Citroën ë-C4 – awangarda na prąd – test redakcyjny

Zawsze, gdy mam kontakt z samochodami francuskiego producenta, odnoszę wrażenie, że przenoszę się do jakiegoś alternatywnego świata. Takiego, w którym nie ma ograniczeń technologicznych, wszystkie pomysły są dobre, a księgowi bujają się na hamakach, popijając kolorowe drinki i podpisują wszystko, co podkłada się im pod nos. Miałem okazję pojeździć Citroënem ë-C4 w wersji na 2025 rok i choć od tego czasu minęło już trochę dni i kilka kolejnych testów innych aut, ja wciąż wracam myślami właśnie do Citroëna. Tym razem bez kropli benzyny.

Autor: Michał Garbaczuk

Nadal nieco abstrakcyjnie

Już nawet nie odwagą, a czystą brawurą wykazali się decydenci Citroëna, dając zielone światło temu projektowi. ë-C4 jest tak bardzo inny od wszystkiego, co jeździ po drogach, że nawet Cactus przy nim wydaje się modelem zachowawczym. Na karoserii dzieje się tyle, że zaczynam podejrzewać, iż projektant zabrał „robotę” do domu, naszkicował bryłę, po czym wyszedł do kawiarni, zostawiając uchylone drzwi do gabinetu. Resztę historii zrozumieją wszyscy, którzy mają (lub mieli) małe dzieci i kredki pod ręką.

Podzielone reflektory stały się już znakiem rozpoznawczym marki, ale linia nadwozia wciąż potrafi zaskoczyć. Jest tu coś z liftbacka, coś z crossovera coupé i coś z… limuzyny. Przód przypomina mordkę buldoga francuskiego, ale z domalowanymi wąsami, tył zaś wygląda jak efekt współpracy Pabla Picassa z dziecięcą wyobraźnią. Przekoszone lampy, spoiler dzielący szybę na pół, powyginany zderzak i atrapy sportowych wylotów w błotnikach. Tylko jedno się zmieniło – nie ma już końcówek wydechu, bo i po co, skoro ë-C4 porusza się niemal bezszelestnie. I wiecie co? Ten stylistyczny bałagan nadal kupuję w całości.

Inaczej i bardzo wygodnie

Wnętrze jest dokładnie takie, jakiego się spodziewałem – znajome, ale nie nudne. Fotele znam z innych modeli marki i wciąż uważam je za jedne z najwygodniejszych w klasie. Pozycję za kierownicą ustawia się bez pośpiechu, bo to auto nie prowokuje do nerwowych ruchów. Gdyby zakres regulacji kierownicy był o te symboliczne dwa centymetry większy, byłoby idealnie, ale nie psujmy sobie dnia drobiazgami.

Schowków jest mnóstwo, a patent z wysuwaną szufladą i uchwytem na tablet dla pasażera wciąż uważam za genialny. Konsola środkowa oferuje ładowanie indukcyjne, sensowne uchwyty na kubki i porządny podłokietnik. Tylna kanapa to osobny temat. Jest wygodna, miękka i wręcz zaskakująco komfortowa jak na segment kompaktowy. To auto idealnie nadaje się do miasta, ale też świetnie odnajdzie się w roli samochodu dla rodziny 2+1 z małym psem. Pomaga w tym bagażnik, który jest foremny, łatwy do spakowania i bardzo poręczny w codziennym użytkowaniu. Na weekendowy wyjazd wystarczy w zupełności.

Cyfrowe zegary wciąż są… odważne. Ich grafika wygląda, jakby ktoś projektował ją na komputerze Atari, ale trzeba im oddać jedno: są inne niż wszystkie. Po zmroku całość zyskuje dzięki ambientowemu oświetleniu i robi się przyjemnie, wręcz domowo.

Żagle staw!

Najważniejsze jednak, że komfort jazdy pozostał znakiem rozpoznawczym Citroëna. A nawet więcej. Wwersji elektrycznej wrażenie „latającego dywanu” jest jeszcze mocniejsze. Cisza, płynność i brak wibracji sprawiają, że ë-C4 sunie po mieście z godnością większą, niż sugerowałby jego segment. To trochę jakby ktoś wziął najlepsze cechy dawnych modeli z hydropneumatycznym zawieszeniem i przeniósł je do XXI wieku, tylko bez skomplikowanej magii pod spodem.

Silnik elektryczny nie próbuje udawać sportowca. I bardzo dobrze. Reakcja na gaz jest płynna, przyspieszenie wystarczające, a całość idealnie wpisuje się w charakter auta stworzonego do spokojnego, komfortowego przemieszczania się. To nie jest samochód do wygrywania sprintów spod świateł. To auto do życia, a nawet kochania.

Jedyną rysą na tym obrazie okazuje się zasięg. W trasie realne 250 kilometrów sprawia, że ë-C4 nie jest idealnym kompanem długich podróży. Częste ładowanie potrafi skutecznie zniechęcić do dalszych wypadów. Szkoda, bo gdyby ten samochód był w stanie przejechać 300–340 km bez stresu, praktycznie nie miałby wad. Czy to kwestia pojemności baterii, czy odpowiedniego jej wykorzystania, odpowiedź pozostawiam inżynierom.

I znów to zrobili

Żyjemy w czasach, w których wszystko się ujednolica, a samochody coraz częściej wyglądają jak wygenerowane przez ten sam algorytm. Bałem się, że w wielkiej motoryzacyjnej korporacji Citroën zgubi swój charakter. Tymczasem okazało się, że oni znów to zrobili. Poszli swoją drogą, przeszli przez Narnię, wyszli po drugiej stronie lustra, a na koniec usiedli gdzieś na Montmartre z winem i bagietką.

Citroënie – nawet, gdy jesteś na prąd – kocham Cię za Twoje szaleństwo.