Range Rover SV Intrepid LWB P615 – test redakcyjny

Luksus absolutny… z drobnymi niedogodnościami pierwszego świata. Przy samochodzie kosztującym około 1,7 mln zł wypada zachować się odpowiednio. Czyli: docenić perfekcję, a potem pozwolić sobie na narzekanie, bo przecież po coś ten luksus jest. I tak, w trakcie testu pojawiła się pierwsza rysa na marmurze.

Autor: Michał Garbaczuk

Walizka kontra barek

Okazało się bowiem, że do bagażnika nie da się zapakować dużej walizki. Powód? Tylna część lodówki, tej pięknej, chłodzącej szampana, wystaje dokładnie na środku przestrzeni bagażowej i skutecznie blokuje sensowne pakowanie. Rada konsumencka? Bierzcie mniejsze walizki, albo zostawcie to concierge’owi, a na trasę dom – lotnisko – prywatny jet wystarczy kabinówka. Bo przecież nikt rozsądny nie zrezygnuje z barku dla jakiejś „pierdoły” w postaci logistyki bagażu.

Wspinaczka alpinistyczna klasy premium

Druga niedogodność to wysoka pozycja foteli. Owszem, Range Rover jest królem szos, monumentalnym, ostentacyjnym, grubo ponad pięciometrowym klocem dominacji, ale jednak wsiadanie i wysiadanie wymaga opracowania pewnej techniki, bowiem nogawka ubrudzona o próg boli bardziej, gdy masz na sobie coś droższego niż komplet dresowy od Balenciagi. Według mnie ten samochód powinien po prostu jeszcze bardziej się obniżać, do poziomu, w którym nie muszę się zsuwać z fotela, żeby zeskoczyć na ziemię. Dosłownie. W konfiguratorze znalazłem opcję wysuwającego się z podłogi podestu, ale nie wiedzieć czemu ktoś zapomniał jej kliknąć, choć zapewniano mnie, że podświetlono okienko z napisem „zaznacz wszystko”.

Manewry? Proszę bardzo

I teraz paradoks: ten ponad pięciometrowy i prawie 3-tonowy kolos skręca genialnie. Tylna oś skrętna sprawia, że Range Rover zawija niemal w miejscu, manewrując na parkingach z gracją auta o dwa segmenty mniejszego. A że zajmuje dwa miejsca parkingowe? No cóż. Kto bogatemu zabroni? A potem widzisz swoje numery rejestracyjne na fanpage-u, gdzie udostępniane są zdjęcia samochodów zaparkowanych mówiąc delikatnie – nonszalancko. Drodzy internauci, zwracam się do Was tymi słowami: kochani, wierzcie mi, nie da się inaczej. Po prostu się nie da. Kierowcy dużych samochodów wybierają mniejsze zło, bo albo będą wystawać na pół pasa blokując przejazd, albo na chodnik utrudniając życie pieszym. Nie zna życia ten, kto nigdy nie zmierzył się z zaparkowaniem Pick-upa, kampera czy luksusowej limuzyny.

Reszta? Czysty luksus bez przypisów

Poza powyższymi niedogodnościami Range Rover SV to luksus pełną gębą. Wszystko, co znajduje się na pokładzie, jest najlepszej jakości, perfekcyjnie spasowane i wykonane tak, że konsolę środkową spokojnie postawiłbym w salonie. W zimny dzień grzeją się wszystkie fotele, kierownica, podłokietniki, a masaż… masaż robi rzeczy, których nie da się opisać bez popadania w poezję. Program „gorące kamienie” to przeniesienie do innego wymiaru wypoczynku. Wszystko dzieje się szeptem, Ty czujesz tylko ciepło, rytm i satynową miękkość masujących dłoni. Zaczynasz lewito… chociaż nie, zaczynasz unosić się nad rzeczywistością.

A Rzeczywistość? Też da się ogarnąć

W tym świecie wszystko mogłoby się wydarzyć naprawdę. Nawet sytuacja, w której nagle zabrakłoby płynu do spryskiwaczy. Wyobrażam to sobie tak: dzwonisz do concierge’a, po chwili nad Tobą pojawia się transportowy samolot, który uzupełnia płyn w locie, a Ty nawet nie musisz się zatrzymywać. To urodziło się w głowie. Ale nie widzę powodu, dla którego nie mogłoby się wydarzyć.

Zastanawiam się tylko nad jedną kwestią: Czy ten samochód powinno się prowadzić samemu? Bo skoro jest salonka i barek, i elektrycznie wysuwany stolik, i ekrany, a nawet tapicerka w różnym kolorze z przodu i z tyłu, która już po otwarciu drzwi mówi: Hej, wsiadłeś nie tymi drzwiami… to czy sąsiedzi powinni mnie oglądać wystającego zza kierownicy? Odpowiedź brzmi: czemu nie? W końcu pod prawą stopą mam potencjometr wyzwalający 615 koni mechanicznych, będących w stanie katapultować to wielkie cielsko od 0 do 100 km/h w 4,5 sekundy i rozpędzić się do ponad 260 km/h! Czysty obłęd w kolorowych skarpetkach! Ja wiem, że to jak zejść z komnaty do kuchni służby, żeby otworzyć lodówkę i wgryźć się w pęto podwawelskiej maczanej w musztardzie, ale jak smakuje!

Konkluzja (bez fałszywej skromności)

Range Rover SV Intrepid LWB P615 to samochód, w którym: narzekasz tylko dlatego, że możesz, problemy są luksusowe, a każda niedogodność brzmi jak anegdota do kolacji. To już nie jest auto, a stan umysłu okraszony satynowym lakierem za 66 460 zł. I tak – absolutnie nie zrezygnowałbym z barku. Nigdy.