Wiatr, sztuka i wino

    Krzysztof Kowalak, prezes firmy Double K Consulting oraz Winnice Rymanów, jest jednym z nielicznych przedsiębiorców, którzy realizują marzenia, takie jak produkcja własnego wina i promocja sztuki. A mierząc wiatr, jeździ po całym świecie

    Jak się zaczęła pańska przygoda z biznesem?

    Studiowałem zarządzanie na Akademii Leona Koźmińskiego. Pod koniec studiów zainteresowałem się energią odnawialną. Zgłębiałem ten temat i zdobyłem dosyć dużą wiedzę teoretyczną. W efekcie podjąłem współpracę z funduszami z tej branży, które poszukiwały ziemi pod projekty. Trwało to niedługo, wymyśliłem sobie, że wejdę w to, co robię do dziś, czyli pomiary wiatru. Stworzyłem własną spółkę, korzystając na początku z technologii opracowanej przez amerykańską firmę NRG. Doszedłem jednak do wniosku, że nie ma sensu kupować w Stanach Zjednoczonych czegoś, co sami możemy wyprodukować. Zleciłem zaprojektowanie autorskiej konstrukcji i rozpoczęliśmy własną produkcję. Pomiary robimy więc w oparciu o nasze rozwiązanie.

    Wyniki pomiarów wiatru decydują o przyszłości planowanych inwestycji?

    Oczywiście, budowa turbiny wiatrowej to inwestycja jak każda inna, powinna zwrócić się w określonym czasie i zacząć zarabiać. Najpierw stawiamy więc specjalny maszt – konstrukcję tymczasową z czujnikami, która przez rok lub dwa zbiera dane. Dopiero na tej podstawie można oszacować rentowność projektu i zaplanować dalsze działania. Informacje z masztu porównuje się z danymi satelitarnymi, a następnie analizuje. Technologia turbin wiatrowych znacznie się rozwinęła, a ich wydajność pozwala dziś realizować projekty w wielu rejonach Polski – od Pomorza po Bieszczady.

    Wiele tego rodzaju projektów spotyka się w Polsce z niechęcią społeczną.

    Powiedzmy od razu – niechęcią wynikającą z braku wiedzy i regulacji. Zdarzało się, że pierwsze turbiny powstawały zbyt blisko domów, bez konsultacji społecznych. To wywołało reakcję – częściowo słuszną – ale również otworzyło przestrzeń dla lobbingu zwolenników innych rozwiązań.

    Podobno przede wszystkim chodzi o hałas.

    Jego poziom zależy od wielu czynników – od ukształtowania terenu po kierunek wiatru. Dźwięk z turbiny to raczej szum, mniej uciążliwy niż hałas z autostrady. Uważam, że odległość 500 metrów od zabudowań to sensowny kompromis. Wszystkie te problemy spowodowały, że nie angażujemy się w budowę nowych turbin, ale skupiamy się wyłącznie na precyzyjnych pomiarach. Realizujemy zlecenia w wielu miejscach, nawet tak nieoczywistych, jak Nowa Kaledonia. Na marginesie – niewiele brakowało, a utknąłbym tam na dwa lata, kiedy z powodu covidu wyspa została odizolowana od reszty świata. Nasze maszty stoją m.in. na Islandii i Lofotach. Mieliśmy też sprawnie działający oddział w USA, ale pandemia skutecznie zakończyła tę działalność…

    Pomimo tej przykrej historii, może się pan uważać za szczęściarza, który realizuje marzenia, takie jak produkcja własnego wina. A mierząc wiatr, jeździ pan po całym świecie.

    Pomysł na własną winnicę narodził się spontanicznie. Byłem w Beskidzie Niskim i powiedziałem do przyjaciela: „Tu jest pięknie, szkoda, że nie można mieć winnicy”. A on odpowiedział: „Już można”. W 2005 roku obsadziłem pierwsze 30 arów. Dziś Winnice Rymanów to około 4 hektarów winorośli, z których powstaje rocznie ok. 15 tys. butelek wina. Są to m.in. Sauvignon Blanc, Riesling, Cabernet Cortis, a także Pinot Noir. Choć w Polsce zwykle lepiej udają się wina białe, Rymanów zaskoczył – terroir okazało się doskonałe również dla czerwonych szczepów. Lokalizacja jest nietypowa: bardzo wietrzna, wysoko położona. I to właśnie sprawia, że czerwone winogrona dojrzewają tu zaskakująco dobrze. Nastawiamy się na jakość, a nie ilość, np. wino musujące wytwarzamy metodą tradycyjną.

    Czy jest to projekt komercyjny?

    Raczej hobbystyczny. Pierwotnie winiarnia mieściła się w pięknym budynku dawnego dworca PKP we Wróbliku Szlacheckim. W sali poczekalni stały kadzie, u zawiadowcy znajdowało się biuro, a w kasie biletowej składowaliśmy beczki. Niestety ten budynek stał się dla nas za mały. Pierwsza butelka wyprodukowana w sposób formalny została sprzedana w 2019 roku. Wcześniej była to zabawa i robiliśmy wino na własny użytek. Powstały wtedy trzy etykiety. Było to jedno czerwone wino oraz dwa białe. Warto dodać, że nazwy naszych win to kolory po francusku. Odbiorcy indywidualni mogą je kupić tylko na miejscu, w winiarni. Prawie cała nasza produkcja trafia do restauracji i hoteli.

    Skąd pomysł na streetartowe etykiety?

    Chciałem, by nasze wino miało nie tylko smak, ale i duszę. Zaprosiliśmy więc do współpracy artystów, którzy w większości wywodzą się ze street artu, współpracują z nami Chazme, Sepe, Cekas, Nawer, Pener, Seikon, Otecki oraz Jagna Wróblewska. Do grupy należał również nieżyjący już Robert Proch. Tworzą obrazy, które trafiają na etykiety win. Kupujemy ich prace na normalnych, rynkowych zasadach. To forma mecenatu i osobistego uznania dla polskiej sztuki współczesnej.

    Od kilku miesięcy można prace te obejrzeć w galerii sąsiadującej z winiarnią w Rymanowie.

    Udało nam się stworzyć nie tylko winiarnię, ale też przestrzeń galeryjno-eventową. Adaptowany budynek po starej spółdzielni to dziś loftowy obiekt, który gromadzi miłośników wina i sztuki. Zorganizowaliśmy już pierwszy plener artystyczny Art&Wine session 2025, którego plon obecnie wystawiamy, Można też zobaczyć tam wszystkie pozostałe prace powstałe na przestrzeni ostatnich lat. To potencjalnie doskonałe miejsce na eventy firmowe.

    Czym są dla pana wino i sztuka?

    To dla mnie dwa równoważne światy – oba potrzebują czasu, serca i zrozumienia.

    rozmawiał Piotr Cegłowski

    Ankieta Managera

    Najważniejsze wartości, jakie pan wyznaje?

    Balans, harmonia.

    O czym pan najchętniej lubi dyskutować pozazawodowo?

    O sztuce.

    Gdyby nie istniały żadne ograniczenia, z kim chciałby pan spotkać się na długą rozmowę i o czym chciałby pan porozmawiać?

    Z Tadeuszem Różewiczem. To niezwykła, enigmatyczna postać. Bardzo wysoko cenię jego mało znaną prozę, wspaniałe krótkie opowiadania.

    Pana pasje prywatne?

    Muzyka, amatorsko gram na fortepianie i gitarze. Nurkuję, jeżdżę na nartach.

    Jaką książkę chciałby pan polecić naszym czytelnikom?

    „Kieślowski. Od bez końca do końca” Krzysztofa Piesiewicza

    Najbardziej pamiętna chwila pana życia.

    Żyję chwilą. Często wspominam moje wspaniałe dzieciństwo.

    Bucket list?

    Odruchowo odpowiadam, że byłoby to pół roku odpoczynku. To jednak musi poczekać. Mój ważny cel to kontynuacja rozpoczętych projektów biznesowych oraz dalszy rozwój projektu Art&Wine.