Adam Małysz

5

Rozmowa z Adamem Małyszem, czterokrotnym zdobywcą Kryształowej Kuli w Pucharze Świata, czterokrotnym mistrzem świata i trzykrotnym wicemistrzem olimpijskim

– 26 marca w Zakopanem, kiedy kibice przyszli pana pożegnać najbardziej wzruszający był transparent z napisem „Panie Admie. Larum grają. A Ty do boju nie stajesz, nart nie chwytasz?”
– Właśnie dla takich chwil warto było przez te wszystkie lata włożyć tyle wysiłku i wyrzeczeń w wyczynowy sport, aby m.in. spotykać się z takimi dowodami sympatii, jak w Zakopanem. Przez całą moją karierę narciarską zawsze mogłem liczyć na kibiców. Dzięki temu, że Polacy byli obecni na wszystkich zawodach, w których brałem udział, z ich zapału i entuzjazmu czerpałem motywację do kolejnych sukcesów. Wspierali mnie także, co sobie wysoko cenię, nawet wtedy, gdy nie wypadałem najlepiej.

– Pana przyjaciel, Andreas Goldberger, powiedział mi, zanim dowiedzieliśmy się o pana planach, że po tym ostatnim słynnym skoku w Zakopanem nie usiądzie pan w kapciach przed telewizorem…
– I miał rację Andy. Zna mnie i zna siebie. On też nie usiadł przy kominku czekając na koniec świata. Jesteśmy sportowcami, stosunkowo młodymi ludźmi, którzy pewien etap życia sportowego mają za sobą i teraz pozostaje odnalezienie się w innych dyscyplinach sportu lub życia. To jest zawsze dylemat. Ja – podobnie zresztą, jak Andy – swoje miejsce znalazłem.

– Podobno długo się pan nie zastanawiał, kiedy nadeszła propozycja z RMF Caroline Team?
– Propozycję startu w sportach motorowych otrzymałem dużo wcześniej. Ponad rok temu, po olimpiadzie w Kanadzie zadzwonił do mnie Rafał Płóciennik, założyciel RMF Caroline Team. Zapytał, czy zechciałbym spróbować swoich sił w tej dyscyplinie sportu. Ci, którzy mnie bliżej znali, wiedzieli, że jestem entuzjastą tego sportu. Rajdy terenowe od dawna mnie kręciły. Wiele czasu spędzałem za kierownicą mojego, jak go nazywam, „jeepka”, przemierzając leśne szlaki w pobliżu miejsca mojego zamieszkania. Dobrze się składało, bo decyzję o zakończeniu kariery skoczka podjąłem rok wcześniej, w Zakopanem. Ale wtedy jeszcze nie mogłem odpowiedzieć jednoznacznie na tę propozycję, bo założyłem sobie, że wystartuję w Oslo i karierę zakończę pod koniec sezonu w 2011 roku. I tak też się stało. Już 2 lata temu wiedziałem, że decyzja ta musi być rozważna i przemyślana, w pewien sposób też powinna stanowić harmonijne przejście do nowych wyzwań sportowych, jakimi w tym przypadku stały się rajdy samochodowe.

– Jest pan niespokojną duszą?
– Niespokojną tylko w tym sensie, że nie znoszę bezczynności. To rezultat zapewne przyzwyczajeń wyniesionych ze sportu, rywalizacji, ciągłego doskonalenia swoich umiejętności. A nie można tego uczynić jak się marnotrawi czas, rozpuszcza w sprawach, które nic nie przynoszą. Dlatego wysoko sobie cenię stawianie sobie ambitnych celów i ich realizację.

– Teraz takim celem jest zdobywanie kolejnych laurów w sportach motoryzacyjnych. Czy skoki i rajdy mają jakiś wspólny mianownik?
– Te dwie dyscypliny można w jakimś stopniu porównywać, bo są to sporty ekstremalne. Inne są zapewne np. techniki przygotowawcze, ale proszę pamiętać, że jest to sport wymagający ogromnych umiejętności. Dla pełnokrwistego sportowca, a za takiego się uważam, presja, jaka towarzyszy tym dwóm dyscyplinom sportu, jest podobna. Są różnice w fizycznym przygotowaniu. Otóż przez całą moja karierę skoczka, tułów, czyli w naszym slangu „góra”, miał być szczupły, prawie jak u kościotrupa, a nogi miały być silne, wręcz zbudowane atletycznie. Bo silne nogi w skokach to podstawa. W trakcie przygotowań do rajdu musiałem się przestawić i bardziej skoncentrować na „górze”. Zmienił się mój trening i zmieniła się moja dieta, a co za tym idzie, waga. I dlatego też trochę w niepamięć odeszły bułki z bananem i ważę 6 kilogramów więcej… Bo jak się jeździ po wertepach to trzeba być silnym.

– Ma pan tremę, jak przed pierwszym startem w Pucharze Świata?
– Trema jest nieodłącznym czynnikiem towarzyszącym pub­licznym występom, tym bardziej sportowym. Pamiętam mój pierwszy konkurs w Pucharze Świata w 1993 r. Była to kombinacja norweska i wielki stres. Niby jak się startuje w kraju, to zawodnikom nawet ściany pomagają i sprzyjają. Ale zupełnie inna jest odpowiedzialność, jak startuje się przed własną publicznością. Bo oczekiwania są zawsze bardzo wysokie i co za tym idzie – stres, aby nie zawieść oczekiwań. Dlatego na starcie we Wrocławiu będzie mi towarzyszył stres, tym bardziej że będzie to debiut.

– Lubi pan nowe wyzwania?
– Ich realizacja jest wpisana w istotę sportu. Sprawdzanie się w nowych sytuacjach, to także element mojej filozofii życiowej, mocno zakotwiczonej w sporcie i rywalizacji. Narciarstwo i skoki znałem od podszewki. Ale teraz wciągają mnie rajdy, mało tego, taką jazdę na maksa uważam za bardzo ekscytującą i podniecającą… Staram się nie robić w życiu rzeczy, których nie lubię czy nie umiem. Bo byłaby to dla mnie strata czasu. Zawsze byłem, jestem i pozostanę sportowcem. Mam taki charakter i interesują mnie dziedziny sportu, w których jest spory element ryzyka. I dlatego sport motorowy jest nie tylko alternatywą, ale i gdzieś funkcjonującą od wielu lat w podświadomości – pasją. A tam, gdzie jest pasja, są emocje, a za emocjami często idą sukcesy.

– Wspomniał pan o diecie, ale zmianie dyscypliny sportu towarzyszy ogromna praca treningowa…
– W połowie kwietnia, czyli na krótko po zakończeniu kariery narciarskiej, rozpoczęły się przygotowania i treningi. Dużo czasu spędziłem na torach gokartowych i na jeździe Subaru na wyczynowych trasach. Z kolei Porsche testowaliśmy głównie na poligonie w Drawsku, gdzie nie tylko samochód, ale także i ja sam przeszedłem szkołę rajdową w tumanach piasku, rozkołysany na wybojach. Następnie trenowaliśmy w Chorwacji na górskich drogach szutrowych. To preludium do tego, co nas będzie czekało w rajdzie Dakar. Dużą wagę przywiązujemy do zaplecza, które tak projektujemy, aby dwoma samochodami dojechać do celu. A tak przy okazji powiem, że jestem zachwycony naszym pojazdem, który znakomicie się sprawdza w ciężkich warunkach nawet pomimo tego, że nie jest to T1 tylko T2.

– A na czym polega różnica?
– Model T2 jest samochodem produkowanym seryjnie z niewielkimi przeróbkami, na które wyraża zgodę FIA. Można dokonać zmian niektórych podzespołów, ale musi on być prawie identyczny do tego, który opuścił mury fabryczne. Model T1 jest zbudowany od podstaw i nie ma nic wspólnego z modelem seryjnym. Nie ma w swojej konstrukcji żadnego elementu fabrycznego. Dlatego, oczywiście, trudno z nim rywalizować. Najlepszy wynik, jaki osiągnął nasz model T2 w rajdzie Dakar, to było 15., 16. miejsce. Znając realia, nie będziemy konkurencyjni dla tego modelu, ale i nasz priorytet jest inaczej zdefiniowany. Otóż chcemy udowodnić i pokazać, że nie tylko ściganie się jest najważniejsze, ale że jest to przede wszystkim wielka przygoda, zmaganie się z przeciwnościami losu i pokazanie, że, jak w moim przypadku, jest możliwa realizacja najskrytszych marzeń.

– Powróćmy do debiutu w rajdzie Wrocław-Drezno.
– Postawiłem sobie wysoko poprzeczkę i sądzę, że nie zawiodę oczekiwań swoich kibiców. Co prawda, start w rajdzie Wrocław–Drezno będzie naszym – bo wspólnie pojadę z Rafałem Martonem – debiutem. Pojedziemy z numerem 000, czyli otworzymy rajd. Ten pierwszy start będzie w pewien sposób szkołą, mającą na celu nauczenie się pewnych procedur i systemów, które obowiązują w tej dyscyplinie. Będziemy się starali wypaść jak najlepiej, pomimo tego że nie będziemy klasyfikowani.

– Ale nie będą to takie warunki, jak w rajdzie Dakar?
– No jasne, że nie, ale my musimy, mówiąc kolokwialnie, się otrzaskać. Zapewniam, i tu znów powrócę do mojego temperamentu sportowego, że nie pojadę turystycznie.

– Pozostając przy temacie motoryzacyjnym, pamięta pan swój pierwszy samochód?
– Oczywiście, to był Fiat 126p. Maluch służył mi całkiem nieź­le, oczywiście nie był to samochód, którym można się było rozpędzić i dokonywać sportowych wyników. Niemniej pozostaje w moim wspomnieniu, w sercu, jako ten pierwszy.

– Kiedyś wspominał pan, że wiele zawdzięcza swoim managerom. Jak ocenia pan ich rolę w swoim sukcesie?
– Powiem tak, że bardzo trudno było mi na początku kariery pozyskać sponsorów u nas w kraju. Młodym ludziom, zmotywowanym, którzy robią wszystko, aby osiągnąć sukces – tak jak było w moim przypadku – trzeba pomagać. To nie jest łatwe z punktu widzenia tych, którzy muszą uwierzyć, że warto w tego faceta zainwestować. Myślę, że dużo jest w Polsce takich, którzy gryzą się dzisiaj w język, że tego nie zrobili w moim przypadku. I tutaj chylę czoła przed austriackimi managerami, którzy przed laty uwierzyli, że ja mogę być taką osobą, która posiada potencjał, która jest w stanie osiągnąć – jak się później okazało – sukcesy na najwyższym światowym poziomie. A za sukcesami idą wymierne korzyści w postaci honorariów z rek­lam, nagród i sponsoringu. Każdy z nas, sportowców, który rozpoczyna karierę, trenuje od rana do wieczora, ma taki sam problem. Jak przekonać, że będę championem. To jest trochę ruletka. Ci, którzy mają nosa i inwestują w talenty sportowe, mogą liczyć na niezłe dochody w przyszłości, ale i na wartość bezcenną – satysfakcję.

Takie doświadczenie mają właśnie Austriacy, gdzie skoki są niezmiennie popularne od wielu dziesięcioleci. Wynika to też z faktu, że od lat mają do czynienia z marketingiem sportowym, ze współpracą z mediami, sponsorami. W tym obszarze poruszają się znakomicie. Przyznaję, że miałem też propozycje ze strony polskiej, kiedy to wokół mojej osoby robiło się coraz głośniej. Ale, niestety, nie zawsze były to propozycje uczciwe i rzetelne. A ja cenię sobie spokój. Niech kto inny za mnie myśli o takich sprawach, ja mam się koncentrować na tym, na czym się znam – na sporcie i wynikach. Ale muszę powiedzieć, że bez austriackich managerów nie byłbym tam, gdzie jestem. Byłoby też niezmiernie trudno osiągnać wszystkie sukcesy gdyby nie wsparcie sponsorów m.in. Red Bulla i firmy ubezpieczeniowej Generali.

– Mamy wakacje. A pana czekają ponownie zawody, podróże i życie w hotelach?
– Tak, to taki syndrom życia na walizkach. Po wielu latach takiego życia ma się w pewnym momencie przesyt i pojawia się niechęć do opuszczania progów domu, ale nie należy być egoistą i myśleć należy w takich sytuacjach przede wszystkim o rodzinie, żeby i im było dobrze. Mój dotychczasowy tryb życia powodował to, że urlop spędzaliśmy najczęściej w jedynym wolnym terminie, tzn. w kwietniu. A kwiecień ma to do siebie, że oferty wypoczynkowe w Europie nie zawsze są bogate. Trzeba gdzieś dalej polecieć, aby było atrakcyjnie i ciepło. A teraz tego problemu nie mam, mogę sobie wybrać termin, który mi odpowiada. To jest luksus, kiedy nie jesteśmy skrępowani terminami.

– Pozwoli pan na czysto teoretyczne pytanie? Gdyby miał pan zainwestować to, w co?
– Na co wyłożyłbym pieniądze? Myślę, że na pewno na nic, co niosłoby za sobą jakiekolwiek ryzyko. Raczej w coś, co nie traci w dłuższym dystansie czasowym na wartości, czyli w ziemie i nieruchomości. Należę do osób, które zas­tanowią się kilka razy, zanim wydadzą swoje ciężko zapracowane pieniądze.

Co lubi Adam Małysz?

Zegarek – „Ulubionej marki nie mam. Miałem kiedyś propozycję od szwajcarskiej firmy zegarkowej, ale nie doszliśmy do porozumienia. Może powrócimy do rozmów, wtedy powiem, jaki jest mój ulubiony.”
Kuchnia – „Zdecydowanie polska. A potrawa, którą naprawdę kocham, to jest kaczka z czerwoną kapustą i kluskami śląskimi. Przepadam za tym…”
Samochód – „Prywatnie jeżdżę Subaru, a w rajdach samochodem na bazie Porsche Cayenne.”
Odpoczynek – „Szybko się nudzę na plaży, jak nie ma akcji, jak się nic nie dzieje… Na wakacje wybieram kraje, które są niedaleko. Bardzo dobrze się czuję w Chorwacji, odpowiada mi tamtejsza kuchnia i sympatyczni ludzie. Drugim takim miejscem wakacji, chociaż trochę dalej, jest Turcja. Piękne morze, cudowna kuchnia i fantastyczni ludzie.”