AMG-Mercedes EQE 53 – luksusowa lektyka z napędem z przyszłości – test redakcyjny

AMG-Mercedes EQE 53 należy do grupy samochodów, które robią manifest ze swoich sprzeczności. Wygląda jak luksusowa limuzyna stworzona do cichego przemieszczania się po mieście, a jednocześnie na pierwszych światłach potrafi zachować się jak coś zupełnie nieprzyzwoitego. Jakby ktoś włożył do środka kaszmir, białą skórę i miękkie poduszeczki… a potem podłączył do tego stado strusiów pędziwiatrów i zostawił kluczyki kierowcy.

Autor: Michał Garbaczuk

Biała cisza i poczucie, że świat może poczekać

Otwierasz drzwi i od razu wiesz, że to nie jest zwykły elektryk. Biała tapicerka robi tu całą robotę – daje wrażenie podróżowania na chmurze, w przestrzeni oderwanej od codziennego zgiełku. Fotele są miękkie, otulające, z delikatnymi poduszeczkami na zagłówkach, które wyglądają jak detal z prywatnego odrzutowca. Do tego oświetlenie ambientowe, poprowadzone z takim rozmachem, że listwy LED znalazły się nawet na przednich fotelach. Wieczorem kabina zamienia się w nastrojowy salon, w którym wszystko jest dokładnie tam, gdzie powinno być. Nie krzyczy. Nie męczy, koi, a Ty odruchowo zaczynasz mówić ciszej.

Trzy ekrany i technologia, która naprawdę działa

Deska rozdzielcza z trzema ogromnymi ekranami to technologiczny majstersztyk. Wygląda spektakularnie, ale, co ważniejsze, działa błyskawicznie. System reaguje natychmiast, animacje są płynne, a logika obsługi nie wymaga studiowania instrukcji. „Hej Mercedes” nie jest tu marketingowym dodatkiem, tylko realną asystentką. Możesz z nią pogadać, zmienić ustawienia, sterować nawigacją czy klimatyzacją – i ona naprawdę rozumie, o co Ci chodzi. A kiedy do tego dołożysz zestaw audio Burmester, robi się niemal nieprzyzwoicie dobrze. To nie jest „dobre nagłośnienie jak na samochód”. To jest koncert w prywatnej loży, tylko dla Ciebie i Twoich towarzyszy.

Miękko, cicho i wybuchowo

EQE 53 potrafi być niezwykle komfortowy. Pneumatyczne zawieszenie wygładza nierówności z arystokratycznym spokojem, kabina jest świetnie wyciszona, a tylna oś skrętna sprawia, że duża limuzyna prowadzi się zaskakująco lekko zarówno na parkingu, jak i w ciasnych zakrętach. To auto, które zachęca, żeby zwolnić i pozwolić sobie na luksus bycia „nie na czas”. I przez chwilę naprawdę mu ulegasz. Do momentu, gdy przypomnisz sobie, że… to AMG z krwi i kości!

Bo pod tą całą ciszą i miękkością kryje się coś zupełnie innego. Dwa silniki elektryczne, 625 KM, 3,5 sekundy do 100 km/h. I reakcja na gaz, która kompletnie nie pasuje do wnętrza przypominającego salon SPA. Na światłach EQE 53 jest brutalne, natychmiastowe i bez kompromisów. Zawsze chcesz być pierwszy i zawsze jesteś. To właśnie tu rodzi się lekkie rozdwojenie jaźni – bo samochód, który wygląda jak luksusowa lektyka wypełniona kaczym puchem, zachowuje się jak bolid na starcie do wyścigu. To jedno z najbardziej surrealistycznych doznań, jakie oferuje dziś motoryzacja.

Teoria kontra rzeczywistość

Producent obiecuje zasięg ponad 500 km na jednym ładowaniu. Rzeczywistość jest zgoła inna, bo przy normalnym użytkowaniu i korzystaniu z mocy prądu wystarczy na około 350 km. I szczerze? Trudno mieć o to pretensje. AMG EQE 53 nie jest samochodem, którym chce się jeździć oszczędnie. On prowokuje do przyspieszania, do sprawdzania reakcji, do cieszenia się momentem. AMG od lat hołduje zasadzie „one man, one engine”, czyli jeden inżynier, jeden silnik, podpis na plakietce. W EQE 53 nie ma klasycznego silnika spalinowego, ale aż chce się wierzyć, że gdzieś w Affalterbach powstaje nowa generacja inżynierów, którzy „podpisują się” pod jednostkami elektrycznymi. Bo to auto nie sprawia wrażenia bezdusznego produktu korporacyjnego. Czuć w nim ambicję, precyzję i dumę z technologii.

Luksus, który potrafi uderzyć

Mercedes-AMG EQE 53 to samochód o dwóch osobowościach. Jedną ręką głaszcze pasażerów miękką skórą i ambientowym światłem. Drugą wciska ich w fotele z siłą, która jeszcze kilka lat temu była domeną supersamochodów. To nie jest elektryk dla ekologicznych purystów, nie jest też limuzyną dla ludzi, którzy oczekują wyłącznie ciszy. To AMG nowej ery, czyli takie, które zamiast ryku V8 oferuje moment obrotowy dostępny zawsze i wszędzie. I robi to w opakowaniu tak luksusowym, że chwilami aż trudno uwierzyć, co dzieje się pod spodem. Lektyka? Tak.
Ale napędzana prądem i ambicją inżynierów, którzy ewidentnie wiedzą, co robią.