Biznes wymaga wiedzy

36

Martin Lewandowski i Maciej Kawulski, właściciele Konfrontacji Sztuk Walki MMA, o wielkim sukcesie gali KSWTV na Stadionie Narodowym i współpracy z Polsatem

Rozmawiał Andrzej Mroziński

Wreszcie się ziścił projekt „Stadion Narodowy”. Ogromny triumf i rekord frekwencji na stadionie. Jednym słowem, sukces.
Martin Lewandowski: To była wyjątkowa noc, pełna magii.. Jestem naprawdę dumny, że po ponad dwóch latach przymierzania się do tego obiektu, siedmiu miesiącach intensywnych prac, na KSW Colosseum udało się pobić wiele rekordów. W tym rekord frekwencji: 57 766 sprzedanych biletów, tym samym KSW 39 stała się drugą największą galą w historii MMA na świecie. Uzyskaliśmy rekord polski w płatnym streamingu PPV na KSWTV. Było to jedno z największych wydarzeń emitowanych w historii polskiego internetu. 81 narodowości oglądało transmisję live w 42 krajach na czterech kontynentach. Prawie 200 przedstawicieli mediów z polski i zagranicy było akredytowanych na KSW 39. O polskim KSW usłyszał cały świat. Skala i zasięg wydarzenia były naprawdę ogromne.

Maciej Kawulski: Sukces jest wtedy, kiedy widzisz uśmiechniętych ludzi po gali, którzy wstrzymywali przez cztery godziny oddech na stojąco. Zawodnicy KSW dają to fanom od lat. Przybyło nam kilka cyferek i to jest bardzo obiecujące dla dyscypliny, ale uwierzcie mi, sukces rodził się już w restauracji Champions… Tam było mniej fanów, ale wychodzili równie spełnieni po gali.

Każda gala, a zwłaszcza o takich gabarytach, to ogromne wyzwanie logistyczne, ale i managerskie?
M.L.: Zdecydowanie tak. Do każdej gali podchodzimy bardzo indywidualnie. Staramy się zaskoczyć naszych fanów, a także zdobyć nowych odbiorców. Każda gala ma swoją niepowtarzalną oprawę graficzną, wizualną. Często zmieniamy miasta, aby rozbudzić lokalne apetyty, a skalę produkcji dostosowujemy do danej hali. Na dziś mamy podpisanych ponad 80 kontraktów z zawodnikami. To wszystko sprawia, że pracy jest na potęgę.

M.K.: Każda gala to nowy rozdział w życiu wielu ludzi, czasem setek, a ostatnio nawet tysięcy. Ten kolektywny zryw kreatywności to zawsze wielkie przeżycie. Cieszę się, że jestem tego częścią.

Polska to dobre miejsce dla Konfrontacji Sztuk Walki?
M.L.: Nasz kraj ma długą historię sportów walki i to w pewnym stopniu pomogło w ukorzenianiu tej dyscypliny. MMA jest kwintesencją wszystkich tych sportów, niejako stoi na szczycie ewolucji jako najbardziej kompletna formuła walki, i to Polacy również docenili.

M.K.: Dotychczas jedyne. Na zawsze będzie domem naszych marzeń. W przyszłości częścią wielkiej ogólnoświatowej machiny, oby wciąż machiny marzeń.

Pomaga doświadczenie managerskie w prowadzeniu tak dynamicznie rozwijającej się firmy?
M.L.: Każdy biznes wymaga wiedzy i doświadczenia. Jednak podkreśliłbym tu jeszcze kilka innych czynników: wiary w to, co się robi, determinacji i odwagi w podejmowaniu decyzji, oraz pewnych sprzyjających okoliczności. Do pełnego sukcesu, rozwoju wszystkie te czynniki muszą iść równolegle.

M.K.: Nie wiem, co to są typowe managerskie doświadczenia. Doświadczamy czegoś więcej. Nigdy wcześniej tak wielu nie patrzyło na tak niewielu w tej części świata. Czuję się doświadczony dopiero teraz, kiedy doświadczałem tego razem z prawie 60 tys. fanów KSW.

Wrócimy do korzeni, a w tym przypadku do początków, czyli kultowej już restauracji Champions w hotelu Marriott, gdzie wykluł się pomysł KSW.
M.L.: Tam raczej przeważała determinacja niż doświadczenie. To były naprawdę pionierskie czasy. 200 osób na pierwszej gali i tyle samo nosów przylepionych do szyb restauracji. Sami robiliśmy dosłownie wszystko: drukowaliśmy bilety, sprzedawaliśmy je, układaliśmy krzesła, prowadziliśmy część imprezy, budowaliśmy elementy scenograficzne… Do tego pracowaliśmy nad pozyskiwaniem zawodników – proszę pamiętać, że już od pierwszej gali KSW walczyli dla nas zawodnicy spoza kraju, przekonywaliśmy do siebie media, szukaliśmy finansowania. Spaliśmy po kilka godzin na dobę. Razem z zawodnikami zostawialiśmy tam dużo zdrowia.

Na początku był Pudzian, który był skutecznym magnesem i ważną osobą dla popularyzacji tego sportu, i gala z jego udziałem. Niektórzy twierdzą, że był to krok milowy.
M.L.: Z mojego punktu widzenia było ich kilka. To, że udało mi się przekonać mojego ówczesnego pracodawcę do tego pomysłu, wynegocjowanie pierwszych funduszy na start, później wiara w ten pomysł Mariana Kmity, którego śmiało mogę nazwać mediowym ojcem chrzestnym KSW. Jednakże od strony komercyjnej zgadza się, to Pudzian wyniósł nas na wyższy poziom rozpoznawalności, zwiększył zainteresowanie szerszej publiki i mediów. Pamiętajmy też, że pierwsze negocjacje z Mariuszem nam się nie udały, nie sprostaliśmy warunkom finansowym. Na tamte czasy był to kosmiczny kontrakt finansowy. Po jakimś czasie podjęliśmy duże ryzyko, które w finale zaowocowało.

M.K.: To prawda, ale takich magnesów było wiele: Mamed jako pierwsza wielka gwiazda wywodząca się tylko z tego sportu, Materla ze swoją ludyczną charyzmą, zwariowany Różal, którego pokochali fani, oraz dziesiątki mniejszych kroków, które dziś wyznaczają odległość między początkami a dniem dzisiejszym.

Skąd mają panowie to fenomenalne wyczucie publiczności i wychodzenia naprzeciw jej oczekiwaniom?
M.L.: Wierzymy w nasze decyzje i może tym zarażamy naszych widzów. Poza tym uważnie słuchamy rynku, czyli fanów, dziennikarzy, ludzi, którzy dobrze nam życzą. Patrzymy, jak świat gna do przodu, obracając głowę w każdą stronę i staramy się za nim nadążyć.

Jak panowie trafili do tego biznesu?
M.L.: Od wielu lat trenowałem różne sporty walki. Moją inspiracją – i jak się później okazało też protoplastą MMA – był Bruce Lee. Po skończeniu studiów na wrocławskiej Akademii Ekonomicznej zacząłem pracę jako kierownik ds. promocji w jednym z warszawskich hoteli. Do moich obowiązków należała promocja sportu. Wyszukiwałem nowe lub mało znane dyscypliny i transplantowałem je na polski rynek. Organizowałem promocję i popularyzowałem F1 oraz amerykański football w czasach, gdy mało komu te nazwy cokolwiek mówiły. Wówczas również natknąłem się na legendarną organizację PRIDE z Japonii. Później poznałem Maćka i od słowa do słowa zorientowaliśmy się, że rozmawiamy o konfrontacji różnych stylów walki. I tak 13 lat temu powstał pomysł KSW.

M.K.: To sprawiło powołanie, przynajmniej w moim przypadku.

Wydaje się, że trudno byłoby osiągnąć tak gigantyczny sukces, gdyby nie życzliwość telewizji Polsat i współpraca z nią.
M.L.: Telewizja odegrała bardzo ważną rolę w propagowaniu dyscypliny i promocji zawodników. Dzięki Polsatowi większość zawodników KSW jest tak znana i dzięki temu może to komercjalizować. Nadal mamy tam wiele osób, które bardzo nas wspierają, dobrze nam doradzają i są nam życzliwe biznesowo. Dowodem na to jest obecność podczas gali najważniejszych dla mnie osób z telewizji Polsat, włącznie z prezesem Zygmuntem Solorzem, Marianem Kmitą i Maciejem Stecem.

M.K.: Gdyby nie Polsat i ludzie, którzy w nas wtedy uwierzyli, byłoby o wiele trudniej. Pamiętajmy jednak, że MMA samo w sobie jest sexy, a nie ludzie, którzy je tworzą.

Która gala utkwiła panom najmocniej w pamięci.
M.L.: Było ich naprawdę wiele. Każda z nich wiąże się z ważnymi chwilami dla rozwoju naszej firmy i z dużym emocjonalnym ładunkiem, jaki w nie wkładałem.

M.K.: Wszystkie tkwią nam głęboko w pamięci, wszystkie są związane z emocjami.

Każda gala jest inna, ale łączy je niesamowita oprawa, nowatorska i pomysłowa.
M.L.: Od pierwszej gali kładliśmy nacisk na wyjścia zawodników i całą oprawę wydarzenia. Lata temu wybieraliśmy nawet muzykę, reżyserowaliśmy pokazy choreograficzne, decydowaliśmy o świetle, kształcie sceny. Od samego początku byliśmy zgodni, że każdy sport musi być odpowiednio zaprezentowany, a tym bardziej nowa na rynku polskim dyscyplina, która aby zostać zauważoną, powinna być widowiskowa.

M.K.: To jest klucz do ludzkiej uwagi. Trzeba być dumnym i nie mieć pokory, aby wierzyć, że cokolwiek w dzisiejszym świecie broni się samo. Kiedy się topisz, módl się do Boga, ale płyń do brzegu. Trzeba pomagać wiecznym ideom. Nawet tak wiecznym jak walka.

Satysfakcja satysfakcją, ale dobrze jest, gdy kasa się zgadza. To opłacalny biznes?
M.L.: Ja dla MMA w 2006 r. porzuciłem dobrą posadę w międzynarodowej korporacji, która dawała szanse na rozwój i pracę na całym świecie,i stałem się prywatnym przedsiębiorcą. Żyję i utrzymuję z tego rodzinę… Lubię swoją pracę, tak więc nie mam prawa narzekać. Natomiast tym, co daje największego „kopa” jest naprawdę poczucie, że zrobiliśmy dużą rzecz. Startowaliśmy z KSW absolutnie od zera, w czasach gdy MMA w Polsce nie miało dobrego PR-u. Zaczynaliśmy od małej gali, organizowanej w restauracji. Doszliśmy do momentu, w którym KSW to jedyne – obok Tour de Pologne – organizowane z takim rozmachem polskie wydarzenie sportowe, rozpoznawane na świecie.

M.K.: Myślę, że za wielką wodą za to, co zrobiliśmy, kupilibyśmy sobie po wyspie, a jak na razie ja mam w garażu jedynie Vespę, ale nie narzekam.

Najbliższe plany.
M.L.: Kolejne dwie gale w roku, w tym jedna poza granicami kraju. Rozwój Federacji KSW na europejskich rynkach, dywersyfikacja naszej marki na inne submarki. Stawiamy też na edukację i popularyzację MMA. W przyszłości chciałbym dać zalążek pod Polski Związek MMA.

M.K.: Nieprzerwane pasmo sukcesów…

Co lubi Martin Lewandowski?

Zegarek Zenith, Hublot
Wypoczynek „Góry. Polska i cały świat. Letni w Kalifornii spędzę na zwiedzaniu, nurkowaniu i kitesurfowaniu. Zimowy we Włoszech na nartach”.
Kuchnia tajska i włoska
Samochód Mercedes, Audi
Hobby muzyka, podróże, malarstwo, fotografia, astronomia

Co lubi Maciej Kawulski?

Wypoczynek „Ja lubię podobać się swojej kobiecie i być z nią i moim synem tam, gdzie są szczęśliwi”.
Kuchnia „Zjadam dużo.

fot.: Materiały prasowe..”.