Zygmunt Berdychowski

4

Rozmowa z Zygmuntem Berdychowskim, Przewodniczącym Rady Programowej Forum Ekonomicznego

– Jest pan organizatorem najbardziej prestiżowej imprezy biznesowej w naszym kraju. Musi się pan czuć spełniony jako manager.
– Prawdę mówiąc, nigdy nie podejrzewałem,  że mam zdolności w dziedzinie zarządzania. W moim życiu wiele dzieje się przez przypadek czy dzięki pomocy życzliwych ludzi.

– Czy tak również było w przypadku krynickiego Forum?
– Pewnie nie byłoby Forum, gdybym… jako student w latach 80. nie zaczął roznosić ulotek i chodzić na demonstracje, za co dwa razy trafiłem do więzienia. To przykre wspomnienie, ale dla mnie był to czas hartowania charakteru, czas, kiedy uczyłem się, że nawet niemożliwe może stać się możliwe. Na szczęście, czułem wsparcie ze strony władz mojej uczelni – Uniwersytetu Jagiellońskiego – i kolegów z Wydziału Prawa, a moim ulubionym wykładowcą był dzisiejszy prezydent Krakowa – Jacek Majchrowski. To on zachęcił mnie do napisania doktoratu na temat doktryn politycznych, którego nie dokończyłem, ponieważ musiałem odsłużyć rok w wojsku. Poczucie, że jestem w armii, z którą nie mogłem się identyfikować, utrwaliło tylko moją determinację w realizacji celów, które sam sobie wyznaczyłem. Początek lat 90. to czas wielkich zmian, wspólnie z kolegami przygotowywałem wolne wybory. Potem dwa razy zostałem posłem – I i III kadencji. Jesienią 1991 r. przygotowałem konferencję „Polska 3 lata po rewolucji Solidarności”. W tym celu powołałem Instytut Studiów Wschodnich, rok później Fundację ISW, która do dziś jest organizatorem Forum Ekonomicznego.

– Dlaczego Forum odbywa się właśnie w Krynicy?
– Zadecydowało przywiązanie do rodzinnych stron. Pochodzę z niewielkiej wsi Niskowa koło Nowego Sącza.

– Zdecydował się pan jednak na Krynicę, a nie Nowy Sącz.
– Rzecz jasna, że na początku myślałem o Nowym Sączu, ale ulokowana zaledwie 30 km dalej Krynica oferowała znacznie lepsze warunki lokalowe. Chociaż dzieliły nas poglądy polityczne, zyskałem wsparcie wojewody Antoniego Józefa Wiktora, który wywodził się z PZPR. To właśnie on przekonał mnie, że trzeba wykorzystać potencjał Krynicy. Na pierwsze spotkanie zaprosiłem polityków różnych orientacji, m.in. Oleksego, Ślisza, Bieleckiego, Kaczyńskiego, Janowskiego. I od razu rozpoczęły się kłopoty. KPN postanowił zorganizować strajk okupacyjny, protestując przeciwko obecności Józefa Oleksego, który notabene też jest nowosądeczaninem. Oczywiście, nie uległem tym naciskom, co zresztą okazało się zbawienne dla kolejnej konferencji, w 1993 roku. Józef Oleksy pojawił się już jako marszałek Sejmu, co zachęciło do przyjazdu wielu polityków. W związku z tym czasem żartuję, że Oleksy uratował Krynicę…

– Jak ukształtował się obecny model spotkań?
– Znów zadecydował przypadek. W 1993 roku główny temat stanowiła „Rozmowa o polityce zagranicznej”, a konferencja nosiła nazwę Forum Polska-Wschód. Zaproszeni Litwini zaprotestowali: „My nie jesteśmy przecież żadnym Wschodem”. W związku z tym pojawiła się nowa nazwa: Forum Ekonomiczne. I tak już zostało.

– Proszę przypomnieć, jak wyglądały pierwsze konferencje.
– Co tu kryć – dość skromnie. Wszyscy uczestnicy – czyli 120 osób – mieścili się w sali balowej starego Domu Zdrojowego. Gościom spodobała się formuła konferencji – być może dlatego, że jako organizator nie miałem żadnych celów politycznych. Zależało mi wówczas, podobnie jak dzisiaj, tylko na tym, żeby zapewnić uczestnikom jak najlepsze warunki do spotkań i rozmów na różnym szczeblu. W ten sposób wprowadziłem w życie radę jednego z moich profesorów z UJ: „Jeśli coś robisz, rób to dobrze.” Rzecz jasna, w Krynicy pojawiali się później prezydenci i premierzy i wygaszali deklaracje o charakterze politycznym, ale nie należy tego wiązać z Fundacją ISW.

– Liczba gości szybko rosła…
– Dopiero po 2001 roku, gdy przestałem być posłem i zacząłem poświęcać znacznie więcej czasu organizacji Forum. Przez długi czas dominowali goście z Polski, przyjeżdżało 500-600 osób. Kolejne lata to okres rozwoju konferencji – w ubiegłym roku mieliśmy 2,5 tys. uczestników. Zaczęli się pojawiać nie tylko znani politycy z wielu krajów, ale też najwybitniejsi przedstawiciele świata biznesu. Rozwój Forum odzwierciedla to, jak rozrastała się Fundacja ISW. Początkowo zatrudniała 2 osoby – dziś 50. Nad przygotowaniem cyklu konferencji pracuje w szczycie około 600 osób. Nie muszę chyba dodawać, jakie to ma znaczenie dla Krynicy – wszystkie hotele i restauracje są pełne. Znakomici goście, którzy poddadzą się urokowi pięknej ziemi nowosądeckiej – to jej potencjalni ambasadorzy.

– Wspomniał pan o 50 pracownikach – czym zajmują się na co dzień, Forum Ekonomiczne jest raz w roku.
– Forum Ekonomiczne to rozbudowany projekt. Od kilku lat z sukcesem organizujemy mniejsze konferencje zagraniczne – Europa-Rosja, Forum Energetyczne, Forum Europa-Ukraina oraz Forum Europa-Azja Centralna. Dużym sukcesem była konferencja, która w zeszłym roku odbyła się w Waszyngtonie. Naszym partnerem był Uniwersytet Johna Hopkinsa. W spotkaniu w Rzymie poświęconym relacjom Europa-Rosja wziął udział prezydent Włoch. Znakomitych gości pozyskaliśmy też na konferencje w Wiedniu, Barcelonie, Rzymie i Pradze. Dlatego zespół Instytutu ma dużo pracy przez cały rok, a jej kulminacją jest, oczywiście,
Forum w Krynicy.

– Oznacza to również, że tematyka relacji ze Wschodem jest nadal w centrum uwagi kierowanego przez pana Instytutu Studiów Wschodnich.
– Sprawy te zawsze były mi bliskie. Tytuł mojej pracy magisterskiej: „Wojna 1920 i Pokój Ryski” mówi sam za siebie. Corocznie Instytut przygotowuje raporty, poświęcone m.in. transformacji Rosji i innych krajów bloku postsowieckiego. W roku 2005 roku powołaliśmy Szkołę Forum Ekonomicznego, a w jej ramach specjalny program przeznaczony dla młodzieży z krajów przechodzących transformację. Dzięki temu w latach 2006 i 2007 odwiedziło Polskę prawie 700 osób z różnych krajów Europy Wschodniej. Tematyka wschodnia znajduje się cały czas w centrum naszego zainteresowania. Jesienią organizujemy w Berlinie konferencję Europa-Mołdowa.

– Wielu publicystów podkreśla, że przegraliśmy szansę na dobre relacje z Rosją, co ma fatalne skutki ekonomiczne.
– Uważam, że należy na te sprawy spojrzeć w szerszej perspektywie. Do 1989 roku relacje między obu krajami regulowały obce nakazy. Z dnia na dzień zmieniły się relacje. Rzec można, że zniknął jeden rynek, a drugi się nie narodził. Jestem przekonany, że nadal mamy wielkie szanse na ożywienie stosunków gospodarczych, zresztą nie tylko z Rosją, ale z wieloma krajami – m.in. z Kazachstanem i Azerbejdżanem. Na to jednak potrzeba czasu. Proszę nie zapominać, że dobre relacje francusko-niemieckie budowano 50 lat. Trudno więc oczekiwać, że podobny proces pomiędzy Polską i Rosją zajmie tylko 10 lat. Co więcej, poprawa relacji między naszymi krajami nie może się odbyć kosztem Ukrainy. Potrzebna jest otwartość elit obu krajów, musimy nauczyć się mówić o sprawach trudnych. Po to między innymi organizujemy spotkania w Krynicy.

– Mówił pan wcześniej o cechującym pana uporze. Jaki to miało wpływ na pana sukcesy jako maratończyka?
– W 2004 roku mój szwagier, Jarosław Szostakowski, zaproponował: Może byśmy wybrali się razem na półmaraton, to doskonały sposób, żeby się odchudzić. Chętnie zgodziłem się, na studiach sporo biegałem i sprawiało mi to przyjemność. W pierwszych zawodach szwagier pokonał mnie o 14 minut. We wszystkich następnych już z nim wygrywałem. Zacząłem ćwiczyć regularnie, po dwóch latach zdecydowałem się wziąć udział w słynnym maratonie w Nowym Jorku. Byłem zaskoczony skalą imprezy: 40 tys. biegaczy obserwuje 3 miliony widzów. Udział w biegu zgłasza 130 tys. osób i każdy płaci za to 9 dol. Start kosztuje już 150 dol. Szybko dokonałem podsumowania – przecież to znakomity interes. Zaraz po powrocie z USA zacząłem pracować nad organizacją Festiwalu Biegowego, który zlokalizowałem, rzecz jasna, na mojej ukochanej nowosądecczyźnie. W pierwszej edycji, w 2009 roku, wzięło udział 900 biegaczy. W tym roku zapisało się 2,5 tys. Nie jest to tak prosty biznes, jak by się mogło wydawać. Nasz Festiwal wymaga sporych nakładów jeszcze przez 3-4 lata.

Co lubi Zygmunt Berdychowski?

Ubrania – styl konserwatywny, choć nie lubi krawatów. „Próchnik”
Wypoczynek własny dom w rodzinnym Niskowie koło Nowego Sącza
Kuchnia – staropolska
Restauracje – nic mu nie smakuje bardziej niż dania przygotowane przez żonę
Samochód – na co dzień mały Mercedes B, na wyjazdy z rodziną Chrysler Town & Country
Hobby – wyprawy w góry. Zdobył już najwyższe góry na 5 kontynentach, łącznie z… Mount Vinson na Antarktydzie. Marzenie to zdobycie Mount Everest. Jest maratończykiem, codziennie biega przez 1,5 godz. Dużo czyta – najbardziej lubi literaturę rosyjską, zarówno dawną, jak i współczesną. Interesuje się też II Wojną Światową