NIO ET7 – elektryzujące doznania – test redakcyjny

Chińskie marki motoryzacyjne przebojem wkraczają na europejski rynek. Rywalizują przede wszystkim ceną, ale jest wśród nich jedna marka, która postawiła sobie za cel zadziwić również technologią. NIO zmienia reguły gry w motoryzacyjnym świecie.

Zapowiadał się kolejny długi majowy weekend, kiedy to zadzwonił telefon z propozycją przetestowania całkowicie nowego modelu na polskim rynku i to marki, której nazwa nie mówiła kompletnie nic i to nie tylko mnie, ale też pozostałym przedstawicielom branży motoryzacyjnej. Owszem wiedzieliśmy, że gdzieś daleko w odległej Azji istnieje taki start-up o nazwie NIO i podobno nawet produkuje ciekawe samochody elektryczne, ale nikt nigdy nie widział takiego auta na żywo. I oto pojawia się możliwość przetestowania takiego samochodu w Polsce i to jeszcze w długiej trasie! Szybka narada, dokąd by tu się wybrać, bo Wiedeń i Berlin to już są oklepane, trasę do Chorwacji znamy na pamięć, a 5 dni na wypad do Włoch to trochę krótko. Wybór padł na Budapeszt. Z jednej strony to popularny ostatnio kierunek wśród polskich prominentów, z drugiej miasto, którego zabytki są w stanie przyćmić nawet te wiedeńskie, a więc godne, by pojawić się w nim czymś całkowicie wyjątkowym.

Wyróżnić się z tłumu

NIO jest pionierem w skali całego świata w kontekście podejścia do elektromobilności. Podczas, gdy wszyscy producenci idą w kierunku wydajności ładowania i prześcigają się w publikowaniu kolejnych rekordów czasów spędzonych przy stacji ładowania, Chińczycy opracowali system wymiany całej baterii, wykonywanej podczas 5-minutowego pot-stopu na specjalnej platformie. Wygląda to tak, że podjeżdża się autem na wyznaczone miejsce i wciska przycisk, a reszta dzieje się już automatycznie. Auto wycofuje na stanowisko, następnie robot wymienia baterię z pustej na naładowaną w 90-ciu procentach i już. Samochód jest gotowy do dalszej jazdy. Minusem jest puki co dość skromna sieć stacji wymiany baterii NIO w Europie. Na tę chwilę takie rozwiązanie dostępne jest w Berlinie, Monachium oraz kilku miastach w Holandii i Skandynawii.

Pytanie, po co w ogóle wymieniać baterię? I tu odpowiedź wcale nie jest taka oczywista, bo firmie nie chodzi o to, żeby wymieniać akumulatory co 400 km i powtarzać tę operację 3-krotnie w drodze na wakacje, choć taki scenariusz jest jak najbardziej realny. Chodzi o to, aby właściciel lub użytkownik NIO miał zawsze nieograniczony dostęp do baterii, która będzie zawsze w najlepszej kondycji, to jest zoptymalizowanej pod kątem jej stanu technicznego i wydajności ładowania. I wszystko to dostępne bez umawiania się do serwisu na skomplikowane, trwające kilka dni wymiany. 5 minut i gotowe, można jechać dalej.

Mając takie możliwości techniczne jak ekspresowa wymiana baterii, klient może dokonać wyboru, czy kupuje/wynajmuje samochód z baterią, czy samo auto bez baterii. Istnieje bowiem opcja leasingu samej baterii, podczas, gdy auto należy do nas. Dostępne są dwie opcje wielkości akumulatorów trakcyjnych: 75 kWh oraz 100 kWh, ale producent zapewnia, że w niedalekiej przyszłości będzie dostępna opcja z jeszcze większą pojemnością, by zapewnić satysfakcjonujące zasięgi.

 

Chiński, czyli jaki?

Do naszego testu trafił model ET7, czyli w nomenklaturze NIO największa z dostępnych w gamie limuzyna o mocy 652 KM i 850 Nm momentu obrotowego generowanych z dwóch silników, po jednym na każdej osi. Swoimi osiągami auto dorównuje najlepszym konstrukcjom spod znaku Porsche, AMG-Mercedes i BMW-M. Pierwsze 100 km/h pojawia się na liczniku już po 3,8 sekundy, ale po minięciu tej wartości zabawa dopiero się zaczyna. Kierowca dostojnej limuzyny przeobraża się w zawodnika, pragnącego wykorzystać wszystkie możliwości swojego bolidu i już po chwili na liczniku pojawia się 200 km/h! To niestety górna granica ograniczona elektronicznie, podyktowana ochroną baterii przed ich przegrzaniem, ale szybkość w jakim ta prędkość jest osiągana rzuca na kolana. Dodatkowo potężny moment obrotowy wręcz katapultuje NIO ET7 i to przy każdej dostępnej prędkości! Jestem pewny, że ten samochód zadowoli każdego fana szybkich samochodów.

Za osiągami nadąża też układ kierowniczy i zawieszenie. Kierowca czuje to, co się dzieje z kołami i utrzymuje absolutną kontrolę nad pojazdem. Auto pewnie pokonuje zakręty i prowadzi się jak przyklejony do nawierzchni. Nie ma mowy o jakichkolwiek dziwnych dźwiękach pochodzących od układu kierowniczego i zawieszenia. Tu należy dodać, że NIO ma zawieszenie pneumatyczne. Auto po prostu płynie po drodze, a pełnię swoich zalet pokazuje na nierównościach, które niweluje niemal niezauważalnie i z wielką gracją. Pokaz swoich możliwości NIO dało na odcinku autostrady A1 od Pyrzowic do zjazdu na Katowice, gdzie występują liczne szkody górnicze. Podczas, gdy inne auta były w stanie jechać z maksymalną prędkością ok 90 km/h, przyhamowując na większych dołach, NIO niemal lewitowało nad ziemią dając się prowadzić jedną ręką i to z pełną autostradową prędkością. Tu uprzedzam, że na odcinkach z ograniczeniem prędkości przerywaliśmy nasz test dostosowując prędkość do znaków drogowych. Z resztą NIO świetnie radzi sobie z otoczeniem, ponieważ jako pierwsze w Europie zostało dopuszczone do ruchu z lidarami, czyli specjalnymi radarami umieszczonymi w dachu, tuż nad przednią szybą, dzięki którym doskonale odnajduje się w przestrzeni. ET7 potrafi rozróżnić samochód osobowy od ciężarowego, motocykl od skutera, a nawet pieszych i zwierzęta.

Największe wrażenie NIO ET7 robi wewnątrz. Jakość materiałów wykończeniowych i spasowanie elementów to najwyższa światowa klasa i nie jest to moje odosobnione zdanie. NIO kieruje swoje produkty do wymagających klientów i moim zdaniem idealnie w punkt trafia w ich gusta. Przetestowałem w swojej karierze grubo ponad tysiąc samochodów, także tych, których ceny oscylują wokół miliona złotych i szczerze mówiąc właśnie wśród nich postawiłbym NIO, choć kosztuje zaledwie ułamek tej ceny. Jeśli bowiem dobrze pogadać z importerem, da się takie auto wyrwać za około 350-400 tys. zł. Na pokładzie jest wszystko. Skóra, Alcantara, aluminium, wszystko doskonale wykończone subtelnymi przeszyciami. Do tego wysmakowane oświetlenie ambiente i genialny system audio. Wszystko, czego potrzeba do długiej i komfortowej podróży. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to wielkość bagażnika, którą w tej klasie limuzyn o długości przekraczających 5 metrów mógłbym uznać za skromną. 363 l to nieco zbyt mało, ale udało się nam spakować w 4 osoby na 5-dniowy wypad do Budapesztu.

Wartość użytkową samochodów elektrycznych mierzy się przez pryzmat czasu, jaki potrzeba na uzupełnienie prądu do dalszej jazdy. W przypadku NIO parametry nie są mistrzowskie, ale trzeba przyznać, że jak na 400-voltową instalację wynik w okolicach 125 kW jest godny odnotowania, tym bardziej, że krzywa ładowania jest praktycznie płaska i utrzymuje się od 15 do 85 procent naładowania baterii. Realnie pozwala to być gotowym na kolejne 450 km w niecałe 45 minut. I właśnie tyle potrzeba, żeby się zatrzymać na smaczne jedzenie gdzieś na trasie.

Do Budapesztu z jednym ładowaniem

I teraz uwaga! NIO ET7 jest autem, które jest w stanie przejechać trasę 860 km z tylko jednym postojem na ładowanie na trasie! Zasięg na jednej baterii to przeszło 480 km i to na drodze szybkiego ruchu! Dobrze, dosyć już tych wykrzykników, ale emocje były… jak każdy świadomy użytkownik samochodu elektrycznego, który pokonał już dziesiątki tysięcy kilometrów w Polsce i Europie zaplanowałem trasę i ładowanie w wybranych punktach, a potem przesuwałem te punkty o kolejne kilometry. Ostatecznie dojechaliśmy do czeskiego Olomouc (467 km) z zapasem jeszcze 10 procent baterii. Wiedząc, że zostało nam do pokonania 400 km, dalsza podróż zapowiadała się niezwykle optymistycznie. Ograniczenia prędkości na Autostradach Czech, Słowacji i Węgier, pozwalają się rozwinąć do maksymalnych 130 km/h, co daje średnie zużycie prądu w temperaturze około 20 stopni Celsjusza na poziomie 20-22 kW/100 km. Na miejscu znów mieliśmy jeszcze kilkanaście procent zapasu, czyli wystarczająco, żeby znaleźć dogodną ładowarkę i zostawić auto na kilka godzin na ładowanie.

Dbałość o szczegóły

Na koniec jeszcze jedno przemyślenie. NIO na prawdę umie w asystenta kierowcy. Co prawda jeszcze nie mówi po polsku, ale przypuszczam, że to tylko kwestia czasu. Mówi za to w kilku językach, a po angielsku rozumie nawet, jeśli wymawia się tylko pojedyncze, proste słowa. I dokładnie wie kto mówi, i z którego fotela. Nomi, bo tak ma na imię osobista asystentka, włączy masaż i chłodzenie foteli, zamknie okno, włączy radio, opowie dowcip i sprawdzi pogodę. Wyświetli również na ekranie odpowiednie menu, na przykład lusterek bocznych, aby manipulowanie podczas jazdy ograniczyć do niezbędnego minimum. To kolejny element, dzięi któremu w tym samochodzie czuję się po prostu dobrze. A jak zrobię sobie głośniej muzykę, to Nomi „przebierze się” zgodnie ze stylem, może więc być raperem, saksofonistą i dyrygentem. A najlepsze, że jak wsiądę rano do auta, to przywita mnie miłym „good morning, it’s nice to see You”. Takie samochodowe Tamagotchi…