
Założyciel firmy, Pan Andre Citroen marzył o tym, by budować najbardziej komfortowe samochody na świecie. Otaczał się więc kreatywnymi ludźmi, którzy swoimi pomysłami wykraczali poza standardy i tworzyli rozwiązania znacznie wyprzedzające swoje czasy. Sto lat później Citroen wciąż kojarzony jest awangardowymi rozwiązaniami, a ja sprawdziłem ile zostało z marzeń Pana Citroena.
Michał Garbaczuk
Wstęp do historii
Citroen 2CV dostał konkretne zadanie. Miał przewieźć dwie dorosłe osoby, owcę i kopę jajek w koszu. Powiecie, co to za wyzwanie? Tak, ale miał przewieźć pasażerów z towarem po zaoranym polu. I to przy założeniu, że jego konstrukcja będzie nie bardziej skomplikowana od młotka. Samochód zadanie spełniał bez problemów i długo służył swoim właścicielom na francuskiej wsi. Z czasem stał się autem kultowym, bo pokochali go europejscy Hipisi, a i gwiazdy rocka chętnie pokazywały się za kierownicą tej specyficznej konstrukcji. Pewien żółty egzemplarz zagrał nawet rolę w filmie „tylko dla Twoich oczu”, jednym z serii o Agencie 007. Równolegle do 2CV, Citroen produkował model DS (czytając po francusku Deesse, czyli Bogini). Był to ultraluksusowy samochód wykorzystywany przez biznesmenów i polityków jako reprezentacyjna limuzyna. Auto wyposażone było w hydropneumatyczne zawieszenie, które dosłownie unosiło karoserię nad jezdnią oraz skrętne reflektory, doświetlające drogę na zakrętach. Był tak nowoczesny, że jeździł nim nawet filmowy Fantomas. Marka stała się legendą, a jej modele zawsze kojarzyły się z luksusem. Pod koniec XX wieku przyszedł kryzys, a Citroen, by ratować się porzucił część swoich rozwiązań na rzecz prostej, wręcz zwyczajnej mechaniki.
Dziś wchodzimy w trzecią dekadę XXI wieku i dzięki rozwojowi komputerów i technologii konkurencja dogoniła Citroena i potrafi zaproponować podobne rozwiązania techniczne, ale czy potrafi zapewnić porównywalny komfort jazdy?

Subtelne krągłości
W 2020 roku każdy chce jeździć SUV-em, więc i Citroen produkuje SUV-y. Stworzył przecież legendarnego 2CV, który jeździł po wszystkim nie mając napędu 4×4. Jednak klient oczekuje od samochodu, żeby łączył cechy samochodu na wieś i komfortowej limuzyny. Dla takiego klienta Citroen stworzył model C5 Aircross. Specyficznego przodu nie da się pomylić z inną marką. Ze swoimi rozdzielonymi światłami jest tak charakterystyczny, jak Louis Defines w filmach o Żandarmie z Saint Tropez. Designerzy nie szczędzili także paneli z tworzyw sztucznych, które skutecznie zabezpieczają karoserię przed przypadkowym uszkodzeniem. Ciekawym i niezwykle praktycznym rozwiązaniem jest przedłużenie płatów drzwi, aż na progi. Dzięki takiemu trikowi progi są zawsze osłonięte przed brudem, a wasze spodnie czyste. Podoba mi się również kolorystyczne ocięcie na wysokości szyb, przez co dach wygląda , jakby unosił się nad autem. Miękkie linie nadwozia i wszechobecne obłości sprawiają, że auto po prostu dobrze wygląda, a to jedynie przedsmak, tego, co czeka na nas w środku.

Luksus jak na jachcie
Wnętrze rozpieszcza swoim komfortem. Fotele są tak miękkie, jak te w najlepszych klubach dla dżentelmenów. Są one oczywiście pokryte miłą w dotyku skórą, podobnie jak elementy deski rozdzielczej i spłaszczone u dołu koło kierownicy. Po zajęciu miejsca otulony zostałem przyjemną miękkością siedzeń. Przez chwilę nie mogłem znaleźć poprawnej pozycji, ale z każdą minutą było coraz lepiej. Po prostu nie byłem przygotowany na takie luksusy. Konstruktorzy nie silili się na zbytnie obudowywanie ich boczkami, dlatego nawet jeśli przez ostanie 2 lata omijaliście kluby fitness, a jedynym waszym wysiłkiem było pokonanie oporu uszczelki w drzwiach lodówki, nic nie będzie was uwierać i denerwować. W kabinie poczujecie się jak na pokładzie luksusowego i nowoczesnego jachtu. Wszystkie tworzywa są miłe w dotyku i tak miękkie, że moi pasażerowie bezwiednie przykładając do nich głowy, zaczęli zmieniać stan świadomości. Tak się teraz zastanawiam, że gdyby służba zdrowia musiała kupić samochody do przewożenia agresywnych pacjentów, to Citroen C5 Aircross spełniłby wszystkie warunki. Tu po prostu nie da się zrobić sobie krzywdy, a po 2 kilometrach wszyscy śpią na swoich miejscach.

A ja płynę…
Zawieszenie unosi Citroena C5 Aircross ponad nawierzchnią w iście królewskim… chociaż nie, w sułtańskim stylu. W tym aucie komfort resorowania nabiera zupełnie nowego znaczenia, a jeśli komuś z was wyrwało się kiedyś, że jego samochód „płynie” to nie „płynął” jeszcze nowym SUV-em Citroena. To zupełnie nowy wymiar, niespotykany dotąd w motoryzacji. Wydaje mi się, że koło sterowe, zamiast kierownicy lepiej oddawałoby klimat, jaki tworzy się podczas jazdy. Tak, wiem, traci na tym precyzja prowadzenia, ale C5 Aircross nie jest łodzią sportową, a luksusowym jachtem, na pokładzie którego mamy odpoczywać, a nie zmagać się z najmniejszą falą. Konstruktorzy Citroena znów poszli kilka kroków dalej i stworzyli zawieszenie, będące połączeniem klasycznej konstrukcji amortyzatora i sprężyny, ale z dodatkowym układem hydraulicznych odbojników Progressive Hydraulic Cushions, których zadaniem jest niwelowanie efektu „dobicia” przy pokonywaniu znacznych nierówności. Efekt jest oszałamiający. Poczułem się, jak kapitan pasażerskiego promu, sunącego bezszelestnie po szmaragdowych wodach Morza Karaibskiego. Zaskakuje także wyciszenie wnętrza. Do moich uszu nie docierały żadne hałasy i szumy opływającego powietrza, choć rozpędziłem ten statek do dozwolonych prędkości autostradowych. Jednak leniwe usposobienie i sielski klimat w kabinie nie nastraja zbytnio do szybkiej podróży. Pod maską testowanego przeze mnie egzemplarza pracował silnik wysokoprężny o mocy 130 KM. Pozwala on rozpędzić ten jacht do 100 km/h w 10,6 sekundy, zachowując przy tym wszystkie swoje marynistyczne cechy i zużywając niewiele ponad 5 litrów oleju napędowego na każde 100 km. Podczas sprintu spod świateł tył auta przysiada jak w motorówce, a automatyczna 8-biegowa skrzynia biegów idealnie gładko zmienia kolejne przełożenia. Bardziej niż zwykle uważać trzeba na zakrętach. Nadwozie przechyla się bowiem, niczym regatowe łodzie podczas wyścigu Sydney-Hobart. Muszę was uspokoić, że to uczucie nie ma wpływu na bezpieczeństwo prowadzenia. Powiem szczerze, że ubawiłem się setnie i już drugiego dnia testu zastanawiałem się, czy zamiast prawa jazdy nie powinienem wozić ze sobą patentu żeglarskiego.
Ale dość już tych morskich opowieści. Citroen C5 Aircross pokazuje, że Francuzi nie zapomnieli o swoim dziedzictwie i wciąż potrafią konstruować ultrakomfortowe samochody. Bardzo się z tego cieszę, bo szybko postępująca unifikacja sprawia, że coraz bardziej zacierają się różnice nie tylko pomiędzy poszczególnymi markami, ale jadąc z zawiązanymi oczami ciężko byłoby trafić, z jakiego kraju pochodzi dany samochód. Tu nie mam żadnych wątpliwości – Citroen C5 Aircross jest dumnym Francuzem ze swoim historycznym upodobaniem do przepychu, ale i ze wszystkimi swoimi narodowymi przywarami. A na horyzoncie pojawił się już okręt pływający pod ekologiczną, hybrydową banderą. To będzie dopiero fregata. Vive la France! Vive la Cote d’Azur! Vive la Citroen!













