
Janusz Lewandowski, polityk i ekonomista, poseł trzech kadencji do Parlamentu Europejskiego przypomina, jak bardzo zmienił się nasz kraj po wstąpieniu do UE w 2004 roku
Był pan drugim po Danucie Huebner polskim komisarzem w Unii Europejskiej.
A wcześniej, zanim zostałem posłem, należałem do grupy polskich obserwatorów, którzy trafili do Parlamentu Europejskiego. W przygotowaniach do akcesji nie odegrałem szczególnie istotnej roli. O tym, że znalazłem się w grupie obserwatorów najprawdopodobniej zadecydowały moje umiejętności językowe – znam angielski, francuski i niemiecki. Poza tym zawsze miałem szczęście, żeby być we właściwym czasie i miejscach, gdzie działa się Historia. Byłem w Gdańsku przy narodzinach Solidarności, a potem przy wprowadzaniu pierwszych wielkich reform w naszym kraju. I tak trochę niespodziewanie znalazłem się z grupą polskich obserwatorów w samolocie lecącym do Strasburga. Ze względu na warunki pogodowe nie udało się nam tam wylądować, co jeden z kolegów skwitował żartem: „A może nas nie chcą w tej Unii?”. Staż obserwatorski bardzo nam się przydał, ponieważ mogliśmy od środka poznać unijne instytucje. Mieliśmy podobne prawa, jak europarlamentarzyści, nie mogliśmy jednak głosować. Uczestniczyliśmy w pracy komisji i obradach parlamentarnych.
A jak to się stało, że został pan szefem komisji budżetowej UE?
Po uzyskaniu mandatu posła do europarlamentu w roku 2004 dowiedziałem się od Grzegorza Schetyny, że zgodnie z metodą D‘Hondta przysługiwało nam kierownictwo jednej z komisji. Zgodnie z polskimi preferencjami wybraliśmy dla mnie komisję budżetową. Nie miałem wówczas większego pojęcia o skomplikowanym budżecie unijnym. Korzystałem więc z pomocy i życzliwości moich zastępców z Niemiec i Holandii, którzy mieli dziesięcioletnie doświadczenie w tej dziedzinie. Nie przespałem wielu nocy, chcąc jak najszybciej uzupełnić wiedzę.
Jakie to przyniosło efekty?
Zacznę od anegdoty – gdy już w miarę pewnie zasiadłem na fotelu szefa komisji, odkryłem, że budżet UE finansuje corocznie tzw. „special event”, czyli wydarzenie istotne dla europejskiej integracji. Już po terminie zgłaszania propozycji uświadomiłem sobie, że w roku 2005 świętujemy 25. rocznicę powstania Solidarności i podzieliłem się ze współpracownikami żalem, że przegapiłem taką okazję. Następnego dnia mile mnie zaskoczyli, pytając: „A pół miliona euro na obchody wystarczy?”. Pieniędzy wystarczyło na wiele przedsięwzięć, łącznie z transmitowanymi przez telewizję uroczystościami w Brukseli, które przygotowałem wspólnie z moją współpracowniczką Angeliką Chomicką. Była gala w Operze Królewskiej i koncert na rondzie Schumana, a słynny Manneken Pis został ubrany w kombinezon stoczniowca.
Nie sposób pominąć z pozoru oczywistego pytania – co Polska zawdzięcza Unii?
Wielkie transfery budżetowe przekroczyły 160 mld euro netto, czyli już po odjęciu naszej składki. Te ogromne pieniądze w widoczny sposób przeobraziły nasz kraj. Dla mnie pierwszorzędna jest jednak inna sprawa – udział w największym na świecie obszarze wolności obywatelskich i otwartych granic. Umiejętnie sięgnęliśmy po wynikające z tego korzyści cywilizacyjne i odnieśliśmy sukces – wbrew złorzeczeniom i straszeniu Unią Europejską. Mało kto dziś pamięta, że w referendum akcesyjnym w 2003 roku wzięło udział zaledwie 59 proc. uprawnionych. Gdyby wtedy trochę więcej ludzi zostało na działkach i w domach bylibyśmy dziś w podobnej sytuacji, jak Mołdawia lub Białoruś. Niewielka większość przesądziła o dziejowej szansie, jaką stanowiło wejście do Unii. Co więcej – nie spełnił się żaden czarny scenariusz: nie zalała nas żywność z Zachodu, a nasza ziemia nie została wykupiona. Warto przypomnieć, że w 2004 roku nasze saldo obrotów z UE było ujemne, natomiast w 2022 roku zanotowaliśmy plus 27,6 mld euro, powiększając dziesięciokrotnie eksport rolno-spożywczy. Podbój zachodniego rynku jest świadectwem polskiej przedsiębiorczości. Ponad 1,2 mln polskich TIR-ów dominuje na drogach Europy Zachodniej. To jedna piąta europejskiego rynku transportowego. Osiągnęliśmy znacznie więcej niż inne kraje uczestniczące w historycznym rozszerzeniu z roku 2004. Zupełnie zmieniła się nasza infrastruktura, która była 20 lat temu w opłakanym stanie – drogi, lotniska, koleje, czy też wyposażenie szpitali, placówek oświatowych itp. Bardzo cieszą mnie rewitalizacje starówek. Jestem dumny z tego, jak wygląda dziś zabytkowe centrum Lublina, z którego pochodzę.
Ci, którzy mają krótką pamięć powinni sobie przypomnieć, jak wyglądała np. podróż samochodem z Berlina do Warszawy. Po przekroczeniu granicy z Niemcami, z wygodnej autostrady wjeżdżało się na wąskie, dziurawe drogi, przy których stały stragany z krasnalami i przybytki rozkoszy, o których wstyd wspominać…
Na szczęście wygrała polska zaradność, ale niewiele dałoby się zrobić, gdyby nie wielkie europejskie transfery umożliwiające wieloletnie kosztowne inwestycje. Także z budżetu na lata 2014-2020, który projektowałem jako komisarz U. z kierowaną przeze mnie komisją. Nie można też zapominać o takich korzyściach, jak wymiana młodzieżowa w ramach programu Erasmus, z którego skorzystało 130 tys. młodych Polek i Polaków.
Zdaniem części ekspertów, nasza obecność w UE daje nam silniejszą gwarancję bezpieczeństwa niż NATO.
Dwudziestolecie Polski w Unii kończy się, a następne rozpoczyna w cieniu wojny, która wróciła na nasz kontynent. Przez długi czas żyliśmy w poczuciu bezpieczeństwa. Podobnie myśleli inwestorzy, którzy ulokowali w naszym kraju ponad 250 mld euro. Gwarancję stanowiła dla nich nasza obecność w UE. Należy przypomnieć, że transferują do zagranicznych firm macierzystych mniej, niż inwestują, tworząc u nas nowe miejsca pracy.
Ile zyskują więc kraje starej UE dzięki przyjęciu Polski?
Może lepiej nie mówić o tym głośno, bo bilans jest korzystny dla nas. Owszem, następuje „brain drain”. Trafia na nasz pojemny rynek sporo produktów z Europy Zachodniej, ale przypomnę, że bilans wymiany handlowej jest pozytywny. Dotychczas istotną zachętę do inwestowania w Polsce stanowił wysoki poziom wykształcenia kadr i relatywnie niskie płace. Dominują inwestorzy z Niemiec, Holandii i Luksemburga. To jednak szybko się zmienia, w przyszłym roku płaca minimalna będzie wynosiła 4,5 tys. zł, a rośnie ryzyko związane z wojną za naszą wschodnią granicą. Niemniej przełamaliśmy zadawnione, przykre dla nas stereotypy, postrzegani teraz jesteśmy jako lider zmian w tej części Europy. A ja z satysfakcją śledzę niemieckie media, kontrastujące polską przedsiębiorczość z bezruchem dawnego NRD.
Nasi zachodni sąsiedzi mogą się czuć nieswojo, obserwując smętne landy byłego NRD i wyraziście zmieniającą się Polskę.
Wielu młodych ludzi wyjeżdża z Brandenburgii i Saksonii. Należy jednak pamiętać, że Zachód kusi również nas. Szukając lepszej i co ważne legalnej pracy, wyjechało z Polski na stałe około 2,5 mln osób, a z całej Europy Środkowo-Wschodniej aż 18 mln.
rozmawiał Piotr Cegłowski













