Tysiące kresek

2

Włodzimierz Szpinger, malarz i rysownik, o tym, jak ważne jest dla artysty konsekwentne podążanie własną drogą

Zacznijmy od tego, kiedy został pan artystą?
Nie pan pierwszy mnie o to pyta, więc zamiast odpowiadać, pokazuję na ekranie smartfona swoje zdjęcie wykonane, gdy miałem dwa lata. Rysuję od zawsze, pierwszy obraz olejny namalowałem, gdy miałem 7,5 roku. Rzecz jasna, wspierali mnie w tym rodzice – ojciec, przedwojenny wydawca, a później księgarz, oraz matka, pianistka. Rzec można, że w takiej rodzinie jak nasza byłem… skazany na sztukę. Tym bardziej że mój stryj Alexander von Szpinger, który przez większość życia mieszkał w Weimarze, był jednym z najznakomitszych malarzy niemieckich.

Mieszka pan w Sopocie.
Moja rodzina wywodzi się z Warszawy. Cudem razem z rodzicami przetrwaliśmy powstanie w piwnicy zburzonego domu. Potem przenieśliśmy się do Łodzi, gdzie ukończyłem liceum plastyczne. Studiowałem na ASP w Gdańsku i okres ten wspominam z mieszanymi uczuciami. Dominował wówczas koloryzm, a ja z uporem chciałem uprawiać sztukę figuratywną, co więcej, przekazującą pewne literackie treści. Choć profesorowie mnie krytykowali, trwałem przy swoim. Byłem przekonany, że moim posłannictwem jest reanimacja prawdziwego rysunku, którego ostatnim wielkim przedstawicielem w Polsce był Daniel Chodowiecki. Podobnie jak arcymistrz Albrecht Dürer stosowałem technikę tysięcy kresek, nie ułatwiając sobie pracy za pomocą lawowania. To właśnie rysunek stanowi dla mnie sedno i sens pracy artysty – kolor jest elementem ważnym, lecz uzupełniającym.

To radykalny sąd, lecz oglądając pańskie prace, można zrozumieć, na czym polega głoszona przez pana idea supremacji rysunku nad kolorem…
Droga, jaką wbrew modom i trendom zdecydowałem się wybrać, okazała się w konsekwencji słuszna – nie dość, że moje prace znajdują nabywców, to jeszcze nierzadko muszą oni miesiącami czekać, aż obraz opuści pracownię. Przed 1989 r. nie byłem lubiany przez władze ze względu na tematykę moich obrazów, zwłaszcza cyklu przedstawiającego różne warianty Sądu Ostatecznego. W związku z tym dwukrotnie wyjeżdżałem z Polski – do Holandii i Austrii. Nie zdecydowałem się jednak zostać za granicą, choć mogłem tam bez problemu utrzymać się z pracy twórczej.

Gdzie sprzedawał pan swe prace?
W Polsce – przede wszystkim w salonie DESA w Gdyni. Wiele moich obrazów kupili kolekcjonerzy z USA, Wielkiej Brytanii, Niemiec i znad Zatoki Perskiej. Obecnie współpracuję z jedną tylko galerią, Quadrilion w Warszawie, którą prowadzi Carmen Tarcha. Chciałbym podkreślić, że jest to wyjątkowa galerystka, która przede wszystkim jest wiarygodnym doradcą kolekcjonerów i inwestorów, dbającym o to, by ceny odzwierciedlały rzeczywistą wartość oferowanych dzieł.

Skoro już o tym mówimy. Ile kosztuje pański obraz o wymiarach ok. 100 x 70 cm i niewielki rysunek 20 x 30 cm?
Galeria Quadrilion oferuje moje obrazy w cenie 80–90 tys. zł. Powiem żartem, że popyt przewyższa podaż, ponieważ potencjalny nabywca musi cierpliwie czekać niemal pół roku. Rysunki, które obecnie prezentuję na wystawie indywidualnej, wycenione zostały na 10–11 tys. zł.

Słowem, w odróżnieniu od przymierających głodem artystów awangardowych nie narzeka pan na brak zainteresowania ze strony kolekcjonerów?
Od ponad półwiecza konsekwentnie podążam swoją drogą. Jak wcześniej zaznaczyłem, nie zawsze było mi łatwo. Cieszę się, że nigdy nie zszedłem z wybranej ścieżki i moja konsekwencja