
Nowy Opel Frontera ma bardzo trudne zadanie, żeby określić swoją pozycję na rynku. Legendarny poprzednik był dzielną terenówką, gotową przeć przed siebie, aż osiągnie horyzont. Nowy model nie próbuje niczego udowodnić. Nie określa charakteru, stylu życia czy światopoglądu właściciela. On po prostu jest. I wbrew pozorom, to dziś jedna z najtrudniejszych, ale i najuczciwszych ról w motoryzacji.
Autor: Michał Garbaczuk
Geometria zamiast emocji
Stylistycznie Frontera wygląda tak, jakby została zaprojektowana według kryteriów z przełomu wieków. Proste bryły, czytelne linie, zero designerskich wygibasów. To nie jest zarzut, raczej charakterystyka, która mówi: „Nie próbujemy tu być sportowi, aktywni ani outdoorowi. Frontera to SUV w rozumieniu współczesnym, czyli podwyższone kombi, które wpisuje się w modę i… na tym poprzestaje. Bez udawania, że zaraz zdobędzie szczyt w Alpach albo wygra Rajd Dakar.

Ergonomia starej szkoły
Wsiadasz, zamykasz drzwi i od razu wiesz, gdzie jesteś. Wszystko jest pod ręką. Nie zastanawiasz się, gdzie ukryto podstawowe funkcje, nie szukasz ich w zakamarkach menu. Wyciągasz rękę i znajdujesz. Dokładnie tak, jak projektowano samochody dwadzieścia kilka lat temu. Deska rozdzielcza jest geometryczna, logiczna i nieprzekombinowana. Materiały nie próbują udawać premium, ale są solidne i dobrze spasowane. To wnętrze, które nie chce cię zachwycać. Chce być narzędziem.
Pod względem użytkowym Frontera wypada bardzo przyzwoicie. Kabina jest przestronna, zarówno z przodu, jak i z tyłu. Pozycja za kierownicą wysoka, czytelna, z dobrą widocznością we wszystkich kierunkach. To auto, w którym czujesz kontrolę nad tym, co dzieje się wokół. Bagażnik jest duży i foremny, ma około 460 litrów przestrzeni, bez udziwnień, z niskim progiem załadunku. Zmieści się wszystko na wakacyjny wyjazd. Frontera nie komplikuje logistyki.

Delikatność zamiast adrenaliny
Elektryczna Frontera nie przeraża osiągami i wygląda na to, że robi to celowo. Układ napędowy został wyraźnie wystrojony na łagodność. Przyspieszenie jest płynne, przewidywalne, bez szarpnięć. Auto stopniuje swoją siłę, jakby naprawdę zależało mu na spokoju pasażerów. Prowadzi się miękko, wręcz kołysząco. Jest w tym coś bardzo uspokajającego, jakby chciało usypiać niemowlę jadące w foteliku na tylnym siedzeniu. Nie prowokuje do dynamicznej jazdy, nie zachęca do sprawdzania granic. I znów to nie wada. To świadomy wybór charakteru.

Pod podłogą pracuje bateria o pojemności około 54 kWh, która w codziennym użytkowaniu zapewnia realny zasięg do 300 km w trasie. Przy autostradowych prędkościach trzeba ten wynik skorygować o jakieś 50 km, co jest całkowicie uczciwym i przewidywalnym scenariuszem.
W mieście, dzięki sprawnie działającej rekuperacji, Frontera potrafi przejechać nawet około 350 km. Ładowanie prądem stałym odbywa się z mocą do 100 kW, co pozwala uzupełnić energię w sensownym czasie, ale bez trzeciej kawy i bez irytacji. To samochód dla ludzi, którzy chcą po prostu jeździć, nie potrzebują emocjonalnego manifestu, nie chcą być przypisywani do żadnej „motoryzacyjnej grupy” i nie potrzebują auta, które mówi coś o nich światu. To całkowicie normalne auto z akcentem na „normalne”.

Zwyczajność jako zaleta
Opel Frontera Electric to samochód do jeżdżenia, a nie do przeżywania i opowiadania historii przy sojowym latte. Nie każdemu się spodoba i nie każdego poruszy, ale dla tych, którzy chcą świętego spokoju na czterech kołach, Frontera może okazać się dokładnie tym, czego szukali, nawet jeśli jeszcze o tym nie wiedzą.













