MINI Cooper SE – Radość w stylu eko – test redakcyjny

Kiedy Sir Alec Issigonis projektował pierwsze MINI nie przypuszczał pewnie, że 65 lat później jego „wynalazek” stanie się ambasadorem elektromobilności.

Michał Garbaczuk

Zdaję sobie sprawę, iż powyższe stwierdzenie jest poważnym nadużyciem, bo nowe MINI nie ma konstrukcyjnie nic wspólnego ze swoim pierwowzorem, a za projekt odpowiadają inżynierowie BMW. Nie zmieniła się za to filozofia, która mówi, że samochód miejski ma dawać maksymalną radość z jazdy zachowując niewielkie gabaryty. Nowe MINI Cooper SE ma wszystko, co potrzeba, żeby wywołać uśmiech na twarzy. Stylistyką wciąż nawiązuje do swojego kultowego przodka. Znajdziemy tu wiele nawiązań do brytyjskiego dziedzictwa modelu. Tylne światła mają możliwość wyświetlania aż trzech motywów flagi Union Jack, a przednie reflektory i biały płaski dach sprawiają, że nie da się go pomylić z żadnym innym autem. Zmieniły się za to proporcje nadwozia. Samochód wyraźnie urósł nawet względem poprzedniej generacji i przestał być już małym hatchbackiem.

Ten rozmiar „plus size” czuć szczególnie w kabinie, gdzie na przednich fotelach miejsca jest wręcz onieśmielająco dużo (jak na MINI rzecz jasna). Tylne siedzenia z kolei wciąż nadają się wyłącznie do awaryjnej podwózki na krótkich dystansach. Będę jednak egoistą i napiszę, że tym autkiem powinno się jeździć samemu lub maksymalnie we dwoje. Dużo pracy poświęcili designerzy na opracowanie wnętrza, które odbieram jak ultranowoczesne. Centralny wyświetlacz odpowiada klasycznie już za wszystkie wskazania, stanowi też centrum dowodzenia wszystkimi funkcjami. Przed kierowcą możemy jedynie wyświetlić ekran Head-up, na którym znajdziemy wyłącznie najważniejsze wskazania. Nowością jest także ciekawie zaprojektowane, projektorowe oświetlenie ambiente, wyświetlające na desce rozdzielczej różne wzory i kolory.

Ale dość już o wyglądzie. Nieco puszyste kształty nowego MINI mogą się podobać lub nie, ale nie za to się kocha to (nie)małe pudełko. Tutaj najważniejsza jest radość z prowadzenia i tej nie brakuje. Podczas kilkudniowego testu wymyślałem powody, żeby przejechać się choćby kilka kilometrów. Frajda, jaką daje MINI Cooper SE można porównać do zabawy ze szczeniakiem. Autko natychmiast wie, co chcemy zrobić i radośnie podąża za poleceniami kierowcy. Testowy egzemplarz napędzany był elektrycznym silnikiem o mocy 184 KM, które pozwalały osiągnąć setkę w niewiele ponad 7 sekund. Ważące 1600 kg MINI zaskakuje swoją responsywnością. Prowadzi się precyzyjnie, wręcz sportowo, a układ kierowniczy jest ostry i dokładny. Wręcz prowokuje, żeby sprawdzić granice przyczepności. Silnik reaguje w ułamku sekundy i rozpędza to tłuściutkie ciałko z wielką lekkością. Nie ma mowy o utrzymaniu zużycia energii na deklarowanym przez producenta poziomie 14,3 kW/100 km. To po prostu niemożliwe. Prawa stopa prostuje się na każdych światłach, a ja się więcej i więcej… realne zużycie prądu oscyluje wokół wartości 24 KW/100 km, a to, przy baterii o pojemności 40 kWh oznacza, że zabawa skończy się po około 180 kilometrach. Kto by jednak się tym przejmował?

Nowe MINI Cooper SE czerpie garściami ze swojego dziedzictwa i choć złapało lekką nadwagę, to wciąż zachowało zgrabność baletnicy i nieskrępowaną radość z pokonywania każdego kilometra. Jest przy tym najlepszym ambasadorem elektromobilności, bo jest dokładnie takie, jakie powinno być auto miejskie – małe, zwinne i radosne.