Łukasz Wejchert

5

Rozmowa z Łukaszem Wejchertem, członkiem Komitetu Wykonawczego Grupy ITI, prezesem Zarządu Grupy Onet.pl, wiceprezesem Grupy TVN ds. online

Przed rokiem opublikowaliśmy ostatni wywiad z pańskim ojcem – Janem Wejchertem. Nigdy nie zapomnę spotkania, podczas którego autoryzowaliśmy tekst. Był charyzmatyczny, konkretny, a jednocześnie przyjacielski i dowcipny. Choć odniósł olbrzymi sukces, pozostał sobą. Czego nauczył się pan od ojca?

– Mieliśmy bardzo silne relacje emocjonalne, pozostając kumplami, a zarazem partnerami w biznesie. Ojciec często powtarzał, że trzeba włożyć ciężką pracę w to, co się chce osiągnąć. Kierował się prostymi zasadami – na pierwszym miejscu stawiając uczciwość, dzięki której znacznie łatwiej się żyje. Umiał osiągnąć doskonały balans – poświęcał mnóstwo czasu sprawom zawodowym, a jednocześnie uprawiał sport, szukał inspiracji w różnych środowiskach. Chętnie spotykał się z artystami, aktorami, ale też z piłkarzami. Podziwiałem jego umiejętność planowania, która szła w parze z dbałością o firmę i partnerów biznesowych. Walcząc z nieuleczalną chorobą, o której wiedzieli tylko najbliżsi, zadbał o to, żeby firma sprawnie funkcjonowała, gdyby go zabrakło…

– Zastąpił pan ojca w zarządzie Holdingu ITI.

– Dziś widzę, jak dobrze przygotował mnie do tej roli. Nigdy nie starał się w instrumentalny sposób sterować moimi działaniami. Z dużym wyczuciem udzielał trafnych rad, czekając zarazem na moją inicjatywę.

– Rzec można, że ITI to firma rodzinna, w której nastąpiła zmiana pokoleniowa.

– Piotr Walter, z którym bardzo blisko współpracuję, przejął po swoim ojcu zarządzanie telewizją. Dla nas obu to naturalny proces. Podobnie dzieje się w wielkich światowych koncernach, ale też w małych firmach, o których niewiele mówi się w mediach. Prawdziwym problemem dla przedsiębiorstwa i jego kontrahentów mógłby być brak sukcesji.

– Jest pan świetnie przygotowany do kariery managerskiej. Zdobył pan wykształcenie w renomowanych szkołach za granicą.

– Cała moja edukacja odbyła się poza Polską. Wyjechałem z kraju mając 6 lat. Moi przyjaciele czasem żartują na temat słów, które nieświadomie przekręcam. Cóż – takie są skutki wielojęzyczności. Jako dziecko mieszkałem koło Kopenhagi, również w Danii ukończyłem średnią szkołę z internatem.

– W Polsce taki model edukacji nie jest popularny, choć w Anglii, USA, a nawet Japonii to właśnie elitarne szkoły średnie ukierunkowują na całe życie. Są kuźnią kadr dla biznesu i polityki. Większość kluczowych posad w Anglii zajmują na przykład absolwenci Eton.

– Moja szkoła – Herlufsholm Kostskole – miała podobne tradycje. Choć wiele się w niej nauczyłem, to jednak miałbym poważne opory, żeby wysłać w przyszłości swoje dzieci do tego rodzaju placówki dydaktycznej. Młody człowiek mieszkając w internacie, uczy się samodzielności. Oznacza to również oderwanie od spraw, którymi na co dzień żyje rodzina. Chyba polski model jest więc lepszy.

– Studia kończył pan w Irlandii?

– W Portobello Business College, gdzie – jak nietrudno się domyślić – zdecydowałem się na ekonomię i biznes. W trakcie studiów zacząłem pracę w londyńskim oddziale Merrill Lynch, gdzie wcześniej miałem praktykę wakacyjną. O tym, że nie zostałem na dłużej w Anglii, zdecydowała rozmowa z Bruno Valsangiacomo, partnerem biznesowym mojego ojca. Stwierdził: „Czym prędzej wracaj do Polski. Tutaj masz znacznie większe szanse na ciekawą pracę. Za granicą będziesz przez całe lata nosił teczkę za prezesem…” I tak w 1995 roku podjąłem pracę w ING Barrings w Warszawie, gdzie na początku… też nosiłem teczkę za szefem, ale szybko spełniły się przepowiednie Bruno i mogłem zająć się naprawdę ciekawymi projektami finansowymi.

– Dlaczego nie w ITI?

– Mój ojciec uważał, że powinienem zdobyć doświadczenie pracując dla dobrych firm, poznać rynek. Podobną drogę wybrała moja siostra Agata, która dość długo pracowała dla Procter & Gamble. Kolejne doświadczenia zdobyłem w Deutsche Morgan Grenfell, gdzie zdobyłem pierwsze doświadczenia jako manager. Od dłuższego czasu miałem jednak ochotę zacząć działać na własny rachunek. Najbardziej interesował mnie biznes internetowy. Podczas studiów wspólnie z kolegą usiłowaliśmy namówić rodziców, żeby pomogli nam sfinansować założenie firmy podobnej do America OnLine. Konkurencja była wówczas niewielka, mieliśmy duże szanse na sukces. Usłyszeliśmy jednak sakramentalne: „Najpierw skończcie studia”. Tak wiec bezpowrotnie minęło kilka lat decydujących o kształcie biznesu online, zanim miałem szansę zrealizować swoje pomysły. Wielka szkoda. Na pytanie, czego najbardziej żałuję, odpowiadam zawsze: „Tego, że to nie ja wymyśliłem Google”.

– Nie podbił pan wprawdzie świata, ale w polskiej skali rozwój Onetu to fantastyczny sukces. Zwłaszcza jeśli się pamięta, w jak młodym wieku udało się panu zawojować rynek.

– W 1998 roku, kiedy przeszedłem do biznesu internetowego, miałem 25 lat. Proszę pamiętać, że twórcy najważniejszych światowych witryn tworzyli je najczęściej jeszcze jako studenci. Mój pomysł polegał na uruchomieniu portalu rozrywkowego Tenbit, adresowanego do młodych użytkowników Internetu. Doświadczenia, które zdobyłem, bardzo przydały mi się w kolejnych latach. Zbieg okoliczności zdecydował, że Onet trafił do naszej grupy kapitałowej. Stało się tak za sprawą obsługującego ITI BRE Banku, który nabył firmę Optimus, a wraz z dobrodziejstwem inwentarza – Onet. Bank chętnie pozbył się portalu, a ja złapałem wiatr w żagle. Był rok 2001. W tamtym okresie Internet działał zupełnie inaczej niż dziś. Dominującym dostawcą była TP. Na rynku pojawiło się wiele portali, takich jak Wirtualna Polska, Onet, Ahoj, Poland.com czy Arena, które tworząc katalogi stron i wyszukiwarki, pomagały internautom znajdować dostęp do poszukiwanych treści. Ten model stracił rację bytu wraz z pojawieniem się Google. Dziś wiele firm z tamtego okresu już nie istnieje. Tak również mogłoby się stać z Onetem, gdybyśmy nie wybrali własnej drogi rozwoju firmy. W chwili przejęcia przychody wynosiły 7 mln zł rocznie, a EBITA była negatywna. W ciągu dwóch lat, nie zmieniając zatrudnienia na poziomie 220 osób, zwiększyliśmy liczbę serwerów z 38 do 700, przychody wzrosły do 50 mln zł, a EBIDA poszybowała w górę do 38 proc. Zdecydowaliśmy się stworzyć portal informacyjny z prawdziwego zdarzenia, taki, w którym internauci zatrzymują się na dłużej.

– Jaka jest obecna kondycja Onetu?

– Portal ten jest jednym z elementów silnej grupy, w skład której wchodzą również: Zumi, Sympatia, Plejada, PCLab czy Digart. W ciągu ostatnich 5 lat zatrudnienie wrosło czterokrotnie – do 880 pracowników, liczba serwerów do 1650, przychody do 208 milionów, przy wskaźniku EBIDA sięgającym nawet 40 proc. To jest zupełnie inna firma niż Onet przed 10 laty.

– Mówi się, że trendy w biznesie są zwykle doskonale widoczne, tylko firmy nie chcą ich dostrzegać.

– I właśnie dlatego przegrywają. Niektórzy managerowie, jak kapitan tonącego okrętu, zamiast podjąć działania naprawcze lub zorganizować sprawną ewakuację, czekają, aż odwróci się tendencja. A takie cuda się nie zdarzają.
Dziś można z ogromną dozą prawdopodobieństwa powiedzieć, że kolejnymi przegrywającymi będą wszyscy ci, którzy nie chcą lub nie umieją dostrzec eksplozji zainteresowania urządzeniami mobilnymi. Już za chwilę będzie ich więcej niż stacjonarnych. Moje biznesowe motto brzmi: „Trzeba odpowiednio wcześnie zauważać trendy”.

– Wiele mówi się ostatnio o problemach prasy, której firmy internetowe kradną kontent.

– Nas to nie dotyczy. Mamy kilkuset dostawców treści – agencje informacyjne, gazety, banki zdjęć i producentów treści wideo, z którymi łączą nas podpisane umowy, na podstawie których tworzymy treści dla naszych użytkowników. To, co dzieje się w sieci, jest transparentne. Łatwo stwierdzić, kto bezprawnie korzysta z cudzych zasobów. Nie demonizowałbym tego zagadnienia, bo na koniec dnia chodzi o to, że branża prasowa w porę nie zmieniła swojego modelu biznesowego. Podaż treści regulowana jest przez popyt. Kiedyś podaż była mała, więc za kontent płaciło się więcej. Dziś podaż treści tekstowych, zdjęciowych i wideo jest ogromna. Internet odegrał w tym niemałą rolę.

– Co jest dla pana największym atutem Internetu?

– Nigdzie w gospodarce, tak dobrze i wyraziście nie działają zasady wolnego rynku. Konkurencja nigdy nie daje spać spokojnie. Zmiany są szybkie i radykalne. Jest w tym jakiś pierwiastek anarchistyczny, ale dzięki temu nigdy się nie nudzę. Moja żona z pewnym wyrzutem powtarza co jakiś czas, że praca to moje hobby. Ja naprawdę lubię to, co robię, chociaż tym, co mi się nie udało w Internecie mógłbym wytapetować całe biuro. Wprawdzie przychody rosną średnio o 30 proc. rocznie, nie możemy jednak zwolnić tempa rozwoju. Nie zaprzestaliśmy inwestycji nawet w okresie kryzysu. Kiedy nasi konkurenci cięli koszy i zwalniali pracowników, my zatrudniliśmy 80 osób, głównie w sprzedaży i inwestowaliśmy w nowe serwisy.

– Jakie cechy wyróżniają pańskich współpracowników?

– Cenię ludzi z pasją. Uważam, że najważniejszym zadaniem managera jest budowa zespołu. Tak więc uprawiam coś, co można nazwać aktywnym HR. Szukam ludzi, którzy wniosą do firmy ciekawe pomysły, jednocześnie będą umieli konsekwentnie je realizować. Koledzy z zespołu wiedzą, że każdy z nich może jasno i wyraźnie zaprezentować swoje stanowisko. Nierzadko zdarza mi się więc słyszeć, że nie mam racji. Tego typu relacje najlepiej służą firmie. A to ona jest najważniejsza.

– Czego pan najbardziej nie lubi?

Nie toleruję arogancji. Nieodpowiedni stosunek do współpracowników, do kontrahentów, próby traktowania klientów z pozycji silniejszego to niedopuszczalne działania, które mogą w konsekwencji bardzo zaszkodzić firmie.

Co lubi Łukasz Wejchert?

 Zegarki – uważa, że to relikt starej technologii. Wystarcza mu zegar w komórce

Pióra – na co dzień używa jednorazowych długopisów. W ważnych chwilach sięga po Montblanc, które odziedziczył po ojcu

Ubrania – najchętniej: dżinsy, dobrej jakości koszula. Kiedy trzeba – wkłada klasyczny garnitur. Nie interesują go marki, tylko jakość

Wypoczynek – podróżuje z żoną i trzema synami w wieku 5, 7 i 9 lat. Najchętniej odwiedza Włochy, Francję, Hiszpanię. Ceni Ibizę, na której, poza głównymi ośrodkami turystycznymi, jest oaza spokoju

Kuchnia – włoska, ciągle szuka nowych smaków

Samochód – Jeep Grand Cherokee, którego wybrał ze względów praktycznych. Jest mu potrzebne duże auto, by zmieścić rodzinę

Hobby – bardzo lubi sport – tenisa, biegi, piłkę nożną, golfa