Dzikość serca, czyli tropami Jacka Pałkiewicza

część 5

Za oknem wiatr znad Bałtyku, krople deszczu spływają po szybach, a jelenie urządzają rykowisko w ciemnościach okolicznych lasów… Tak powstaje już piąta, przedostatnia, część opowieści z moich zapisków poczynionych w trakcie wyprawy do Korowajów. Zapisków poczynionych coraz rzadziej używanym długopisem w tradycyjnym papierowym notatniku. Jakież to staroświeckie, ale jakież to przyjemne…

Czeka nas prawdziwa dżungla i prawdziwe ryzyka. To nie kilkugodzinna wycieczka z hotelu na spacer po lesie równikowym, to nie wyjazd do komfortowej i bezpiecznej lodgy, gdzieś nad brzegiem rzeki. Ruszamy na dwa tygodnie wędrówki po lasach i mokradłach w poszukiwaniu kilku klanów Korowajów Batu. Wiemy, że będzie ciężko i mokro, że będziemy spać w hamakach rozpiętych między drzewami, opuszczonych chatach lub – jeśli zaskarbimy zaufanie miejscowych – wspólnie z nimi w podniebnych chatach.

Do niedawna, by dotrzeć w rejony zamieszkałe przez Korowajów Batu trzeba było tygodniami wędrować przez góry z Wameny lub płynąć rzekami z południowo-zachodniego wybrzeża Morza Arafura. Teraz jest nieco łatwiej. Z Wameny, wczesnym rankiem, jeśli warunki pogodowe pozwolą, małym, ale rejsowym samolotem (my kilkunastoosobowym Twin Otterem) lecimy do Dekai. Czasami te samoloty nie docierają do celu… Takich przypadków na Papui jest niemało. Warto o tym pamiętać, decydując się na podróż w ten rejon świata. To nie jest zwyczajna wakacyjna przygoda. To jest naprawdę podróż bardzo ryzykowna.

Lecąc z Wameny do Dekai trzeba przygotować się na niecodzienne przeżycia w „porcie lotniczym”. Nie lada sztuką jest przepchnięcie się z bagażami przez tłum miejscowych, szczelnie okupujących wejście do „hali” odlotów. Check-in to kolejne przeżycie. Papuasi nie znają chyba pojęcia kolejki, bo wszyscy jednocześnie chcą oddać bagaż i uzyskać zgodę na wejście do swojego samolotu. Jeśli mamy już przewodnika, z którym lecimy dalej, warto by wziął na siebie odprawę bagażową. Ważenie bagażu odbywa się dość dokładnie, bo przeciążenie samolotu może skończyć się po prostu katastrofą. Jeśli bagażu jest zbyt wiele, poleci jednym z kolejnych samolotów, czyli może nawet za kilka dni. To trzeba brać pod uwagę planując podróż. Bardzo często trudne warunki pogodowe czy nadbagaż mogą nam całkowicie pokrzyżować plany. Zatem rezerwa kilku dni na nieprzewidziane okoliczności jest niezbędna. Lot z Wameny do Dekai to kilkadziesiąt minut emocji i podziwiania niesamowitych krajobrazów dzikich gór, dolin i bezkresnej, magicznej dżungli. Oczywiście jeśli widoczność jest w miarę dobra. Jeśli nie jest, to chyba lepiej poczekać na lot w lepszych warunkach.

Dekai to niewielka miejscowość otoczona lasem deszczowym, założona prawdopodobnie przez Indonezyjczyków celem kolonizacji tej części wyspy. Papuasów (jest to teren plemienia Momina) tu niewiele, głównie przybysze z innych wysp Indonezji. Miejscowość rozwija się dynamicznie – ściągnięto tu ciężkie maszyny, powstają asfaltowe drogi, murowane domy, nawet małe hoteliki. Próżno szukać urokliwego targu jak w Wamenie… To nudna i smutna miejscowość, którą trzeba szybko opuścić. To jak choroba trawiąca od środka dziką, fascynującą Papuę. Zatem czym prędzej opuszczamy to miejsce, pakując bagaże na wynajętą półciężarówkę i jadąc kilkanaście kilometrów nad rzekę Brazza. Tutaj kolejny posterunek policji i ostatni odpoczynek przed jednym z dwóch drewnianych sklepików (oczywiście prowadzonych przez Indonezyjczyków). Zajadając słodkie, małe banany, obserwujemy rozładunek rzecznego statku, który przywiózł beczki z jakąś czarną substancją. Kilku robotników z użyciem ładowarki nie patyczkuje się z towarem… Wreszcie czas wsiadać.

Mamy wynajętą łódź – wielką dłubankę z silnikiem, ochrzczoną imieniem „Brasa Expres”. Pakujemy dobytek, przewodnika, kucharza, kilku pomocników i ruszamy. Przed nami ok. 160 km dwoma rzekami – najpierw w dół rzeki Brazza, potem w górę rzeki Einlanden. Te 160 km można przepłynąć jednego dnia, ale lepiej podzielić podróż na dwa etapy. Tu pośpiech nie jest potrzebny. W dół rzeki płynie się z prędkością ok. 23-25 km/h, w górę ok. 17, a czasami znacznie mniej. To w sumie daje ok. 8-9 godzin. Pływanie nocą jest zbyt niebezpieczne. Miejscami z rzeki wystają pnie wielkich drzew albo resztki rozbitych, czasami bardzo dużych łodzi. Nie zapominajmy, że krokodyle nie żyją tu w zoo. To my jesteśmy intruzami w ich świecie. Na dodatek na łodzi nie spodziewajmy się reflektora. Nam – w drodze powrotnej – zdarzyło się płynąć ok. 2 godzin po zmierzchu i przyznam, że nasze latarki pewnie uratowały nas przed nocną kąpielą. Płyniemy do wsi Mabul, niewielkiej wioski usytuowanej nad brzegiem Einlanden, na pograniczu krainy Korowajów. Silnik warczy, ale to nie przeszkadza w podziwianiu dzikiej i maksymalnie zielonej dżungli. Brzegi, jeśli widoczne, są okropnie błotniste. Temperatura i nasłonecznienie nie pozwalają wysiedzieć – najlepszą metodą na te warunki jest zmoczone w rzece ubranie. Jeśli kąpiel, to w pobliżu mijanych wiosek – jest bezpieczniej.

Mijamy kilka nadbrzeżnych osad. Ciekawość budzi „warsztat szkutniczy” – na jednym, z suchych brzegów dwóch miejscowych zajmuje się produkcją dłubanek. Na brzegu leży kilka wielkich pni, kilka łodzi i kilka „prawie łodzi”. Nie zatrzymujemy się jednak – jeśli nie damy rady dopłynąć do Mabul tego samego dnia, to czeka nas nocleg w dżungli – albo na dziko, albo w jednej z wiosek. Ostatecznie kończy się na noclegu na dziko. Znajdujemy starą, opuszczoną chatę w pobliżu brzegu. Udaje się ją odnaleźć tuż przed zachodem słońca. Brodząc w błocie na brzegu docieramy do zniszczonej chaty na palach i przygotowujemy się do snu przy dwóch ogniskach rozpalonych na drewnianej podłodze kilka metrów nad ziemią. Nad głowami pozostawione przez kogoś trofea z ptasich piór, wokół komary, a przez dziurawy dach miliony gwiazd rozświetla delikatnie zadymione wnętrze chaty. Dym pozwala zmniejszyć liczbę bzykających towarzyszy. Pierwsza noc w dżungli mija spokojnie. Po porannym posiłku ruszamy dalej.

Do Mabul już tylko kilka godzin. Ale zanim dotrzemy do Mabul, natrafiamy na coś, co nazwaliśmy cmentarzem drzew. W rzece mnóstwo starych, przyniesionych tu pewnie z nurtem rzeki drzew, które tarasują drogę, znacznie utrudniając dalszą podróż. Widok dość przygnębiający. Kolosy, kiedyś piękne, zielone, dumne, dzisiaj powalone, szare, miotane przez rzekę. Do tego mielizny. Łódź nie chce płynąć dalej, za niski stan wody. Nie ma wyboru – wyskakujemy, mocujemy linę do łodzi i przeciągamy ją przez najtrudniejsze miejsca. Rękawiczki przydały się po raz pierwszy – ciągnięcie długiej na jakieś 8 m dłubanki, wypełnionej bagażem i to pod prąd, nie jest bułką z masłem. Nagle silny prąd zaczyna znosić dwóch naszych papuaskich towarzyszy. Płyną wpław do najbliższej mielizny. Reszta wskakuje do łodzi. Można znowu zapuścić silnik. Podpływamy po zagubionych i płyniemy dalej. Do Mabul już niedaleko. Wreszcie, późnym popołudniem spływamy w prawo, w spokojną odnogę rzeki. W oddali na wietrze łopoczą czerwone flagi z czarnym łbem byka. To Mabul. Zaczyna padać, ale poziom podekscytowania rośnie.

Na brzegu wita nas grupa ciekawskich mieszkańców wioski. Dorośli i dzieci w różnym wieku. Szybko się rozpakowujemy i maszerujemy do wioski. Jedna z chat jest dla nas zarezerwowana. Szukając właściwej, przez pomyłkę wchodzę do innej. W jednym kącie strzelba, w innym łuki i strzały. No fajnie się zapowiada. Ostatecznie dostajemy chatę na skraju wioski. Zmęczeni i mokrzy padamy na nasze wojskowe maty. Ale ciekawość mieszkańców nie pozwala na odpoczynek. Wokół zgiełk i harmider. Nasz kucharz bierze się do przyrządzania ostatniej kolacji w „cywilizowanych” warunkach. Późnym wieczorem w naszej chacie zjawia się dwóch myśliwych, taszcząc coś pod pachami. Siadamy w kółeczku i zaczynamy rozmowę. Po jakimś czasie okazuje się, że to coś, to świeżutkie łapy i schab krokodyla. Szkoda, że już jesteśmy po kolacji. Ale takiej okazji nie można zmarnować – ubijam targu i wręczam naszemu szefowi kuchni kawały mięsa. Nie widzę radości na jego twarzy, ale bierze i obiecuje przyrządzić następnego dnia. Zobaczymy. Jeszcze trochę nocnych targów i czas spać. Noc mniej spokojna niż poprzednia w opuszczonej chacie. Prawie całą noc wokół toczyły się rozmowy. Pewnie nasza obecność wzbudza zainteresowanie. Rankiem jak zwykle śniadanko, pakowanie i zbiórka całej ekipy przed naszą chatą. Przepakowywanie bagaży w mniejsze pakunki i miejscowe, mega pojemne siatki, liczenie butelek z wodą, przyczepianie kur (przydadzą się – w końcu przed nami dwa tygodnie przeprawy przez niedostępne tereny Korowajów), kompletowanie broni – łuki, strzały. Ekipa gotowa do wymarszu. Ostatnie odliczanie – razem z naszą czwórką jest nas dwadzieścia sześć osób. Wspólnie z naszym przewodnikiem odmawiamy modlitwę za powodzenie wyprawy i ruszamy. Żegnaj Mabul, a raczej do zobaczenia za jakieś dwa tygodnie.

Już pierwsze kroki za wsią to błoto po kostki i pierwsze strumienie do sforsowania. Od tego momentu będzie już tylko gorzej. Więcej błota, wody, komarów, węży, potu, pragnienia, znużenia zielonym piekłem. Kolejne dni są bardzo podobne do siebie. Zlewają się w jedną całość. W pamięci pozostaje zielono-brązowa papka dżungli z wieczornymi epizodami – wizytami u kolejnych klanów Korowajów. Niesamowitych wizyt. Prawdziwych wizyt. To nie odwiedzanie skansenów, to wejście w prawdziwe życie i to w życie zupełnie inne niż nam znane.

Pierwszy klan napotykamy po kilku godzinach marszu. Z ledwo widocznej ścieżki trzeba zboczyć w gęstwinę, by po kilkunastu minutach dotrzeć nad niewielką rzekę, za którą rozciąga się duża polana, a na jej skraju, w oddali pierwszy podniebny dom. Ten nie jest zbudowany na wysokim drzewie – jest zbudowany na drzewie ściętym na wysokości kilku metrów nad ziemią i dodatkowo podparty wysokimi palami. Obszerny, pewnie jakieś 40 metrów kwadratowych. Po krótkich negocjacjach dostajemy zgodę na wejście. Ale nie ma żadnej tradycyjnej drabiny, nie ma liny… Jest za to gruba, wysoka żerdź, ponacinana co kilkadziesiąt cm – to jednak swego rodzaju drabina. Nacięcia są dość głębokie, więc łatwo oprzeć bokiem stopę. Ale nie radzę w butach – zdecydowanie lepiej wchodzi się boso. Utrudnieniem jest niestabilność tego urządzenia. Jest zaczepione wysoko na skraju domu i zwisa swobodnie. Pierwsze wejście pełne emocji. Trzeba nabyć jednak pewnej techniki, by czuć się swobodnie i bezpiecznie. Po kilku dniach śmigam po tych tyczkach jak szalony, nocą, z bagażem na plecach i świeczką w dłoni. Wracając do samej wizyty – w chacie jest tylko kobieta z dzieckiem i małe, mniejsze od mojego buta, prosiątko. W kącie dwa karabiny i dużo strzał. Łuków brak. Głowa rodziny pewnie poluje gdzieś w okolicy.

Pierwsza wizyta jest dość krótka, w zasadzie to taki mały postój na trasie. Kolejne kilka godzin marszu i w deszczu docieramy do kolejnego klanu. Jak zwykle dom na skraju podmokłej polany z mnóstwem ściętych drzew. Dotrzeć do domostwa można tylko skacząc z jednego pniaka na kolejny. Nieudany skok to siniak, obdarta skóra, zwichnięcie nogi lub jakieś złamanie. A może też spotkanie z wężem. Trzeba pamiętać, że do szpitala kilka dni drogi, więc ostrożność przede wszystkim. Ten kolejny klan zamieszkuje dom zbudowany na znacznie wyższym, również ściętym drzewie. Niestety żerdź jest bardzo wątła i śliska od deszczu, więc tym razem rezygnujemy ze wspinaczki. Śpimy z częścią tragarzy kilka metrów obok w czymś, co można nazwać pomieszczeniem gospodarczym.

Na kolację obiecany dzień wcześniej krokodyl – na dwa sposoby. Palce lizać! Nieopodal rzeka, w której bierzemy kąpiel. Początkowo w ubraniach i butach. Dla bezpieczeństwa. W wodzie może być wiele niespodzianek, które tylko czyhają na takich śmiałków bez ubrań. Nasi tragarze kąpią się nago, ale penisy dokładnie zabezpieczają – wpychają je do moszny, a końcówkę owijają liściem i obwiązują jakimś włóknem. Tak też noszą się Korowajowie. Raczej nie używają kotek, zwłaszcza z tykw. Słyszałem jednak, że niektórzy używają jako kotek wydrążonych dziobów kazuara. Takich jak ten, który aktualnie wisi dwa metry za mną, razem z innymi pamiątkami z Papui.

Noc burzliwa, ale piękna. Takich nocy przed nami jeszcze wiele. Kolejny dzień to istna mordęga. Wielkie leśne bajora z rozkładającą się mazią liści, głębokie strumienie, palmy pełne kolców, pierwsze niespodzianki typu zapadający się grunt, łamiące się żerdzie, po których przechodzimy, strumienie, zdradliwe dna rzek (potrafią się załamać – często chodzi się tylko po warstwie zatopionych gałęzi, pod którą płynie woda, a twarde dno jest dużo głębiej). Adrenaliny po uszy. Ale wysiłek się opłaca. Wieczorem docieramy do pierwszych Korowajów Batu. To odłam Korowajów, który mieszka głębiej w dżungli i bezwzględnie stroni od kontaktów z cywilizacją. Tutaj nie docierają nawet misjonarze. I dobrze. Tym ludziom nie trzeba misjonarzy. Im trzeba zostawienia ich samym sobie. Oni tego właśnie chcą. Nie chat ustawionych w rządkach, kolektywnych zajęć, alfabetu i naszej wiary. Oni mają własne życie. Przywykli do niego od tysięcy lat. Nie można go zmieniać w imię szerzenia wiary i cywilizacji. To, co nasze nie znaczy, że jest dobre dla innych. Nachalna ekspansja niektórych cywilizacji już doprowadziła do zagłady wielu wspaniałych kultur. Korowajowie są jednym z ostatnich plemion żyjących innym rytmem, żyjących w swoim własnym, jakże odmiennym świecie. Chciałem ich zobaczyć, ale wiem, że takie wizyty ten świat też zakłócają. Ale może też pozwalają lepiej zrozumieć, że trzeba tych ludzi chronić. Chronić przed naszą „cudowną” cywilizacją. Cywilizacją kłamstwa i szerzącej się coraz szybciej głupoty. Tereny Korowajów Batu są tak odległe i tak niebezpieczne, że nie zapuszczają się tu nawet indonezyjscy żołnierze. Ale jeśli na tych terenach zostaną odkryte jakieś cenne surowce, zapewne szybko pojawią się kolejne rany na tym dziewiczym jeszcze obszarze naszej planety.

Jednym z nieodzownych aspektów życia Korowajów były i są wojny plemienne oraz potyczki między klanami. Oficjalnie się o tym nie mówi, ale licznie zgromadzone łuki i strzały o specyficznych, często zatrutych grotach nie służą tu jako ozdoby do powieszenia na ścianie. To broń do polowań, to broń do walki z wrogiem. Biali mogą jednak czuć się w miarę bezpieczni, choć nasz przewodnik nie tak dawno z dwoma białymi podróżnikami musiał szybko uciekać przez rzekę przed gniewnymi członkami jednego z klanów. My mieliśmy trzy przypadki, kiedy wyraźnie okazywano nam niechęć – raz, kiedy nie pozwolono się zatrzymać w miejscu, gdzie żył wyjątkowo duży klan zamieszkujący kilka nadrzewnych chat i dwukrotnie, kiedy za przejście przez teren należący do dwóch klanów zażądano od nas jakiejś formy wygórowanej zapłaty. Zapuszczając się w te rejony, trzeba koniecznie mieć ze sobą przewodnika, który już tu bywał i który jest akceptowany przez miejscowych. Inaczej podróż może być krótka.

Odzienie Korowajów jest bardzo praktyczne – kobiety chodzą wyłącznie w spódniczkach z włókna palmy sagowej i naszyjnikach z muszelek lub kłów psa albo świni, mężczyźni – poza listkami wokół penisa, noszą ratanowe opaski wokół bioder i mniejsze na przedramionach oraz również naszyjniki. Przy czym kobieta zwykle nosi małe dziecko, a mężczyzna łuk lub siekierę – albo kamienną, albo coraz częściej metalową. O ile mężczyźni mają doskonale niemal sylwetki i zdrową skórę, o tyle kobiety są raczej mocno zniszczone. Wpływa na to styl życia – mężczyzna to wojownik i myśliwy, który musi być sprawny, szybki i silny. Kobieta to matka wielu dzieci i kucharka, która nie tylko piecze w ognisku upolowanego ptaka, rybę, dziką świnię czy sago, ale też pomaga mężowi przygotować to sago, pochodzące z mączki palmy sagowej.

Mężczyzna może mieć kilka żon – wśród Korowajów panuje poligamia. Pierwsze małżeństwa zawiera się bardzo wcześnie. W wieku kilkunastu lat młodzi ludzie już zakładają własne domostwa, nie zawsze na tej samej polanie, co rodzice. Najczęściej kolejne klany oddalone są od siebie o kilka godzin marszu. Spędzając noce w nadrzewnych domach, zadajemy sobie pytania – dlaczego na drzewach? Odpowiedź jest chyba prosta, a w zasadzie odpowiedzi jest kilka. Po pierwsze – bo na drzewie jest sucho – pamiętajmy, że są to tereny wybitnie bagniste. W trakcie dużych deszczów wielkie obszary pokryte są niemal całkowicie wodą. Ale nie da się pływać łodzią, bo to jest dżungla, nie jezioro. Po drugie – bo na wysokości kilku, kilkunastu, a czasami kilkudziesięciu metrów jest zdecydowanie mniej komarów i innych insektów. W połączeniu z techniką zadymiania pomieszczenia daje to znakomite rezultaty. W trakcie wielu nocy spędzonych wspólnie z Korowajami na drzewach w zasadzie nie doskwierały nam żadne owady. Po trzecie wreszcie – bo wysoko nad ziemią jest łatwiej się bronić przed napastnikami. Widać lepiej i łatwiej strzelać z łuku. Elementem obronnym jest też system wchodzenia do domu. Owa długa żerdź jest tak zawieszona, by w każdej chwili można ją było podciągnąć i uniemożliwić wejście do domu. A ścięcie drzewa z kilkoma wojownikami na górze to duże ryzyko. W każdym domu jest przynajmniej kilkadziesiąt ostrych strzał. Niektóre na zwierzęta (inne na ptaki, inne na ryby, a jeszcze inne na ssaki), a niektóre – te z zadziorami, z grotem najczęściej z kości kazuara – na ludzi. Niektóre ze strzał są zatrute – ostrze oblepione jest trucizną w czarnym kolorze. Te na pewno nie służą do polowań na zwierzęta.

Większość chat budowana jest na wysokości kilku, kilkunastu metrów, na przyciętym pniu drzewa. Niektóre jednak są naprawdę wysoko – w koronach wysokich, żyjących drzew, nawet 30-40 metrów nad ziemią. Wejście do tych domostw jest już inne – to system kilku drabin z powiązanych włóknami żerdzi. Co kilka metrów budowana jest platforma pośrednia, przypominająca koncepcyjnie znane nam półpiętra. Ale dla nas, Europejczyków, te konstrukcje są trochę zbyt słabe. Moja próba kończy się pourywanymi szczeblami. Dobrze, że na początku drogi. Nie zauważyłem, by podniebne chaty zbudowane na szczytach wysokich drzew były aktywnie używane. Raczej stoją, a w zasadzie wiszą, puste. Pewnie wracają do łaski tylko w razie niebezpieczeństwa. Co ciekawe, lekka konstrukcja chat nie oznacza, że są mało wytrzymałe. W niektórych spośród tych, w których sypiałem przebywało nawet po kilkanaście osób – członkowie klanu, goście. Co prawda chwiały się nieco, ale nie wzbudzało to jakoś obaw ich mieszkańców. Niektóre chaty podzielone są ściankami z suszonych liści palmy. Tak zaaranżowane pomieszczenia służą różnym celom. Tak jak w tradycyjnym domu.

Co ciekawe, w nadrzewnych chatach pali się ogniska – w każdej z odwiedzanych chat było po kilka palenisk, rozpalanych zależnie od potrzeb. Nieużywane paleniska przykrywane są suchymi liśćmi palmy – miałem okazję spać nad takim wygaszonym paleniskiem. Ogień służy m.in. do przygotowywania posiłków – pieczenia owoców, placków sagowych, upolowanej zwierzyny. Co prawda nie mieliśmy szczęścia kosztować dziczyzny (poza krokodylem zakupionym w Mabul), ale placki sagowe i mazia z kuansu były stałym elementem codziennej diety. Może pomogły nam przetrwać w dobrej kondycji? Za dnia chaty często są puste – mężczyźni polują, zakładają sidła, ścinają drzewa, kobiety przygotowują sago, zbierają owoce, zajmują się dziećmi. Wieczór, czasami trwający do późnej nocy, to nie pora na spanie. Wielogodzinne pogawędki przy ognisku są na porządku dziennym, a raczej nocnym… A przy okazji charczenie, spluwanie, chrząkanie, które może nas doprowadzić do pasji. Jeśli następnego dnia planujemy długi marsz, to warto jednak spróbować zasnąć, więc zalecam wyposażyć się w zatyczki do uszu. Moskitiery i dawka skutecznych repelentów bardzo wskazane. Ale sen zalecany jest w umiarkowanych dawkach – takie spotkania są na wagę złota. Wykorzystajmy to. Być może za kilka lat nie będzie to już możliwe. Być może pozostaną nam rozmowy z aktorami udającymi autochtonów, albo z autochtonami odgrywającymi role za pieniądze, które zostawimy u organizatora wycieczki z Jakarty.

Adam Dariusz Maciejewski