
Po Tayronach, Raptorach i Porsche dobrze jest czasem wrócić na ziemię. A najlepiej zrobić to w aucie, które nie udaje, że zbawia motoryzację, tylko po prostu ma sens. Suzuki Swift w wersji hybrydowej z przekładnią CVT to dokładnie ten przypadek. Mały japoński zawadiaka, który przypomina, po co w ogóle wymyślono samochody miejskie. I tak, też go bardzo lubię… bez wstydu, bez ironii, z pełną świadomością kompromisów.
Autor: Michał Garbaczuk
Miasto – tu Swift jest u siebie
Swift nie potrzebuje rozgrzewki. Od pierwszych metrów czujesz jego lekkość i zwinność. Krótkie nadwozie, niska masa, szybkie reakcje na ruch kierownicą – to auto porusza się po mieście jak ryba w wodzie. Parkowanie? Formalność. Zawracanie? Pestka. Napęd hybrydowy robi dokładnie to, co powinien: wygładza jazdę, uspokaja reakcje i pomaga w codziennym toczeniu się między światłami. CVT nie szuka sportu, ale w mieście to zaleta. Jest płynnie, spokojnie i bez szarpnięć. Swift to samochód, który nie stawia oporu. Ani kierowcy, ani miastu. Nie będę ukrywał, że mam do niego ogromny sentyment. 25 lat temu prywatnie też miałem Swifta, którym zjeździłem Polskę i pół Europy, dlatego bardzo byłem ciekawy jak zmienił się mój dawny przyjaciel.

Zabieramy go w trasę
No bo czemu nie? Skoro Swift jest taki sympatyczny, to sprawdźmy, jak odnajdzie się poza swoim naturalnym środowiskiem. Warszawa – Gdynia to wystarczająco długi odcinek, żeby małe auto zweryfikować bez taryfy ulgowej. I tu pojawia się pierwsze zaskoczenie: jest stabilnie. Oczywiście, to nie jest krążownik autostradowy, ale do 120 km/h Swift trzyma się drogi pewnie i daje poczucie bezpieczeństwa. Zawieszenie nie panikuje, auto nie pływa, a kierowca nie musi walczyć z kierownicą. Tak, przy prędkościach autostradowych robi się głośniej. To nieuniknione w tej klasie. Ale zamiast udawać, że to wada można potraktować to jako argument za spokojniejszą jazdą. Ekspresowa S7 pasuje do Swifta idealnie. Nie trzeba nikomu dotrzymywać tempa przy 140 km/h na A1. Jedziesz swoje 110–120, bez stresu i bez zadyszki.

Zaskakująco dobrze… dla dwóch
Nie oszukujmy się, Swift to nie auto rodzinne. Ale dla dwóch osób potrafi być naprawdę wygodny. Fotele są przyjemne, pozycja za kierownicą naturalna, a ergonomia typowo japońska: prosta, logiczna, bez udziwnień.
Po kilku godzinach jazdy nie ma bólu pleców ani poczucia, że „to już za długo”. I to jest chyba największy komplement, jaki można wystawić małemu hatchbackowi w trasie. W Sopocie i Gdyni Swift wygląda… po prostu dobrze. Bez kompleksów. Bez próby nadrabiania rozmiaru agresywną stylizacją. W wąskich uliczkach, przy krawężnikach, między zaparkowanymi SUV-ami jest jak powiew rozsądku. To auto, które nie konkuruje o uwagę, ale zbiera sympatię. I robi to naturalnie.

Lekkość i zdrowy rozsądek
To jest ten moment, w którym warto powiedzieć coś ważnego: miłość do Swifta nie wyklucza miłości do dużych SUV-ów. To dwa zupełnie różne światy, dwie różne filozofie. Gdybym mógł miałbym oba. Bo Swift nie udaje, że jest czymś więcej. On jest dokładnie tym, czym powinien być. Suzuki Swift Hybrid CVT to samochód dla ludzi, którzy: lubią jeździć, a nie walczyć z autem, cenią zwinność i lekkość, poruszają się głównie w mieście, ale nie boją się wyskoczyć w trasę, jeśli trzeba. Nie jest przesadnie sportowy, ale zapewnia mnóstwo frajdy podczas codziennych przejazdów. Nie jest wielozadaniowy, ale wystarczy, by zadowolić singla lub dwoje bliskich sobie ludzi nawet podczas weekendowych wypadów za miasto. Jest uczciwy, a w dzisiejszej motoryzacji to znów zaczyna być wartością.














