Jerzy Ostrouch

Rozmowa z Jerzym Ostrouchem, Wojewodą Lubuskim

– Ma pan bogate doświadczenia zawodowe: po raz drugi piastuje pan urząd wojewody, przez wiele lat był pan managerem…
– Przedstawicielem Rady Ministrów w województwie po- zostałem ponownie po 14 latach. Od początku zadeklarowałem, że bezpieczeństwo Lubuszan, edukacja oraz równomierny rozwój województwa będą priorytetami mojego działania. Nieczęsto się zdarza, by wrócić na to samo stanowisko będąc bogatszym o szereg doświadczeń. Kiedy przes­tałem być wojewodą miałem sporo czasu, by przemyśleć, co chciałbym zrobić inaczej, a także co mi się nie udało. Powiem krótko – nie byłem z siebie zadowolony. Tymczasem los dał mi unikalną szansę, by raz jeszcze zmierzyć się z wyz­waniami.

– Jakie to były kwestie?
– Na przykład, bezpieczeństwo społeczne lub – nazwijmy inaczej – socjalne. Myślę o wielości spraw powodujących, że obywatel czuje się bezpiecznie – na ulicy, w pracy, a także w kontakcie z segmentem ochrony zdrowia, urzędami i instytucjami. Wszystko to w konsekwencji składa się również na poziom życia. Nasze województwo stworzyli ludzie, którzy przeprowadzili się tu przed sześćdziesięciu laty. Po wojnie był to styk różnych kultur. Z czasem różnorodność ta zaniknęła, pojawiły się nowe pokolenia, powstała nowa tożsamość. Istotne jest, aby młode pokolenie odnalazło swoje miejsce w innej rzeczywistości gospodarczej. Jednym z problemów, które ciągle dają znać o sobie, był upadek wielkich państwowych gospodarstw rolnych, których pracownicy i dziś mają kłopot ze znalezieniem sobie miejsca. Pokazuje to, jak ważne jest odpowiednie przygotowanie młodych ludzi do życia poprzez zapewnienie im odpowiedniego wykształcenia. Oświata to również jeden z elementów obywatelskiego bezpieczeństwa. Pierwszorzędne wyzwanie polega na przystosowaniu naszych regionalnych uczelni wyższych do potrzeb lokalnej gospodarki. Ciągle mamy problem z tym, że dynamika PKB w naszym regionie odbiega od średniej krajowej, ale też i od średniej sąsiednich Wielkopolski i Dolnego Śląska.

– Co może pan zrobić w tej sprawie?
– Muszę zabiegać o dobre kształcenie. Mówię o tym, przekonuję samorządowców. Cóż – jeszcze kilka lat temu sam byłem przekonany, że człowiek, który ukończy jakiekolwiek studia, będzie lepiej przygotowany do życia niż absolwent szkoły średniej. To jednak nie musi być cała prawda.

– A jak wyglądają w praktyce działania na rzecz codziennego bezpieczeństwa w Lubuskiem?
– Weźmy pierwszy z brzegu przykład: w lipcu 2013 roku premier Donald Tusk powierzył naszemu województwu przeprowadzenie wspólnie z Komendą Główną Policji programu pilotażowego. Polegał on na tym, że policjanci podejmujący interwencje w sprawach przemocy w rodzinie musieli – na bazie specjalnej procedury – podjąć decyzję, czy należy odizolować sprawcę od ofiary, bardzo często bliskich sobie ludzi. Pilotaż przeprowadzono we wrześniu, na podstawie 240 przypadków można stwierdzić, że procedura została opracowana prawidłowo i warto ją wdrożyć w całym kraju. Tego rodzaju inicjatyw jest bardzo dużo. Obecnie inicjujemy projekt rozmów obywatelskich. Wspólnie z komendantem wojewódzkim Policji będziemy spotykać się z mieszkańcami regionu rozmawiając o sprawach bezpieczeństwa. Kolejny przykład działań na rzecz bezpieczeństwa to wprowadzenie w TVP Gorzów Wielkopolski Regionalnego Systemu Ostrzegania (RSO), specjalnego paska informacyjnego z ostrzeżeniami o zagrożeniach – np. o wichurach, wypadkach powodujących korki na drogach, itp. W najbliższym czasie chciałbym podobną współpracę podjąć z Polskim Radiem.

– Wróćmy na chwilę do 1998 roku – skutecznie walczył pan o utrzymanie regionu lubuskiego, który zgodnie z początkowymi planami miał zostać podzielony między nowe województwo dolnośląskie i wielkopolskie.
– Czuję się silnie związany z moim regionem. W latach osiemdziesiątych byłem działaczem Ruchu Młodzieży Niezależnej, współpracowałem z gorzowskim podziemnym Radiem Solidarność, angażowałem się w działania opozycji mające na celu reformę systemu. Należałem do grupy tworzącej zaplecze eksperckie NSSZ „Solidarność”. W związku z tym w 1990 roku podjąłem pracę w zespole, którego celem było stworzenie podstaw nowej wojewódzkiej administracji publicznej. Następnie zostałem współprzewodniczącym związkowego zespołu do spraw negocjacji Paktu o przedsiębiorstwie państwowym. Zajmowałem się sprawami prywatyzacji. Warto przypomnieć, że negocjacje zakończyły się podpisaniem z rządem premier Hanny Suchockiej pierwszej w Europie Środkowej Umowy Społecznej. Podczas mojej pierwszej kadencji na stanowisku wojewody, realizowałem rządowe projekty reformy administracyjnej, a także programy pomocy dla środowisk wiejskich i popegeerowskich.

– Jaki wpływ na województwo lubuskie ma bliskość Niemiec?
– Okres zachłyśnięcia się możliwościami wynikającymi z tego minął. Nie zmienia to jednak faktu, że z samego Kostrzyna codziennie jeździ do Berlina 17 pociągów. Tyle samo z powrotem. Każdy z nich wiezie do pracy około 300 osób. To zjawisko, którego nie da się nie zauważyć albo pominąć. Nierzadko mieszkańcy Lubuskiego kupują bezpośrednio za granicą nieruchomości. Powód jest prosty: mieszkania są tańsze niż u nas. Wystarczy popatrzeć na wygląd Słubic i innych przygranicznych miejscowości, na elewacje domów, na zadbane ogrody, by stwierdzić, że wiele osób przyjęło zachodnie standardy porządku i organizacji, które uznaje dziś za własne. To bardzo korzystna tendencja. Są też zjawiska, które trudno oceniać jednoz­nacznie: na przykład, utalentowani technicznie młodzi ludzie, którzy nieźle mówią po niemiecku, przechwytywani są przez tamtejsze szkoły zawodowe, proponujące im dodatkowo stypendia.

– Co może zrobić dla swojego przygranicznego regionu wojewoda, który patrzy na świat jak manager?
– Na początku muszę zaznaczyć, że w obecnym systemie wojewoda za kreowanie gospodarki nie odpowiada. To zadanie marszałka. Nie znaczy to jednak, że czekam z przysłowiowo założonymi rękami. W listopadzie spotkałem się z premierem Brandenburgii, by porozmawiać o niesłychanie ważnej kwestii bezpieczeństwa powodziowego. Od lat toczą się negocjacje na szczeblu rządowym w sprawie poprawy bezpieczeństwa powodziowego rzeki Odry. Obu stronom zależy na szybkim załatwieniu tej sprawy, ponieważ efektem ubocznym przebudowy systemu przeciwpowodziowego będzie uczynienie Odry na nowo rzeką spławną dla barek o zanurzeniu 1,8 m. Znakomicie poprawi się żeglowność w dorzeczu Odry, m.in. na Warcie i Noteci. Samorząd Nowej Soli już zainwestował w dwa statki pasażerskie, z których pierwszy zaczął pływać na przełomie września i października. W ciągu zaledwie 30 dni w rejs wybrało się 5 tys. osób. Planowane są stanice wodne. Zapewne wkrótce pojawią się prywatni inwestorzy. A to z kolei oznacza nowe miejsca pracy.

– I kolejny argument dla turystów, którzy chyba nie do końca uświadamiają sobie, jak atrakcyjny jest to region…
– Rzeczywiście, w promocji można jeszcze dużo zdziałać. Aż 48 proc. powierzchni województwa zajmują lasy, mamy przepiękne, czyste jeziora. Lubuskie może i powinno pełnić podobną rolę jak Mazury. Tym bardziej, że po uruchomieniu autostrady A2 i zakończeniu budowy nowych dróg ekspresowych dojazd nad nasze jeziora stanie się łatwy i wygodny. Pan, jako mieszkaniec Warszawy, szybciej dojedzie do nas niż na Mazury…

– Przed wojną wasz region był zapleczem turystycznym Berlina.
– To już przeszłość. Rolę te przejęła przepiękna i bogata w zabytki oraz atrakcje turystyczne Brandenburgia. Chociaż turystyka jest dla nas bardzo ważna, to jednak mamy też inne możliwości rozwoju. Wielką szansę dla naszego regionu stanowią złoża węgla brunatnego Gubin-Brody. Są to rezerwy energetyczne na ponad 40 lat; większe niż złoża wokół Konina. Równie perspektywiczne są złoża ropy i gazu Drezdenko-Międzychód. Pierwsza kopalnia została otwarta w czerwcu. Trzeba też wspomnieć o złożach miedzi. Obecnie dwie firmy ubiegają się o koncesje na udokumentowanie tych zasobów – kanadyjski fundusz oraz KGHM. Lubuskie powinno pos­tawić na nowe bieguny wzrostu.

Województwo rozwijało się dotąd w oparciu o dwa główne ośrodki – Zieloną Górę i Gorzów – wykorzystując pewne napięcie między tymi miastami. Nie wykorzystywaliśmy potencjału mniejszych ośrodków, zwłaszcza na obrzeżach województwa, gdzie znajdują się złoża naturalne, jak np. Gubin, Żary, Wschowa, Nowa Sól. Musimy pamiętać o ich potrzebach. Nie chciałbym, żeby kiedykolwiek mieszkańcy tych miast stwierdzili: wolelibyśmy znaleźć się w innym województwie.

– Niezależnie od wszystkiego ciągle jeszcze funkcjonuje wyraźny podział władza-przedsiębiorcy. Jak to zmienić?
– Dla mnie nie istnieje podział, o którym pan wspomniał. Nie tylko doceniam rolę biznesu, ale też staram się udzielać pomocy przedsiębiorcom, którzy inwestują i tworzą nowe miejsca pracy na naszym terenie. Nie należy to do moich obowiązków jako wojewody, ale przecież zawsze mogę służyć radą: znam procedury i wiem, jaką wybrać drogę, by uniknąć niepotrzebnych problemów. Ostatnio uczestniczyłem w ciekawym spotkaniu w Krośnie Odrzańskim. Wspólnie z burmistrzem rozmawialiś­my z szefem dużej rodzinnej firmy niemieckiej specjalizującej się w produkcji płyt pilśniowych, która kupiła zagrożony upadłością zakład na naszym terenie.

W 2014 roku planuje inwestycje na poziomie 100 mln euro, podwajając wcześniejsze zatrudnienie. Właściciel stara się w Ministerstwie Gospodarki o zatwierdzenie inwestycji jako działania w ramach Kostrzyńsko-Słubickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Oczywiście, liczy na związane z tym ulgi. Biorąc pod uwagę długofalowe efekty dla lokalnej społeczności, jestem przekonany, że warto wesprzeć jego starania. Generalnie rzecz biorąc, gdy inwestorzy mają we władzach lojalnego i życzliwego partnera, ma to doskonały wpływ na rozwój biznesu, a tym samym rośnie poczucie bezpieczeństwa socjalnego mieszkańców danego terenu. Nasze województwo stanowi świetne miejsce rozwoju firm branży elektrotechnicznej – dzięki wysoko wykwalifikowanym absolwentom Uniwersytetu Zielonogórskiego.

– Od ponad 20 lat sprawuje pan funkcje kierownicze. Co uważa pan za kluczowe w pracy managera?
– Mam szacunek do ludzi i do tego, co umieją. Kompetencje uważam za ważniejsze niż przekonania polityczne. Istotą jest obustronne zaufanie, przewidywalność zachowań i kreatywność. Kilkakrotnie budowałem zespoły, które sobie świetnie radziły. Chętnie stawiałem na młodych ludzi, dbałem o to, by wśród moich współpracowników nie dominowali mężczyźni. Starannie dobieram współpracowników – w Urzędzie Wojewódzkim w drodze konkursów – po to, by w przyszłości uniknąć rozczarowań. Dla mnie wręczenie wypowiedzenia to skrajność. W miarę lat staję się coraz bardziej wyrozumiały. W moich oczach pracownika dyskwalifikuje działanie na szkodę firmy, czy też ewidentna nielojalność. Relacji biznesowych nie można oddzielać od relacji czysto ludzkich. Powinniśmy te same standardy zachowywać w kontaktach interpersonalnych, ale też w gospodarce i polityce.

Co lubi Jerzy Ostrouch?

Pióra – na co dzień używa Montblanc
Wypoczynek – „Taką mam przypadłość, że nie wypoczywam. Wyjeżdżam najwyżej na 2-3 dni. Ostatnio byłem we Lwowie i Wilnie.”
Kuchnia – polska, bardzo lubi ryby.
Restauracja – „Futerał” w Gorzowie Wlkp.
Samochód – służbowy Peugeot 507
Hobby – filatelistyka, zaczął zbierać znaczki po narodzinach syna w 1987 roku. Specjalizuje się w polskich znaczkach z okresu międzywojennego. Kolekcjonuje też mapy – zwłaszcza pokazujące rodzinne tereny (pochodzi z Kresów Wschodnich, z okolic Lidy). Dużo czyta, koncentruje się na eseistyce. Ostatnio największe wrażenie zrobiły na nim „Szańce Kultur. Szkice z dziejów narodów Europy Wschodniej” prof. Bogdana Cywińskiego