
Spotkacie go pod biurowcami i pod kawiarniami, czyli wszędzie tam, gdzie off-road widzi się głównie na Instagramie. I nie, to nie jest pomyłka systemu. Raptor nie wjeżdża – On się pojawia. Jest szeroki, wysoki, napompowany jak po solidnym treningu siłowym. Ma błotniki, które wyglądają, jakby ktoś zapomniał zdjąć pakietu rajdowego, i grill, który jasno komunikuje, że nie interesuje go anonimowość. W Warszawie działa jak magnes. Ludzie patrzą. Jedni z podziwem, inni z niedowierzaniem, jeszcze inni z pytaniem: „Serio, tym do biura?” Serio.
Autor: Michał Garbaczuk
V6 Biturbo, czyli moment, w którym pickup przestaje być żartem
Pod maską pracuje 3-litrowe V6 EcoBoost twin-turbo, generujące około 292 KM i 491 Nm. I to jest dokładnie ten moment, w którym Ranger Raptor przestaje być „dużym autem” i zaczyna być poważnym sprzętem. Gaz wciśnięty w mieście daje efekt, którego absolutnie się nie spodziewasz po pickupie. Jest reakcja, jest dźwięk, jest realne przyspieszenie. To nie jest diesel do wożenia palet. To silnik, który potrafi zrobić show, szczególnie w trybach, gdzie wydech przestaje udawać grzeczność i wydaje z siebie groźne warknięcia. I nagle łapiesz się na tym, że jedziesz Rangerem jakby był hot hatchem na szczudłach.

Absurd, który działa
Logika podpowiada, że Raptor w mieście nie ma większego sensu. Rzeczywistość mówi coś innego. Pozycja za kierownicą? Król ulicy. Widoczność? Patrzysz ponad dachami innych aut. Reakcje innych kierowców? Często bardziej uprzejme niż zwykle. No i ten respekt, kiedy wrzucasz kierunkowskaz, by zmienić pas. Tak, jest szeroki. Tak, trzeba myśleć przy parkowaniu. Ale komfort resorowania, ogromny skok zawieszenia i to, jak Raptor filtruje dziury, tory tramwajowe i studzienki, sprawiają, że warszawskie ulice przestają być problemem. On je po prostu ignoruje. I właśnie dlatego coraz więcej osób używa go na co dzień i to nie pomimo gabarytów, ale właśnie dzięki nim.

Teren: tam, gdzie Raptor przestaje się wygłupiać
Wystarczy zjechać z asfaltu, żeby zrozumieć, po co ten samochód naprawdę powstał. Zawieszenie FOX o ogromnym skoku i podwójne amortyzatory, tryby jazdy terenowej, reduktor. Wszystko tu jest prawdziwe, nie marketingowe. Raptor nie pyta, czy można. On po prostu jedzie. Piach, błoto, kamienie – im gorzej, tym lepiej. I co ważne: robi to bez stresu, bez poczucia, że zaraz coś się urwie. To terenówka, która daje kierowcy poczucie kontroli, a nie heroizmu. To także auto, które potrafi latać! W trybie Baja, kiedy komputer odpina stabilizatory, by jeszcze bardziej zwiększyć skok zawieszenia Raptor jest w stanie unieść się nad ziemią, gdy trafi na odpowiednią „hopę”. To jeden z nielicznych współczesnych samochodów, który naprawdę zachęca, żeby zjechać nim z drogi.

Sport i użytkowość w jednym
W środku jest dokładnie tak, jak powinno być w Raptorze. Sportowe fotele obszyte skórą, gruba kierownica z centralnym znacznikiem, wyraźne sportowe akcenty, ale też pełna funkcjonalność auta, z którym da się żyć na co dzień. To nie jest luksus w niemieckim wydaniu. To roboczy performance: odporny, solidny, gotowy na błoto i kawę rozlaną po drodze. Multimedia są nowoczesne, systemy wsparcia obecne, ale całość nie odciąga uwagi od tego, co najważniejsze: jazdy.

Szpan? Oczywiście. I bez udawania, że go nie ma
Nie oszukujmy się – Ford Ranger Raptor to jeden z największych szpanerów na rynku. I robi to całkowicie świadomie. To auto, które mówi: „Tak, wiem, że mnie widać. I co z tego?” W Warszawie stał się symbolem pewnego luzu: „mogę, więc mam”. Dla jednych to przesada, dla innych czysta motoryzacyjna radość. Ale obojętnie przejść się obok niego po prostu nie da.

Ford Ranger Raptor V6 nie jest samochodem rozsądnym. I całe szczęście. To auto dla ludzi, którzy oczekują prawdziwych możliwości terenowych, ale równie cenią efekt, jaki robią pod kawiarnią. Nie chcą SUV-a jak wszyscy i nade wszystko mają dystans do samej idei „sensownego wyboru”. Raptora kupuje się sercem i uśmiechem, a dopiero potem sprawdza specyfikację. I dokładnie dlatego tak dobrze odnalazł się w mieście. Bo w świecie pełnym poprawnych aut ktoś w końcu przypomniał sobie, że motoryzacja ma też bawić.













