Agnieszka Czekierda

4

Rozmowa z Agnieszką Czekierdą, prezesem Fundacji Teatru Małego Widza

– Pomimo doświadczeń korporacyjnych zdecydowała się pani na własny biznes, w dodatku bardzo nietypowy.
– Przez 6 lat pracowałam w jednej z telefonii komórkowych, dla której negocjowałam kontrakty z kluczowymi klientami. Przyznaję, że na kilka lat świat biznesu i wielkich korporacji pochłonął mnie bez reszty. To genialne doświadczenie. Świetny kurs zarządzania dużymi projektami, a przy tym niezła lekcja pokory. Jednak któregoś dnia stwierdziłam, że czas na rewolucję, że już się trochę zasiedziałam… Zawsze fascynował mnie teatr, zresztą to właśnie z teatru trafiłam do korporacji. Już w liceum planowałam, że zostanę aktorką. Zdawałam nawet do szkoły teatralnej. Ukończyłam jednak inne studia – socjologię. Ciekawym połączeniem moich scenicznych i biznesowych doświadczeń są kursy, w ramach których jako trenerka uczę wystąpień publicznych.

– A jednak w konkurencji – biznes i sztuka – wygrał teatr.
– Nie do końca, ponieważ nigdy nie zapominałam o tym, że teatr nie może funkcjonować bez managerów, którzy go rozumieją i potrafią nim zarządzać. Kilka lat wcześniej, zanim zaczęła się moja korporacyjna przygoda, razem z przyjaciółmi założyłam „Teatr Konsekwentny”. To było wspaniałe wyzwanie, budowaliśmy coś zupełnie od zera, dużo grałam, reżyserowałam, ale też sporo czasu poświęcałam sprawom organizacyjnym i pozyskiwaniu środków, występując m.in. o ministerialne dotacje. Wkrótce okazało się, że nasz teatr może sprawnie funkcjonować finansowo i jest w stanie sam się utrzymać. Po 7 latach zdecydowałam się na karierę w wielkiej firmie. Cóż – zawsze lubiłam nowe wyzwania…

– Skąd pani pomysł na teatr dla bardzo małych dzieci?
– Zainspirowały mnie przedstawienia dla maluchów, które przygotował teatr La Baracca z Bolonii. Było to dla mnie niezwykłe doświadczenie. Znakomici włoscy twórcy udowodnili, że można wystawić sztukę, która nie ma skonkretyzowanej akcji, a jednak jest interesująca zarówno dla dzieci, które jeszcze nie umieją mówić, jak i starszego rodzeństwa. A rodzice też się nie nudzą.

– Muszę stwierdzić, że udało się pani znakomicie przenieść to na polski grunt. Podczas premiery „Ahoj” śmiałem się razem z małymi widzami, choć mam wrażenie, że śmieszyły mnie nieco inne sprawy.
– I właśnie o to chodzi. Jednym z elementów tego rodzaju przedstawienia jest jego interaktywność. Dzieci świetnie reagują na to, co dzieje się na scenie, ponieważ w pewnym sensie współtworzą przedstawienie.

– Jak udało się pani przygotować pierwszą premierę? Łączy się z tym poważny wysiłek organizacyjny i znaczne koszty.
– Zyskałam wsparcie Społecznego Centrum Kultury na warszawskiej Starówce, które zapewniło to, co najważniejsze – scenę. Trudno mi sobie wyobrazić lepsze miejsce. Widownia ma tylko 40 miejsc, ale sztuk dla najmłodszych nie da się grać w wielkich salach. Wszystko przygotowałam sama, bo trochę nie miałam innego wyjścia. Moi koledzy ze środowis­ka artystycznego z przerażeniem reagowali na to, co chcę zrobić. „Teatr dla dzieci od 1. roku życia?” – pytali. Przecież skupienie uwagi tak małych dzieci graniczy z cudem. Teraz sami przychodzą na spektakle ze swoimi dziećmi. Oczywiś­cie, organizacyjnie pomogli mi przyjaciele, ja zajęłam się reżyserią, scenografią, zagrałam jedną z ról. Zainwestowałam własne pieniądze, zarobione wcześniej w korporacji.

– Premiera była sukcesem, zaproponowała pani coś zupełnie nowego…
– Na początku widzowie – zwłaszcza ci dorośli – byli zaskoczeni, ponieważ nie opowiadaliśmy żadnej bajki. Zamiast słów były onomatopeje. Dominował przekaz bardzo sensoryczny, rytm, gest, obrazy. Logika naszego przedstawienia była inna niż w tradycyjnym teatrze. Udowodniliśmy, że to, co dzieje się na scenie, może być zabawne i inspirujące, chociaż nie prezentujemy linearnie jakiejś historii… Taki sposób narracji docenili szybko cudzoziemcy, których pojawia się coraz więcej w naszym teatrze. Pewien Francuz napisał do mnie list, dziękując za wzruszenie i spektakl, który omija bariery językowe i kulturowe.

– Chciałbym pogratulować talentu komicznego aktorom, z którymi pani współpracuje.
– Rzeczywiście, sama zachęcam Bartka Adamczyka i Arkadiusza Września, żeby przygotowali kiedyś spektakl kabaretowy dla dorosłych. Oczywiście, gramy dla dzieci, ale dorośli są naszymi recenzentami. To oni polecają znajomym nasze kolejne premiery. Trudno przecenić wartość takich rekomendacji. A poza tym mam poczucie, że dobry spektakl dla dzieci potrafi również poruszyć emocje dorosłych, w końcu gdzieś tam w środku wszyscy jesteśmy dziećmi. Spektakle Teatru Małego Widza mają wielu dorosłych fanów. Na marginesie – nasz repertuar składa się już z 8 sztuk.

– Kieruje pani teatrem, a zarazem fundacją.
– Organizujemy warsztaty dla dzieci, których rodziców nie stać na to, żeby pójść do teatru. Gramy dla maluszków z domów dziecka, z ośrodków opiekuńczych i adopcyjnych. To ważna część działalności fundacji, bo przecież one mają bardzo utrudniony dostęp do uczestnictwa w kulturze. Dla mnie i dla moich kolegów język teatru to tylko narzędzie w próbie dotarcia do wrażliwości małego widza. To ważne spotkanie. To coś więcej niż teatr…

Co lubi Agnieszka Czekierda?

Pióra – podziwia Graf von Faber Castell, ale nie używa na co dzień, bo gubi
Ubrania – sportowa elegancja
Kosmetyki – Elizabeth Arden – 5th Avenue, Euphoria Calvin Klein
Wypoczynek – Lizbona, Kenia, Sri Lanka
Kuchnia – wegetariańska włoska
Restauracja – „Różana” i „Bellini” w Warszawie
Samochód – VW Passat
Hobby – jeździectwo. Ma własnego konia, trenuje skoki przez przeszkody