John Banka

3

Rozmowa z Johnem Banką, dyrektorem Działu Inwestycyjnego Colliers International

– John Banka najbardziej lubi miasta, które są największymi skupiskami Polaków na świecie. Wychował się i wykształcił w Chicago, od 13 lat mieszka w Warszawie. Pracuje w Colliers International Polska, gdzie pełni funkcję dyrektora departamentu kapitałowego.

– Jestem z kształcenia urbanistą, może dlatego tak bardzo cenię miejscowości, w których czuję ogromny potencjał rozwoju – mówi J. Banka. – Dotyczy to zarówno Chicago, jak i Warszawy. Pierwszemu z miast bardziej sprzyja aura. Częściej niż we Warszawie w zimie świeci tam słońce. ponieważ ciągle świeci tam słońce. Nie żałuję jednak decyzji o przeniesieniu się do Polski. Ze swojej perspektywy widzę wiele zalet, których nie dostrzegają sami rodowici Polacy.

 

 

Jako manager wysokiego szczebla J. Banka docenia polską umiejętność oddzielenia sfery prywatnej i służbowej. W USA wygląda to zupełnie inaczej. Chcąc zrobić karierę w dziedzinie zarządzania „młode wilki” muszą wyrzec się życia prywatnego. Praca przez 6, a nawet 7 dni w tygodniu, od 8 rano do 24 jest czymś zupełnie normalnym. Wielu początkujących managerów spędza w biurach całe dni. Zdarza się, że śpią na służbowych kanapach, biorą prysznic, wyciągają świeżą koszulę z szafy i są gotowi do dalszego wysiłku. Dla większości uczestników tego wyścigu całkowite zaangażowanie w sprawy firmy i wyrzeczenie się życia prywatnego to inwestycja na całe życie. Bywa jednak i tak, że inwestycja okazuje się klęską. Ci, którzy wygrywają, mogą liczyć na wyższe stanowiska, większe pieniądze i pracę w nieco mniejszym wymiarze godzin, ale i tak rodziny rzadko ich oglądają.

– Kończąc urbanistykę, a następnie MBA na prestiżowym Kellog School of Management, Northwestern University, gdzie wykłada m. In. Philip Kotler, otrzymałem propozycję pracy w Polsce. Natychmiast wyraziłem zgodę, choć mój kontakt z krajem, z którego pochodzili rodzice, był dość skomplikowany. Warto dodać, że droga do USA mojej matki i ojca nie należała do łatwych. Ojciec podczas II Wojny światowej został wywieziony na roboty do Niemiec. Po wejściu aliantów, został szoferem amerykańskiego generała. W latach 50. na statku wiozącym emigrantów do USA poznał moją matkę. Podobnie, jak inni przedstawiciele Polonii, ciężko pracowali – jako pielęgniarka i handlowiec. W domu Polska była częstym tematem, toteż, gdy podczas studiów trafiłem na jeden semestr do Wiednia, postanowiłem odwiedzić kraj przodków. Była to wyjątkowo pechowa wyprawa. Znajomy, z którym wybierałem się do Krakowa odebrał nasze  paszporty z polskiej ambasady w Wiedniu, ale nie zauważył, że urzędnik zapomniał wbić mi wizę. W związku z tym zostałem zatrzymany na kilka godzin na granicy. Z kolei wyjeżdżając z Krakowa, oddałem wszystkie pieniądze zakonnicy, prosząc żeby przekazała je na KOR. Myślałem, że złotówki nie będą mi potrzebne. Myliłem się, nie miałem za co wykupić wizy powrotnej, w końcu ulitowali się nade mną dobrzy ludzie…

Jak się łatwo domyślić po takich przygodach J. Banka nie miał już zamiaru wracać do Polski. Stało się jednak inaczej. Ojciec – zawzięty kibic polskiej piłki nożnej – namówił go na wyjazd na mecz w 1981 roku. Tym razem młody Amerykanin doświadczył w Polsce wszystkiego co najlepsze. Pomimo trudnych warunków Polacy tryskali energią, byli bardzo gościnni, w dodatku byli głodni  informacji z Zachodu. „Przytyłem 5 kilogramów” – żartuje pan John.

Tak wiec 15 lat później, w 1996 roku, gdy złożono mu propozycję objęcia nadzoru finansowego nad procesem deweloperskim Warszawskiego Centrum Finansowego odpowiedział pozytywnie. Po roku, gdy uznał, że zrealizował zadanie, zdecydował się uruchomić dla inwestora z Anglii firmę wyspecjalizowaną w zarządzaniu procesem budowlanym. Zleceniodawców – i to z najwyższej półki – nie brakowało.  Byli wśród nich inwestorzy „Złotych Tarasów” i „Holiday Inn”.

– Moje pierwsze tygodnie w Warszawie nie należały do  łatwych , ze względu na drobne, dokuczliwe uciążliwości – wspomina J. Banka. – Miałem konto w USA, a w stolicy było zaledwie kilka bankomaty. Brakowało restauracji na dobrym poziomie. Po jakimś czasie poczułem się tu jednak, jak u siebie w domu. I trudno się temu dziwić, przecież w Chicago też na ulicy słyszy się język polski.

Kolejne etapy „wsiąkania” Amerykanina w polski grunt były związane z rozwojem kariery: własny wyspecjalizowany portal budowlany, a następnie praca dla Arthur Andersen. A w życiu prywatnym – żona i troje dzieci. W 2002 roku trafił do Colliers International, gdzie od podstaw zbudował dział, który w ostatnich trzech latach przeprowadził transakcje o wartości miliarda euro. Rekordowy okazał się rok 2009, w którym padł rekord – 450 mln euro. Na spektakularny sukces, odniesiony w czasie najgłębszego kryzysu, złożyły się m.in. transakcje sprzedaży 2 centrów handlowych w Opolu, budynku „Deloitte” i biurowców przy ul. Marynarskiej w Warszawie.

Był to szczególnie dobry okres dla Colliersa, który – w odróżnieniu od innych firm z branży – nie tylko nie redukował zatrudnienia, ale przyjął nowych pracowników. Firma kupiła polski oddział Harvey Spack Field, brytyjskiej firmy specjalizującej się w wynajmie parków handlowych. Colliers przejął cały biznes firmy w Polsce, włączając w to rozpoczęte projekty oraz pracowników. Wzmocnił tym samym swoją ekspertyzę w obszarze wynajmu parków handlowych na obrzeżach miast. Warto dodać, że także w skali światowej Colliers wzmocnił znacząco pozycję dzięki fuzji z „First Service Real Advisors”. Obecnie firma zajmuje 3 pozycję w swojej branży na świecie, jest obecna w 60 krajach.

– Jako młody manager szukałem swojej drogi, relatywnie często zmieniałem pracę – wyznaje J. Banka. – Zmieniało się to od czasu, gdy związałem się Colliersem. Jestem obecnie partnerem, czyli inaczej mówiąc, mam pakiet udziałów firmy, co dla każdego managera stanowi dodatkową motywację do osiągania najlepszych wyników.

Z perspektywy kilkunastu lat zarządzania różnymi firmami, J. Bańka ironicznie wspomina: „Kiedy byłem młody, brakowało mi cierpliwości”. Dziś patrzy na to inaczej: „W kontaktach z pracownikami, trzeba starać się rozumieć ich stanowisko, sposób myślenia.” Za szczególnie ważne uważa unikanie niepotrzebnych konfliktów. Problemy należy omawiać, szukać takich rozwiązań, by nie wracały ze zdwojoną siłą. Stara zasada, że wszyscy uczymy się na błędach, sprawdza się w każdym aspekcie życia, ale też w praktyce biznesowej. Naczelne zadanie managera polega na tym, żeby stworzyć dobry zmotywowany zespół. Nie tylko zatrudnić odpowiednich ludzi, lecz ciągle ich wspierać w rozwoju zawodowym.

 

Co lubi John Banka?
Zegarki – klasyczne, kupowane na wiele lat, niezależnie od mody.
Ubrania – do biura zawsze chodzi w krawacie, w weekendy wkłada dżinsy i T-shirt.
Wypoczynek – nad morzem, najchętniej w Chorwacji. Lubi powroty do rodzinnego Chicago. W USA szczególnie upodobał sobie Południową Karolinę.
Kuchnia – babci. Ulubiony przysmak – bajgle z Chicago.
Restauracja – „Gene & Georgetti” i „Frontera Grill” w Chicago oraz „San Lorenzo” w Warszawie.
Hobby – literatura, wspólnie ze znajomymi prowadzi prywatny klub dyskusyjny. Podczas spotkań wspólnie wybierają książkę, którą warto przeczytać. Poza tym – lubi gotować. Gra w golfa. Jest melomanem – od Bacha do bluesa, od opery do rocka. Ulubieni artyści: Van Morrison i Jim Morrison.