Rafał Maciejewicz

9

Rozmowa z Rafałem Maciejewiczem, szefem sprzedaży Adobe w Europie  Wschodniej

– W pana życiu historia splata się z nowoczesnością: będąc w prostej linii potomkiem Eugeniusza Kwiatkowskiego, jest pan managerem w amerykańskiej firmie, znanej na całym świecie dzięki programowi Photoshop…
– Nie widzę w tym żadnej sprzeczności. Zgodnie z rodzinną tradycją, skończyłem studia techniczne i wybrałem drogę rozwoju zgodną z moimi zainteresowaniami. Mój pradziadek, którego zresztą bardzo dobrze pamiętam, ponieważ jako dziecko spędzałem z nim dużo czasu, był inżynierem chemikiem. Po studiach we Lwowie i Monachium podjął pracę w fabryce, której wicedyrektorem  był przyszły prezydent II RP Ignacy  Mościcki, również chemik. Znajomość ta miała poważne konsekwencje dla Polski.

– Kwiatkowski odegrał porównywalną rolę w okresie międzywojennym, jak Leszek Balcerowicz w czasie przełomu.
– Dzięki wsparciu prezydenta Mościckiego miał możliwość wprowadzania swych idei w życie. Piastował funkcje ministra przemysłu i skarbu, był wicepremierem. Jego najbardziej znanym osiągnięciem była budowa Gdyni – portu, który stanowił wówczas przeciwwagę dla Wolnego Miasta Gdańska, ciążącego ku Niemcom. Z kolei Centralny Okręg Przemysłowy stanowił udaną próbę industrializacji biednej części kraju.

– Mało znane są powojenne losy Kwiatkowskiego.
– Był to najtrudniejszy okres w jego życiu. W 1945 roku zdecydował się wrócić do Polski i zaangażować się w powojenną odbudowe kraju. Miał 57 lat, był w pełni sił. Został delegatem rządu do spraw odbudowy Wybrzeża. Ówczesne władze nie potrafiły docenić jego kompetencji i doświadczenia. Został zesłany na przymusową emeryturę połączoną z zakazem zamieszkania w Trójmieście lub Warszawie. Zdecydował się osiedlić w Krakowie, gdzie zajął się pisaniem pamiętników i pracą naukową. Nie muszę chyba wyjaśniać, co oznaczało to dla człowieka pełnego energii, a w dodatku wnikliwego obserwatora absurdów gospodarki socjalistycznej. Na krótko przed śmiercią – w 1974 roku – Edward Gierek poprosił go o ocenę projektu Portu Północnego. Był to czysto koniunkturalny gest, obliczony na efekt propagandowy.

– W jaki sposób dziedzictwo to wpłynęło na pana życie?
– Podobnie, jak mój ojciec, mam duży dystans do polityki. Po pradziadku odziedziczyłem styl pracy. Nie potrafię się angażować połowicznie, działać „na pól gwizdka”. Dużo od siebie wymagam, ale tez potrafię powiedzieć: stop i cieszyć się wynikami pracy. Kolejna rodzinna cecha to ciekawość świata. Po trzech latach studiów w krakowskiej AGH, zdecydowałem się przenieść na Uniwersytet Stanowy w Nowym Jorku. Była to dobra decyzja, przede wszystkim ze względu na wysoki poziom nauczania informatyki. Przy okazji – mogąc wybrać dodatkowy kierunek – zaliczyłem fascynujący kurs enologii.

– Mógł pan zostać w USA.
– Postanowiłem jednak wrócić do Polski i w dodatku obroniłem dyplom na AGH. Był rok 1992, powstawało wiele firm, brakowało specjalistów w dziedzinie informatyki i osób doskonale znających angielski. W 1996 roku podjąłem pracę w „Solidexie”, żeby rok później znaleźć się w jego zarządzie. Następnie zostałem szefem sprzedaży w „Gemplus”, francuskiej firmie działającej też na Węgrzech, w Rumunii i Bułgarii. Mnóstwo czasu spędzałem w podróży, latając między oddziałami. Nawet takiego amatora podróży, jak ja, mogło to trochę zmęczyć. Pomimo „zalatania” w sensie dosłownym i w przenośni, w 2000 roku ukończyłem studia MBA. Trzy lata później zostałem szefem sprzedaży oprogramowania dla sektora bankowego IBM.

– Słowem – stał się pan trybikiem w machinie korporacji.
– Nie było tak źle. Pewne rozwiązania korporacyjne bardzo pomagają w prowadzeniu biznesu. Ważne jest jednak to, by znaleźć granicę, po przekroczeniu której korporacyjne reguły zaczynają przeszkadzać i tłamszą inicjatywę. Źle słuźy biznesowi model, w którym manager staje się urzędnikiem.

– Firma, w której obecnie pan pracuje to również korporacja.
– Jestem związany z Adobe od trzech lat. To wielka firma o zasięgu ogólnoświatowym, ale umie znaleźć złoty środek między tym co korporacyjne i indywidualne. Warszawski oddział, który odpowiada również za całą Europę Wschodnią, tworzyliśmy z kilkoma kolegami od zera. Szefem oddziału jest Arkadiusz  Krawczyk, z którym pracowaliśmy razem już w „Gemplusie”. Nasza wydajność jest imponująca, liczona w milionach dolarów na osobę…

– Adobe w odróżnieniu od innych gigantów IT, nie budzi negatywnych emocji wśród użytkowników oprogramowania, choć nie jest ono tanie.
– Jest to pierwsza firma, jaką znam, której klienci z własnej inicjatywy zakładają kluby, powołują fora internetowe. Słowo „Photoshop” stało się synonimem przyjaznego programu do graficznej obróbki zdjęć. Z kolei „Light Room”, czyli „jaśnia” (na wzór „ciemni”) to specjalistyczny program dla fotografików, stworzony w całości na podstawie sugestii przyszłych użytkowników. Firma przywiązuje ogromną rolę do kontaktu z klientami, którzy naprawdę decydują o kierunku rozwoju określonych produktów. Na tym polega fenomen Adobe – użytkownicy utożsamiają się z producentem.

– Trochę jak w dobrej restauracji – próbujemy tak długo, aż wszystkim będzie smakowało.
– Możemy poszczycić się najlepszym w branży współczynnikiem testerów do developerów. Wynosi 3:1, natomiast standardowo jest to 1:1. Efekt takiego podejścia stanowi bardzo mały odsetek błędów w oprogramowaniu.

– Na wstępie wspomniał pan, że chcąc osiągnąć sukces, należy się angażować na sto procent. Trzeba też umieć odpoczywać.
– Dla mnie prawdziwy relaks to żeglarstwo. Pierwsze doświadczenia na łodzi zdobyłem – pod kierunkiem ojca – mając zaledwie trzy lata. Obecnie, jako kapitan jachtowy, zwykle pływam po zimnych morzach. W zeszłym roku wybrałem się w rejs z Ziemi Ognistej w kierunku Antarktydy, byłem na Grenlandii, Spitsbergrenie, Islandii, w Patagonii. Niezwykłe przeżycie stanowiła dla mnie też niedawna wyprawa  w ciepłe rejony świata  – na Wyspy Salomona, które w przyszłości zapewne staną się rajem dla płetwonurków, ponieważ w idealnie przejrzystym morzu, na małej głębokości można oglądać amerykańskie i japońskie statki oraz samoloty z okresu II Wojny Światowej.

Co lubi Rafał Maciejewicz?
Zegarki – IWC, TagHeuer
Wypoczynek – aktywny, w niezbyt gorącym klimacie
Kuchnia – wegetariańska
Restauracja – Papaya w Warszawie
Samochód – cichy, z automatyczną skrzynią – a tak poważnie, to słabo rozróżniam samochody
Hobby – żeglarstwo, wiedza o winie