Jan Borowski

27

Rozmowa z Janem Borowskim, właścicielem firmy JB Investments

– Stworzył pan pod Konstancinem prawdziwe samolotowe imperium. Czy dzięki temu można trafić na listę najbogatszych Polaków?

– Nigdy nie chciałem się na niej znaleźć. Znam ludzi znacznie bogatszych niż ci, którzy są obecni na takich listach i co więcej – wcale nie marzą, by się na nich znaleźć. Moi klienci to najczęściej prawdziwi ludzie biznesu – skromni, pochodzący z całej Polski, niekoniecznie z tzw. Warszawki. Są dumni z tego, co osiągnęli, konkurują właściwie sami ze sobą, a nie między sobą i to im zupełnie wystarcza. Świetnie rozumiem taką postawę. Przez całe życie realizowałem swoje pasje życiowe. Zawsze zarabiałem pieniądze przy okazji robienia czegoś, co lubię. Nigdy nie inspirował mnie sam fakt zarabiania pieniędzy, ale jakieś dzieło, satysfakcja, pasja. Przychodziłem do pracy o godz. 8 i byłem szczęśliwy, że jestem w pracy. Oczywiście, zawsze pojawiają się jakieś kłopoty czy problemy. Dzisiaj na przykład nie spałem pół nocy, bo klient wycofał się z kupna samolotu za ponad milion złotych. Muszę go sprzedać, ponieważ pożyczyłem na jego zakup pieniądze…

– Całe pana życie związane było w jakiś sposób z lotnictwem.

– Tak, otrzymałem wykształcenie lotnicze, kilka lat pracowałem w Instytucie Lotnictwa. Szybko  awansowałem i muszę powiedzieć, że tam wyżyłem się zawodowo, zdobyłem doświadczenie i nie mam kompleksów, że jestem jakimś nieudanym inżynierem. Mam na koncie zawodowym znaczące sukcesy. Jeden z samolotów z moim podwoziem przednim lata w amerykańskiej armii. Byłem z synem na wystawie lotniczej w Stanach i ten samolot tam przyleciał.  Mówię: Stasiek, zobacz, to moje podwozie! Powinno tam być napisane na przedniej goleni: Menasco Manufacturing of Canada – pracowałem wtedy dla tej firmy. Mam jeszcze w domu rysunki. To był Fairchild Republic A10 Thunderbolt, samolot pola walki, nisko latający, opancerzony. Osiąga on niewielkie prędkości i ma z przodu siedmiolufowe obracające się działo.

– Kiedy zaczął się pan interesować się mechaniką?

– Całe życie zajmowałem się silnikami spalinowymi – najpierw w modelach latających, potem przyszły motocykle i samochody, a teraz samoloty. Kiedy miałem 10 lat zacząłem chodzić do Pałacu Kultury i Nauki, wówczas imienia Józefa Stalina, do modelarni lotniczej. Tam nauczono mnie wielu prostych, ale praktycznych rzeczy -jak piłować, przycinać, ostrzyć wiertła. Proste czynności, które musi umieć mechanik. Przydało mi się to później, gdy pracowałem w Zakładzie Konstrukcji Silników Lotniczych. Było tam wielu wspaniałych konstruktorów którzy marnowali swój talent na bezsensowne niekiedy projekty .Nie byłem partyjny, więc moje szybkie awanse wszystkich dziwiły. Jak by tak dalej poszło, pewnie przeskoczyłbym mojego kierownika zakładu. Trzeba by jednak było zrobić doktorat i zapisać się do partii. Na diabła mi to, pomyślałem.

– Potem przyszła kolej na samochody.

– Samochody stworzyły szansę przetrwania, ponieważ praca w Instytucie Lotnictwa na stanowisku asystenta, a potem adiunkta dawała pieniądze, które starczały zaledwie na pierwszy tydzień miesiąca. W tamtych czasach w Instytucie pracowało się zaledwie siedem godzin. Wracałem więc do domu o drugiej i po obiedzie brałem się za naprawianie samochodów. I tak zacząłem zarabiać prawdziwe pieniądze. Potem wyjechałem do Kanady, gdzie zaoszczędziłem mały kapitalik i po powrocie kupiłem ćwierć udziałów w niewielkim warsztacie samochodowym.

– Co na to rodzina?

– Mówili: co ty Jasiek, taki zdolny, znasz języki, byłeś adiunktem w Instytucie, inżynier, magister, a tu w takiej budzie pracujesz. Ale tak było tylko do pierwszej wypłaty, kiedy zarobiłem 24 tysiące złotych, podczas gdy moja ówczesna pensja wynosiła sześć. Mały Fiat kosztował wtedy 60 tysięcy.

– Interes się kręcił?

– Tak, Miałem ambicje inżyniera. Chciałem mieć autoryzacje firm zagranicznych. Napisałem do Mercedesa i do Volvo. Volvo odpowiedziało wymijająco, a Mercedes przyjechał mnie poznać. Widać było, że ja im się spodobałem, ale nie warsztat. Kiedy kupiłem nowy warsztat przy ulicy Żwirki i Wigury w Warszawie, znowu zadzwoniłem do Mercedesa. Przyjechali i powiedzieli: tak. Był kwiecień 1977 roku i zostałem właścicielem pierwszego autoryzowanego zakładu Mercedesa w Polsce.

– Nie było wtedy w Polsce wielu Mercedesów?

– Paru prywatnych właścicieli, kilka ambasad i Urząd Rady Ministrów. Na początku jak przyjeżdżał jeden na tydzień, to też było dobrze. Ale po roku już pojawiał się już jeden mercedes dziennie. Przyjąłem zasadę, że nie ma usterki nie dającej się naprawić. Czy trzeba było coś dorobić, przerobić, zaadaptować, wszystko było do przeskoczenia. Wtedy robiło się różne sztuczki.

– I co dalej?

– Po dwóch latach wybudowałem nowy zakład i wtedy ruszyła fala używanych samochodów importowanych. Roboty było tyle, że zamykałem bramę na kłódkę, żeby nikt nowy nie wdarł się na teren, bo już nie byłem w stanie tego przerobić. Wpychałem pieniądze do walizki i pracowałem dalej, do nocy. Ale człowiek wiedział, po co pracuje.

– A samoloty?

– Lotnictwo odeszło na dalszy plan. Ale przez przypadek stałem się współwłaścicielem motoszybowca. Ale nie miałem licencji pilota. Było to niewygodne, bo ciągle musiałem prosić mojego wspólnika, żeby znalazł czas i ze mną polatał. Jeździłem sam do hangaru na Babicach, gdzie stał samolot, wyprowadzałem maszynę, uruchamiałem silnik, ale nie latałem, bo nie miałem licencji.

– I co Pan zrobił, by zostać pilotem? Rozumiem, że nie była to zwykła droga?

– W tamtym czasie uprawiałem windsurfing, byłem zawodnikiem, startowałem nawet w mistrzostwach Polski. Zdrowie świetne, ale nosiłem okulary, w których wtedy nie można było zacząć szkolenia. Ale można było wznowić, jeśli się już kiedyś latało. Wymyśliłem więc historyjkę, że w młodych latach latałem. Przeszedłem badania i wznowiłem szkolenie. Teraz mam przelatanych dwa tysiące godzin, duże doświadczenie pilotażowe, mnóstwo typów maszyn, wszystkie uprawnienia.

– Porzucił pan samochody?

– Dwa lata temu sprzedałam swój zakład w Piasecznie i przerzuciłem się na lotnictwo. W lutym 2000 roku zbudowałem te halę. Na początku dwa, trzy samoloty stały w środku, a teraz jest ich 20 pod dachem i 10 na zewnątrz. Właśnie stawiam drugą halę. Zresztą klienci, którzy trzymają u mnie swoje maszyny  kupują kolejne, większe. Gdy pytają, czy przejadą nimi przez bramę, odpowiadam, że w razie czego bramę przerobię. Właśnie jeden z nich kupił samolot TBM 850 – turbina, ciśnieniowa kabina – warty 3 miliony dolarów. .

– Kto kupuje u pana samoloty?

– Procentują moje znajomości z czasów Mercedesa. Znam wielu najbogatszych Polaków. Dlaczego? Kiedy Mercedes zaczynał startować w Polsce, wszyscy zamożni przedsiębiorcy – rzec można – przeszli przez moje ręce. Z większością zaprzyjaźniłem się i utrzymywałem kontakty. Dziś kupują u mnie nie tylko samoloty, ale także helikoptery.

– Jak pan ocenia zainteresowanie lotnictwem w Polsce?

– To jest fascynacja. Każdy, kto raz poleci małym samolotem i widzi wszystkie te pejzaże, a w dodatku czuje, że ma możliwość wpływu na lot, natychmiast łapie bakcyla, z którego nigdy nie można się wyleczyć. Lotnictwo wymaga inteligencji i ogromnej podzielności uwagi. Myślę, że ludzie, którzy mają dobrze poukładane w głowie i trochę w życiu zarobili, w naturalny sposób zwracają się w stronę lotnictwa.

– To ważny rynek?

– Wspaniały. 38 milionów mieszkańców i około 600 samolotów prywatnych. Dla  porównania w Niemczech jest 10 tysięcy samolotów przy 50 milionach ludzi. W Hiszpanii przy 40 milionach jest 3 tysiące samolotów. Sromnie licząc w Polsce powinno być ponad tysiąc samolotów, z tego 10 procent nowych. Spory rynek. Sprzedałem trzy lata temu 20 i to był niesamowity wynik. W tym roku tylko trzy lub cztery..

– Sprowadza pan samoloty głównie ze Stanów Zjednoczonych?

– Również z Austrii, firmy Diamond. W USA działają producenci Piper i Aviat Husky. Do niedawna reprezentowałem również firmę Hawker Beechcraft, ale Amerykanie ustanowili w Moskwie tylko jednego dealera na Europę i wypadłem z gry. Myślę, że niedługo wrócą.

– Ile jest w Polsce lądowisk  prywatnych?

– Zarejestrowanych około 200. O niektórych nikt nie wie. Lądowisk prywatnych jest bardzo dużo. Polska jest płaskim krajem, latać można właściwie wszędzie. Kiedyś prosiło się o zgodę na lot. Teraz nie ma czegoś takiego. Startuje się i zgłasza tylko kontroli, dokąd się leci. Żeby polecieć na przykład do Niemiec, wysyła się faksem plan lotu, że będzie się na przykład za pół godziny nad ich terytorium. W strefie Schengen nie ma problemu. Latanie jest super sposobem na przemieszczanie się. Z lądowaniem w Wenecji, Nicei, Paryżu nie ma kłopotu. A w Londynie wystarczy pokazać paszport. Moi klienci latają samolotem na przykład do Courchevelle na narty na weekend.

– Najciekawsza pańska lotnicza przygoda?

– Oj, trochę tego było. Kiedyś leciałem do Wenecji i złożyłem plan lotu na Leonardo da Vinci Aeroporto pod miastem. To był lot instrumentalny, dolatuję, zniżam się. Melduję się w kontroli, ale otrzymuję informację, że nie mogę tam zostać, bo nie ma miejsc do parkowania. Przecież mam zarezerwowany hotel w Wenecji, przyleciałem na parę dni, muszę tam parkować. To my cię naprowadzimy na inne lotnisko. Ok, ląduję na fajnej łące, na wyspie Lido, Wenecję widać jak na dłoni, robie zdjęcia miasta z lotu ptaka. Za trzy i pół euro płynę motorówką do Canale Grande. Super, bo inaczej jechałbym taksówką 40 km. Nie zawsze kończy się tak miło. Miałem kiedyś trudny lot do Barcelony. Obladzało, wiał silny wiatr, podobnie na Nord Cap, był tak potworny wiatr, że trudno było wylądować. Tam lotnisko jest na bardzo wąskiej półce skalnej. W końcu  udało mi się wylądować na innym, odległym o 40 km lotnisku.

– Najdroższy samolot, który Pan sprzedał?

– Za 14 i pól miliona dolarów. Ale nie powiem komu.

– Chcąc kupić samolot, trzeba sporo wcześniej złożyć zamówienie?

– Tak, ale zdarzają się okazje. Kupuję coś i mówię, że mam taką, a taką maszynę, zarejestrowaną, gotową do lotu.

– Można kupować na kredyt, leasing?

– Tak, ale leasing samolotu jest specyficzny. Przede wszystkim dlatego, że bardzo często trzeba zapłacić za samolot, który jest jeszcze w fabryce i nikt go nie widział. Miliony przelewane są na moje konto na podstawie faktury pro forma. Mam kredyt zaufania w instytucjach finansowych, zbudowany na wieloletniej współpracy. Od 1995 roku sprzedałem 54 samoloty. To dużo, ale większość w ostatnich 3 latach.. Najtańszy samolot u mnie kosztuje ponad milion złotych.

– Najlepszy klient?

– Kupił już trzeci samolot. Po drugim powiedział, ze potrzebuje odmiany i spytał, co ma teraz zamówić. Doradziłem. Inny klient stwierdził: mam już 62 lata i muszę sobie kupić nowy samolot. Sprzedałem mu dwusilnikowego Peipera Senekę, bardzo mi dziękował. W tej branży poznaje się ludzi fascynujących, którzy odnoszą ogromne sukcesy finansowe i w sposób mądry te pieniądze wydają. Nie na jakąś ruletkę czy nudnego golfa.

– A inne pasje poza lotnictwem? Czy nie starcza czasu?

– Też związana jest z lotnictwem. Założyłem fundację Zabytki Polskiego Nieba, która restauruje stare samoloty. Sam finansuję jej działanie. Prawdziwą sztuką jest latać samolotem unikatowym, odrestaurowanym. Wciągnąłem w to syna, świetnie sobie radzi. Odnowiłem ostatnie dwa zachowane samoloty TS-8 Bies, którymi polska armia uczyła się latać w latach 50. i 60. Jeden przygotowałem dla siebie, drugi sprzedałem. Ten drugi ma pewną wadę: jest lepszy od mojego… Jest to bardzo ciekawy samolot pod względem technicznym, ma polski silnik. Dzisiejsi generałowie lotnictwa uczyli się na nim latać. To prawdziwy rarytas, prawie wszystko, co latało w tamtych czasach, było rosyjskie. Obecnie odrestaurowujemy myśliwiec JAK 11, którym polska armia uczyła się latać w latach 50.  Waży 3 tony. Jest to jedyny w Polsce egzemplarz, zdjęty z pomnika spod szkoły.

– Jeździ pan na krajowe pokazy lotnicze? Radom, Góraszka?

– W tym roku nie byłem. Częściej jestem zapraszany na różne pokazy zagraniczne. Niestety, organizatorzy polskich pokazów, poza Muzeum Lotnictwa Polskiego nie otaczają szacunkiem polskich samolotów i wolą pokazywać MIG-i i F16.

– Czym dla pana jest luksus?

– To możliwość finansowania pomysłów inwestycyjnych z własnych środków. To coś, czego doświadczam od wielu lat. Jedyną troską jest zdrowie i nieubłagany upływ czasu.

Co lubi Jan Borowski?

Pióra – Bell

Zegarek – Ulysse Nardin – Quadrato

Ubrania – Brooks Brothers

WypoczynekMazury – samolotem 50 minut spod domu pod dom

Restauracja – „Tradycja Polska” w Warszawie

Kuchnia – niemiecka, zwłaszcza z regionu Szwabii

Samochód – mercedes

Samolot – ulubiony DA42 Diamond Twin Star