Dean Zanuck

3

Rozmowa z Deanem Zanuckiem, producentem filmowym z Hollywood

– Pasuje do pana powiedzenie, że zainteresowanie filmem wyssał pan z mlekiem matki?
– U nas powiada się, że mam to w genach i tak chyba jest w istocie. Od ponad 80 lat moja rodzina związana jest z przemysłem filmowym.

– Wydawać by się mogło, że takie dziedzictwo otwiera wszystkie drzwi w Ameryce?
– I tak czasami bywa. Moje nazwisko rzeczywiście jednoznacznie kojarzone jest w środowisku z dziedzictwem Zanucków – dziadkiem Darrylem F. Zanuckiem, założycielem studia 20th Century Fox, jak i moim ojcem Richardem Zanuckiem – twórcą m.in. „Szczęk”, „Planety małp”, „Drogi do zatracenia”. To nazwisko, powiem nieskromnie, bardzo wiele znaczy w historii kina światowego. Dużo oczywiście zawdzięczam ojcu. To on wprowadzał mnie w arkana tej profesji. Mogłem zawsze w wakacje obserwować i uczyć się, o co chodzi w przemyśle filmowym. Mój ojciec jest nadal w znakomitej formie, niedawno ukończył kolejny film. Dwa lata temu byliśmy razem w Polsce na Camerimage, gdzie odbieraliśmy nagrody festiwalowe.

– A tymczasem poszukuje pan funduszy na kolejną produkcję? W Polsce łatwiej o pieniądze niż w Hollywood?
– Prawdą jest, że poszukuję koproducentów w Polsce. Bo, o ironio losu, tu jest łatwiej. Znalezienie funduszy w obecnych czasach na produkcję filmową nikomu nie przychodzi łatwo. W Polsce jestem po raz czwarty, tym razem na zaproszenie Rafała Buksa i Hugh Henleya z Buksfilm Production. Mam już doświadczenie w kooperacji producenckiej ze stroną polską, a dokładniej z telewizją TVN, przy okazji ostatniej mojej produkcji filmowej – obrazu „Aż po grób” z Robertem Duvallem i Billem Murray’em w rolach głównych.

– To żmudne i nie zawsze przyjemne zajęcie – wyszukiwanie środków na nowe projekty?
– Byłoby mi zapewne łatwiej, gdybym chciał realizować komedie romantyczne lub kino akcji. Tymczasem ja mam ambicję, co zresztą już udowodniłem, robienia filmów ambitnych, może niszowych, ale za to artystycznych, i w znakomitej obsadzie. Moim marzeniem i celem jest, aby po obejrzeniu mojego filmu zostało coś do przemyślenia, zrodziła się refleksja. Aby to dzieło coś wnosiło w nasze życie. Tak żmudne, ale przede wszystkim zajęcie wymagające dużo pokory i cierpliwości. Bo rzeczy nie dzieją się z dnia na dzień. Trzeba spotkać się z kilkudziesięcioma osobami, potencjalnymi współproducentami, aby wypalił jeden kontakt. Bardzo wielu w takich rozmowach obiecuje, a później okazuje się, że nic z tego nie wychodzi. Wolę otwarte rozmowy, „kawę na ławę”, a nie mamienie, że jutro, pojutrze, że może kiedyś. W takich rozmowach cenię asertywność.

 – Przyzna pan, że czasy nie są przyjazne dla niekomercyjnych projektów filmowych…
– Takich czasów nigdy nie było. Ale zawsze takie filmy pow­stawały, tworząc przeciwwagę dla kina rozrywkowego. Przecież w innej dziedzinie sztuki – malarstwie i grafice – też oprócz komercyjnych produkcji reklamowych istnieje i ma się dobrze malarstwo ambitne, artystyczne. Dlatego kiedy przystępuję do pracy nad kolejnymi projektami, muszą one być perfekcyjnie przygotowane. I to pod każdym względem, od scenariusza począwszy, na sprawach organizacyjnych i finansowych kończąc. To uwiarygodnia producenta, w tym przypadku mnie i projekt. Każdy z tych elementów jest niez­wykle ważny i powoduje, że, z jednej strony, łatwiej przekonać i pozyskać współproducentów, z drugiej zaś, już po rozpoczęciu produkcji ułatwia samą organizację pracy.

– W kino niszowe, artystyczne wpisane jest określenie „niskobudżetowe”?
– I na tym polega właśnie cała sztuka, jak operując niewielkim budżetem wyprodukować majstersztyk. Nauczyłem się, że dzisiaj też można wiele zrobić, jak to mawiamy w Ameryce, nie mając za wiele w dłoni. Nie muszę dodawać, że chodzi o pieniądze. Sztuką jest pozyskanie dobrego aktora, czy aktorów do projektu, gdy nie mają szans na duże honoraria, ale będą mieć satysfakcję uczestniczenia w fajnym przedsięwzięciu. I okazuje się, że można, że nie tylko ogromne pieniądze są tym najważniejszym argumentem przyciągającym do pracy. Bo dla artystów w wielu przypadkach liczy się znakomity scenariusz i ciekawa rola. Tak było w przypadku Roberta Duvalla. Aktor w jego wieku należy do grupy „sędziwych”, którzy, niestety, nie mają za wiele propozycji. Z tej grupy wiekowej wyjątek stanowi Clint Eastwood. Ale ja wiedziałem, że w odpowiedniej roli Duvall może być magnesem przyciągającym widzów do kina i przed telewizory.

– Rodzi się pytanie, czy na takim filmie można zarobić?
– „Aż po grób”, którego budżet wynosił 7,5 mln dol., w samych kinach amerykańskich zarobił 9,2 mln dol. A więc można. Jak już wspomniałem, interesuje mnie nie tylko sukces kasowy i efekciarskie kino, oparte na pościgach samochodowych, wybuchach, strzelaninie i efektach specjalnych. Wychodzę z propozycją, na którą czeka wielu miłośników kina spokojnego, artystycznego i wysublimowanego, zmęczonych historiami w rodzaju „zabili go i uciekł”. Nie interesują mnie także takie projekty, jak remake czy sequel. Niestety, w Hollywood trudno znaleźć kogoś, kto podejmie takie ryzyko. Stąd moja podróż do Szwecji i Polski w poszukiwaniu źródeł współfinansowania. Paradoksalnie, tutaj łatwiej mi znaleźć partnerów niż w Ameryce.

– Czy product placement jest rozwiązaniem dla częściowego finansowania produkcji filmowej?
– Jasne, że jest. Jest formą dofinansowania produkcji, ale i źródłem dużych oszczędności, np. wynajmu hotelu, lotnis­ka czy klubu nocnego. Ale może być dla artystycznego kina niebezpieczny. Bo jak połączyć jakieś ambitne przesłania z narzucającymi się co rusz zbliżeniami jakiegoś napoju, alkoholu czy marki samochodowej. Film nie może zostać zdominowany przez jakąś markę, której ekspozycja przynosi pewne dochody, ale z drugiej strony, zaśmieca obraz i przekaz. Jeżeli już, to lokowanie produktu musi być dyskretne, nie narzucające się, jak elegancja. Są wyjątki i do nich należy słynny „Cast Away” Roberta Zemeckisa, gdzie ulokowano FedEx, zresztą bardzo zręcznie i z sensem.

– Zazdrości pan Polakom istnienia Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej?
– Bardzo cenię istnienie, zaangażowanie i misję, jaką pełni PISF. Jestem w kontakcie z szefową Instytutu i nieraz wyrażałem może nie zazdrość, ale podziw dla idei takiej placówki. W Stanach trudno sobie wyobrazić sytuację, kiedy instytucje państwowe wspierałyby przemysł filmowy i Hollywood jest chyba ostatnim miejscem na terenie USA, w jakie rząd chciałby lokować pieniądze.

– W swoim portfolio ma pan wiele filmów. Z którymi jest pan najbardziej związany emocjonalnie?
– Kocham każdy mój film, jak każde z moich dzieci, tak samo. Kiedy kręciłem „Drogę do zatracenia” dysponowałem budżetem w wysokości 80 milionów dolarów. Zdjęcia trwały 80 dni, co łatwo obliczyć – milion na dzień. Ale grały takie sławy, jak Tom Hanks, Paul Newman czy Daniel Craig.  Chyba jednak najbardziej jestem emocjonalnie związany z tytułem „Aż po grób”. Podczas przygotowywania produkcji tego filmu, który miał nieporównywalnie mniejszy budżet – w wysokości 8 mln dolarów – uświadomiłem sobie pasję tworzenia filmu artystycznego i ambitnego. Nie kwestie finansowe, dochód, ale realizację pewnej misji, która jest dla mnie wartością bezcenną.

– A jaki ma być ten następny film?
– Teraz szukam chętnych do współfinansowania kolejnej niezależnej produkcji – „Voice from the Stone” z Madsem Mikkelsenem i nominowaną do Oscara Maggie Gyllenhaal. To ma być thriller psychologiczny. Historia dwóch kobiet zakochanych w jednym mężczyźnie, więcej nie powiem…

– Czy przewiduje pan współpracę z polskimi filmowcami przy kolejnym projekcie?
– W przypadku kooperacji to rzecz naturalna. Jan A.P. Kaczmarek skomponował muzykę do „Aż po grób”. W przypadku następnej realizacji, i kolejnego udziału strony polskiej, ten udział filmowców polskich będzie zapewnie większy.

– A jakie korzyści miał TVN ze współfinansowania obrazu „Aż po grób”?
– Oprócz korzyści wymiernych wynikających z kontraktu, były też inne. Otóż dla współproducenta pobyt na planie, zapoznanie się i oswojenie z produkcją amerykańską, sposobem prowadzenia castingu, kolejnych etapów budowania projektu, logistyką, procesem tworzenia filmu opartego na najlepszych hollywoodzkich wzorach, to forma edukacji i wzbogacenie doświadczenia. Nie wspomnę już o tym, że film odniósł duży sukces międzynarodowy, został obsypany nagrodami, więc też nobilitacja współproducenta, nawet tak renomowanego, jak stacja TVN.

– Biznes filmowy, producencki dla postronnych wydaje się być kolorową przygodą z filmem, z gwiazdami, z wielkim światem Hollywoodu? A jaki jest?
– Dla mnie to świat, z którym jestem oswojony od dziecka. I dlatego postrzegam ten świat bardziej realnie, czasami w barwach czarno-białych. I od jakiegoś czasu jestem w jego środku jako producent, znam jeszcze lepiej jego blaski i cienie. Ale potrafię stawić czoła przeciwnościom losu, dzięki wyniesionej z domu rodzinnego pracowitości i odpowiedzialności. Te wartości przenoszę na wszystko, co robię. Odpowiadam na e-maile, odbieram telefony, nie uciekam od problemów. Połowa Hollywood ma aspiracje do zostania producentem filmowym. Niewielu jednak się to udaje. Nie wiem, czy w innych obszarach biznesu pracuje się tak długo nad projektem, jak w moim. Osiem lat zajęło mi przygotowanie produkcji, spinanie całego projektu, któremu na imię „Aż po grób”. Trzeba mieć – o czym zawsze wspominam – wiele cierpliwości, ale ta dotyczy też innych interesów. W mojej branży przygotowującemu projekt nikt nie płaci np. przez osiem lat. W innych branżach jak pracujesz w korporacji, otrzymujesz pensję, co zabezpiecza ci byt, pozwala płacić rachunki. Ryzyko jest wpisane w pracę w przemyśle rozrywkowym. Ja staram się to ryzyko minimalizować. Ale na tym też polega urok pracy, że nagle spotykasz w odpowiednim czasie i miejscu osobę, która odmienia twoje życie i marzenia stają się rzeczywistością.

– Czy jest jeszcze możliwe, że powrócimy do kina nostalgicznego, tradycyjnego, czy poetyki Bergmana?
– To wszystko, moim zdaniem, zależy od nas samych i od znakomitych reżyserów, którzy swoim nazwiskiem i dobrym scenariuszem mogą spowodować zainteresowanie takimi obrazami. W Hollywood, ale nie tylko, jest ogromny potencjał dla kina ambitnego. Dużo, jak zwykle, zależy także od wszechwładnego marketingu. Jak to sprzedać, bo ostatecznie każdy pyta o wyniki finansowe, przynajmniej żeby do takiego przedsięwzięcia nie dokładać. Tworząc kino niezależne, nie odnoszące się do konkretnych wydarzeń historycznych, politycznych, ma się też ten luksus, że takie uniwersalne tematy się nie starzeją i nawet poślizgi czasowe nie zmieniają aktualności wydźwięku społecznego i artystycznego danego filmu.

– Pana ulubiony reżyser?
– Lubię Spielberga, który zrobił „Szczęki” z moim ojcem. Cenię bardzo wysoko Polańskiego. Lubię klimat jego filmów i sposób opowiadania.

 – Gdyby nie robił pan filmów, czym najchętniej by pan się zajął?
– Dorastałem na plaży i przez wiele lat uprawiałem surfing. Gdybym nie był producentem, może zostałbym zawodowym surferem i trenerem w tej dyscyplinie. Ale od lat pociąga mnie narciarstwo. Kiedy mam wolną chwilę, chętnie wybieram się na stoki narciarskie do Idaho. Kto wie, może zostałbym zawodowym sportowcem.

Co lubi Dean Zanuck?

Zegarek – „Nie dbam o rzeczy materialne, dlatego też nie używam markowych zegarków i piór”
Wypoczynek – aktywny
Kuchnia – włoska
Samochód – „Nie uwierzy pan, ale samochód, którym jeżdżę dobiega 25 lat. To Toyota Land Cruiser, którą otrzymałem od ojca kiedy skończyłem 15 lat”
Hobby – „Surfing i narciarstwo. Gram też z moim 9-letnim synem w piłkę nożną. Codziennie odwożę dzieci do szkoły, bo kocham spędzać czas z rodziną. Mieszkam w Santa Monica i mam pół godziny do szkoły”