Marek Maria Pieńkowski

5

Rozmowa z Markiem Marią Pieńkowskim, przedsiębiorcą, promotorem sztuki i nauki

– Pańska kariera mogłaby stanowić kanwę filmu: młody lekarz z Polski robi karierę w USA, po latach odtwarzając rodzinne włości, żeby następnie zostać mecenasem sztuki i nauki…
– Wszystko to nie zdarzyłoby się, gdybym na początku studiów na warszawskiej Akademii Medycznej nie zdecydował się poświęcić nauce. Jako student drugiego roku zostałem współautorem pracy, którą opublikował najbardziej prestiżowy magazyn poświęcony nauce – czyli „Nature”. Działo się to pod koniec lat 60., co wówczas stanowiło niezwykły ewenement. Miałem dużo szczęścia, ponieważ moim promotorem był wybitny uczony i lekarz prof. Kazimierz Ostrowski, który wspierał zdolnych młodych ludzi. Na czwartym roku studiów znalazłem się wśród autorów książki „Embriologia ogólna”, która doczekała się aż siedemnastu wydań. Krótko mówiąc – przed ukończeniem medycyny miałem na koncie 8 poważnych prac naukowych. W 1971 roku obroniłem doktorat.

– A jak trafił pan do USA, w tamtych czasach niełatwo było się przedrzeć za „żelazną kurtynę”.
– Wyjechałem na stypendium naukowe do University of Pennsylvania, gdzie wykładał prof. Hilary Koprowski, twórca pierwszej w świecie szczepionki przeciwko wirusowi polio, wywołującemu chorobę Heinego-Medina. W tym okresie skoncentrowałem się na badaniach w dziedzinie biologii doświadczalnej i immunologii nowotworów. Choć bez trudu mogłem zostać w Ameryce, zdecydowałem się wrócić do kraju. Przez kilka miesięcy pracowałem w Instytucie Kształcenia Podyplomowego Lekarzy w Warszawie. Krótki, półroczny pobyt w Polsce spowodował, że dojrzałem do decyzji o emigracji. Przeważyły względy natury politycznej. W 1974 roku wyjechałem na stałe do USA.

– Nie był pan już stypendystą zza Oceanu, tylko potencjalnym konkurentem. To chyba mało komfortowa sytuacja.
– Wręcz przeciwnie, natychmiast znalazłem znakomitą pracę wykładowcy – w stopniu profesora – na Michigan State University. Stanowisko jakie zajmowałem, było bardzo komfortowe, ponieważ moje badania nie były zależne od tzw. grantów. Zajęcia ze studentami i możliwość specjalizowania się w immunologii dawały mi wiele satysfakcji. Ciągle czułem jednak niedosyt – chciałem wiedzę teoretyczną wykorzystywać w pracy klinicznej. Właśnie dlatego zdecydowałem się zrezygnować z kariery naukowej i zacząłem pracę w prestiżowym Henry Ford Hospital w Detroit. Na marginesie – była to wówczas wspaniała, kwitnąca metropolia, która w niczym nie przypominała degradującego się miasta, które opuszczają kolejne firmy. Chcąc praktykować jako lekarz, musiałem, oczywiście, nostryfikować mój polski dyplom. I tym razem miałem okazję pracować ze znakomitymi specjalistami, co przekłada się bezpośrednio na rozwój zawodowy. Moje kolejne miejsce pracy to jedna z najsłynniejszych placówek medycznych na świecie – John Hopkins Hospital w Baltimore. To wielka satysfakcja pracować z wielkimi sławami, wśród których był nawet laureat Nagrody Nobla. Stanowiło to dla mnie silny impuls, opublikowałem kolejne prace naukowe.

– A jednak postawił pan na własny biznes.
– Od dłuższego czasu myślałem o uruchomieniu własnej kliniki immunologicznej. Przeprowadziłem badania rynku, biorąc pod uwagę różne lokalizacje – m.in. Alaskę i Honolulu. W końcu zdecydowałem się na Knoxville w stanie Tennessee. W pewnej mierze na mój wybór wpłynął krajobraz, kojarzący mi się z Polską – łagodne wzniesienia, jeziora, lasy i pory roku, takie jak w rodzinnym kraju. Początek nie był łatwy – na moją niekorzyść przemawiał obcy akcent i niemożliwe do wymówienia nazwisko. Choć na moją korzyść przemawiało doświadczenie i wysoka pozycja zawodowa, często pojawiałem się w telewizji i w lokalnych gazetach, to jednak moi konkurenci mówili: „Polski doktor nie ma tu szansy na sukces”. Na szczęście, mylili się. W mojej klinice pojawiali się kolejni pacjenci. A wyniki, jakie osiągałem, mówiły same za siebie: w 90 proc. przypadków udawało się osiągnąć stan remisji, czyli braku objawów chorobowych. Osoby skazane na stałe stosowanie leków, po kuracji immunologicznej mogły je całkowicie odstawić. Stwierdziłem wówczas, że w moim zawodzie są dwie grupy: lekarze i pigularze. Ci pierwsi szukają przyczyn choroby i traktują pacjenta holistycznie. Drudzy leczą objawy, zapisując tabletki. Na marginesie – z zabiegów w moich 5 klinikach ambulatoryjnych korzysta 38 tys. pacjentów rocznie.

– Kiedy rozwinął pan biznes tak bardzo, że został pan przedsiębiorcą?
– Chciałbym podkreślić, że ciągle przede wszystkim jestem lekarzem. Każdy z pacjentów moich pięciu klinik jest przeze mnie badany. Dopiero później zajmują się nim inni lekarze. A skoro pytał pan o biznes, to w moim przypadku zaczęło się od odkrycia „zasady ZIP code”, czyli kodu pocztowego… Oglądając rachunki stwierdziłem, że moi pacjenci to ludzie używający tego samego kodu pocztowego co ja. Oznacza to, że w dziedzinie medycyny decydujące znaczenie mają rekomendacje zadowolonych pacjentów. Ważne jest to, żeby lekarz był postrzegany jako członek tej samej społeczności, który wysyła dzieci do tej samej szkoły, robi zakupy w pobliskim supermarkecie. Zrozumiałe, że chcąc rozwijać biznes, muszę stworzyć sieć klinik, z których każda będzie miała swój „ZIP code”.

– A jak zdobywał pan wiedzę na temat zarządzania?
– W praktyce kierując swoimi klinikami, ale też jako członek rad nadzorczych dwóch firm, których właścicielami byli moi pacjenci. Działali oni w zupełnie nowych dla mnie branżach – konsultingu i logistyki oraz produkcji pestycydów. Dzięki temu miałem okazję zrozumieć mechanizmy, jakie decydują o rozwoju na amerykańskim rynku.

– Jak scharakteryzowałby pan najważniejszą zasadę?
– Jeżeli interes się nie rozwija, jeśli nie rośnie przychód, należy czym prędzej zająć się czymś innym. Ważne jest również to, żeby co 5-7 lat zweryfikować reguły działania biznesu. Przy obecnym tempie rozwoju nie można zostać w tyle, bo to oznacza porażkę. I jeszcze jedno – nie wolno się poddawać w sytuacji, gdy określony projekt się nie uda. Przekonałem się o tym na własnej skórze. W latach 90. postanowiłem wejść w branżę, która – jak mi się wydawało – musi się szybko rozwinąć. Były to leki produkowane na bazie substancji, jakie można pozyskać od zwierząt zmodyfikowanych genetycznie. Dzięki zatrudnieniu znakomitych uczonych, m.in. z Polski, uzyskaliśmy hormon wzrostu na bazie mleka transgenicznych królików. Byliśmy w stanie zorganizować prawdziwą produkcję, a jednak się nie udało. Wówczas było to przedsięwzięcie zbyt nowatorskie. Dziś wiele ośrodków prowadzi tego rodzaju badania.

– Do reguł biznesu, o których pan mówił, należałoby dodać zapewne jeszcze zasadę: nigdy nie inwestuj wszystkich środków w jedno przedsięwzięcie, pamiętaj o dywersyfikacji. W pańskim przypadku była to inwestycja w Polsce.
– To bardziej skomplikowana sprawa niż biznes. Pochodzę z rodziny o bogatych tradycjach, sięgających XVI wieku. Moi synowie urodzili się i wychowali w Ameryce, a mnie zleżało na tym, żeby identyfikowali się z krajem przodków. Postanowiłem odtworzyć majątek Pieńkowskich w formie sprzed Powstania Kościuszkowskiego. Rodzice kupili i przekazali mi prawie 5 tys. ha – niegdyś należących do mojej rodziny – ziem na Lubelszczyźnie. Dwadzieścia lat temu byłem jednym z pionierów uprawy kukurydzy w Polsce. Stwierdziłem, że skoro rośnie w podobnych warunkach w USA, to i tu musi dawać znakomite plony. Zapoczątkowałem również pierwszą hodowlę bydła rasy American Black Angus. Nigdy nie zapomnę podróży z USA, kiedy wiozłem – wglądający jak bomba – pojemnik z zarodkami w ciekłym azocie. Dziś mam stado liczące 500 sztuk. Docelowo ma być ich 1 000. Bydło to dorasta bez antybiotyków, spożywa ekologiczną karmę. Daje najwyższej klasy mięso, którego tłuszcz ma tę niezwyk­łą właściwość, że obniża poziom cholesterolu.

– Może się pan cieszyć także w Polsce największym rarytasem amerykańskiej kuchni, czyli wspaniałymi stekami.
– Cieszy mnie, że wśród odbiorców znajdują się najlepsze polskie restauracje – Atelier Amaro i Dyspensa – ale ja sam nie potrafię jeść mięsa zwierząt, które hoduję. Coś mnie pow­strzymuje – przecież sam stworzyłem to stado.

– Zbudował pan imponującą rezydencję, która pełni nie tylko funkcję mieszkalną, ale przede wszystkim jest centrum kultury.
– Jestem wielkim miłośnikiem muzyki, literatury i sztuk plastycznych. Musiałem jednak skoncentrować się na jednej z tych dziedzin. Jeden z moich bliskich krewnych, Ignacy Pieńkowski, był malarzem i przed II Wojną Światową rektorem krakowskiej ASP, więc chcąc być wiernym tradycji stworzyłem fundację, która promuje i wspiera młodych twórców. Zapraszam ich do Pieńkowa, gdzie mogą tworzyć i spotykać się z innymi artystami z Polski, a też ze wschodu i zachodu Europy. Wybór dokonywany jest w ramach konkursu, w którym rolę jurorów pełnią wybitni artyści, a zarazem profesorowie: Stanisław Baj, Piotr Kielan i Adam Wsiołkowski. Często powtarzam, że w dzisiejszych czasach należy wojować na palecie, a nie za pomocą karabinów Kałasznikowa. Zależy mi na tym, żeby młodzi artyści reprezentujący różne kraje i tradycje mieli okazję poznać się, zrozumieć, na czym polega istota szacunku dla drugiego człowieka i wartości jakie reprezentuje. Na kolejne spotkanie planuję zaprosić przedstawicieli trzech religii – muzułmańskiej, katolickiej i protestanckiej oraz ateistów. To stwarza szansę na prawdziwy dialog międzykulturowy.

– Dzięki spotkaniom powstała interesująca kolekcja.
– Gościłem już 168 twórców, nierzadko posiadających bogaty dorobek. Sporej grupie zorganizowałem wystawy w mojej galerii w Knoxville. Pierwszy kontakt z kolekcjonerami z USA był dla nich ciekawym i inspirującym przeżyciem. Niektórym udało się sprzedać większość prac.

– W Polsce takie rzeczy zdarzają się bardzo rzadko. Rynek sztuki jest w powijakach.
– Właśnie dlatego niezwykle istotna jest promocja zarówno sztuki, jak i artystów. Na podobne wsparcie zasługuje działalność naukowa. Od 2004 roku stworzona prze mnie fundacja przyznaje nagrody za wybitne osiągnięcia w dziedzinie nauki. Laureat naszej Nagrody Naukowej dostał ostatnio tzw. Polskiego Nobla.

– Jak znajduje pan czas na tak wiele różnych aktywności, same tylko podróże między USA a Polską zajmują przecież mnóstwo czasu.
– Nie da się zaprzeczyć, że jestem pracoholikiem. Ale to praca sprawia mi mnóstwo przyjemności. Nauczyłem się tak gospodarować czasem, że wystarcza mi go na zaangażowanie społeczne oraz na realizację licznych hobby. Jestem Honorowym Konsulem RP w USA, a poza tym aktywnie działam w Partii Republikańskiej. Odpoczywam też… aktywnie. Znakomicie regeneruję się pilotując swój własny samolot lub pływając jachtem po Tennessee River.

Co lubi Marek Maria Pieńkowski?

Zegarki – zawsze Rolex
Ubrania – Armani
Wypoczynek – w lecie Paradise Island na Bahama, zimą narty w Vail w Colorado
Kuchnia – francuska
Restauracja – Erica Frechona w paryskim Bristolu, Erica Riperta na 51 str. w Nowym Jorku, a w Warszawie Atelier Amaro i Dyspensa
Samochód – w Polsce używa amerykańskich samochodów: m.in. Cadillaca, a w USA jeździ europejskimi: Mercedesem SL 500, Audi A7 i BMW X5
Hobby – osobiście pilotuje własny samolot Piper Seneca, żegluje, regularnie ćwiczy – jest zwolennikiem kalinistyki. Kolekcjonuje i promuje sztukę współczesną. Fascynuje go architektura – sam zaprojektował swoją rezydencję w USA  i w Pieńkowie, jego autorstwa jest też część mebli