele byśmy zrobili bez naszych hojnych sponsorów, w tym Edyta i Krzysztof Kołodziejczyk (Kompleks hotelowo-restauracyjny Panorama w Starym Wiśniczu). Taki bal daje uczestnikom coś, czego nie da się uzyskać w codziennym rytmie pracy warsztatu, poczucie wyjątkowości, swobody i udziału w życiu społeczności.
Przez trzydzieści lat starałem się budować warsztaty terapii zajęciowej jako miejsce, które daje człowiekowi wolność i nowe perspektywy. Terapia zajęciowa to tylko punkt wyjścia. Ale bardzo ważne jest też to, co się dzieje poza pracowniami. To możliwość zobaczenia świata i uczestniczenia w nim na własnych warunkach. Dlatego tak duży nacisk kładziemy na aktywność i obecność w życiu społecznym. Nie chcę, by uczestnicy WTZ byli postrzegani tylko przez pryzmat swoich trudności. Chcę, by byli widoczni jako ludzie, którzy mają prawo do radości, elegancji, wspólnej zabawy i bycia razem.
Bal w Wiśniczu jest jednym z takich momentów. Ma pokazywać, że integracja nie polega na formalnych deklaracjach, lecz na współuczestnictwie. I że osoby z niepełnosprawnościami mają prawo być w centrum wydarzeń.
Proszę opowiedzieć więcej o całym procesie uczestnictwa w warsztatach. Jak udaje się to wszystko spiąć organizacyjnie przy ograniczonym budżecie?
Podstawą jest rozwój społeczny i emocjonalny uczestników, a ten dokonuje się w długim procesie. Najważniejsze są trzy obszary, codzienna praca w pracowniach, umiejętność funkcjonowania w grupie oraz doświadczenia zdobywane poza warsztatem.
Codzienna terapia daje uczestnikom rytm dnia i poczucie bezpieczeństwa. Każdy ma swój program, swoje zadania, własne tempo pracy. W pracowniach uczestnicy uczą się koncentracji, cierpliwości i współpracy. To nie jest tylko ceramika czy metaloplastyka, to jest też nauka odpowiedzialności i ćwiczenie powtarzalnych czynności, które potem przekładają się na większą samodzielność.
Drugim elementem jest funkcjonowanie w grupie. WTZ to miejsce, w którym uczestnicy uczą się relacji, kompromisów, reagowania na emocje swoje i innych. Często widzę, jak ktoś, kto na początku nie chciał nawet wejść do sali, po kilku miesiącach zaczyna rozmawiać, pracować z innymi, brać udział we wspólnych zadaniach. To są zmiany powolne, ale bardzo konkretne.
I wreszcie trzeci obszar, wyjazdy. To właśnie poza warsztatem widać największe postępy. Turnusy rehabilitacyjne, tygodniowe wyjazdy, jednodniowe wycieczki uczą samodzielności w praktyce. Dla rodzin to często jedyna chwila oddechu, a dla uczestników możliwość poznania świata, którego na co dzień nie mają szansy zobaczyć. Po takich wyjazdach wracają inni, spokojniejsi, pewniejsi siebie, bardziej otwarci.
Jak to wszystko spiąć organizacyjnie przy ograniczonym budżecie? Tu dochodzimy do kwestii, która towarzyszy nam od początku. Budżet pozwala pokryć podstawowe koszty, kadrę, media, materiały. Natomiast cała wartość dodana, którą uważałem od początku za absolutnie niezbędną, powstaje dzięki naszej własnej pracy, aukcjom, zbiórkom, wsparciu ludzi dobrej woli. Bez tego wyjazdów by nie było, a bez wyjazdów proces terapeutyczny byłby niepełny.
Od trzydziestu lat uczymy się gospodarowania tym, co mamy, i budowania tego, czego system nam nie daje. Nie można prowadzić warsztatu zajęciowego wyłącznie według tabeli. Trzeba patrzeć na człowieka. A jeśli widzimy, że coś jest mu potrzebne, to szukamy sposobu, żeby to zorganizować. Tak powstaje WTZ jako miejsce nie tylko terapii, lecz także życia społecznego, mimo skromnych środków i mimo trudnych realiów.
Jednak prawdopodobnie zgodzi się Pan ze mną, że w obecnych realiach ekonomicznych tego rodzaju placówki najczęściej walczą o przetrwanie. Co jest najtrudniejsze?
Tak, zgadzam się. Wynika to z kilku powodów, które dobrze znamy z trzydziestu lat doświadczeń. Najtrudniejsze jest to, że funkcjonujemy w systemie, który nie daje stabilności. Każda zmiana w przepisach, każde opóźnienie po stronie samorządu, każdy wzrost kosztów, energii, materiałów, wynagrodzeń, natychmiast odbija się na naszej działalności. Warsztat nie może zawiesić zajęć ani wstrzymać pracy. Uczestnicy potrzebują stałego rytmu i poczucia bezpieczeństwa, a my musimy to zapewnić niezależnie od sytuacji zewnętrznej.
Drugim problemem jest sposób myślenia o WTZ-ach. Często traktuje się je jako instytucje drugoplanowe, od których oczekuje się jak najwięcej, ale którym nie zapewnia się warunków do rozwoju. Tymczasem warsztat nie jest zajęciami zastępczymi, to miejsce, które pełni realną funkcję społeczną. Daje uczestnikom strukturę dnia, relacje, możliwość rozwoju. Daje wytchnienie rodzinom, bez tego wiele z nich nie byłoby w stanie funkcjonować. Ta wartość nie jest jednak ujęta w żadnych wskaźnikach i przez to bywa niedostrzegana.
Trzecia trudność to konieczność ciągłego domykania systemu własną pracą. Budżet pokrywa podstawowe koszty, ale cała sfera, która naprawdę wspomaga uczestników, wyjazdy, turnusy, wydarzenia integracyjne, zależy od naszej aktywności, od aukcji, darczyńców, ludzi dobrej woli. Robimy to, bo wiemy, że jest to niezbędne. Jednak wymaga to ogromnego nakładu pracy, a system nie zapewnia żadnego trwałego wsparcia w tym zakresie.
Najtrudniejsze jest więc połączenie trzech rzeczy: troski o uczestników, wymagań stawianych przez przepisy oraz nieustannych braków, które trzeba wypełniać własnym wysiłkiem. To dobrze, że potrafimy sobie radzić, ale nie zmienia to faktu, że placówka zajmująca się tak wrażliwą grupą powinna mieć mocniejszy fundament niż tylko nasze poczucie obowiązku.
Gdyby system lepiej rozumiał, czym WTZ jest dla uczestników i ich rodzin, być może ta praca nie byłaby tak trudna. Na razie robimy wszystko, aby mimo trudności zachować ciągłość i sens tego miejsca. I jak pokazują te trzy dekady, to się udaje, choć nigdy nie jest to łatwe.
Panie Edwardzie, proszę opowiedzieć coś o swoich motywacjach i wizjach. Jak opieka nad osobami niepełnosprawnymi może wyglądać w przyszłości? Czy widzi Pan sposób na to, żeby zbudować lepszy system?
Moje motywacje przez te trzydzieści lat były dość proste. Od początku uważałem, że osoby z niepełnosprawnościami mają prawo do takiego samego życia jak inni, do stabilności, szacunku, codziennych relacji i możliwości rozwoju. Widziałem to w rodzinie i widziałem w pracy. Człowiek, który ma ograniczenia intelektualne, nie traci przez to swojej godności. Potrzebuje jedynie warunków, w których może funkcjonować bez lęku i presji, we własnym tempie. I to staram się tu budować.
Nigdy nie postrzegałem WTZ jako instytucji o wąskim zakresie działania. Dla mnie to zawsze była przestrzeń, w której można tworzyć coś więcej, dać uczestnikom poczucie, że żyją w świecie, a nie obok niego. Jeśli miałbym wskazać jedną rzecz, która dawała mi siłę przez trzy dekady, to właśnie świadomość, że małe zmiany potrafią mieć wielkie znaczenie. Że ktoś, kto wcześniej nie odważył się odezwać, po pół roku zaczyna rozmawiać. Że ktoś, kto bał się wyjechać, wraca z turnusu z zupełnie inną pewnością siebie. To są moje motywacje.
A jak może wyglądać przyszłość opieki nad osobami z niepełnosprawnościami? Myślę, że potrzebujemy systemu, który jest bardziej realistyczny i bliższy codzienności tych osób. Dziś wiele decyzji zapada zbyt daleko od praktyki. Zbyt często zakłada się, że uczestnicy mają możliwości, których po prostu nie mają, albo przeciwnie, nie dostrzega się potencjału tam, gdzie on jest. Potrzebujemy modelu, który łączy terapię, wsparcie rodzin, rehabilitację, aktywność społeczną i, tam, gdzie to możliwe, przygotowanie do pracy zawodowej i samodzielności.
Widzę też konieczność zapewnienia większej stabilności. Warsztat nie może zależeć od interpretacji urzędów i bieżącej sytuacji finansowej samorządów. Powinna istnieć jasna, długoterminowa polityka, która daje placówkom poczucie bezpieczeństwa i pozwala planować rozwój, a nie tylko gaszenie pożarów. Bez tego brakuje spójności, a to najbardziej uderza w uczestników i ich rodziny.
Czy da się zbudować lepszy system? Tak, ale wymaga to jednej rzeczy, rozmowy z ludźmi, którzy pracują w tej rzeczywistości na co dzień. To oni wiedzą, jakie rozwiązania mają sens, a które są tylko teorią. Po trzydziestu latach mogę powiedzieć, że instytucje takie jak WTZ udowodniły swoją wartość. Teraz potrzebują jedynie ram prawnych i finansowych, które tę wartość uszanują i wzmocnią. Jeśli państwo zacznie patrzeć na osoby z niepełnosprawnościami nie jak na zadanie do wykonania, ale jak na obywateli, którzy potrzebują właściwych warunków, to ten system można zbudować. I to wcale nie musi być proces skomplikowany, potrzeba tylko dobrej woli i konsekwencji. Wierzę, że to jest możliwe. I że warto o to zabiegać.













