Jeep Compass 4xe Plug-in Hybrid, czyli jak legenda off-roadu przechodzi na elektryczność

Zaostrzające się przepisy dotyczące czystości spalin i nadciągająca elektryfikacja motoryzacji sprawiła, że najbardziej strzeżone bastiony upadają niczym domki z kart. Samochody sportowe stają się bezgłośne i nie da się ich zatankować na stacji, a terenówki znikają z bezdroży. Czy wraz z nadchodzącą elektromobilnością będziemy musieli zapomnieć o wycieczkach poza utwardzone drogi?

Tekst i zdjęcia: Michał Garbaczuk

Quo vadis Jeepie?
Bardzo obawiałem się tego, co Unia Europejska zrobiła z Jeepem, no bo jak tak można zapakować do legendy offroadu silniki elektryczne, baterie i udawać, że wszystko jest po staremu? Prawdziwy samochód terenowy powinien przecież mieć duży silnik spalinowy, który najlepiej żeby miał więcej niż 4 cylindry, a do tego obowiązkowo musi mieć mechanizmy różnicowe o zwiększonym tarciu, blokady międzyosiowe i reduktor. Okazuje się jednak, że takich ortodoksyjnych miłośników terenowych wypraw jest już bardzo niewielu, a z legendami to jest tak, że najfajniejsze opowiada zawsze dziadek. Dzisiejsi kierowcy praktycznie nie zjeżdżają z asfaltu, a jeśli im się zdarzy, to największym wyzwaniem może być leśna droga prowadząca do domku nad jeziorem. Część producentów w ogóle zrezygnowała z napędu wszystkich kół, a jedyną cechą, która zdradza terenowy charakter, jest zwiększony prześwit. Ale umówmy się, że to problem tych producentów, a Jeep zawsze był terenowy i to właśnie jego dzielność odróżniała go od konkurencji. Co zatem kryje się pod niebieskim emblematem 4xe?

Małe serce z rozrusznikiem

Jeep Compass został hybrydą Plug-in i jeśli nie zapomnimy go wcześniej naładować, to będziemy mogli pojechać nim do lasu, by podziwiać machające do nas radośnie zające, jeże i inne zwierzęta. No już dobrze, żarty na bok. Układ napędowy hybrydowego Jeepa Compassa w wersji S składa się z silnika spalinowego o pojemności 1.3 l, który napędza przednie koła oraz silnika elektrycznego, który odpowiada za napędzanie kół tylnych. Zestaw legitymuje się mocą aż 240 KM! Takie rozwiązanie paradoksalnie sprawiło, że z układu napędowego usunięto elementy, które do tej pory wydawały się niezbędne. Nie ma zatem reduktora, nie ma centralnego mechanizmu różnicowego, nie ma blokady międzyosiowej, nie ma wreszcie wału napędowego biegnącego od skrzyni biegów do tylnej osi. Są za to akumulatory trakcyjne o pojemności 11,4 kW, które zasilają silnik elektryczny i pozwalają poruszać się po mieście nie tylko bezszelestnie, ale też ekologicznie. Producent twierdzi, że Jeep Compass Plug-in Hybrid jest w stanie przejechać 50 kilometrów korzystając jedynie z energii zgromadzonej w bateriach i muszę przyznać, że dokładnie tak jest i to zarówno w mieście, jak i na trasie, przy czym na autostradzie ten dystans jest nieco mniejszy, bo wynosi trochę ponad 35 km. Mechanizm różnicowy na tylnej osi jest w stanie w ułamku sekundy przenieść moc na odpowiednie koło, zapewniając przyczepność i stabilność w różnych warunkach.

Wciąż się broni

Łączna moc hybrydy to 240 KM i mimo wysokiej masy własnej Jeepa, wynoszącej prawie 2 tony rozpędza naszego Compassa do 100 km/h w 7,3 sekundy. Wierzcie mi, że to naprawdę czuć jak amerykański SUV nabiera prędkości. Co ważne, samochód jest zrywny i bardzo dobrze przyspiesza praktycznie od każdej prędkości powodując, że wyprzedzanie jest bezpieczne i przyjemne. Nisko położony środek ciężkości sprzyja też precyzji pokonywania zakrętów, jednak muszę za znaczyć, że Jeep, choć kilka lat temu trafił pod władanie włoskiego FIAT-a wciąż zachował amerykańskie geny i przepięknie buja się na szybko pokonywanych łukach. To, co jest wrogiem precyzji, jest z kolei przyjacielem komfortu. Jeep Compass po prostu płynie po drodze jedynie delikatnie zaznaczając nierówności nawierzchni. Jeśli w waszej okolicy ulice przypominają szwajcarski ser, to amerykański SUV będzie wyborem idealnym. Nie do końca rozumiem, co mieli na myśli informatycy piszący program automatycznej skrzyni biegów. Nie mam zastrzeżeń do samej zmiany biegów, bo ta jest płynna, wręcz aksamitna, ale komputer nie wie co ma zrobić po wciśnięciu gazu. Skrzynia miesza biegami, ale nie przekłada się to na przyspieszanie. Dopiero, gdy „kopniemy” w gaz samochód wystrzeliwuje do przodu. Zaczynam wierzyć, że Jeep faktycznie jest autem dla prawdziwego faceta, a ten facet, musi być dobrze wkurzony, by zdecydowanie wydawać polecenia prawą stopą.

Ale lubi wypić

Amerykańskie geny dają też o sobie znać przy dystrybutorze. Podczas spokojnej jazdy Jeep Compass zużywa około 8 litrów benzyny na 100 kilometrów, ale jeśli pojedziemy dynamicznie, to komputer natychmiast pokaże 11, 12, a nawet 13 l/100 km. To, co jednak jest zaskakujące, to pojemność zbiornika paliwa. Jeep Compass, który nie był projektowany jako samochód niskoemisyjny musiał oddać akumulatorom część przestrzeni, w której znajdował się zbiornik paliwa. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo wielu producentów stosuje takie rozwiązanie, gdyby nie fakt, że do zbiornika da się wlać maksymalnie 27 litrów benzyny! Tak, to nie jest żart. W warunkach miejskich da się na tym przejechać około 500 km, ale na autostradzie już tylko 200!

Adres: Dolina Krzemowa

Tegoroczny facelifting popchnął jednak Jeepa w stronę nowych technologii. Zupełnie nowe są multimedia, jak również ekran centrum sterowania wszechświatem. Na pokładzie znajduje się oczywiście Apple CarPlay i Android Auto, a system Uconnect pozwala na zdalne aktualizacje najnowszych danych. Stojący przed domem samochód podłączyć można do asystenta Google lub Amazon Alexa i sprawdzić jego status (poziom naładowania baterii, ilość paliwa) przed rozpoczęciem jazdy.

Wydaje się, że Jeep bezpowrotnie zatraca swój unikalny terenowy charakter. Dlaczego tak jest? Producenci podążają za preferencjami klientów, którzy coraz częściej szutrowe drogi znają już tylko z rajdowych gier na konsole. Ekologia i dbałość o środowisko sprawiły, że do lasów nie można już wjeżdżać, żeby sobie pojeździć, a rajdy terenowe stają się atrakcją wyłącznie dla największych zapaleńców. Elektryfikacja z pewnością zmieni przeznaczenie samochodów terenowych i SUV-ów, mam tylko nadzieję, że namalowany na przedniej szybie Willis nie będzie w przyszłości jednym elementem przypominającym o dziedzictwie amerykańskiej marki, a „Potwór z Loch Ness” na tylnej szybie nie będzie symbolem czegoś, o czym każdy słyszał, ale nigdy tego nie widział.